wtorek, 13 października 2015

Poznań Marathon


Nogi bolą. W sumie co mają robić - wczoraj się nieźle napracowały. To był mój dwunasty maraton i po każdym jest lepiej, ale nie oszukujmy się - po takim wysiłku musi boleć.

Wyzwanie Runners World
Żeby nie przedłużać to zacznijmy, tak dla odmiany: od początku. A zaczęło się to wszystko od mojego zapisania się do Wyzwania Runners World. W pakiecie dostałem opiekę (zdalną) trenera przez 19 tygodni, koszulkę jak widać na zdjęciu powyżej, no i start w poznańskim maratonie połączony z opieką przed i po starcie oferowaną przez redakcję Runners World. Ta opieka to logistyka przed i po starcie, masaż za linią mety, zdjęcia zaraz po biegu i oczywiście krótka notka w grudniowym numerze Runners World - nie mogę się doczekać kiedy ją tam wypatrzę!

Jak widać na zdjęciu Wyzwanie Runners World jest dość popularne wśród naszej Blogaczowej braci. Od lewej jest bowiem Bartek z koszulką z roku 2013, Marcin w koszulce z roku 2014 no i ja, niżej podpisany w tegorocznej koszulce. To właśnie chłopaki opisali tą akcję i to mnie przekonało żeby też spróbować choć raz pobiegać z trenerem. Trenował mnie Kamil - jeden z trzech trenerów tej akcji, a jak poszło - oceńcie sami, ja opiszę swoje wrażenia w oddzielnym wpisie później. Biegałem dzielnie przez te 19 tygodni po 6 razy w tygodniu, średnio po 80-90km tygodniowo (zdarzało się i 100km). Osiem dni wcześniej nabiegałem 39:20 w Kozienicach na dychę więc czułem się gotowy. Chciałem pobiec 3:05-3:07 tak jak pisałem.

Expo
Do Poznania pojechaliśmy całą rodziną, jednak z powodu zimna nie pozwiedzaliśmy. Poszliśmy na obiad (makaron po raz pierwszy), potem na expo odebrać pakiet. Ja odbierałem w namiocie Runners World i dostałem tam małą odprawę wraz z innymi "wyzwaniowcami", kilka słów od trenera, od dietetyka, zjadłem co nieco (makaron po raz drugi) i szybko do rodziny która czekała obok na expo. Było to całkiem fajne expo w moim odczuciu. Nie jest to Paryż czy Berlin, ale na taką wielkość biegu to było naprawdę fajne - ilość i różnorodność stoisk na dobrym poziomie.

Nocleg
W hotelu byliśmy znowu już wieczorem więc kąpiel, paciorek i spać. Jednym z plusów posiadania małych dzieci na wyjeździe maratońskim jest to że człowiek kładzie się wcześnie spać :) O 22:00 już słodko spałem. Zwykle śpię bardzo dobrze, ale w przedmaratońską noc mam zwykle wyjątki, oczywiście tak było: pobudka, patrzę na zegarek: trzecia. Próba spania, chyba się udało, w końcu o 5:45 wstaję bo to nie ma już sensu, na 6:00 jest nastawiony budzik. Cicho żeby dziewczyn nie pobudzić wymykam się z pokoju, jem śniadanie - już jeden maratończyk też jest na sali. Biegnie na taki sam czas jak ja - zapomniałem o nazwisko się spytać czy się przedstawić - nie wiem nawet czy mu się udało. Grupa niemieckich turystów zaczyna się pojawiać na śniadaniu to uciekam.

Przed biegiem
W pokoju już nie śpią - kończę ablucje i zbieram się na start, mam być o 8:00 w namiocie Runners World. Oczywiście wychodzę za późno i zaliczam niecały kilometr truchtu żeby się nie spóźnić. Spóźniam się 5 minut, ale i tak czekamy na innych spóźnialskim kolejne 5 czy 10 :) Dostaję burę od trenera że przyszedłem w krótkich gaciach (ale mam przecież kompresy do kolan! :) ). Dobra, zdjęcie z blogaczami, ostatnie instrukcje i idziemy na rozgrzewkę. Truchtamy, ćwiczonka i na start! Tam zabierają od nas ostatnie ciepłe rzeczy i... idziemy z Bartkiem razem do strefy startowej w granicach 3:00-3:15. Bartek biegnie na 3:00 a ja staję w połowie strefy no bo 3:07. Temperatura około 1 stopnia, zimno okropnie! Ja na krótko, ale mam worek foliowy pamiętający mój debiut maratoński w Paryżu (rozdawali na mecie), do tego cienki rękawiczki materiałowe, rękawki (też z Marathon de Paris) i opaska na uszy - jest dobrze! 

Start
Czuję się mocny i czekam na start, biorę trochę żelu przed startem, jeszcze modlitwa, stres (nerwo-sik był tuż przed wejściem do strefy), muzyka trafia do mnie wtedy, ale zupełnie nie pamiętam teraz co to było - chyba Rydwany Ognia. Lecimy! Ja w tym niebieskim płaszczo-worku foliowym wyglądam pewnie jak zjawisko, ale lecę. 

Pilnowanie pierwszej dychy
Ma być 4:30/km przez pierwsze 10km! Oczywiście trudno tego pilnować, ale nie jest źle. Pierwszy kaem w 4:30! Gdzieś około trzeciego zdejmuję foliowe wdzianko i rzucam na przystanku autobusowym za barierkę - koszy na śmieci nie mają na przystankach? Musiał być, ale nie widziałem go. Za jakiś czas zdejmuję opaskę na uszy i owijam na prawym nadgarstku - żal wyrzucać. Zbliża się piąty kilometr - zgodnie z wytycznymi dietetyka RW biorę troszkę żelu, ale często - zaczynam od piątego kilometra chyba. Popijam wodą, oczywiście zalewam sobie rękawiczki i od tego momentu zamiast grzać to by mnie wyziębiały. Lądują więc na chodniku. Później (dużo później) zsunę jeszcze rękawki na nadgarstki i to kończy mój striptiz tego dnia - do końca biegu będę wyglądał mniej więcej tak:


Oczywiście jak ten gość z tyłu w koszulce Wyzwania RW a nie człek z pierwszego planu :)
Po pierwszej piątce jest 22:18 czyli za szybko o 12 sekund tylko - mniej niż 3 sekundy. Jest dobrze. Teraz pilnujemy drugiej piątki. No tylko że jak są ostre zbiegi to przychodzi mi to trudno i po pierwszej dyszce jest 44:18 - razem 42 sekundy za szybko. Nie jest tak źle jednak - wychodzi średnia 4:26/km czyli minimalnie wolniej niż to co planowałem na ten dzień. A skoro mowa o zbiegach to...

Trasa
Podobno Polska jest płaska nie licząc gór. No więc dla biegacza jest zawsze źle - jak ma trenować podbiegi to jest wszędzie płasko. No nie mam nigdzie podbiegu przy domu, trenerze! Jak by jednak miał ten sam biegacz pobiec w tym miejscu zawody to nagle się okaże że "podbiegi, panie, wszędzie podbiegi!". I takie mam wrażenie po Poznaniu. Niby profil tego nie pokazuje, ale było tego naprawdę sporo:
Na podbiegach nie spinałem się mocno, na zbiegach starałem się odrabiać. Wychodziło to dobrze, aż za dobrze. Liczyłem w pamięci ostro (nie wydrukuję sobie opaski na rękę, za dużo zachodu!) i starałem się biec po 4:23/km - nadrabiając "stratę" z tej pierwszej spokojniejszej dychy. Zaczęło mi niestety kiełkować w głowie żeby dobiec w 3:05 i zacząłem powoli odrabiać stratę względem tego planu. Tak mi wynikało z wyliczeń w głowie, ale jak teraz patrzę na międzyczasy to wychodzi na to że biegłem po 4:23/km czyli według planu na trochę ponad 3:06 na mecie.
 
Kibice
A na trasie tymczasem - wiadomo, kibice. Trzeba o nich trochę napisać bo było ich niemało a w dodatku wielu z nich bardzo żywiołowych. Dziękuję wam wszystkim za te te okrzyki, walenie w patelnie i cokolwiek tam robiliście. Za te tablice "uśmiechnij się jak biegniesz bez majtek" i tak dalej :) To naprawdę działa - człowiek od razu się mobilizuje i zapomina o tym że przed chwilą już nie miał sił.

 
Kilometry, kilometry, obsługa i bufety
Łatwo się teraz pisze, ale w Poznaniu trzeba było biegać. Co chwilę biorę troszkę żelu - nawet mi nie przeszkadza że biegnę z tubką w łapie. Popijam, obsługa na maratonie i punkty odżywiania bardzo dobre. W sumie jak biegnie się raczej z przodu to tłoku nie ma, mam nadzieję że i później też tak było. Mija kilometr 15 i 20 - ja cały czas trzymam się tempa rzędu 4:23/km. Skacze ono, no ale co zrobić jak podbieg albo zbieg jest co chwila.

Półmetek
Na półmetku czuję się bardzo silny, chcę przyspieszać ale to mój dwunasty maraton, wiem że najpierw są 32km rozgrzewki a potem 10km wyścigu więc czekam. I dobrze robię, jak się okaże. Na razie łykam kolejne małe łyki żelu i popijam na każdym punkcie wodę. Co prawda zaczyna mnie nużyć ten żel i mniej go biorę (bardzo mało), ale biorę.
Zaczynamy właściwą zabawę
Dochodzimy do kilometra 32 - wciąż jest dobrze, tempa wchodzą super 4:23/km a nawet poniżej. Na 35-tym kilometrze mam 2:34:44 czyli estymowany finisz w 3:06:32! Wtedy jednak zaczynam odczuwać już często to co pojawiło się po raz pierwszy już kilka kilometrów wcześniej - skurcze z tyłu w udach. Na szczęście nie są to skurcze które trzeba rozciągać, mogę biec, ale jak zwykle: nie mogę przyspieszyć bo łapią mocniej. Jedno mnie pociesza: tempo nie spada mocno, jedynie 10sek/km i tak przez aż 4km! Zostało już tylko 3,5 kilometra!
Stadion
Bardzo fajny pomysł, naprawdę - w Gdańsku było identycznie. To daje kopa, tylko po pierwsze kto zamówił wiatr po wybiegnięciu ze stadionu (nie aż taki jak w Gdańsku gdzie miałem wrażenie że mnie zatrzymuje w miejscu) a po drugie kto wpadł na pomysł żeby ustawić barierki w labirynt Minotaura zaraz po wybiegnięciu ze stadionu? Biegniemy takimi agrafkami po 75 metrów w lewo i w prawo i w lewo - normalnie kolejka jak do bramek na Okęciu. Psychicznie trochę padłem, liczę ile mam i czy po 4:30/km dam radę coś fajnego mieć na mecie. Sił brak, skurcze łapią jak próbuję przyspieszyć, gdzie ta meta?!?

Meta
No nie tak szybko, ale ostatnia długa prosta i jest! Widzę przede mną jeszcze kolegę z Wyzwania Runners World, poznałem po plastrach kolorowych i niebieskiej koszulce. Chcę finiszować, on też przyspiesza, daję wszystko z siebie, ryzykując że skurcze zrobią ze mnie Pinokia, finisz jest długi, wyprzedzam, wpadam na metę i czuję się jak gość na tym zdjęciu:

a na serio widać mnie z tyłu po lewej stronie - tam jeszcze lecimy łeb w łeb, ale na mecie byłem pierwszy i (podobno) pierwszy z wszystkich "wyzwaniowców" Runners World których było 50 osób (chyba 40 wystartowało).

Wynik netto: 3:08:28

Podsumowanie
Bardzo dobrze będę wspominał ten maraton. Dziękuję ekipie Runners World za organizację tej akcji. Myślę że mimo że to kosztuje to polecam innym. Koszt jest dużo niższy niż sama opieka trenera, a mamy dużo innych rzeczy w zestawie (patrz pierwsze akapity). Poznań zapamiętam bardzo pozytywnie, a jeśli mnie czegoś nauczył to paru rzeczy: pierwszy raz rozwiązał mi się but na zawodach (skleroza, nie zawiązałem podwójnie), odpadłem tylko na ostatnich trzech kilometrach!!! Sukces bo zawsze to było dużo więcej. Straciłem względem planu tylko dwie minuty (nawet 1,5 jeśli liczyć od 3:07) - znowu pierwszy raz tak mało. Druga połówka tylko 1:50 wolniej niż pierwsza - też nigdy tak dobrze nie było. Bartek łamał trzy godziny i zabrakło mu 66 sekund - i to też dopiero te ostatnie 3km go sponiewierały, inne osoby mówiły o tym samym, więc może oprócz mojej dyspozycji i taktyki trochę dał nam wszystkim w kość ten wiatr? Może na wiosnę będzie już wreszcie wymarzone przyspieszanie aż do końca? Ja w każdym razie uwierzyłem w siebie - że te ostatnie 3km dam radę na wiosnę nie zwolnić! 
Jeszcze wspomnę o odżywianiu - wziąłem tylko trzy żele w sumie (plus jeden niecały tuż przed biegiem) - to też mogło zaważyć na moich ostatnich 3km, muszę następnym razem kupić więcej mniejszych żeli. Wydrukować opaskę na rękę. Acha i zawiązać porządnie buty :)

Podziękowania
Ekipie RW już dziękowałem powyżej, trenerowi Kamilowi też należą się podziękowania za opiekę przez te 19 tygodni - widać po moim wyniku że skutek był bardzo dobry (poprawa o 6,5 minuty z 3:15 w 19 tygodni...). Dziękuję oczywiście i rodzince i żonie, ale to już lepiej osobiście ;)
Więc jak ktoś spyta czy warto pojechać do Poznania - odpowiem: warto, organizacja super i samo miasto bardzo ładne. Trasa nie jest bardzo łatwa, ale też i nie ma tragedii. Jak widać po wyniku moim i kolegów i koleżanek - rekordy padały w niedzielę jak muchy :)

Trasa

Kilometry - cieszy mnie że końcówka nie była tragiczna


No i międzyczasy - do 35km super (właściwie do 39km było super)


 




4 komentarze:

  1. Leszku, jeszcze raz gratuluję! Uśmiałam się nieźle z tego, że, kiedy trzeba trenować podbiegi, to ich nie ma, a na zawodach - no właśnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Z tymi podbiegami to oczywiście autopsja :)

      Usuń
  2. Leszek, wielkie i szczere gratulację. Jesteś jakby nie patrzeć zwycięzcą i mistrzem tegorocznej edycji RW :)
    Fajnie było Ciebie spotkać dzień wcześniej :)
    A ostatnia prosta na Grunwaldzkiej to była właśnie niczym bitwa pod Grunwaldem.
    Każdy tam ostro walczył :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam nie wiem jak to możliwe - chyba w tym roku nie było harpaganów, nie zdążyli się zapisać pewnie :) Ta ostatnia prosta naprawdę dała ludziom w kość! Dzięki!

      Usuń

ADs