wtorek, 25 marca 2014

Maratona di Roma


I już. Tak po prostu - bieg, bieg i po biegu. Jak zawsze gdy na coś długo czekamy, właściwie to w tym przypadku nie tak całkiem bezczynnie :) czyli raczej: trenujemy, szykujemy fizycznie i mentalnie, a potem pstryk i po zabawie. No cóż, taka już ta nasza ziemska egzystencja - czas jest kluczowy bo bez niego nie było by tego czekania, przygotowywania się i samego momentu gdy chwila nadchodzi. Chwila która tak dokładnie to miała nie być taka krótka - trwała ponad trzy godziny. Nie zanudzając już więcej o przemijaniu przejdźmy do sedna.
Sedno zaczęło się w piątek - wylot do Rzymu. Jak się okazało już na lotnisku w Polsce zaczęliśmy spotykać biegaczy lecących na maraton do Rzymu. Najbardziej zapamiętałem grupę ambasadorów New Balance. Jeśli ich zadaniem było nie dać się nie zauważyć i nie usłyszeć to się udało. 
Na expo pojechaliśmy w sobotę. Dobrze zrobiliśmy że poszliśmy dość wcześnie - przed 10. Kolejka wyglądała na sporą ale bardzo szybko weszliśmy do środku. Gdy z expo wyszliśmy to trudno było nawet dojrzeć koniec kolejki! Na samym expo odbiór pakietów był bardzo sprawny - trzeba było mieć ze sobą wydrukowane potwierdzenie (jak się nie miało można było wydrukować przed wejściem na expo na stanowisku). Potem pakiecik z paczką makaronu i ulotkami, przy drugim okienku koszulka i już można było iść na zakupy. W sumie najpierw warto było zajrzeć na pasta party - było po drodze, przed wejściem na główną halę. Na pasta party do wyboru dwa makarony, oba świetne - idealnie al dente, z dobrym sosem i duża porcja, do tego butelka wody. Jak dla mnie - idealnie jak na pasta party (choć i tak Wiedeń bije konkurencje na głowę ze swoim Kaiserschmarnn). 
Następna świetna sprawa - kawiarenka. Ja nie piję w ogóle kawy, ale moja ślubna jest dla mnie wyrocznią - podobno kawa była świetna. Potem już sama część handlowa. Ceny różne - od naprawdę niskich typu 10 euro za koszulkę techniczną jakiejś średniej firmy typu "new line" do 100 euro za cienką jak papier wiatrówkę New Balance. Swoją drogą była świetna - z nadrukiem tego maratonu i gdyby nie ta cena to na pewno byłaby w naszej szafie (po damskiej stronie bo to róż był). Moim zdaniem wybór i ceny były ogólnie dobre. Trochę nam rzeczy do biegania przybyło po tym dniu. Udało mi się też kupić zestaw odżywek na maraton Evervit - nie dałem rady przed wylotem żadnego żelu kupić. 
Po expo pojechaliśmy jeszcze troszkę pozwiedzać, zjeść kolację na mieście i spać do hotelu. W ciągu dnia rano troszkę pokropiło, niestety prognozy na następny dzień były jeszcze gorsze, no i się sprawdziły...

W niedzielę rano pobudka i śniadanie. Tutaj mała dygresja: nocowaliśmy w Domu Pielgrzyma "Sursum Corda". Działa on jak hotel, są śniadania, można zamówić obiado-kolację, nawet transfer z i na lotnisko. Było nas tam więcej maratończyków (pozdrowienia dla Konrada i Zbyszka!) i nie było problemu żeby w niedzielę śniadanie było przygotowane wcześniej. No tylko że siostry nie wiedzą co powinni jeść na śniadanie maratończycy (a my o tym nie pomyśleliśmy) i dostaliśmy kiełbasę z wody :) Zresztą bardzo smaczną, polską kiełbasę i pożarłbym ją całą od razu po tym włoskim jedzeniu, tylko że nie dwie godziny przed maratonem :) Na szczęście były bułki i słodkie dżemy owocowe. Bardzo fajnie było tam nocować - jak szukacie noclegu w Rzymie to polecam (acha i jest taniej niż w hotelach, a standard i obsługa lepsza).
Po śniadaniu zebraliśmy się grupką trzech biegaczy plus dwie kibicki i pojechaliśmy metrem na start. Organizatorzy wszędzie ogłaszali że stacja metra Koloseum będzie zamknięta, trzeba jechać dalej i dojść piechotą - oczywiście okazało się że jest otwarta ta najbliżej startu. Z drugiej strony organizatorzy pisali że może się start opóźnić o dotrzymali słowa - było opóźnienie 7 minut :) jednym słowem - "włoska organizacja" :)
Na starcie tłumy, przejścia na wąskie dla kibiców, w dodatku zaczęło mocno padać. Jak grzyby po deszczu wyrośli obnośni "sprzedawacze" parasoli i foliowych peleryn i jeszcze utrudniali przemieszczanie się tym tłumom. Nie wiem czemu organizatorzy wpadli na pomysł żeby oprócz zapisanych prawie 20 tysięcy maratończyków uruchomić prawie w tym samym miejscu i prawie tym samym czasie bieg "RomaFun" na 5km. Z bagatela 80 tysiącami biegaczy (!!!) to daje 100 tysięcy biegaczy. Nie wiem ile osób naprawdę przyszło bo sporo wystraszyło się mocnego deszczu. Podobno maraton ukończyło 14 tysięcy - a zapisało się około 20.000. 
Najgorsze jednak było to że tuż przed startem była najmocniejsza ulewa. Padało tak że ludzie nie szli na start tylko chowali się pod drzewami, daszkami samochodów - tirów które służyły za depozyty i gdzie się dało. Ja też się skryłem pod drzewem i czekałem. Wiatr był zresztą taki że drzewa niewiele dawały - tak zacinało. Po żartach z biegaczami że dobrze że mam zegarek do triathlonu albo pytaniach czy te opaski na łydki są wodoodporne stwierdziłem że lepiej nie będzie - trzeba iść na start. Przed wejściem do stref kolejka straszna - aż dziw ale Włosi naprawdę pilnowali wejścia do strefy czasowej wg deklarowanego czasu ukończenia przy rejestracji. Z tego powodu wystartowałem ze środka mojej strefy, która zresztą była strefą 3:30 - 4:00 a ja biegłem na 3:20. 
Na starcie: tłok, wydawał mi się większy niż w trzykrotnie liczniejszych pod względem biegaczy Berlinie i Paryżu gdzie biegłem. Z tego powodu pierwszy kilometr to strata 30 sekund (UWAGA: to było tak naprawdę 12 sekund - na końcu to wyjaśnię - czemu ja zmierzyłem co innego niż organizatorzy) względem planu który zakładał biegnięcie równym tempem. Deszcz zelżał i biegło się fajnie. Postanowiłem nie rwać tempa i powoli odrabiać tą stratę. Udawało się całkiem sensownie, biegłem spokojnie i wypatrywałem znaczników kilometrowych na których łapałem okrążenia moim garminem. Co 5km były punkty z wodą a w połowie między nimi z gąbkami z wodą do chłodzenia. Trochę to śmiesznie wyglądało w sytuacji gdy padał deszcz, ale naprawdę nie tylko korzystałem z tych gąbek - co najmniej po 2 na każdym punkcie. Dodatkowo brałem wodę jak tylko się dawało w małych butelkach i oprócz picia jej wylewałem ją sobie na głowę. Deszcz nie padał cały czas, było nawet chwilami trochę słońca i tak na 6-7 kilometrze czułem że jest mi za gorąco. Wtedy ta woda wylewana na głowę ratowała mi życie - gdyby nie doświadczenie z Wiednia to pewnie bym o tym nie pamiętał i przegrzał się. A tak biegło się super, około 10-go kilometra zagadał mnie kolega z Polski z którym biegliśmy już od tego momentu cały czas. 
Na punktach odżywczych były jakieś łakocie, ale ja miałem tylko swoje "jedzenie". Dwa żele (właściwie galaretki) przed biegiem, dwa żele (płynne) na bieg i dwie tabletki - czyli zestaw Enervit'a. Te galaretki trudno wmusić w siebie, ale przed biegiem można to jakoś zrobić na spokojnie z popijaniem. Natomiast te płynne na bieg są świetne. 
Trasa w Rzymie jest trudna - dużo zakrętów i chyba połowa trasy (podobno trochę mniej) jest po kostce brukowej. Ja biegłem w butach startowych - adizero - i do tej pory bolą mnie stopy od tej kostki brukowej. Żona mówiła że widziała jak trójkołamacz biegł w tych najbardziej amortyzowanych Nike'ach które i ona używa do biegania. To był dobry pomysł - na taką nawierzchnię. 
Tymczasem ja dalej biegnę. Co dziwne - czuję się znakomicie, żadnego zmęczenia a tętno spadło. Na poczatku było za wysokie - na treningach na tym tempie 161 a tutaj nawet 165. Tylko że tutaj mam prawie cały czas podbieg albo zbieg. Na profilu tego za bardzo nie widać:


ale to dlatego że na tej skali (poziomej) tych niewielkich podbiegów i zbiegów nie widać - zlewają się (tak mi się wydaje). Widać natomiast dwa spore podbiegi - 10 i 13 metrów na 29 i 40-tym kilometrze. Co ciekawe to chyba czujnik tętna zwariował od tego ciągłego polewania wodą i od 23-go kilometra uparcie pokazywał tętno w granicach 155.
A ja - cóż, czułem się świetnie, w okolicach 26-27 kilometra powiedziałem koledze że czuję się na tyle dobrze że mam ochotę przyspieszyć. Oczywiście nie przyspieszyłem i czekałem na 32-gi kilometr - jak to mówią: maraton to wyścig na dychę z 32-kilometrową rozgrzewką. Czekałem i.. nic - po 32-gim kilometrze było coraz trudniej, ale tempo wciąż to samo. Po znaczniku 34-go kilometra zacząłem odczuwać problem, ale spiąłem się i tempo spadło tylko o kilka sekund. Po 35-tym kilometrze było już tylko coraz gorzej. Jak teraz patrzę na wykres z endo to widzę że tak naprawdę jeszcze 36km też był w porządku:


Garmin zarejestrował 42,9km, ale po pierwsze - patrz notka na końcu odnośnie pomiaru czasu (to dołożyło około 80m) a po drugie zawsze przebiegamy więcej niż 42,195km bo nie biegniemy po trasie atestacji. W sumie jeszcze po trzecie dochodzą przekłamania ze względu na niedokładność pomiaru odległości przy użyciu sygnału z satelit. Jak by zsumować 36 i 37km wg endo to wyjdzie że były w dobrym tempie (tam był tunel i garmin stracił sygnał, stąd uciął 36-ty km a wydłużył 37-my chyba). Tylko 5 następnych kilometrów było strasznie słabych - w nich był ten podbieg pod Koloseum na mecie. Za nim zaraz potem był zbieg aż do mety gdzie dałem radę jak widać nieźle przyspieszyć: ostatnie 900m które garmin zliczył wyszło po 4:35/km, finisz 4:18/km. 

Jakie były plusy: dałem radę poprawić moje przygotowanie do maratonu - nigdy jeszcze nie wytrzymałem równego tempa tak długo a opadnięcie z sił nie było tak małe (i tak ogromne przecież bo całe 5 minut). Mam wrażenie że naładowanie się węglami było prawidłowe - choć jak pisałem wczoraj chyba można by to samo osiągnąć bez głodzenia się przez trzy dni. Odżywianie w trakcie maratonu - bardzo dobre, chociaż następnym razem wezmę jeszcze jeden płynny żel. Nawadnianie przed maratonem - bardzo dobre - miałem trzy silne kurcze mięśni w trakcie biegu (uda z tyłu nad kolanem w obu nogach), ale nie musiałem się zatrzymać ani nawet zwolnić - po prostu udawałem że nic się nie stało i biegłem dalej :) zadziałało. Nawadnianie w trakcie maratonu - tylko raz miałem uczucie że za mało wypiłem na punkcie.
Co nie wyszło: przede wszystkim strata 5 minut względem planu. Już niewiele brakuje - marne 5-6 kilometrów wydłużyć moment odcięcia - myślę że dam radę następnym razem. Źle dobrałem buty - stopy bardzo ucierpiały na kostce brukowej, w dodatku przez te ciągłe zbiegi mam dwa czarne paznokcie i pewnie się z nimi pożegnam :( Nie wziąłem folii na start przez co bardzo tam zmokłem. W końcu za późno dotarłem na start i musiałem startować z tyłu przez co straciłem czas na starcie.

To teraz trochę zdjęć a na końcu będzie notka - wyjaśnienie dlaczego mój czas jest inny og tego oficjalnego :)

Elita czyli czołówka
Elita inaczej czyli ja :) a w bbiałej czapeczce kolega który mi pomagał aż do 35km kiedy odpadłem
Meta przed moim przybiegnięciem - deszcz padał z przerwami przez cały bieg
Tak, to ja walczę z ostatnimi 100 metrami
Drugie zdjęcie żeby udowodnić że finiszuję i wyprzedzam :)
I już uśmiechnięty z medalem na szyi. Zaraz po tym jak dobiegłem była ulewa i przebierałem się szybko w suche rzeczy - stojąc na deszczu. A po chwili jak tu widać - znowu przestało padać.
Strefa startu i mety a tle ponad 2 tysiące lat histori

Przy wyjściu z expo można było się sprawdzić - czy "czip" działa
Czas z mojego garmina.

No i nadszedł czas na notkę o tym jak moim zdaniem to się stało że ja zmierzyłem 3:25:23 a orgi twierdzą że 3:25:01. Jedyna sensowna odpowiedź jaką widzę to jest ta że różnica była na starcie. Ja włączyłem zegarek po przebiegnięciu przez to co myślałem jest linią startu a to chyba była linia mety (w tym samym miejscu). Start musiał być chwilę dalej co w tym tłumie przegapiłem i stąd 22 sekundy różnicy. międzyczasy z endo (więc co cały km liczone) pokazują że pierwszy km przebiegłem w 4:56 czyli 12 sekund wolniej niż plan, a ja jestem pewny że na pierwszym znaczniku kilometrowym (który zauważyłem chwilę za późno i go nie złapałem na garminie) miałem prawie pół minuty straty. W sumie pewności nie będę miał już nigdy - przy włoskim poziomie nonszalancji równie dobrze może być i tak że to mój pomiar jest prawidłowy :) Jednak skoro i tak nadłożyłem prawie 700 metrów to nawet biorąc pod uwagę błędy pomiaru i tak mogę spokojnie stwierdzić że mój obecny wynik w maratonie to
3:25:01

20 komentarzy:

  1. Hej,
    pozdrawiam, chyba Cię widziałem na pasta party z żoną,ale jakoś nie bylem pewny i nie zagadałem. Gratuluję wyniku! Mój pierwszy raz i 4:44 :) Co ciekawe mi endo pokazało 43,5 km - żona się śmiała że na kawę gdzieś skoczyłem po drodze:) Mam bardzo podobne odczucia z całej imprezy tak jak to opisałeś powyżej. Ja startowałem ze strefy D, 1. rzeczywiście foliowa pelerynka chyba będzie przed startem obowiązkowa, czy to będzie chronić przed deszczem czy po prostu ogrzewać 2. Strasznie mi przeszkadzało jak osoby z różnych krajów ścinały zakręty, przebiegało za taśmy i w ogóle oszukiwało. Nie rozumiem tego i to ludzie biegnący na 4-5 h , tak jakby kilka minut robiło im różnicę. Widziałem że paru cwaniakom się głupio zrobiło jak wyzwałem ich od "cheater-ów" 3. Słabo wyglądało jak przy trasie stało kilkudziesięciu? kolesi i sikało na skutery, samochody, stare rzymskie ruiny itd. Mnie też przycisnęło na trasie ale jakoś zrobiłem to bardziej dyskretnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, na maratonie jak i wszędzie, szerzy się chamstwo i brak szacunku... a oszukiwanie samego siebie to już szczyt głupoty.

      Usuń
    2. Gratuluję debiutu! Chociaż pewnie nie było zbyt ładnie jeśli chodzi o pogodę jak na pierwszy raz :) Co do ścinania zakrętów to nie patrzyłem na to, jakoś byłem tak przejęty swoim biegiem że nie pamiętam takich sytuacji. W sumie ja też raz przebiegłem za kibicami ale to było nadłożenie drogi a nie ścięcie zakrętu :) po prostu na samym początku był taki tłok że obiegłem grupkę kibiców. Raz też potem na trasie przebiegłem po chodniku na zakręcie - zadziałał instynkt stadny przy takim zmęczeniu, ale to było z dobrej strony taśmy. Generalnie nigdy nie ścinam zakrętów bo zgadzam się że oszukiwanie żeby skrócić drogę to jakaś paranoja - ręce opadają. No ale wiesz... to przecież Włosi - oni tak ze wszystkim robią :)
      Z podlewaniem skuterów i ruin to dobre - nie widziałem, sikali rzeczywiście w wielu miejscach ale tego akurat nie widziałem :)

      Usuń
  2. biegać w takim pięknym miejscu - zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię turystykę maratonową - fajne to bo można i pozwiedzać i pobiegać. Za 360 dni kolejna edycja :) !

      Usuń
  3. Jeszcze raz gratulacje! Bardzo fajna relacja :) Twój wpis dowodzi, że żeby nie wiem jak precyzyjne były treningi sam maraton to loteria - albo wygramy idealne warunki, albo będzie lekko do dupy i dojdą dodatkowe utrudnienia (np. ulewa, np. tłok na starcie, upał itd.). Jak widać jednak poradziłeś sobie z tymi utrudnieniami super - o Rzymie słyszałam że to trasa piękna lecz trudna, więc myslę że z wyniku możesz być spokojnie zadowolony bo pewnie na płaskiej byś te 5 minut urwał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Pewnie aż 5 minut by nie dało rady, ale nieważne - bardzo dobrze będę wspominał ten maraton. Trudno rzeczywiście, ale nie o same wyniki mi chodzi w bieganiu.
      Właśnie to że wszystko musi zagrać w tym jednym momencie jest najfajniejsze w bieganiu maratonów. Dlatego biegam rzadko i przygotowuję się długo - dzięki temu każdy maraton ma dla mnie tak dużą wartość.

      Usuń
  4. Gratulacje! Bardzo lubię czytać Twoje relacje, dają obraz tego, na co zwracać uwagę przed konkretnymi imprezami. Wczoraj np. wczytywałam się w posty o Wiedniu, bo za trzy tygodnie biegnę ten maraton.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech Wiedeń był naprawdę jednym z najlepszych maratonów. Uważaj na temperaturę no i powodzenia! Zazdroszczę tego wyjazdu i tego słodkiego omletu podawanego w ratuszu na pasta party - był super dobry :) Powodzenia!

      Usuń
  5. Gratuluję pieknej życiówki przede wszystkim!
    Jak tylko przeczytałem o "galaretkach" Enervita, zacząłem się zastanawiać, czy Ci smakowały. Dla mnie to jest niejadalne :-I

    Ale, że do Rzymu przez Paryż leciałeś?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Galaretki były straszne, trzeba uważać żeby nie trzeba było ich jeść dwa razy ;))
      A z Paryżem to pomyłka - już poprawiłem - dzięki za info.

      Usuń
  6. Wygląda na to, że warunki i sam maraton były trudniejsze niż jako obserwator się spodziewałem. Tym większe gratulacje dla Ciebie. Brawo, gmina Lesznowola jest dumna:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Che che, gmina rządzi, gmina radzi, gmina nigdy was nie zdradzi! Dzięki, było podobno trudno, ale jak pisałem - mi to nawet podpasowało. Podobno elita biegła specjalnie wolniej ze względu na pogodę no i czas zwycięzcy nie był porywający - chyba coś ponad 2:09... dla mnie nawet gdy mocno lało to nie przeszkadzało tak bardzo. Zobaczymy w niedzielę co nam Warszawa zaserwuje :)

      Usuń
  7. jak zaczęłam czytać o deszczu, to przypomniało mi się moje zwiedzanie Rzymu sprzed ładnych paru lat: odbywało się w bardzo podobnych warunkach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba takie dość rzadkie w Rzymie, tak myślę - na te kilka dni które tam byliśmy to akurat w czasie maratonu była najgorsza pogoda. Zresztą tam potrafi lać mocno a za 30-60 minut świeci słońce :-O

      Usuń
  8. Deszcze w Rzymie nie są takie rzadkie, zwłaszcza od października do kwietnia ;) A i latem potrafi nieźle lunąć. Szkoda, że taką pogodę wylosowałeś na maraton - królewski dystans w deszczu to nic fajnego, ale wspaniale, że nie przeszkodziła Ci w zdobyciu nowej życiówki. Brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie było tak źle - przy mojej wadze bardzo się przegrzewam na maratonie więc nie narzekam jak pada. Ale na połówce to się jeszcze nie przegrzewam tak łatwo więc mam nadzieję na lepszą pogodę w niedzielę :)

      Usuń
  9. Mam pytanie odnośnie noclegu .Ile kosztowała jedna noc bo nie ma cennika na stronie domu pielgrzyma.A planuje udział w maratonie w 2015.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy było 65 euro za pokój dwuosobowy ze śniadaniem. Można dokupić obiadokolacje i transfer z lotniska. Ceny niskie jak na Rzym, standard i lokalizację.

      Usuń

ADs