wtorek, 5 kwietnia 2022

Maraton Paryż 2022

Jakiś czas wpadłem na pomysł żeby dokładnie dziesięć lat po moim maratońskim debiucie pobiec maraton w tym samym miejscu – czyli Paryżu. Ten mój debiutancki opis możecie przeczytać tutaj. Wtedy było to dla mnie coś wielkiego, nieznanego i coś czego się bałem. Sam pomysł przebiegnięcia maratonu gdzieś tam u mnie w głowie się pałętał, ale nigdy nie podejrzewałem że byłbym w stanie go zrealizować. Dopiero jakoś w 2011 czyli w wieku 35 lat zacząłem regularnie biegać. Wciągnęło mnie to na tyle że od wakacji gdy zacząłem od biegania 5km raz na dwa dni doszedłem powoli do przebiegnięcia Półmaratonu Warszawskiego na wiosnę i to w czasie 1:38:xx – teraz z perspektywy czasu widzę że było to wielkie osiągnięcie. Wtedy oczywiście apetyt rósł w miarę jedzenia. Żeby mieć motywację zapisałem się na maraton w Paryżu – motywację miałem ja do treningów i Żona do wyjazdu ze mną :) więc w kwietniu 2012 udało się nam załatwić opiekę mojej Mamy dla naszych dwóch córek i polecieliśmy na weekend do stolicy Francji. Pamiętam że było już wiosennie, chociaż nie było ciepło, ale w porównaniu z Polską i tak dużo cieplej. Pozwiedzaliśmy co nieco, a ja przebiegłem ten mój maratoński debiut w czasie troszkę poniżej 4 godzin: 3:59:xx. Przed maratonem złapałem jakieś gruypo-podobne coś, niby się wyleczyłem jeszcze przed wylotem, ale bałem się cisnąć mocno (plan był żeby pobiec w 3:45) więc taki czas mnie ucieszył. Z tego maratonu przywiozłem Żonę która się przekonała sama z siebie do biegania, stojąc ze mną w kolejce do wejścia na expo i patrząc na te tłumy starych Francuzów i Francuzek którzy byli tacy wysportowani i pełni życia mimo zaawansowanego wieku łatwo się przekonać do tego hobby. I dzisiaj dziesięć lat po tamtym wyjeździe mamy oboje takie fajne hobby: biegamy sobie regularnie oboje, czasami razem, częściej oddzielnie bo małe dzieci wymagają opieki. Przez ten czas przybyła nam trzecia córka, ale nadal mamy to hobby i bardzo to jest fajne. Wyjeżdżamy regularnie na biegi – najczęściej to ja biegnę, ale zdarza się że kibicuję a biegnie moja Żonka.


W Paryżu już kwitły drzewa, trochę je chyba zmroziło dzień wcześniej...

Do każdego maratonu jakoś tam się przygotowuję, zwykle to 16 do 18 tygodni realizacji planu treningowego z książki, ale bywa że mam przygotowywany plan pode mnie. I tak było tym razem – celem był przebiegnięcie w dobrej formie i nie odpadnięcie w trakcie. Po drodze był start kontrolny w Wiązownie i wyszedł całkiem dobrze: przebiegłem równo i w tempie nawet troszkę lepszym niż by wynikało z wcześniejszej piątki pobiegniętej w City Trail. Na papierze wyglądało więc dobrze, miałem opracowaną strategię na ten bieg: pobiec na około 3:17-3:18 przy czy zacząć wolniej o około 7 sek/km i po pierwszej dyszce przyspieszać stopniowo.


Pogoda była w piątek straszna, pojechaliśmy z dziewczynkami do Disneylandu (jednak komercja wygrała) i był śnieg (!) i strasznie zimno. Nawet za dużo tam nie użyliśmy atrakcji, zresztą nie polecam za bardzo bo głównym zajęciem w tym parku jest czekanie w kolejkach. Patrząc na maraton wyglądało to źle: prognozy mówiły że temperatura będzie rano blisko zera, udało mi się dokupić bluzę termiczną pod kolor – identyczną jak w Monachium zresztą :) skarpetki cieplejsze i bandanę na głowę, byłem więc dobrze przygotowany. 

 


 

Podjechałem rano na start komunikacją miejską, udało się wszystko dobrze ogarnąć – toaletę, picie, jedzenie. 


 

 

Na starcie było zimno ale nie zamarzłem. Zresztą atmosfera była super – tak samo jak zapamiętałem to sprzed dziesięciu lat!


Miałem blok startowy na czasy 3:15-3:30 więc ustawiłem się na samym końcu bo nie chciałem się przepychać na starcie i dobrze zrobiłem. Mimo że to strasznie masowa impreza na ponad 40 tysięcy ludzi to nie było tłoczno bo puściłem przodem ścigaczy a sam wybiegłem na samym końcu i jak ich wyprzedzałem to było już szeroko więc bez tłoku.


Starałem się biec około 4:44/km żeby zacząć wolniej. W planach maksimum myślałem o 3:15 a minimum 3:20. Więc zacząłem 4:44 co jest czasem na 3:20 na mecie i planowałem tak przebiec pierwsze 10km a potem postarać się przyspieszyć o ile organizm pozwoli. Ustawiłem zegarek na obserwację tempa okrążenia i łapałem czas z oznaczeń kilometrowych. Czasami były trochę przesunięte moim zdaniem, zegarek czasami wariował gdy biegliśmy między wysokimi budynkami, ale w większości bieg był przez bardzo szerokie paryskie bulwary albo przez dwa duże parki (lasy de Viscennes na wschodzie i buloński na zachodzie). Początek wyszedł bardzo fajnie – biegło mi się dobrze, nawet zaryzykuję że lekko. Start jak zwykle spod Łuku Triumfalnego, potem obok kolumny na Placu Zgody, pałac Garnier przy operze, Plac Bastylii i tak minęła pierwsze dycha gdy wybiegliśmy z miasta do lasku de Viscennes. Złapałem czas 47:18 co oznacza że średnie tempo wyniosło 4:43,8/km – idealnie! Teraz spróbowałem przyspieszać, najpierw do 4:37. Trochę tempo mi się rwało – miałem tu wrażenie że to z winy przesunięć znaczników kilometrowych albo wariowania momentami zegarka, w każdym razie patrząc na średnią całej drugiej dych to wyszło dobrze bo zameldowałem się na 20km w 1:33:34 czyli średnie tempo drugiej dychy było 4:37,6/km. A sama trasa to było dokładnie całe dziesięć kilometrów po lesie de Viscenennes – bardzo fajne miejsce i przyjemnie się tam biegło.

Teraz czekało mnie 15km przez miasto ze wschodu na zachód. Muszę wspomnieć o paryskich kibicach. Na pewno część z nich to byli turyści, ale sami paryżanie robili świetną robotę – krzyczeli „allez, allez” dopingowali, byli bardzo głośni. Robili przewężenia jak na Tour de France – bardzo to było fajne i nie widziałem aż tak żywiołowego dopingu w innych miejscach. To też jeden z powodów dla których warto tu pobiec i wrócić tutaj.

Po chwili był znacznik półmaratonu – chciałem tam wbiec ze stratą około 70 sekund do planu maksimum 3:15 czyli w 1:38:40 a wbiegłem w 1:38:30 – czyli było to tempo na 3:17 na mecie. Teraz plan był aby zacząć odrabiać te stratę o ile się da. Czyli przyspieszyć dl 4:34/km i tym tempem przebiec już do mety i wbiec z czasem 3:15. I w sumie najpierw jakoś to szło, powiedzmy przez 5 kilometrów, ale 26-ty kilometr już był w prawie 5 minut i jakoś w trybie awaryjnym z tempami średnio 4:55/km dobiegłem do końca 31-go kilometra. I wtedy po prostu nie miałem już sił. Jest tam podbieg na którym sporo ludzi przechodziło do marszu i niestety ja też nie dałem rady. Miałem jeden z najgorszych „zgonów maratońskich” w karierze – te ostatnie 11 kilometrów było często przeplatane marszem, średnie tempo 6:35/km pokazuje że sporo było marszu.

No generalnie tragedia, odpadłem jak jakiś niewytrenowany zawodnik i chyba to dlatego że jednak za mało miałem długich biegów. Tylko jeden powyżej 30km – u mnie tak to się kończy w takich sytuacjach – czas na mecie:

 3:39:26


A co do pozytywów – ten cykl treningowy dobrze mnie przygotował do krótszych dystansów bo to jak się poprawiłem od jego początku wygląda naprawdę dobrze. Nie był zbyt agresywny więc nie miałem żadnej kontuzji i nawet po tak męczącej końcówce maratonu nie mam bóli and żadnych innych uszkodzeń, a w sumie to jest najważniejsze w moim bieganiu. Chciałbym przebiec równo – tak jak mi się to udało w Brukseli ostatnim razem, ale pewnie trzeba będzie do biegania włączyć więcej takich trzydziestek – ze 4-5 minimum. 


To teraz pomyślę co by tu zaplanować, trzeba to zgrać z planami startowymi Żony, z obozami i innymi atrakcjami córek, z wyjazdami wakacyjnymi całej naszej piątki – nie jest to prosta sprawa logistyczna :) Ale na pewno coś fajnego wymyślę bo po tym wyjeździe, mimo że sportowo to była trochę tragedia :) to jednak nadal podoba mi się to bieganie i turystyka maratonowa :)

niedziela, 6 marca 2022

Półmaraton Wiązowski 2022

Wiązowna miała być startem kontrolnym przed maratonem w Paryżu. Byłem tam już dwa razy (plus raz zapisany ale w ostatniej chwili mi coś wypadło) i wtedy poszło tak:

2016 rok: 1:27:23 relacja tutaj

2019 rok: 1:28:46 relacja tutaj

Biegało się kiedyś szybko :) teraz jestem na zupełnie innym poziomie. Nie wiem czy to przez pandemię (mniej ruchu) czy po prostu już stary jestem, ale przed biegiem dostałem wytyczne na 1:34 na mecie czyli 4:26/km. Ciężko się do takich planów zastosować jak się biegało poniżej 1:25 czyli ponad 9 minut szybciej... 

Do Wiązownej wybraliśmy się we trójkę z kolegami z sąsiedztwa (Kazik i Tomek), byliśmy sporo wcześniej na miejscu i po odebraniu pakietów zostało prawie pół godziny zapasu, nawet licząc dłuższą rozgrzewkę. Oczywiście sporo było akcentów ukraińskich z powodu wojny - hasła, naklejki, szyldy, strasznie się przejmuję tym co się tam dzieje. W momencie jak to piszę już mamy prawie milion uchodźców w naszym kraju i dla przykładu spacerując dzisiaj z dwoma młodszymi córkami po osiedlu widziałem dwie grupy gości z Ukrainy którzy zamieszkali na naszym osiedlu. Ja wiem o 7 rodzinach a nasze osiedle ma niecałe 150 domów :(

Wracając do biegania - zrobiłem porządną rozgrzewkę - około 3-4km z przebieżkami na koniec i byłem gotowy. Było zimno, nawet bardzo więc miałem długi rękaw (koszulkę termiczną) i to był strzał w dziesiątkę. Po kilku km byłem rozgrzany i przestało mi być zimno, ale nie było mi za ciepło nawet pod koniec biegu.

Trasa w Wiązownie jest dość specyficzna - z pętlą pośrodku i co ciekawe nie jest płaska, w tym roku nie odczułem bardzo negatywnie tym podbiegów, ale widziałem je i nie było łatwo. Najważniejsze oczywiście jak zwykle zaraz po starcie jest aby nie zacząć za szybko. U mnie jest z tym zawsze duży problem a im wolniejszy jestem tym jest trudniej bo nie mam szacunku dla prędkości, w końcu był czas że cały półmaraton przebiegłem tempem po 4:01-4:02. Więc i tym razem ruszyłem za szybko, ale bardzo szybko się zorientowałem i pierwszy km wyszedł w 4:21. Nie jest to jeszcze tragedia bo miało być 4:26. Generalnie biegło się dobrze i prawie równo gdzieś około 4:24, wiało trochę i niektórzy narzekali, ale mi to nie przeszkadzało tak bardzo. Te podbiegi to jednak trochę jak patrzę na profil musiały dać w kość - prawie 70 metrów w pionie. Po nawrotce był podbieg troszkę niszczący, ale dałem radę. Najgorsze było na niecałe 3km przed metą: nagle i mocno zabolała mnie prawa łydka. Nie wiedziałem co się dzieje, wydawało mi się że to achilles i zwolniłem. Ale po jakichś 100-200 metrach pomyślałem że to chyba jakiś mocny kurcz jednak i przyspieszyłem. Trochę bolało, ale w sumie patrząc na dane teraz widzę że ostatnie 200m wyszło średnio po 3:42/km! Wpadłem na metę z czasem 

1:32:25

Reasumując: jestem naprawdę zadowolony - dałem radę to pobiec równo, nie podpaliłem się na starcie i trzymałem się mniej więcej założeń. Właściwie to biegłem troszkę za szybko cały czas, ale na szczęście dałem radę i skończyłem urywając 1,5 minuty z założonego czasu.

Jeszcze na marginesie jedna dobra wiadomość: wreszcie waga spada. Przez pandemię jakoś się udało z małymi stratami utrzymać wagę w ryzach, ale w czasei roztrenowania poszło w górę z tych powiedzmy 79 do 81,5 nawet. Teraz wziąłem się na sposób: zamówiłem jedzenie w pudełkach i po dwóch tygodniach spadło mi nawet 2,5kg. Co gorsza - spodobało mi się i po tygodniu przerwy znowu wziąłem te pudełka - może się zejść do 78 albo niżej? Fajnie by było na Paryż tak się przygotować :)

Na koniec garść zdjęć:








sobota, 15 stycznia 2022

City Trail 2022


  No i wyjątkowo nie mam żadnego własnego zdjęcia! Mimo to start trzeba opisać albo chociaż o nim wspomnieć. A więc tydzień temu stanąłem na starcie pierwszego biegu w tym roku. W listopadzie skończyłem roztrenowanie i zacząłem się co nieco ruszać. W sumie to próbuję wrócić do starego stylu czyli do biegania dość często. O planach jeszcze nie wspomniałem tutaj więc wypada to nadrobić: na wiosnę wypada dokładnie dziesiąta rocznica mojego maratońskiego debiutu. Żeby to uczcić zapisałem się na tą rocznicę na dokładnie ten sam bieg, czyli maraton w Paryżu. W tym roku jest 2-go kwietnia, więc po roztrenowaniu była odpowiednia ilość czasu żeby się przygotować. 

W tym sezonie moje przygotowanie do maratonu pilotuje Maciek Górzyński czyli ta opieka trenerska jest przez portal dla biegaczy: www.pokonamgranice.pl. Dla tych którzy nie wiedzą o co chodzi: jest to opieka trenerska przez specjalny portal na którym trener wpisuje zalecenia (taki plan treningowy na bieżąco wpisywany co tydzień) a zzawodnik opisuje realizację - podaje dane typu długość biegu, tętno, tempo, opis słowny, link do treningu w portalu typu garmin connect czy strava. Trener widzi, może wpisywać zalecenia, wiadomości, możecie się zdzwaniać, spotykać osobiście na jakieś treningu itp. Są nawet wyjazdy na obozy treningowe - pełny opis znajdziecie na tej stronie.

A wracając do tego jak mi idzie - na razie wracam do żywych po roztrenowaniu. U mnie zawsze to bardzo wolno idzie. W tej chwili jestem na etapie 4 treningów w tygodniu, myślę czy nie poprosić o dołożenie piątego. Kilometraż tygodniowy jest na poziomie 60km i zaczynać mam teraz pracę tempową już. Jutro mam mieć bieg długi (ale spokojny) 25km. Nie wiem zupełnie na co liczyć w Paryżu - sportowo jestem na słabym poziomie jeśli to porównać do wyników z przed kilku lat, ale jest jedna super ważna rzecz dla mnie która powoduje że jestem pewny że roztrenowanie to bardzo ważna i potrzebna rzecz: nie mam już praktycznie wcale tych dolegliwości z pobolewaniem w biodrze prawym i mięśni brzucha i podbrzusza. Coś tam jeszcze trohę odczuwam, ale już praktycznie minęło, a przed roztrenowaniem przez kilka miesięcy zaczynałem się mocno martwić tymi objawami. To jest najważniejsze w roztrenowaniu: nie można cały czas przykładać tych samych obciążeń do tych samych mięśni, ścięgien, przyczepów mięśniowych - bo coś może tam strzelić. 

A co do samego startu w City Trail - fajny bieg, fajna organizacja - zawsze miło wziąć udział w takiej imprezie. Co innego by tu robić w mroźny sobotni poranek :) ? Pojechaliśmy we czwórkę tylko bo najstarsza córka dostała matmę do zrobienia (ósma klasa to nie ma żartów) i stawiliśmy się w lasku młocińskim, gdzie trasa wyglądała tak:

Ustawiłem się w pierwszej strefie bo była do 20 minut, chciałem pobiec według wskazań zegarka, a ten oszacował mój stan wytrenowania na 19:58. No tylko że warunki nie były idealne - droga gruntowa, zmrożona a miejscami oblodzona (raz się wywróciłem na rozgrzewce). Mimo to chciałem pobiec poniżej 20 minut. Zrobiłem dobrą rozgrzewkę bo w sumie aż 5km wyszło w tym przebieżki i ustawiłem się na starcie. 

Po starcie ruszyłem za szybko. To częsty problem u mnie, po roztrenowaniu widzę że się nasilił bo nie czuję respektu przed szybkim tempem, jestem przyzwyczajony że biegałem nawet szybciej. Muszę następnym razem bardziej skupić się na reakcji organizmu a nie na wskazaniach zegarka. Zresztą zegarek też pokazywał że jest za szybko - włączyłem okrążenia automatyczne co 500m i 1:56 jasno wskazało że tempo jest 3:52/km - za szybko na otwarcie! Na tym pierwszym km wyprzedziła mnie koleżanka blogaczka i pamiętam że ja wtedy miałem już ciężki oddech a nie słyszałem żeby inni biegacze tak ciężko dyszeli. Już wtedy wiedziałem że będzie źle. Trudno jednak jest zwolnić na wyścigu na piątkę - no powinienem choć trochę do tych 4:00/km ale nie zrobiłem tak. Ciągnąłem tą grecką tragedię i tempo powoli spadało. W połowie dystansu miałem czas 9:59 - niby idealnie, nie? Ale nie do końca bo ostatnie 500m było już w tempie 4:10/km... a kolejne coraz wolniej nawet 4:21/km i dopiero ostatnie 500m jakoś dałem radę w tempie 3:55/km. Wbiegając na metę z czasem oficjalnym 20:22.


Podsumowując - słąby występ jeśli chodzi o styl. Wynik nie jest bardzo zły, pokazuje że powoli biegam coraz szybciej i ogólnie czuję to po moim bieganiu. Więc w sumie jest dobrze - w końcu przecież chodzi mi o to żeby mieć dobry czas (i nie chodzi oczywiście o cyferki na mecie :) ).

No to teraz skupiam się na tempie, wytrzymałości i zobaczymy co tam w Paryżu będę w stanie z siebie wykrzesać. A żeby to móc jakoś ocenić zapisałem się na start kontrolny w Wiązownej gdzie już raz biegłem.




sobota, 13 listopada 2021

Lament Świętokrzyski

 
Siedzę sobie spokojnie w czwartek wieczorem w domu i pomyślałem sobie że posprzątam na blogu.  Od jakiegoś czasu coś tam zmienili i nie mogłem edytować widgetów typu typu cel, najbliższe starty, zdjęcie z biegu itd. W końcu udało mi się znaleźć gdzie tą funkcjonalność przenieśli i wziąłem się za sprzątanie. Sprzątam element "najbliższe starty" - wywaliłem półmaraton w Rostocku, Ultra Mazury, Maraton w Monachium i... następny element jaki widzę to Lament Świętokrzyski który ma wpisaną datę 13-go listopada. Hmmm przecież dzisiaj jest 11-ty listopada! Przez tą pandemię przenieśli ten bieg z chyba marca na listopad no i zapomniałem!
Ja tu jestem w sytuacji że miesiąc nie biagałem, mam dopiero dwa biegi za sobą: jedne spokojne kilka kilometrów plus zdalnie Bieg Niepodległości który nawet nie znalazł się jeszcze na blogu. W sumie to zapisany byłem w Poznaniu, ale nie mogłem pojechać z powodu kwarantanny w szkole córek starszych. Pobiegłem więc tutaj te 10km i wyszło mi niecałe 44 minuty co pokazuje o ile teraz wolniej biegam.
Udało się jednak szybko zorganizować rodzinnie i załatwić logistycznie żebym pojechał na ten Lament. W dodatku okazało się że sąsiad z osiedla Kazik (pozdrawiam!) też jest zapisany! No to umówiliśmy się na 7 rano na wyjazd, spakowałem długą listę wyposażenia obowiązkowego i poszedłem spać. Rano cichutko żeby żadnej z czterej dziewczyn nie obudzić ewakuowałem się z domu i we dwóch przejechaliśmy samochodem do miejscowości "Sabat Krajno" jakkolwiek to śmiesznie by nie brzmiało.
Na miejscu odebraliśmy pakiety, trochę ponarzekam że na cały tłum w hali gdzie były odbiory pakietów byłem jedną z dwóch osób w maseczce (nie licząc obsługi), no ciekawe gdzie będziemy za tydzień skoro teraz mamy około 20tys. zakażeń dziennie. Ale wracając do tematu - przepak, życzenia przed startem i ruszyliśmy. Ja sobie jakoś wyliczyłem że po 5min/km bdę biegł (nie wiem skąd taka pomroczność mi się zrobiła) i chciałem 3 godziny łamać. Teraz to brzmi jak super żart, ale nie uprzedzajmy faktów. W sumie pierwsza połowa biegu by to umożliwiła (gdyby nie roztrenowanie) bo było prawie płasko i technicznie łatwo - po prostu bieg przez jesienny las. Przyjemnie, pogoda fajna bo mgła raczej opadła, chłodno było ale ubiór był odpowiedni więc biegło się fajnie. Całą tą prawie połowę zrobiłem w okolicach 5min/km i przyszedł podbieg. Właściwie to złe słowo - bo to było podejście: kamienie, potem schody i było tak stromo że nie sądzę żeby tam nawet czołówka nie przeszła do marszu. 
Na szczycie pierwszej tej górki stał klasztow z jedynym punktem odżywczym - wypiłem trochę wody i poleciałem dalej. Zbieg był po asfalcie więc dość komfortowy, ale już pierwsze podejście mnie zmasakrowało. Mimo to na zbiegu nawet jeden z kilometrów wyszedł w 4:21, ale reszta powiedzmy w granicach około 6min/km. Na 30km minął mnie Kazik - to było zdziwienie bo obiecywał że mam na niego czekać na mecie :) Ale ja już wtedy odpadłem z powodu braków kondycyjnych: taki miesiąc roztrenowania to jednak ma duży wpływ na kondycję.
I wtedy nadszedł drugi podbieg, to znaczy przepraszam: podejście. To było MA-SA-KRY-CZNE. Kamienie wielkości średniego psa oraz te mniejsze, za to z ostrymi krawędziami - nie dało się biec pod górę z racji nachylenia, ale też jeden niepoprawny krok i można było sobie coś poważnie uszkodzić. Właściwie wszyscy chyba tam szli, ja podbiegałem tylko na jakichś króciutkich odcinkach. Po wielu męczarniach dotarłem na drugi szczyt a jakimś chyba czarownicowym obeliskiem (w końcu Sabat ;) ) i wtedy mogłem sobie "odrobić na zbiegu". To oczywiście ionicznie było: zbieg ozanczał ostrożne schodzenie bo droga w dół miała te same rodzaje kamieni, a właściwie małych głazów, w dodatku było bardzo stromo, dużo bardziej niż na podejściu. Nie dałem rady tam biec, całą drogę szedłem bo miałem już takie kurcze, takie zmęczenie mięśni że nie byłem pewny własnych nóg. Widziałem jak biegacz przede mną się wywrócił i byłem przekonany że po takim czymś żebra nie mogą być całe. Poza tym to musiało nieźle boleć i bałem się że połamię (dosłownie) nogi.
Dopiero ostatnie niecałe 2km przed metą było płasko i mogłem biec - trudno było, ale udało się dobiec. Pozdrawiam przy okazji biegacz z dystansu 82km z którym końcowe 1,5km przegadaliśmy biegnąc do mety :)
A na mecie czekał Kazik, posiłek regeneracyjny, picie no i po ogarnięciu się wróciliśmy do naszych pełnych domów. W sumie więc nie było nas niecałe 10 godzin z czego 4 godziny było w biegu :)
Dzięki dla sąsiada - fajnie było razem pobiec (no i gratulacje za tak dobry wynik!). 
Acha no i nie napiszę że "odkuję się za rok" - ta trasa tak mnie zmasakrowała, końcówka była tak nie do biegania że mimo że bardzo lubię bieganie w terenie to jednak na Lament Świętokrzyski to się już nie zapiszę. Bałbym się o moje nogi na tym zbiegu - to nie jest przyjemne, no i dwa duże paznokcie niestety stracę przez te zbiegi, co pewnie dodatkowo mnie przekonuje że to była jednorazowa przygoda :)



 
 


czwartek, 11 listopada 2021

Roztrenowanie 2021

 Uważni czytelnicy pewnie kojarzą że słowo "roztrenowanie" nie występuje na tym blogu za często. Właściwie to prawie w ogóle nie występuje :) Sprawdziłem w historii bloga - tylko raz w 2013 roku zrobiłem coś takiego: http://www.leszekbiega.pl/search/label/roztrenowanie

Wtedy były to całe cztery tygodnie po których wnioski miałem takie że to bez sensu. Chodziło mi wtedy o to że bardzo siadła mi forma, a nie miałem takich obciążeń żeby to roztrenowanie było wymagane. Teraz jednak myślę już inaczej: trenuję regularnie już dokładnie 10 lat. Na wiosnę pobiegnę maraton w dziesiątą rocznicę mojego debiutu (napiszę o tym następnym razem gdzie i kiedy - bo jestem już zapisany!).
No i widzę po sobie że lata lecą i takie ciągłe trenowanie ma też negatywne skutki: zaczęło mnie coś pobolewać w okolicach pachwiny i biodra prawego. Po wizytach u lekarzy (rentgen, USG) wyszło że są to zmiany zmęczeniowe. Nic na razie poważnego, zwykłe dla mojego wieku zużycie materiału (podobno nie widać zmian które by wskazywały na to że to z powodu biegania) ale mimo to dostałem zalecenie żeby raz na jakiś czas zmienić sport żeby nie obciążać zawsze i cały czas czas tych samych elementów (przyczepy mięśniowe itd). 

Z tego powodu zaplanowałem to roztrenowanie po maratonie w Monachium:



Jak widać po maratonie minęło ponad 4 tygodnie w który pobiegłem tylko dwa razy: raz spokojnie a raz 5km w Lesznowoli. Poza tym kompletna laba od biegania. 

A jak skutki oceniam?
+ moje pobolewania zmalały bardzo mocno
+ nie przytyłem prawie :) no może 1,5kg ale to przy wadze 79kg przed roztrenowaniem nie jest zauważalne
- zacząłem się przyzwyczajać do lenistwa

Znowu muszę się zmobilizować żebby znaleźć czas na bieganie w ciągu dnia. To ciekawe jak człowiek się do wygody przyzwyczaja. Kiedyś spędzałem przecież 1,5 godziny dziennie w samochodzie dojeżdżając do pracy - teraz mam tyle czasu więcej. W poniedziałek mam zamiar pierwszy raz od ponad 1,5 roku pojechać do pracy! No ale i tak będziemy pracować zdalnie pewnie tak co do zasady.

No to teraz nowy okres się zaczyna: dzisiaj biegnę Bieg Niepodłegłości (ten poznański, ale niestety zdalnie muszę mimo że miało być normalnie, ale z powodu pandemii nie mogłem tam pojechać) i zaczynam nowy cykl treningowy, ale o tym następnym razem!

sobota, 23 października 2021

Bieg po dynię 2021

Tydzień po maratonie pobiegłem jeszcze Bieg po Dynię - nasz lokalny bieg na piątkę o dość długiej historii. Kiedyś był to "minimaraton niepodległości" więc miał dystans 1/10 maratonu czyli 4,22km. Potem zmienił się dystans na 5km, termin też był bardzo różny, z okolic 11-go listopada zawędrował do października, w końcu doszedł jeszcze element dyniowy i przy okazji biegu organizowany jest dyniowy festyn.

Na szczęście mimo pandemii w tym roku bieg został normalnie zorganizowany. Był rodzinny festyn, cały garnitur biegów od krasnali takich jak nasza najmłodsza pociecha aż do biegu dla dorosłych - kategorie były dla dziewczynek i chłopców dzielone co około dwa lata według wieku. 

Cały ten weekend był dla nas sportowy: w sobotę moja żonka pobiegła w Piasecznie w Biegu Złotych Liści (5km w parku miejskim - bardzo fajny bieg, a medal to po prostu przepiękny). W niedzielę natomiast nasza najstarsza córka była wolontariuszem na Biegu po Dynię. Musieliśmy więc wcześnie rano pojawić się na miejscu (zgadnijcie kto ją musiał zawieźć), potem o 10:00 rano był zaplanowany bieg najmłodszych i co chwilę kolejne kategorie aż do biegu głównego o 12:00 na który ja byłem zapisany.

Na starcie biegu najmłodszych moja córa spotkała dwie koleżanki z grupy z przedszkola (były umówione na ten bieg!) więc w silnej grupie poszły na start :) Numer startowy, koszulka - pełny profesjonalizm! Ustawiły się na starcie biegu na 100 metrów i po paru chwilach rozległ się wystrzał pistoletu startowego. Nie zrobiło to na dzieciach za wielkiego wrażenia - nie wystartowały tak od razu, ale po sekundzie czy dwóch zorientowały się że należy biec. No i ruszyły w kierunku mety, głównie biegiem. A na mecie medal, nawet niektóre brały wodę i izotonik, w końcu to było całe sto metrów więc można było się odwodnić.





 Zabawa była super, zdjęcia porobione i teraz czas na mnie. Pakiet startowy odebrałem, koszulkę wydała mi moja najstarsza córka :) rozgrzałem się dobrze, chociaż nie mogłem robić zbyt mocnych ćwiczeń typu przeplatanka bo bolało mnie w okolicach pachwiny. Pisałem o tym poprzeednio - muszę to zaleczyć bo coś mi się porobiło już kilka miesięcy temu że mnie pobolewa cały czas.

Na starcie jeszcze pogadałem z jednym kolegą z pracy i z sąsiadem - w końcu to bieg lokalny więc sporo znajomych było. Ustawiłem się z przodu, choć nie na pierwszej linii bo wiedziałem z doświadczenia że inaczej będzie przepychanie się. Po starcie ruszyliśmy najpierw na jedno okrążenie wokół boiska i na stałą trasę Biegu po Dynię. Chociaż tym razem pierwszy raz kierunek biegu był odwrotny niż zwykle gdy biegałem, ale to dobrze - dzięki temu początek był pod wiatr, gdy jeszcze ma się więcej siły, a powrót już z wiatrem. Po starcie próbowałem biec około 4min/km, zrezygnowałem jednak z biegu zupełnie na samopoczucie. Widzę że pierwsza połowa biegu wyszła dobrze, ale czwarty i piąty kilometr były wolno - około 4:05/km :( Mimo to całościowo wyszło dobrze - 19:48 (czas oficjalny). Biorąc pod uwagę że już zacząłem roztrenowanie i było to tydzień po maratonie to z wyniku jestem zadowolony.

Teraz robię to roztrenowanie - do Biegu Niepodległości czyli prawie cały miesiąc. Chciałbym całkowicie wyleczyć (przez sam odpoczynek) to pobolewanie w pachwinie prawej, porobić ćwiczenia żeby ten obszar wzmocnić i jakoś w grudniu zacząć cykl treningowy żeby powalczyć o bardzo dobry wynik w maratonie 2-go kwietnia na który już się zapisałem. To będzie dokładnie 10-ta rocznica mojego debiutu maratońskiego więc chciałbym to jakoś uczcić - w sensie to będzie bieg w fajnym miejscu i mam nadzieję na fajny wynik. Raczej nie będzie to rekord życiowy, ale niech będzie fajny :)

 

 



poniedziałek, 18 października 2021

Maraton Monachium

Mój dwudziesty trzeci maraton wypadł w Monachium. Wybraliśmy się tam we dwóch, jak za starych przed-covidowych czasach z moim biegowym kompanem czyli Zbyszkiem Zającem. Tym razem formuła prawie "jak zwykle" czyli minimalistycznie: w piątek wylot po południu a powrót od razu po biegu w niedzielę.

Udało się sprawnie dolecieć- LOTem więc z lotniska głównego, na miejscu pociąg i z buta trochę ponad kilometr do hotelu. W ogóle ten nasz hotel niby blisko centrum, niby tramwaj pod nosem a do expo, startu i mety (wszystko było w tym samy miejscu - na stadionie olimpijskim) niby blisko - coś ponad 4km w linii prostej, ale mieliśmy niezbyt połączenia akurat w tym kierunku.

W piątek było już późno to tylko zakupy na stacji benzynowej (w Niemczech wszystko wcześniej zamykają, nie mówiąc już o niedzieli) i do hotelu. Za to w sobotę plan był napięty. 

Udało się zacząć od odebrania pakietów. Expo była bardzo skromne - nie wiem czy to pokłosie pandemii, ale było dosłownie mniej niż dziesięć stoisk obok punktu gdzie wydawano pakiety. Przed wejściem trzeba było pokazać certyfikat szczepienia (chyba jeszcze test albo świadectwo wyzdrowienia też działa) i dostawało się niezdejmowalną opaskę na nadgarstek - do końca maratonu trzeba było ją mieć.

Potem odbiór numeru startowego z workiem na depozyt, opcjonalny odbiór koszulki, ale nie wziąłem jej bo nie podobała mi się - a bardzo żałuję bo chciałbym mieć taką pamiątkę z tego biegu. Porobiliśmy sobie trochę zdjęć na pamiątkę ze Zbyszkiem i pokręciliśmy się po expo. Chciałem bardzo coś znaleźć ciepłego bo prognoza się pogorszyła i pokazywała 1 stopień ciepła tylko na godzinę startu. Nie mogliśmy nic fajnego znaleźć, więc z expo wybraliśmy się do jakiegoś sklepu sportowego.

Znaleźliśmy centrum handlowe w któym były jakieś sklepy, ale obok był Decathlon - więc tam weszliśmy. Zaopatrzyłem się w koszulkę termoaktywną z długim rękawem (ale bardzo cienką), rękawiczki itp. 

 W ogóle to miałem bardzo duże oczekiwania co do tego Monachium. Stolica Bawarii, zabytki, Oktoberfest, muzeum BMW - no wiedziałem że wszystkiego nie zobaczę, ale miałem nadzieję na zobaczenie chociaż sporo rzeczy w centrum. Po obiedzie pojechaliśmy zobaczyś stadion Bayernu (Zbyszek to fan piłki nożnej) i wróciliśmy do cetrum. Trochę zwiedziliśmy tramwajem żeby nie męczyć tak bardzo nóg i zrobił się wieczór... połączyliśmy jeszcze przyjemne z pożytecznym - czyli wieczorną mszę w sobotę w głównej katedrze Monachium (ta która jest na pewnie większości pamiątek turystycznych). No i jak zwykle u mnie ostatni dzień przed maratonem - uzbierało się ponad 20 tysięcy kroków. Taki to już urok turystyki maratońskiej - ale nie narzekam bo sam taką formę biegania sobie wybrałem :)

Bardzo mnie ta pogoda martwiła - miało być 1 stopień z rana, w momencie startu 2 stopnie a potem po 2 stopnie na godzinę miało rosnąć. Licząc że pobiegnę ponad 3 godziny to miała dojść ta temperatura dojść do całkiem sensowych wartości. Czyli nie wiedziałem - żeby nie zmarznąć na starcie musiałem coś mieć cieplejszego, ale po rozpoczęciu biegu i rozgrzaniu się trzeba było się rozebrać - co trudno zrobić w trakcie biegu maratońskiego. Ostatecznie wymyśliłem to tak: założyłem mój tradycyjny czerwony strój startowy na krótko, ale pod koszulkę na ramiączkach założyłem cienką koszulkę termiczną z długim rękawem.

Z hotelu chcieliśmy wziąć taksówkę, ale mimo wezwania przez jakąś aplikację okazało się że nie było chętnych kierowców i... szybko z buta na metro, potem z metra sporo na pieszo bo w samym parku olimpijskim nie ma stacji metrsa czy koleki podmiejskiej. W sumie doszliśmy bez jakiegoś zapasu, ale nie było też stresu. Na start przybyliśmy (wyjątkowo dla mnie) ubrani w "cywilne" ciuchy i dopiero tam zdejmowalismy dżinsy i kurtki - tak było zimno. W depozycie zostawiliśmy torby z ubraniami i w sumie od razu poszedłem na start gdzie zaczynałem o 9:05, a Zbyszek niedługo potem (biegł półmaraton więc w następnej fali).

Super było stanąć na starcie znowu. Przez tą pandemię mało było ostatnich takich momentów. Tym bardziej było to fajne że bieg poważny (maraton zawsze jest poważnym biegiem), w ciekawym mieście a w dodatku na tak ładnym obiekcie. Stadion olimpijski w Monachium mimo że za rok będzie miał 50 (!!!) lat to robi wrażenie. Otoczenie też - cały park olimpijski ma 85 hektarów (!) które są w samym mieście, jest tam wiele obiektów które zostały po olimpiadzie, nawet pełnowymiarowy basen. Atmosfera przed startem była super, to skupienie, poddenerwowanie i też trochę stres przed startem - to jest coś co bardzo lubię. Byłem w drugiej strefie startowej co znaczyło że startowałem tuż po elicie. Jednak ustawiłem się niestety za bardzo z tyłu mojej strefy startowej, co jak zaraz się okaże miało trochę potem przeszkodzić na starcie.

A start wreszcie nastąpił. Ruszyliśmy więc w kierunku bramy startowej, po bieżni stadionu. Włączyłem zegarek po minięciu bramy i ruszyłem! Najpierw powoli, jak żółw ociężale jak by to ujął Tuwim, no moż przesadzam - ruszyłem z zamiarem trzymania tempa na początku 4:40/km, ale niestety za dużo ludzi było i nie wyszło. Musiałem wolniej biec z powodu tłumu, a zaraz po wybiegnięciu ze stadionu zrobił się nawet moment że musiałem się... zatrzymać! Było to bardzo krótkie i po wybiegnięciu ze stadionu już było cały czas dobrze, ale trochę mnie to wybiło z rytmu na samym początku. Z tego powodu pierwszy kilometr wyszedł w 4:56. W każdej sytuacji można szukać pozytywów albo negatywów, ja jestem człowiekiem który woli patrzeć optymistycznie na życie. W dobrych przypadkach mam rację, a w złych... no cóż - przynajmniej martwię się tylko raz (a pesymista dwa razy :) ). Więc tutaj pomyślałem sobie że to dobrze bo zawsze na szybko zaczynałem maraton - to przynajmniej teraz tak nie będzie.

Nie do końca to się sprawdziło bo troszkę następne kilometry nadrobiłem i pierwszą piątkę skończyłem w 23:20 czyli średnio 4:48/km. Gdyby nie piewszy kaem to taki w sumie dokładnie byłby plan. Chciałem skończyć w 3:15 maraton więc tempo powinno być 4:37/km licząc wg znaczników (bo zegarek zwykle pokazuje trochę więcej, też z powodu tego że biegnie się nie idealnie po trasie atestacji tylko troszkę sie nadkłada na zakrętach, wodopojach itp - z tego powodu dystans wychodzi troszkę dłuższy i tempo trzeba mieć troszkę szybsze. Dlatego chciałem te 4:40/km trzymać tylko na początku - aby się rozgrzać i wejść na prędkość docelową około 4:35/km po pierwszych kilometrach.

Biegło się dobrze - koszulka termiczna robiła robotę. Mimo chyba 2 stopni biegło się komfortowo, tętno teraz widzę na wykresach było dobre - troszkę powyżej 160/min chociaż podczas biegu patrząc na zegarek miałem wrażenie że jest wyższe (ale to było chwilowe). Czułem się dobrze, trochę się martwiłem o palce u stóp i piętę bo buty miałem nowe. Co prawda mój ulubiony model - więc powinny pasować, ale nie zdążyły się ułożyć do mojej stopy po tych dosłownie kilku biegach (plus wiele godzin je nosiłem w domu i przez całą podróż w nich chodziłem). Co gorsza rano czułem że mnie w prawego achillesa uwierają. Na szczęście poprawiłem tego buta przed startem, pomiętosiłem zapiętek i od razu uprzedzę - buty sprawdziły się znakomicie!

A ja tymczasem dawałem przez tą bawarską stolicę i odliczałem kilometry. Zegarek ustawiłem tak aby pokazywał mi tempo i czas okrążenia i wyłączyłem automatyczne okrążenia - łapałem ręcznie oznaczenia organizatorów. Całkiem dobrze mi to wyszło bo tylko raz nie zdążyłem. Celem było zrobić drugą połówkę szybciej niż pierwszą, więc starałem się bardzo żeby nie pobiec piewszej za szybko i dobiec nie wcześniej niż 1:37:30 skoro chciałem złamać 3:15 na mecie. Druga piątka wyszła w 22:52 (średnia 4:34/km) - no to już bardzo dobrze. 

Trasa była w tym roku inna niż zwykle (znowu ten covid niestety). Trzeba było dobiec 6km z Parku Olimpijskiego do Ogrodu Angielskiego nad rzeką Izarą i tam było kółko rozmiaru około 10km w bardzo przyjemnych okolicznościa przyrody. Trasa była asfaltowa na szczęście, chociaż nie była najlepszej jakości - dużo zakrętów, asfalt też taki do spacerowania a nie do szybkiego biegania. Po tym kółku w parku wracało się na start i tam były rozstaje: w lewo wariaci na drugie kółko, prosto półmaratończycy na metę. Ja trzecią piątkę w tym parku zrobiłem też w 22:52 (4:34/km) a czwartą, już po drodze do startu w 22:57 (4:35/km). W sumie więc przez te 15km troszkę urwałem. Przed połówką zdjąłem w biegu termiczną koszulkę (wcześniej było za zimno, ale po 1,5 godziny biegu rozgrzałem się już dobrze) i rzuciłem przed skrętem na drugie kółko obok trasy w krzaki. Starsza pani - wolontariuszka tego biegu zobaczyła to i odłożyła tą koszulkę na szafkę przy drodze, co zobaczyłem dopiero przy drugim kółku.

Ja tymczasem zebrałem się na drugie kółko - a tam agrafka na której był pomiar czasu i znacznik połowy dystansu. Czas jaki tu miałem to 1:37:08, co znaczyło że mam 22 sekundy nadróbki. doliczając powolny pierwszy kilometry wychodzi na to że te 20km przebiegłem po niecałe 4:37/km - no właściwie to było idealnie. Ale każdy chyba wie że maraton to taka rozgrzewka 32km a potem wyścig na dychę. A u mnie kolejne dwie piątki wyszły w 23:16 oraz 22:48. Czyli ciągle według planu i wyglądało to nie tak źle. Nie tak źle jak się miało okazać. Chciałem trochę wymusić żeby dobrze się poczuć - odnieść się do tego jak było w Brukseli gdzie po między 30 a 40km po prostu czułem że mam siłę i że dobiegnę w dobrym stanie. Ale siła autosugestii nie starczyła. Książkowo po prostu dostałem ścianę zaraz po 32km. Po prostu jak bym nie miał siły - tempo spadło i nie wiem czy ja mam słabą głowę (wolę) czy to coś innego - ale po prostu nie mogłem już biec swoim tempem. 34-ty już był około 5:00/km, a 38-my to już po 6:00/km i tempo dalej spadało bo 42-gi to już prawie 6:40/km - najwolniejszy z wszystkich. Nie było więc problemu żeby zgarnąć tą koszulkę co ją wyrzuciłem w połowie biegu z szafki przy trasie przed końcem maratonu :)

Nie miałem siły kontrolować na ile biegnę, chciałem utrzymać 3:25 chociażby, ale nie było z czego i to kompletnie. Finisz na stadionie jakiś tam był, ale to było tylko 200m zrywu, a całe poprzednie 10 kilometrów to był dramat. Czas na końcu wyszedł więc zupełnie inny od planowangeo:

3:27:45

 Na stadionie położyłem się na murawie i nie miałem siły wstać. Oj fajnie było tak poleżeć, w końcu zwlokłem się bo kolega czekał - wziąłem co nieco do zjedzenia, a było tego tam sporo i poczłapałem na trybuny. Ech ciężko się wchodziło :) na górze zdjęcie, depozyt i szybko ruszyliśmy do hotelu bo mieliśmy przedłużony pobyt żeby się ogarnąć. Udało się całkiem fajnie - mimo że znowu był przed nami długi marsz do komunikacji publicznej (bo taksówki internetowe znowu nie podjechały) ale w hotelu udało się wykąpać, przebrać, wymeldować i podjechać na jakieś typowo niemieckie jedzenie.

No a potem to już w sumie na lotnisko, zakupy dla rodziny i przed 22-gą byłem w domu.

Spodobało mi się na tym wyjeździe - mogłoby tylko być troszkę dłużej - np. wylecieć w piątek wcześniej rano i wrócić w poniedziałek. Miasto ładne, chociaż za mało go zobaczyłem. Nie było też typowego Oktoberfest mimo że przecież byliśmy tam w październiku (no bo covid - jak zwykle teraz). Myślę że muszę tu jeszcze się pojawić z całą rodziną na typowe zwiedzanie - warto. 

To teraz muszę naprawdę odpocząć - piszę to po tygodniu od biegu i od dzisiaj odpoczywam całkowicie od biegania. Coś mnie ciągnie w okolicach pachwiny prawej - chcę odpocząć żeby sobie nic nie uszkodzić i móc jeszcze na wiosnę w jakimś ładnym miejscu pobiec maraton. Właściwie to już jestem zapisany, ale to może zostawię sobie coś na następny wpis żeby nie tak wszystko na raz :) Podoba mi się to bieganie więc jeszcze nie odwieszam butów na kołek, mimo że mi nie poszło z wynikiem to sam bieg był bardzo fajny, z plusów muszę jeszcze wymienić że zagrały buty, ubiór (żadnych otarć, pęcherzy itp), odżywianie przed iw trakcie biegu - no było super. Kurcze próbowały mnie łapać w końcówce ale nie złapały (nie wiem czemu, przecież wolno biegłem więc im nie uciekłem przecież ;) ). Jednym słowem - tak ogólnie to fajnie było!


50 tysięcy kroków tego dnia...

I trochę statystyk:







ADs