Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 kwietnia 2022

Maraton Paryż 2022

Jakiś czas wpadłem na pomysł żeby dokładnie dziesięć lat po moim maratońskim debiucie pobiec maraton w tym samym miejscu – czyli Paryżu. Ten mój debiutancki opis możecie przeczytać tutaj. Wtedy było to dla mnie coś wielkiego, nieznanego i coś czego się bałem. Sam pomysł przebiegnięcia maratonu gdzieś tam u mnie w głowie się pałętał, ale nigdy nie podejrzewałem że byłbym w stanie go zrealizować. Dopiero jakoś w 2011 czyli w wieku 35 lat zacząłem regularnie biegać. Wciągnęło mnie to na tyle że od wakacji gdy zacząłem od biegania 5km raz na dwa dni doszedłem powoli do przebiegnięcia Półmaratonu Warszawskiego na wiosnę i to w czasie 1:38:xx – teraz z perspektywy czasu widzę że było to wielkie osiągnięcie. Wtedy oczywiście apetyt rósł w miarę jedzenia. Żeby mieć motywację zapisałem się na maraton w Paryżu – motywację miałem ja do treningów i Żona do wyjazdu ze mną :) więc w kwietniu 2012 udało się nam załatwić opiekę mojej Mamy dla naszych dwóch córek i polecieliśmy na weekend do stolicy Francji. Pamiętam że było już wiosennie, chociaż nie było ciepło, ale w porównaniu z Polską i tak dużo cieplej. Pozwiedzaliśmy co nieco, a ja przebiegłem ten mój maratoński debiut w czasie troszkę poniżej 4 godzin: 3:59:xx. Przed maratonem złapałem jakieś gruypo-podobne coś, niby się wyleczyłem jeszcze przed wylotem, ale bałem się cisnąć mocno (plan był żeby pobiec w 3:45) więc taki czas mnie ucieszył. Z tego maratonu przywiozłem Żonę która się przekonała sama z siebie do biegania, stojąc ze mną w kolejce do wejścia na expo i patrząc na te tłumy starych Francuzów i Francuzek którzy byli tacy wysportowani i pełni życia mimo zaawansowanego wieku łatwo się przekonać do tego hobby. I dzisiaj dziesięć lat po tamtym wyjeździe mamy oboje takie fajne hobby: biegamy sobie regularnie oboje, czasami razem, częściej oddzielnie bo małe dzieci wymagają opieki. Przez ten czas przybyła nam trzecia córka, ale nadal mamy to hobby i bardzo to jest fajne. Wyjeżdżamy regularnie na biegi – najczęściej to ja biegnę, ale zdarza się że kibicuję a biegnie moja Żonka.


W Paryżu już kwitły drzewa, trochę je chyba zmroziło dzień wcześniej...

Do każdego maratonu jakoś tam się przygotowuję, zwykle to 16 do 18 tygodni realizacji planu treningowego z książki, ale bywa że mam przygotowywany plan pode mnie. I tak było tym razem – celem był przebiegnięcie w dobrej formie i nie odpadnięcie w trakcie. Po drodze był start kontrolny w Wiązownie i wyszedł całkiem dobrze: przebiegłem równo i w tempie nawet troszkę lepszym niż by wynikało z wcześniejszej piątki pobiegniętej w City Trail. Na papierze wyglądało więc dobrze, miałem opracowaną strategię na ten bieg: pobiec na około 3:17-3:18 przy czy zacząć wolniej o około 7 sek/km i po pierwszej dyszce przyspieszać stopniowo.


Pogoda była w piątek straszna, pojechaliśmy z dziewczynkami do Disneylandu (jednak komercja wygrała) i był śnieg (!) i strasznie zimno. Nawet za dużo tam nie użyliśmy atrakcji, zresztą nie polecam za bardzo bo głównym zajęciem w tym parku jest czekanie w kolejkach. Patrząc na maraton wyglądało to źle: prognozy mówiły że temperatura będzie rano blisko zera, udało mi się dokupić bluzę termiczną pod kolor – identyczną jak w Monachium zresztą :) skarpetki cieplejsze i bandanę na głowę, byłem więc dobrze przygotowany. 

 


 

Podjechałem rano na start komunikacją miejską, udało się wszystko dobrze ogarnąć – toaletę, picie, jedzenie. 


 

 

Na starcie było zimno ale nie zamarzłem. Zresztą atmosfera była super – tak samo jak zapamiętałem to sprzed dziesięciu lat!


Miałem blok startowy na czasy 3:15-3:30 więc ustawiłem się na samym końcu bo nie chciałem się przepychać na starcie i dobrze zrobiłem. Mimo że to strasznie masowa impreza na ponad 40 tysięcy ludzi to nie było tłoczno bo puściłem przodem ścigaczy a sam wybiegłem na samym końcu i jak ich wyprzedzałem to było już szeroko więc bez tłoku.


Starałem się biec około 4:44/km żeby zacząć wolniej. W planach maksimum myślałem o 3:15 a minimum 3:20. Więc zacząłem 4:44 co jest czasem na 3:20 na mecie i planowałem tak przebiec pierwsze 10km a potem postarać się przyspieszyć o ile organizm pozwoli. Ustawiłem zegarek na obserwację tempa okrążenia i łapałem czas z oznaczeń kilometrowych. Czasami były trochę przesunięte moim zdaniem, zegarek czasami wariował gdy biegliśmy między wysokimi budynkami, ale w większości bieg był przez bardzo szerokie paryskie bulwary albo przez dwa duże parki (lasy de Viscennes na wschodzie i buloński na zachodzie). Początek wyszedł bardzo fajnie – biegło mi się dobrze, nawet zaryzykuję że lekko. Start jak zwykle spod Łuku Triumfalnego, potem obok kolumny na Placu Zgody, pałac Garnier przy operze, Plac Bastylii i tak minęła pierwsze dycha gdy wybiegliśmy z miasta do lasku de Viscennes. Złapałem czas 47:18 co oznacza że średnie tempo wyniosło 4:43,8/km – idealnie! Teraz spróbowałem przyspieszać, najpierw do 4:37. Trochę tempo mi się rwało – miałem tu wrażenie że to z winy przesunięć znaczników kilometrowych albo wariowania momentami zegarka, w każdym razie patrząc na średnią całej drugiej dych to wyszło dobrze bo zameldowałem się na 20km w 1:33:34 czyli średnie tempo drugiej dychy było 4:37,6/km. A sama trasa to było dokładnie całe dziesięć kilometrów po lesie de Viscenennes – bardzo fajne miejsce i przyjemnie się tam biegło.

Teraz czekało mnie 15km przez miasto ze wschodu na zachód. Muszę wspomnieć o paryskich kibicach. Na pewno część z nich to byli turyści, ale sami paryżanie robili świetną robotę – krzyczeli „allez, allez” dopingowali, byli bardzo głośni. Robili przewężenia jak na Tour de France – bardzo to było fajne i nie widziałem aż tak żywiołowego dopingu w innych miejscach. To też jeden z powodów dla których warto tu pobiec i wrócić tutaj.

Po chwili był znacznik półmaratonu – chciałem tam wbiec ze stratą około 70 sekund do planu maksimum 3:15 czyli w 1:38:40 a wbiegłem w 1:38:30 – czyli było to tempo na 3:17 na mecie. Teraz plan był aby zacząć odrabiać te stratę o ile się da. Czyli przyspieszyć dl 4:34/km i tym tempem przebiec już do mety i wbiec z czasem 3:15. I w sumie najpierw jakoś to szło, powiedzmy przez 5 kilometrów, ale 26-ty kilometr już był w prawie 5 minut i jakoś w trybie awaryjnym z tempami średnio 4:55/km dobiegłem do końca 31-go kilometra. I wtedy po prostu nie miałem już sił. Jest tam podbieg na którym sporo ludzi przechodziło do marszu i niestety ja też nie dałem rady. Miałem jeden z najgorszych „zgonów maratońskich” w karierze – te ostatnie 11 kilometrów było często przeplatane marszem, średnie tempo 6:35/km pokazuje że sporo było marszu.

No generalnie tragedia, odpadłem jak jakiś niewytrenowany zawodnik i chyba to dlatego że jednak za mało miałem długich biegów. Tylko jeden powyżej 30km – u mnie tak to się kończy w takich sytuacjach – czas na mecie:

 3:39:26


A co do pozytywów – ten cykl treningowy dobrze mnie przygotował do krótszych dystansów bo to jak się poprawiłem od jego początku wygląda naprawdę dobrze. Nie był zbyt agresywny więc nie miałem żadnej kontuzji i nawet po tak męczącej końcówce maratonu nie mam bóli and żadnych innych uszkodzeń, a w sumie to jest najważniejsze w moim bieganiu. Chciałbym przebiec równo – tak jak mi się to udało w Brukseli ostatnim razem, ale pewnie trzeba będzie do biegania włączyć więcej takich trzydziestek – ze 4-5 minimum. 


To teraz pomyślę co by tu zaplanować, trzeba to zgrać z planami startowymi Żony, z obozami i innymi atrakcjami córek, z wyjazdami wakacyjnymi całej naszej piątki – nie jest to prosta sprawa logistyczna :) Ale na pewno coś fajnego wymyślę bo po tym wyjeździe, mimo że sportowo to była trochę tragedia :) to jednak nadal podoba mi się to bieganie i turystyka maratonowa :)

czwartek, 19 kwietnia 2012

Maraton Paryż 2012

Wróciłem z wojaży więc wypada opisać ten wyjazd - zwieńczenie moich wielu miesięcy przygotowań. Będę pamiętać ten wyjazd z jednej strony jako pokrzyżowany przez choróbska ale z drugiej jako jednak udany, ale po kolei. Z góry przepraszam - będzie długo ale jak ma być skoro jest co opisywać a ja tyle czasu na to pracowałem?

Wylecieliśmy z żoną w sobotę rano - ja chory, ona na antybiotykach, jedna córka kończyła antybiotyki a druga jak się potem okazało też dostała antybiotyki w trakcie naszego wyjazdu. Na szczęście wyjazd był krótki a babcia zajęła się córkami bo inaczej wyjazd mógłby w ogóle się nie odbyć...

Jeszcze w sobotę zawieźliśmy bagaże do hotelu i pojechaliśmy odebrać pakiet startowy. Kolejka do wejścia na EXPO na Porte de Versailles była tak przeogromna że ludzie (i my też) z niedowierzaniem dopytywali się czekających czy to na pewno ta kolejka. Czekaliśmy na samo wejście około 50 minut mimo że prawie cały czas się przesuwaliśmy. W końcu po wejściu zdałem certyfikat medyczny i wydruk z moimi danymi (numer startowy itp) a w zamian dostałem pakiet startowy, czyli:
- numer startowy z przyklejonym od spodu czipem do pomiaru czasu
- broszurkę z informacjami
- kupę ulotek - reklamówek innych biegów, sprzętu itp
- plecak ortalionowy żeby to nosić
- frotkę na nadgarstek
- buff z logo maratonu
- torbę żeby złożyć rzeczy w depozycie i chyba jeszcze jakieś drobiazgi
Do zestawu startowego należy doliczyć w sumie to co się dostawało na mecie czyli koszulkę techniczną "finisher", medal, izotonik, banan i folię w kształcie kurtki z kapturem.

Na EXPO było bardzo fajnie - za 5 euro "od łebka" można było zjeść na "Rice party" - skorzystaliśmy, bardzo fajnie to urządzono chociaż stoły obłożone ceratą przypominały trochę klimaty Bareji. Za "piątaka" dostaje się porcję ryżu z mięsiwem (3 czy 4 rodzaje do wyboru) - porcje były dobre i jakościowo i ilościowo. Poza tym w cenie butla wody i banan.
Kupiłem też sobie spodenki do biegania (do kolana) Asicsa - czarne, z logo Maratonu Paryskiego, rękawki też tej firmy i z logo ale białe bawełniane a chciałem czarne z czegoś jak dri-fit tylko nie mogłem znaleźć. Poza tym koszulkę dla córeczki z logo maratonu i żona też coś sobie kupiła po czym EXPO uznałem za zaliczone.

Takie zdjęcie sobie zrobiłem na tle plakatu z zeszłego roku:


Spałem dobrze chociaż trochę dokuczała mi choroba. Kaszel i katar zwalczałem typowymi lekami ale w niedzielę rano nic nie wziąłem bo nie wiedziałem jak na lekach się biega. W hotelu niestety śniadania nie mogłem zjeść mimo że było wykupione bo w niedzielę serwują od 7:30 a ja o 8:45 miałem wybiec. Zjadłem więc sam w pokoju co tam miałem lekkiego i poszedłem na metro.

W metrze - wiadomo, wielu biegaczy. Najśmieszniej było na ostatnich 3 przystankach linią "1". Gdy wsiadałem to myślałem że się nie zmieszczę, jakoś się wcisnąłem. W środku biegacze z całego świata, wszyscy grzecznie jadą na maraton a tu na kolejnej stacji grupa wesołych południowców (Włosi albo Hiszpanie) też chce wsiąść. Dosłownie biegiem wparowali do wagonika rozgniatając nas na szybach i w dodatku uczcili to świetnymi humorami i śpiewając coś po swojemu przez resztę drogi :) !

Na starcie wolontariusze dobrze pilnowali stref startowych. W mojej najpierw było pusto:

Potem zaczęło być nie-pusto:


Aż w końcu było tyle ludzi że nawet i zimno jak by mnie było :) ja miałem ze sobą folię z Półmaratonu Warszawskiego i nie zmarzłem. Chociaż widziałem jak jedna biegaczka dosłownie cała się trzęsła bo po sygnale startu zdjęła folię - i to był błąd. Do momentu naszego startu minęło prawie 35 minut.
Mój plan na ten bieg był taki nijaki. Gdy zapisywałem się we wrześniu to podałem przedostatnią strefę startową - na czas 4:15. Marzyłem wtedy żeby w ogóle ukończyć maraton bo nie mieściło mi się wtedy w głowie że można przebiec ponad 40 kilometrów. Potem zacząłem regularnie biegać i zacząłem ambitniej oceniać swoje szanse. W końcu zacząłem plan treningowy i określiłem swój cel jako 3:45. Pod koniec tego planu przebiegłem półmaraton w czasie z którego wynika że maraton powinienem przebiec poniżej 3:30. Tak rozochocony dostałem młotkiem w głowę czyli się rozchorowałem. Przemyślałem więc wszystko i postanowiłem biec 5:20/km czyli na 3:45 od początku ale w razie braku sił postawiłem sobie za cel dobiegnięcie do mety o ile zdrowie pozwoli. Gdybym opadł z sił to pewnie zszedłbym z trasy bo najważniejsze było dla mnie nie zaprawić się i nie zrobić sobie jakiejś trwałej szkody na zdrowiu.
Tak przygotowany psychicznie zacząłem bieg w tempie około 5:20/km. Niestety gremlin mi wariował na trasie. Na całym maratonie dodał sobie ponad 500 metrów! Przez to zawyżał mi trochę tempo i uciekałem wirtualnemu partnerowi, ale powolutku i kontrolowałem tempo na oznaczeniach kilometrowych. Zresztą mam podejrzenie że gremlin wcale nie wariował tylko oni jakoś po wewnętrznych łukach tą trasę wymierzyli a w tym tłoku ja nadłożyłem te metry biegnąc czasami po zewnętrznej. Właśnie - tłok. Nie było  tak źle - mimo że bieg ukończyło prawie 33 tysiące biegaczy na trasie bardzo rzadko mi się zdarzyło że z powodu tłoku było niekomfortowo.
Trasa maratonu jest piękna, niestety praktycznie nic z niej nie zapamiętałem. Pamiętam Luwr na początku, potem bieg ulicami, wpadnięcie do Lasku Vincennes i zamek dosłownie jak z bajki Disney'a w tym parku! Potem pamiętam znowu długi bieg przez miasto, tym razem okraszony kilkoma tunelami (ale nie były za długie), bieg brzegiem Sekwany z wszechobecnymi kibicami, wpadnięcie do Lasku Bulońskiego i wypadnięcie na metę. Mam totalną tabula rasa w głowie w miejscu gdzie powinny być: Plac Zgody (Place de la Concorde), Plac Bastylii, i co gorsza: katedra Notre Dame i wieża Eiffle'a. Naprawdę nie widziałem tych zabytków a są ogromne i były tuż przy trasie! Co prawda byłem piąty raz w Paryży więc już je zwiedzałem ale dziwi mnie to że nie zarejestrowałem ich podczas biegu.
A teraz od strony biegowej: wystartowałem spokojnym tempem i co kilometr powtarzałem sobie "za szybko!" - bo było za szybko ale tylko kilka sekund na kilometr więc bez tragedii. Planowałem biec 5:20/km tyle ile się da i obawiałem się że z racji choroby będzie to tylko kilkanaście kilometrów więc nie szarżowałem. Bieg jednak "szedł mi" nadzwyczajnie dobrze. Tempo nie męczyło mnie, nos nie zatykał się katarem, kaszel męczył rzadko. Na 5 kilometrze pierwszy wodopój - dawali wodę w butelkach 330ml - wziąłem jedną i czątkę banana (ok. 1/3). Na 10km tak samo - samopoczucie bez zmian, butelka wody i cząstka banana. Wtedy wbiegliśmy do parku z tym bajecznym zamkiem. Na 15km znowu to samo - muszę przyznać że bitwa o życie przy wodopojach mnie przerażała. Nogi tańczyły mi kankana na ulicy pokrytej rozgniecionymi bananami, pomarańczami, rodzynkami, kostkami cukru i butelkami po wodzie. Dużo osób (ja też) wrzucało puste butelki do specjalnych pojemników za wodopojami ale i tak zostało tyle na ziemi że jazda na łyżwach bardzo się przydawała. W takiej sytuacji nabawiłem się jedynej mojej kontuzji w trakcie mojego pierwszego maratonu czyli dostałem w piszczel skrajem podeszwy od biegacza przebiegającego przede mną w bok. Nawet nie poczułem za bardzo, dopiero na mecie zauważyłem że rana ma ze 2,5cm długości (zdarta skóra).
Po wybiegnięciu z lasku na 20km znowu wziąłem zestaw standardowy czyli woda i banan i jeszcze biegło się dobrze. Na 25km poczułem bananofobię. Nie zjadłem tego obrzydlistwa ;) wody wypiłem trochę - poczułem że za dużo piję i jem a do mety już nie tak daleko. Biegłem równo, a tempo spadło mi dopiero przed 30km ale wtedy pomyślałem sobie - zostało 12km, tyle to sobie spokojnie biegasz wieczorami, dasz radę! Około 30km spotkałem kibicującą żonę dosłownie w tłumie innych kibiców. Od tego momentu zaczął się najcięższy odcinek. Nie wiedziałem co będzie za chwilę - nigdy jeszcze w życiu nie przebiegłem więcej niż 32km więc wkraczałem na terra incognita co gorsza w stanie chorobowym... Jak by tego było mało zacząłem odczuwać skurcze. Tego się obawiałem najbardziej - że mnie złapią takie skurcze że po prostu będę musiał stanąć i nic nie będę mógł zrobić. Biegłem więc coraz wolniej i przeliczałem w pamięci ile tracę. Chciałem się w jakiejś okrągłej liczbie zmieścić, po szybkim przeliczeniu wyszło mi że tracę około minuty na kilometr, skoro biegłem na 3:45 a zostało 12-13km to pomyślałem że mam szanse na wynik poniżej 4 godzin. Trzymałem się tego pomysłu i po prostu równo biegłem. Zające na 4:00 zaczęły mnie dochodzić i wyprzedzać (startowali jedną albo dwie fale przede mną bo ja z 4:15 a ich grupa 4:00 była podzielona na dwie fale) ale nie przejmowałem się tym - wiedziałem po czasie że mam nad nimi przewagę w netto. W końcu nadszedł skurcz - to był jedyny moment w trakcie całego maratonu gdy stanąłem ale po 10-15 sekundach rozciągnięcia mięśnia prawego uda (z tyłu u dołu uda) zacząłem truchtać i o dziwo - nie wróciło na tyle silnie żebym musiał przestać biec! Wbiegłem do Lasku Bulońskiego, dużo biegaczy już idzie, kibice krzyczą swoje "allez, allez!" ale ja już nie mogę, skupiam się na równym tempie i na tym żeby dobiec. Pamiętam znacznik "26 mil" - myślę sobie brakuje 0,2*1,6 - jakieś 300 metrów a nie widać linii mety! Kolejny zakręt, kolejny, kolejny i nagle... jest! Widzę baner i ostatnią prostą. Spiker krzyczy "podnieś ręce jeśli kończysz swój pierwszy maraton". A żebyś wiedział! Uniosłem najpierw otwarte ręce i tak biegnę w niewygodnej pozycji a jak potem zobaczyłem na filmiku na samej końcówce dłonie same zacisnęły się w geście zwycięstwa. Zwycięstwa nad sobą samym - jednak udało mi się to o czym myślałem przez wiele lat - przebiegłem maraton!!!


Tuż za linią mety - słabo to widać ale mam bardzo dużo białego proszku na całej twarzy - to sól z potu :)


Kilka sekund później i nawet miałem siłę się uśmiechnąć:


Wpadam na linię mety:


 Wreszcie mogę iść, starczy tego biegania na dzisiaj:


Dyplom z międzyczasami, widać że tempo do 30km było prawie idealne (strata 1:13 czyli poniżej 2,5 sekundy na kilometr na 30km do czasu na 3:45):


I to by było na tyle - teraz króciutkie roztrenowanie wymuszone całkowitym wyleczeniem tego wrednego kaszlu i wracamy do biegania :) !

środa, 1 lutego 2012

Moje boje z certyfikatem medycznym


Jak pewnie wiecie mój najważniejszy start tej wiosny to Maraton w Paryżu. Francuzi potrafią wiele dziwnych rzeczy wymyśleć więc i w sprawie maratonu mają coś specjalnego: certyfikat medyczny. Jest to oświadczenie podpisane przez lekarza które stwierdza że po przebadaniu delikwenta nie stwierdził przeciwwskazań żeby mógł on brać udział w zawodach biegowych. No i wiadomo - pieczątka i podpis. Zacząłem z tym tematem walczyć jeszcze w zeszłym roku - wydrukowałem ze strony maratonu ten certyfikat (i tak Francuziki się wykazali wielkim zrozumieniem i dołączyli wersję nie tylko po francusku ale też i po angielsku :) ) i z tym druczkiem udałem się do lekarza. Myślałem że to będzie prosta sprawa, tak jak pisali inni biegacze na forum bieganie.pl ale u mnie zrobiła się z tego większa zabawa.
Zanim jeszcze spotkałem się z lekarzem musiałem w rejestracji telefonicznej wyjaśnić o co chodzi - to już było wyzwaniem. Zostałem poinformowany że powinienem porozmawiać z lekarzem pierwszego kontaktu. Przy okazji wizyty z moją córką zapytałem więc o to lekarza. Nie było mowy żeby lekarz to tak po prostu podpisał bez skierowania do specjalisty :) w sumie było mi to na rękę - 35 lat już minęło więc EKG dobrze by było zrobić. Drugi telefon do rejestracji i umówienie się do kardiologa - najbliższy termin byłjednak wcale nie za bliski (a przychodnia "prywatna" bo firma wykupuje abonament). Ale OK - ja jestem cierpliwy, do maratonu jeszcze było około 4 miesięcy więc poczekałem.
Kardiolog po usłyszeniu słów kluczowych "certyfikat" oraz "maraton" wszedł w tryb "ja nie wiem co należy zbadać". Nie pomogły żadne tłumaczenie (nawet usilne) że oświadczenie jest tylko o tym że nie stwierdzono przeciwwskazań do udziału w imprezach biegowych, stanęło w końcu na tym że dostałem dwa skierowania: na EKG spoczynkowe i na EKG wysiłkowe i mam się dowiedzieć jakie zwykle badania się robi maratończykom. Wspominał jeszcze o holterze ale go na szczęście nie zapisał - to jest niezbyt wygodne bo przez 24 godziny wliczając w to sen trzeba mieć podłączone urządzenie rejestrujące pracę serca. Zwykle takie badanie zapisuje się zawałowcom... zacząłem się obawiać czy nie dostanę skierowania na jeszcze bardziej kompleksowe badania.
EKG spoczynkowe robiłem kilka miesięcy wcześniej w ramach medycyny pracy ale wyników nie mieli (ech ci informatycy) więc zrobiłem ponownie i zaraz potem przyszła kolej na EKG wysiłkowe. Przez pomyłkę (chyba) na skierowaniu miałem dopisek "na cykloergometrze" co oznaczało tzw. rowerek. Na szczęście w całej Warszawie ta przychodnia nie ma tych rowerków i wszędzie robią te badania na bieżni. Wziąłem więc strój do biegania, moje buty biegowe i stawiłem się na badanie. A tutaj... zdziwko - nie będę biegać! Kazano mi wejść na bieżnię i iść. Nawet w jeansach miałem zostać i jedyne co trzeba było zdjąć to buty i "górę" żeby elektrody poprzyczepiać. Bieżnia było ustawiona pod kątem, badała ciśnienie i rejestrowała puls potem po 1,5-2 minutach marszu podjeżdżała do góry zwiększając nachylenie i przyspieszała. Po chwili zrobiło się niekomfortowo - trudno tak szybko iść - nogi same rwą się do biegu. Wreszcie gdy już naprawdę było trudno utrzymać tak szybkie tempo i nie przejść do biegu badanie zakończyło się. Lekarz nawet się usprawiedliwiał że była jedna iteracja więcej bo tętno nie urosło tak jak by chciał. Pomyślałem sobie "i dobrze, znaczy moje treningi coś dają" :)
Wyniki wyszły na szczęście dobrze, jedyne co mnie zdziwiło a lekarza zaniepokoiło to za wysokie ciśnienie przed badanie - podobno 142 ale to chyba jakiś błąd pomiaru bo ja zwykle miałem ciśnienie w normie rzędu 120-130 a po drugie po badaniu gdy odpoczywałem przez chwilę i maszyna nadal mierzyła ciśnienie to szybko spadło ono do 137.
Zostałem obdarowany grubym plikiem kartek papieru milimetrowego z zapisem EKG wysiłkowego oraz spoczynkowego i tak wyposażony mogłem iść znowu do kardiologa. Tym razem udało się szybciej bo zarejestrowałem się od razu i na badania i na wizytę - w sumie po nieco ponad tygodniu pojawiłem się u kardiologa ponownie.
Tym razem udało się nie wchodzić w jałowe dyskusje a lekarz po przestudiowaniu oryginalnej treści certyfikatu medycznego i wygłoszeniu kilka uwag zgodził się podpisać ten certyfikat :)
No więc reasumując - mam ten certfikat! Teraz zrobię sobie kopię i wyślę ją do Paryża. Musi dojść przed 15-tym lutego i wtedy na liście uczestników przy moim nazwisku nie powinien już się pojawiać napis "medical certificate" w kolumnie "missing documents" :)
P.S. Życie dopisało epilog do tej historii - właśnie zauważyłem że lekarz pomylił się wpisując zeszłoroczną datę - czeka mnie piąta wizyta żeby to poprawić...

ADs