Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Los Angeles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Los Angeles. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2015

Los Angeles Marathon


Dzień maratoński zaczął się jak zwykle: pobudka wcześnie rano - tym razem trochę szybciej niż zwykle bo przed czwartą. Wystarczyłyby dwie godziny do startu, ale nie da się zasnąć jak została godzina do pobudki w dniu maratonu :)
Mój biegowy kompan Zbyszek tez wstał za jakąś chwilę i pamiętam jak wyszedłem przed pokój (jak to w amerykańskim motelu - wychodzi się bezpośrednio z pokoju na zewnątrz - na taką werandę z której widać parking otoczony z trzech stron budynkiem motelu). Wyszedłem i nic nie powiedziałem żeby nie być zrzędliwym, potem Zbyszek wyszedł, postał pół minuty, wrócił i powiedział "ty, ale ciepło jest!". Bo rzeczywiście było ciepło - o piątej rano wyszliśmy na dwór w samych gatkach i było nam ciepło a zwykle to najchłodniejszy moment w ciągu doby... Musiało być 20 stopni myślę już wtedy.
Przygotowaliśmy się i poszliśmy do samochodu. Na start nie było daleko - ze 2km, ale chcieliśmy oszczędzać nogi. Sprawdziłem która brama jest otwarta na stadionie (tylko jedna z trzech) i pojechaliśmy. No tylko ze nasza ulica została zamknięta z powodu maratonu :) trasa tędy nie przechodziła, ale ulicą prostopadłą. Kluczyliśmy bo inne ulice dojazdowe też pozamykali.. Zaczęło się to robić niebezpieczne więc szybko wróciliśmy do motelu i poszliśmy na pieszo. Z tego powodu byliśmy spóźnieni na starcie. Najpierw nie mogliśmy znaleźć depozytów, jak je znaleźliśmy to było już po czasie oddawania toreb (do 6:15 a start o 6:55 - my byliśmy ok. 6:30). Dobra, oddaliśmy do ostatniego samochodu, potem drugi problem - strefy startowe zamknęli o 6:25 i nie chcieli nas wpuścić - staliśmy w tłumie ludzi bez przypisanej strefy startowej... Tutaj znalazła nas dwoje rodaków (pozdrawiamy!) i we czwórkę zaczęliśmy przeciskać się na start. Najpierw długo trwało żeby znaleźć się na ulicy z której był start a potem już nie dało rady dalej się przeciskać i stanęliśmy. Maraton ruszył a mu staliśmy w tłumie osób które nie biegły na wynik - oznaczało to duuużo przeciskania się na starcie. Pożyczyliśmy sobie wszystkiego najlepszego i rozdzieliliśmy się bo każdy miał biec na inne tempo. Ja przed startem gdy podchodziliśmy do linii startu dałem radę jeszcze co nieco się przesunąć na przód i przypadkiem, ale wyszło to całkiem fajnie. Organizatorzy z powodu upału wprowadzili start falami i akurat gdy byłem blisko startu zatrzymali wszystkich i wypuścili potem w drugiej fali. To mi bardzo pomogło, bo wystarczyło na starcie wyminąć tylko kilka rzędów biegaczy i miałem przed sobą sporo wolnego zanim dopadłem poprzednią falę. A nawet wtedy byli już oni nieźle rozciągniętą grupą i wymijanie nie było bardzo trudne, chociaż oczywiście trochę to kosztowało.
Pogoda była cały czas dobra. Temperatura oczywiście za wysoka na dobre bieganie, ale hormony buzowały i nie odczuwałem tego. Nawet w pierwszym komentarzu po biegu dalej tak myślałem. Start był o 6:55 a słońce wschodziło o 7:05. Przez długi czas nie było widać słońca - zasłaniały nas budynki. Potem jednak trasa po początkowym kluczeniu po LA skręcała w kierunku oceanu - na zachód i słońce świeciło z tyłu. Była na szczęście cienka warstwa chmur więc nie spaliło mnie na czerwono (to znaczy spaliło ale dopiero po biegu gdy znikły te cienkie chmury :) ).
Zaraz po starcie trasa prowadziła na zewnątrz stadionu - czyli ostry zbieg. Trudno w takim miejscu się upilnować i nie biec szybciej. Ja postanowiłem że zbiegam szybko a na podbiegach utrzymuję wysiłek na podobnym poziomie co po płaskim. Ale szczerze to tego płaskiego za bardzo nie było. Trasa była w większości z górki ale było też kilka stromych podbiegów. Zaraz po starcie i pierwszym zbiegu był naprawdę spory podbieg - aby wybiec z tej niecki w której jest stadion. W tym miejscu chyba dogoniłem ostatki pierwszej fali biegaczy. Potem był znowu zbieg i znowu podbieg itd. Tempo kontrolowałem według okrążeń które łapałem ręcznie na oznaczeniach mil organizatorów a pomiędzy nimi patrzyłem na tempo średnie okrążenia wg gpsu. Działało to bardzo dobrze: tempo średnie było jak w zegarku 4:30/km z tolerancja chyba jednej sekundy. Zaczęło mnie martwić tylko to że poziom wysiłku jaki odczuwałem był za duży jak na tak wczesny moment maratonu.
Kibice przy trasie wszystko wynagradzali. Amerykanie jak wiadomo są bardzo bezpośredni i otwarci. Krzyczeli, machali śmiesznymi transparentami i tablicami z których wiele wywoływało uśmiech na twarzy, np: (tłumaczę z angielskiego) "uśmiechnij się jeśli trochę się posikałeś", "Chuck Norris nigdy nie przebiegł maratonu", "uderz tu po trochę MOCY", chłopak trzymający tablicę "Stephanie jestem w ciąży!", "26.2 mili bo 26.3 to by była głupota", albo zaraz za linią startu: "jeszcze tylko 26 mil". Stało tych kibiców wielu, krzyczeli, klaskali i robili dużo hałasu. Były też zespoły (kilka), jakieś cheerleaderki, DJ-je, japońscy bębniarze i sam nie pamiętam co jeszcze.
Biegło się dobrze chociaż jak pisałem martwił mnie poziom wysiłku. Bardzo dobrze oceniam natomiast przygotowanie imprezy przez organizatorów. No może za szybko zamknęli depozyty i strefy startowe, ale przy takich prognozach pogody (33 stopnie w cieniu) zrobili wszystko co mogli: przesunęli start o pół godziny wcześniej, wzmocnili punkty z wodą i izotonikiem, dodali zraszacze na trasie no i była tez cała akcja informacyjna odnośnie nawadniania się i uważania na upał - nie tylko skierowana do biegaczy, ale też do kibiców. Dzisiaj rano (w Polsce, w środę) w radiu usłyszałem że w Kalifornii jest obecnie najgorsza od 40 lat susza, mają więc wprawę w ogłoszeniach w mediach na temat upałów - przebijają się nawet do Polski :)
Kilometry mijają, a właściwie to mile. Myślałem że trudno mi będzie się przestawić, ale wyszło to bardzo dobrze. Przeliczenie tempa 4:30 min/km daje 7:14 min/milę. Każda mila oprócz pierwszej (z powodu strasznie szerokiej ulicy) miała dmuchaną bramę którą łatwo było wypatrzeć. Łatwiej jakoś mi było biec według tych mili - 13 mil nie brzmi tak strasznie jak 21km na półmetku (chociaż to przecież taki sam dystans). Nie założyłem sobie paska do pomiaru tętna żeby się tym nie sugerować i biec według tempa. Biegłem więc, podziwiałem widoki, cieszyłem się dopingiem i trzymałem tempo. Wszystko szło dobrze poza tym trochę za wysokim wysiłkiem, no ale postanowiłem zaryzykować. Przez mój plan treningowy miał biegi tylko do 26km, a w tempie maratońskim tylko do 16km więc nie wiedziałem w sumie jak to jest po 20km w takim tempie. Czasy kolejnych mil były w bardzo dobrym przybliżeniu równe temu co planowałem, ale bestia już powoli podnosiła swój łeb (kto czytał uważnie wujka Danielsa ten wie o co chodzi :) ). Te podbiegi i zbiegi wcale się nie równoważyły - dawały mi w kość a ja pełen optymizmu biegłem dalej. Tempo nie było myślę za szybkie, ale były dwa powody które znacznie podwyższyły mój wysiłek żeby je utrzymać. Pierwszym oczywiście była temperatura - oblewałem się wodą i piłem jej dużo ale to tylko zmniejszało do minimum wpływ temperatury, który był i tak duży. Druga sprawa to było zdrowie. Przez ostatnie dwa tygodnie byłem na granicy choroby, ale cały czas byłem zdrowy. Był kaszel okazjonalny - nic więcej.  Niestety podróż 15 godzin w samolocie z klimą i różnica temperatur miedzy Polską a USA rozłożyły mnie - straciłem głos i pojawił się katar. Aspiryna w te 3 dni mnie nie wyleczyła i teraz gdy to piszę jest coraz gorzej. W niedzielę podczas biegu to też musiało mieć swój wpływ. Po około 29km tempo siadło mimo wysiłków. To bardzo szybko jak na mnie - we Frankfurcie udało się wytrzymać do około 35 i liczyłem tu na kolejną poprawę i dociągnięcie równym tempem do mety. Na 30km miałem ledwie 40 sekund straty, ale już wiedziałem ze jestem kompletnie na przegranej pozycji jeśli chodzi o rekordy. Mimo to nie poddałem się - nie mogłem przyspieszyć, bo wtedy łapały mnie skurcze, wyjątkowo szybko tym razem - pierwszy już na 27km! No nic, pogoda była super słoneczna, ja biegnę sobie bulwarem do oceanu, wkoło pełno kibiców - trzeba się cieszyć chwilą. Zacząłem więc biec tyle ile mogłem. Kilka razy podszedłem krótki odcinek - raz podczas picia i dwa razy częściowo zbyt strome podbiegi. Próbowałem też przyspieszać, ale tradycyjnie już u mnie złapały mnie takie skurcze że musiałem zatrzymać się i porozciągać.
W końcu bulwar się skończył, skręciliśmy w lewo przy oceanie i wzdłuż plaży z palmami biegłem do mety. Mety która była nagle bardzo daleko! Kibice po bokach krzyczą tak jak na całej trasie "you're looking great!" - wiem że kłamią, ale to miłe. Naprawdę nie mam siły przyspieszyć. Dobiegam swoim tempem z rękami w górze choć nie ma się przecież czym chwalić. Wynik na mecie

3:28:36
W porównaniu nawet do planu minimum 3:15 wygląda bardzo źle, ale nie wiem czemu jestem bardzo zadowolony z tego biegu. W sumie zająłem 686 miejsce na 22.333 biegaczy - tak wysoko nigdy jeszcze w maratonie nie byłem (3,08%), zwycięzcy mieli czas 2:10:36 i 2:34:10 co pokazuje trudność biegu. Najlepszy amerykański maratończyk Ryan Hall zszedł z trasy. Ja zaraz po odebraniu dobroci za metą i depozytu (poroznosili w czasie maratonu nasze torby z ostatniej ciężarówki do tych do których my powinniśmy zanieść) siadłem na ziemi i złapałem WiFi dzięki czemu mogłem zadzwonić do domu przez skypa i pogadać z Żonką. Na więcej sił już nie starczyło, zaraz dobiegł Zbyszek w czasie nawet lepszym niż planował bo 3:55 i poszliśmy nad ocean odpocząć. Kąpiel w oceanie była świetna chociaż krótka - mimo że wiele osób się kąpało to woda nie była dość ciepła dla mnie - to dopiero środek marca. Zmyłem więc tylko pot z siebie i odkaziłem w zimnej wodzie wszystkie małe otarcia ;)
Potem był spacer do autobusu i drugi autobus do centrum - na szczęście numer startowy działał jako bilet a przystanek był blisko hotelu. Potem było świętowanie - każdy po swojemu, ale ważne że udanie.
Zapamiętam ten maraton szczególnie - pierwszy raz byłem poza Europą. Ameryka to jednak inny świat, na pewno tam jeszcze wrócę ale w celach już ściśle turystycznych i całą rodziną. To trzeba zobaczyć, dla przykładu autostrady po siedem pasów w jednym kierunku, skrzyżowanie autostrad pięciopoziomowe (!!) a mimo to w godzinach szczytu wszystko zapchane :) w centrum budynki tak ogromne że zdjęcia nie oddają w ogóle tego wrażenia - brakuje efektu skali, porównania do innych, znanych obiektów. Z drugiej strony wszechobecny blichtr - całe to Hollywood to zwykła ulica tylko ze zbiorowiskiem przebierańców chcących zarobić na turystach. Drogie i luksusowe artykuły ale i żebracy na wielu skrzyżowaniach. Bezpośredni i otwarci ludzie pozdrawiający i pytający o maraton gdy widzą że mamy na sobie koszulki z napisem "LA marathon" i bardzo sztywni urzędnicy i policjanci na lotnisku. Kraj wielu kontrastów i zupełnie innych niż u nas zasad. Chociażby taka prosta u nas sprawa jak pójście na mszę w niedzielę urasta tam do problemu - bo kościołów tam jest sporo, ale różnych wyznań jeszcze więcej :)
To była wielka wyprawa żeby tylko pobiec maraton, chociaż byliśmy tam w sumie 4 dni więc oprócz tego pozwiedzaliśmy co nieco. W drodze powrotnej zdarzyła się kolejna przygoda - samolot z pasa startowego musiał wracać z powodu małej awarii i wylecieliśmy z Los Angeles do Amsterdamu z opóźnieniem ok. 5 godzin. Oczywiście samolot do Warszawy poleciał bez nas a następny dopiero wieczorem - w sumie więc dolecieliśmy 11 godzin później. Na liście rzeczy zwiedzonych możemy więc dopisać Amsterdam bo 2,5 godziny pochodziliśmy po starówce. Ale w końcu samolot wylądował na starym dobrym Okęciu i wreszcie byliśmy znowu w kraju!
Wytrwali czytelnicy otrzymują na koniec nagrodę: porcję zdjęć :)
A co do dalszych planów biegowych to będą małe zmiany ze względu na ten nieudany atak maratoński :) ale szczegóły wkrótce.































niedziela, 15 marca 2015

L.A. Marathon 18/18: LA Big 5 (znowu)


Co, LA Big5 znowu? Ano tak wyszło, tylko że tym razem już relacja z pierwszej ręki (nogi?) :) Dzisiaj rano - u was to już było popołudnie - pobiegliśmy piątkę po Parku Elizejskim przy stadionie Dodgers'ów. Pomysł podobny do innych sobotnich biegów przed dużymi maratonami, jednak kilka rzeczy można by zmienić dla pełni szczęścia. Formuła wyścigu zachęca jednak do tego żeby przycisnąć a to na dzień przed maratonem nie jest zalecane. Czyli takie biegi zupełnie na luzie, nawet bez medali, a np. ze śniadaniem to coś co moim zdaniem jest praktyczniejsze i fajniejsze w przedmaratońską sobotę. O ile wiem coś takiego jest w Paryżu, Frankfurcie i chyba w Amsterdamie (tam nie biegłem jeszcze). Druga sprawa to można by troszkę te medale jednak ładniejsze zrobić, ale to już marginalna sprawa. Poza tymi małymi uwagami to było bardzo fajnie. Mieliśmy możliwość zobaczyć miejsce startu na żywo, rozciągnąć trochę kości na trasie po parku - była zresztą strasznie pofałdowana. Ja miałem najpierw biec ze Zbyszkiem z którym jutro startujemy w maratonie i zrobić ten bieg bardzo wolno, rozdzieliliśmy się jednak bo mieliśmy inne pomyślane tempa i ja pobiegłem próbnie moim zakładanym tempem maratońskim. Skończyłem w 22:29 czyli z dokładnością do jednej sekundy się udało. Taki treningowy wynik dał mi 110 miejsce na 4098 startujących. Wynik 20:00 dawał miejsce... 35 z 4098 a 30:00 dawał miejsce 721 z 4098, no ale to był bieg rekreacyjny, były osoby które miały nawet 1 godzinę 59 minut.

Pogoda oczywiście "dopisała" znaczy było bardzo ciepło. Słońce wstaje tu teraz około 7:10 a bieg rozpoczynał się o 8:00, ale stadion jest w niecce i dopiero od niedawna słońce operowało. Natomiast jak już operowało to robiło się upalnie.

Trochę fotek:

Przed startem - widok do tyłu

W trakcie biegu

Zaraz za metą

 Wejście na stadion

Widać że się spociłem mimo że nie ścigałem się

Filmik zrobiony za metą - impreza się dopiero zaczyna bo jeszcze 4000 biegaczy się wkrótce tu pojawi

No to krótko podsumowanie tego ostatniego tygodnia:

Dzień Plan Realizacja Komentarz
Pn BS 13km 11,01km Trudno było się zmobilizować wieczorem ale udało się i było super
Wt BS 8km 10,01km Rano bo spać nie mogłem
Śr wolne 9,73km Znowu rano bo się obudziłem wcześniej
Cz BS 10km wolne Podróż do LA
Pt BS 10km 9,5km Spokojnie wczoraj po parku obok hotelu
So BS 5km 5km LA Big5
Nd maraton ???Zobaczymy jutro


Razem 89km 76km

To teraz wielki dzień, na który przygotowywałem się tyle miesięcy. Niestety nie mam za dobrych prognoz. I nie chodzi tylko o pogodę, chociaż głównie o pogodę. Zapowiadana jest temperatura rzędu 33-34 stopnie. Start został przesunięty przez organizatorów o pół godziny wcześniej (świetny ruch) - to może mnie uratować. Starujemy więc 6:55, powiedzmy że przekroczę linię startu (druga strefa) o 7:00. Temperatury według prognoz mają być takie:
7:00: 20 stopni
8:00: 21 stopni
9:00 24 stopnie
10:00 27 stopni
11:00 29 stopni
12:00 31 stopni
Współczuję tym którzy biegną 5,5 godziny - będą kończyć w 32 stopniowym upale :( Będą ekstra wzmocnione wszystkie punkty z wodą i izotonikiem (co milę od drugiej czyli 24 stacje), będą zraszacze na trasie, autobusy z klimatyzacją na punktach na trasie i wzmocniony personel medyczny. Jeżeli mi się jakoś uda dobiec w 3:10-3:15 to skończę o 10:10-10:15. Druga rzecz która mnie martwi to zdrowie - niby choroby nie ma, ale cały czas jakieś objway - a to katar był trochę, a to chrypa. Nie czuję żadnego osłabienia ale jutro może się okazać że jednak po 30-tym kilometrze padam z nóg. 
Biję się więc z myślami co zrobić i sam jeszcze nie wiem jak to rozegram. Opcje są trzy:
1) robię swoje i zaczynam na 3:10
2) biegnę z zającami na 3:15
3) biegnę spokojnie, nie na wynik
Rozważam najbardziej poważnie dwie pierwsze opcje - może się uda zdążyć przed upałem? No zobaczymy, na razie jeden makaron zjedzony, wody i izotoniku wypijam dużo. Teraz jedziemy zwiedzić okolice mety i zobaczyć ocean a potem drugi makaron (cały czas pijąc) i kładziemy się spać. Jutro będzie wielki dzień!





niedziela, 8 marca 2015

L.A. Marathon 17/18: LA Big 5K


Przedostatni tydzień moich zmagań przed maratonem w Los Angeles zacznę opisywać od tego co mnie czeka na dzień przed maratonem. Jak każdy zagraniczny uczestnik dostałem "w pakiecie" z maratonem możliwość startu w biegu na 5km w sobotę rano przed maratonem. Bardzo fajny pomysł - normalnie pakiet na ten bieg kosztuje w granicach 40 dolarów, ale też i dostaje się w nim parę fajnych rzeczy: możliwość startu w biegu który startuje i kończy się na stadionie Dodgersów z trasą po parku elizejskim, techniczna, okolicznościowa koszulka Asicsa, medal, napoje przed i po biegu oraz torba z dobrociami ("goody bag") od sponsora czyli sieci sklepów sportowych "Big5". Są też nagrody dla zwycięzców ogólnych i w kategoriach wiekowych.
Trasa biegu wygląda tak:


Mi przypadł numer na ten bieg taki:


No i trochę się przeraziłem - 58 tysięcy?!? Pogrzebałem po sieci i udało mi się znaleźć statystyki ilości uczestników za ostatnie kilka lat: 2012: 2657, 2013: 2723, 2014: 3302. Czyli nie będzie tak źle - pewnie poniżej 4 tysięcy biegaczy tylko. Chociaż nie wiem czy biegaczy bo jak średni czas rok temu był 44 minuty... przecież marszem 5km wychodzi w 50 minut, nie wiem jak to możliwe że średnia wyszła 44 minuty - większość ludzi dotarła do mety wolniej niż marszem? No nic, za tydzień w sobotę sprawdzę co oni tam robią w tym parku po drodze :)
Przy okazji jak by ktoś chciał trzymać kciuki to różnica czasu to 8 godzin więc jak LA Big5K się zacznie o 8 rano w sobotę to w Polsce będzie 16:00. Podobnie z maratonem - wybiegamy na trasę około 7:30 rano w niedzielę więc w Polsce będzie 15:30.

My mamy zamiar ze Zbyszkiem z którym lecimy pobiec tą piątkę jak najbardziej rekreacyjnie - więc pewnie jakieś 25-30 minut nam zejdzie. Chodzi o to żeby się w ogóle nie zmęczyć a przy okazji zrobić jakiś rozruch który na dzień przed maratonem jest przecież wskazany. Na jesieni we Frankfurcie pamiętam że był Bieg Precla w sobotę rano :) i chyba przed każdym dużym maratonem coś podobnego funkcjonuje (jakiś spokojny bieg typu 5km). A propos dużego biegu - akurat wczoraj pochwalili się organizatorzy że wyprzedali wszystkie pakiety na maraton w Los Angeles czyli nawet 26 tysięcy biegaczy może się pojawić na starcie :) Oj dobrze że mam że mam strefę startową B czyli raczej z przodu - oszczędzi mi to wiele przepychanek :)

No to zwyczajowo - relacja z kolejnego tygodnia od strony biegowej:

Dzień Plan Realizacja Komentarz
Pn BS 13km wolne Przełożone na środę żeby odpocząć
Wt 6x1600m 13,43km Wieczorkiem na stadioniku średnio 3:54/km (*)
Śr wolne 11,78km Przed pracą po okoicy 5:36/km
Cz BT 16km 21,06km Do pracy, 16km @4:30/km
Pt BS 11km 10,02km Spokojnie po Polu Mokotowskim 5:35/km
So BS 13km 10,01km Spokojnie: 5:11/km
Nd BS 13km 10,00km Spokojnie i krócej 5:40/km


Razem 89km 76km

(*) ostatni interwał 4:06/km ale to było nie na stadionie tylko po chodnikach już bo spieszyłem się do domu żeby do pracy zdążyć :)

Zupełnie nie rozumiem o co chodzi z tymi kilometrami - za tydzień mam być świeży żeby pobiec maraton a tu w planie 6 dni biegowych i 89 kilometrów! To be sensu, nie będę miał sił na 42 kilometry więc trochę ograniczyłem te kilometry i wyszło ich 76 - i tak za dużo myślę...
Został ostatni tydzień, teraz to już wszystko musi być idealnie: odżywianie, spanie, bardzo spokojne bieganie i uważanie żeby się nie przeziębić. Bardzo to mi się podoba w maratonie: mamy jedną szansę na pół roku aby wszystko zgrać i pobiec na granicy swoich możliwości. To dlatego właśnie tak cenię swoje wyniki w maratonie że to takie trudne :)

środa, 4 marca 2015

L.A. Marathon 16/18: stadion Dodgersów


Dzisiaj parę słów o miejscu startu maratonu: stadionie Dodgersów. Trzeci z najstarszych stadionów w tej ich lidze bejsbolu - wybudowany około roku 1960. Ogromny bo mieszczący 56 tysięcy widzów i cały będzie dla nas w następną niedzielę :) 
Stadion robi wrażenie na zdjęciach (ale i tak nasz Narodowy jest większy ;) ) - ciekawe czy na żywo będzie równie ciekawy. Gościł już igrzyska olimpijskie, wiele koncertów, mszę papieża (JP2 w 1987r.) i wiele filmów - w końcu to Los Angeles, filmy tam kręcą wszędzie. Ze znanych tytułów: Naga broń, Szybcy i wściekli, Powrót supermana, Transformers.
Dali nawet radę użyć go do normalnych celów czyli do meczy piłki nożnej i zaprosić kilka klubów z Europy :)

No to jeszcze jakieś ładne zdjęcia stadionu:




Dobra, a teraz jak tam się biegało:

Dzień Plan Realizacja Komentarz
Pn BS 13km wolne Przełożone na środę żeby odpocząć
Wt 4x2400m 15km Wieczorkiem na stadioniku średnio 3:53/km
Śr wolne 12,03km Przed pracą po Polu Mokotowskim 5:25/km
Cz BT 16km 19,06km Do pracy, 17km @4:30/km
Pt BS 10km 10,24km Spokojnie po Polu Mokotowskim 5:25/km
So BS 16km 16,02km Po okolicy 5:08/km
Nd BD 16km 17,89km Więcej żeby dobić do 90km w tygodniu @4:52/km


Razem 90km 90km

Bardzo dobrze to wyszło i teraz to już ostatni bieg tempem maratońskim a poza tym laba, to znaczy chciałem napisać "ograniczanie kilometrażu" :) poza tym sprawdzanie czy wszystko jest gotowe: bilet, hotel, pakiet startowy wykupiony, samochód zarezerwowany, lista zakupów, rzeczy do zabrania ze sobą itd. itp. oj dużo tego, fajnie będzie! :)

poniedziałek, 23 lutego 2015

L.A. Marathon 15/18: Oskary, oskary


Bo o czym można napisać kolejny tygodniowy raport z treningów przed maratonem w Los Angeles gdy dzień wcześniej były rozdawane nagrody filmowe? Rzadko się zdarza żeby polski dostał tą statuetkę (dokładnie to pierwszy raz się zdarzyło :) ) a gala wręczania Oskarów odbywa się w budynku przed którym przebiega trasa maratonu w Los Angeles. Tak więc nie mam wyjścia - temat na odcinek został mi narzucony odgórnie.
Jak ktoś "Idy" nie widział jeszcze to krótko napiszę - naprawdę warto. Nie ma tylko się co spodziewać oskarowego rozmachu. Film jest skromny w środkach i w scenariuszu - nie ma rozbudowanych dygresji i wątków pobocznych. Mimo to opowiada ciekawie i na ważny temat. W sumie to naprawdę dobrze że taki film wygrał a nie kolejne wcielenie hollywoodzkiej superprodukcji.
Na temat samych Oskarów trudno napisać coś czego już wszyscy nie słyszeli. Szczególnie dzisiaj gdy nawet po otwarciu lodówki można usłyszeć ciekawostki z czerwonego dywanu :) Pójdę więc dzisiaj na łatwiznę i odeślę was do skarbnicy wiedzy a jak ktoś spika to też w wersji oryginalnej.
Dobra, to jedna jedyna ciekawostka na koniec: dlaczego akurat w Los Angeles powstało Hollywood gdzie tak bardzo rozwinął się przemysł filmowy? Przecież to był wtedy jakiś straszny koniec świata, a życie szybciej toczyło się w Nowym Jorku i generalnie na wschodnim wybrzeżu Stanów... Odpowiedź jest prosta: no właśnie dlatego że to był koniec świata :) Koncerny kręcące filmy które miały też w swoich zasobach sieci kin opatentowały kilka rzeczy umożliwiających kręcenie filmów i ich projekcję. Więc firmy pirackie przeniosły się do Kalifornii bo było to tak daleko że nawet w razie pojawienia się agentów tych firm które opatentowały te rozwiązania mogłyby szybko zwinąć nielegalną produkcję filmów. Poza tym w Kalifornii jest bardzo dużo dni słonecznych co też wspomagało kręcenie filmów w tamtych czasach, ale ten główny powód strasznie mi się spodobał. Można powiedzieć że Hollywood wyrosło na piractwie :)

Po tym wielkoświatowym wstępie wracamy na ziemię. Zostały już tylko trzy tygodnie do maratonu w Mieście Aniołów! Zaczynam się robić niecierpliwy, bardzo fajnie będzie tam polecieć i przebiec trasę "ze stadionu do oceanu". Jak zwykle przed maratonem zaczynam się coraz bardziej zastanawiać czy mam jakiekolwiek szanse pobiec tak szybko przez te ogromnie długie CZTERDZIEŚCI DWA kilometry (z okładem)? Tempo 4,5 minuty na kilometr to przecież naprawdę szybko. Z drugiej strony są symptomy że jest dobrze: biega mi się przyjemnie. Mimo podkręcenia sobie tempa interwałów i tego że robię teraz nawet 100 kilometrów tygodniowo nie czuję zmęczenia ani ogólnie ani samych mięśni (no może troszkę, ale przeszło to co odczuwałem w zeszłym tygodniu - że czułem moje biegi w mięśniach). To że udało się zgubić już te dwa kilogramy według założeń i wygląda na to że jeszcze może trzeci kilogram też zginie w międzyczasie też napawa optymizmem. Mam już plan wykorzystania tej formy i zaatakowania czterech głównych (dla mnie) dystansów tej wiosny, ale o tym następnym razem. Na razie więc zwyczajowa tabelka:

Dzień Plan Realizacja Komentarz
Pn BS 13km wolne Przełożone na środę żeby odpocząć
Wt 3x3200m 19,78/km Po drodze do pracy
Śr wolne 10,42km Znowu do pracy ale z podwózką pociągiem
Cz BT 16km 19,23km Do pracy, 16km @4:30/km
Pt BS 11km 11km Spokojnie po Polu Mokotowskim 5:43/km
So BS 13km 13,04km Raniutko po okolicy @5:40/km
Nd BD 26km 26,51km Pięknie wyszło, ale nie przedłużałem jak poprzednio


Razem 101km 100km

Bardzo fajnie wyszedł ten tydzień. Po pierwsze aż cztery razy w tygodniu biegłem rano przed pracą a piąty dzień to był odpoczynek. Poza tym w sobotę rano pobiegałem i wróciłem do domu jak jeszcze dziewczyny nie do końca się obudziły a w niedzielę prawie cały bieg jeszcze przed zmierzchem. Chyba pierwszy raz w historii wszystkie moje biegi były za dnia - zwykle większość moich biegów jest już po ciemku. 

W sumie wczoraj miałem ostatni długi bieg w tym planie treningowym: 26km. Teraz z trudnych biegów to już zostały tylko dwie czwartkowe tempówki po 16km tempem maratońskim. To jest najfajniejszy okres w całym treningu maratońskim: ograniczanie treningów żeby nabrać sił i świeżości :)



poniedziałek, 16 lutego 2015

L.A. Marathon 14/18: blogi, blogi


Wertując internet żeby się nastrajać psychicznie do tego co mnie czeka już za cztery tygodnie znalazłem bardzo ciekawe materiały: w zeszłym roku sponsor czyli Asics zaprosił 11 blogerów z USA do wzięcia udziału w maratonie w Los Angeles. Mieli świetną zabawę: darmowe przeloty (duży kraj, samochodem by jechali ze dwa dni :) ), ubrania i buty od Asics a w Los Angeles opiekę na najwyższym poziomie - typu własne pokoje na stadionie Dodgers'ów gdzie był start z własną toaletą (każdy kto biegł maraton wie ile to znaczy zrobić siusiu spokojnie przed startem :) ), do tego wspólne spotkania, jedzonko itd. Słowem pakiet "all inclusive" a w zamian mieli pisać, pisać i pisać. Acha no i pobiec ten maraton! Powstało z tego 11 relacji które naprawdę wiele mówią o tym jak wygląda maraton w Los Angeles. Jest to pełen przekrój biegaczy - od naprawdę szybkich do wolnych. Każdy na coś zwrócił uwagę, zrobił sporo zdjęć, nawet filmów. Można powiedzieć że czytając te relacje człowiek czuje się jak by miał za chwilę sam wybiec na trasę ze stadionu ale jak by właśnie skręcał w prawo żeby wzdłuż oceanu przebiec ostatnią prostą do mety :)
Dla chętnych oto pełen wykaz ambasadorów z zeszłego roku wraz z linkami do relacji:

Autor Blog Relacja Wynik Życiówka
Anna Mauney fannetasticfood.com link 4:18:10 3:56:48
Beth Risdon shutupandrun.net link 3:57:40 3:42:36
Ryan Falkenrath falkeetriathlon.blogspot.com link 3:41:31 3:41:31
Jess Underhill racepacejess.com link 4:02:48 ? (lepszy)
Mark Newman marathonomy.blogspot.com link 5:43:43 5:13:XX
Michele Gonzalez nycrunningmama.com link 3:35:23 3:21:32
Monica Olivas runeatrepeat.com link 3:42:15 3:42:15
Rachel Steffen runningrachel.com link 4:51:22 4:37:42
Brian Kelley pavementrunner.com link 3:59:47 ?(lepszy)
Kristin Stehly stuftmama.com link 3:35:22 3:17:43
Jamie Walker fitapproach.com ? 4:02:24 ?

A tutaj jest link do tegorocznych ambasadorów. Ja też się tam zgłosiłem (robili nabór na początku grudnia) ale niestety nie udało mi się zakwalifikować. Ciekawe czemu - może nie czytają po polsku :) ?

Co wyczytałem w tych blogach (nie wszystkie jeszcze mam "przerobione") - przede wszystkim że w tylnych sektorach był tłok - to akurat mam z głowy bo startuję z drugiego sektora. Poza tym głównym problemem był upał, jednak z tym może być różnie - w poprzednich latach był nawet deszcz, pogoda w Los Angeles w marcu jest bardzo zmienna. Pocieszam się też że chcę po 3 godzinach z kawałkiem być już za linią mety więc może uda się zdążyć przed upałem. Jak widać z wyników tylko dwie osoby uzyskały tam rekord - trasa jest więc myślę trudna. Można z tych opisów wyczytać gdzie jest najtrudniej - na początku jest mocny zbieg który może zrujnować mięśnie czworogłowe albo ogólnie można się zagotować jak ktoś przesadzi z tempem. Potem jest stromy podbieg po tym zbiegu a drugi tak problematyczny dopiero na 22-giej mili. Można też wyczytać gdzie będzie łatwiej - po tej 22 mili będzie już tylko z górki z po zakręcie w lewo już tylko prosta wzdłuż oceanu do mety którą tam wymierzyli i podali w tych swoich jardach, stopach czy innych średniowiecznych wynalazkach :)

Dzień Plan Realizacja Komentarz
Pn BS 13km wolne Po 32-ce z niedzieli zasłużyłem na "okienko"
Wt 2x4800m 14,41/km Na stadioniku w Nowej Iwicznej, wyszły po 4:03/km
Śr wolne 12,52km Z poniedziałku
Cz BT 14km 20km Tempem maratońskim 4:30/km zrobiłem 16km
Pt BS 10km 10,16km Spokojnie po Polu Mokotowskim 5:28/km
So BS 16km 15,61km Po okolicznych wsiach ale już po ciemku 5:29/km
Nd BD 16km 16,41km Znowu po okolicy ale nowe ścieżki testowałem 4:48/km


Razem 89km 89km

Bardzo ładny był tydzień, jednak przyznam szczerze że daje mi w kość ten plan treningowy. Wydawał się za łatwy i przykręciłem sobie śrubę: wtorkowe interwały zamiast 4:23/km biegam dużo szybciej. W tym tygodniu mocno przesadziłem: 2x4800m po 4:03/km. Niby czułem się świetnie, ale różnica między 4:23/km a 4:03/km jest ogromna, miałem biegać po 4:08-4:16 (tak sobie planowałem). W czwartek też trochę dołożyłem od siebie, niby tylko 2 kilometry i zamiast 14 było 16km tempa maratońskiego. Wszystko razem się kumuluje i czuję teraz zmęczenie w mięśniach. Będę na to uważał bo zostały ostatnie cztery tygodnie do maratonu.

Co teraz? No chyba najważniejsze tygodnie i najtrudniejszy właśnie się zaczyna. Wtorek będzie znośny: 3x3200 (tempa przypilnuję - nie szybciej niż 4:08/km), ale w czwartek od terazprzez 3 tygodnie będą najcięższe tempówki: 16km tempem maratońskim. Biegam je zawsze rano, zawożę starszą córkę do szkoły i biegnę do pracy. Ostatnio zdarzyło mi się że zapomniałem wziąć ze sobą żelu - to była masakra. Bieg zrobiłem dobrze, ale trudno mi było bardzo bez paliwa. No a w niedzielę w tym tygodniu ostatni tak długi bieg: 26km @4:55/km. Jak sił starczy to spróbuję go znowu wydłużyć, ale zobaczę jeszcze bo nie jestem pewny czy to wydłużenie o 6km nie daje więcej negatywów niż pozytywów. Regeneracja po takim biegu jest dużo dłuższa, a ostatnio po 32km miałem problem z paznokciem który chciałby się wyrwać na wolność (ale ja z nim walczę i chyba uda mu się to wyperswadować).
Przy okazji muszę przyznać że bieganie 6x w tygodniu krótszych dystansów (ale w sumie kilometraż jest dużo wyższy niż miałem wcześniej) jest dla mnie dużo zdrowsze niż rzadziej ale dłuższe biegi. Lepiej się czuję, nie mam problemów ze stopami (odcisków, pęcherzy, czarnych paznokci). No tylko cierpi na tym nasza pralka bo musi częściej pracować ;)

No to trzeba się skupić i ten najgorszy tydzień dobrze przepracować, potem będzie z górki! I jeszcze jedna super ważna rzecz: nie rozchorować się! W domu już zaczyna się szpital: żona wirusuje a młodsza córka nawet ospowała (na szczęście bardzo łagodnie bo szczepiona była). Oby teraz w kluczowym momencie nic mnie nie złapało - na razie jest super. Żeby być zdrowym trzeba się wysypiać, a więc: dobranoc! :)





poniedziałek, 9 lutego 2015

L.A. Marathon 13/18: media i rozrywka


Jak ktoś mówi Los Angeles to od razu przychodzi nam na myśl Hollywood, filmy i generalnie show-biznes. Filmów nie ma co roztrząsać - zdecydowana większość filmów o zasięgu światowym powstaje w Hollywood więc musiałbym pisać o wszystkich filmach :) Wspomnę więc o innej części przemysłu rozrywkowego, czyli o piosenkach które mi się kojarzą z Los Angeles.

Pierwsza piosenka która mi przychodzi na myśl wcale nie została nagrana w Los Angeles, nawet nie w USA, tylko w Irlandii. Ale teledysk został nakręcony w Los Angeles i tytuł piosenki od razu przywodzi na myśl USA, czyli "Where The Streets Have No Name" zespołu U2.


Z ciekawostek: tytuł piosenki o miejscu gdzie "ulice nie mają nazw" wcale nie odnosi się do amerykańskiego zwyczaju numerowania a nie nazywania ulic. Bono napisał tą piosenkę pod wrażeniem tego że w Belfaście po nazwie ulicy gdzie ktoś mieszka można było zgadnąć jego religię i kwotę zarobków. Kilka więcej ciekawostek można przeczytać oczywiście w wiki.  A jeszcze w temacie U2: na ostatniej płycie "Songs Of Innocence" jest też utwór "California". Świetnie się przy nim biega :)

Jest jeszcze jeden zespół o którym nie sposób wspomnieć przy okazji pisania o Kalifornii, czyli Red Hot Chilli Peppers. Ich "Californication" jak twierdzi wikipedia "jest uznawana za nieoficjalny hymn Hollywood; opowiada ona o jego ciemnych stronach [...]". No i nie można zapominać że ich basista (Flea) biega maratony i to w Los Angeles oczywiście :) Tutaj jest wywiad z nim a tutaj wyniki z 2011 i 2012 roku. Całkiem dobre czasy - biegł charytatywnie, zbierając pieniądze na szkołę muzyczną dla dzieci (brawo!) i dobiegł w 2011 w 3:53 a rok później w 3:41 - to już robi wrażenie jak na (przepraszam za szczerość) niezbyt zdrowo żyjącego człowieka w wieku 48 lat.

No to nie pozostaje nic jak trenować i liczyć że na ostatniej prostej wbiegnę na metę ścigając się z Bono albo Flea :) przejdźmy więc do podsumowania:

Dzień Plan Realizacja Komentarz
Pn BS 13km 13,09km Spokojnie ale wyszło szybko 5:11/km
Wt 3x3200m 14,41/km Ładnie wyszły interwały po 4:08/km
Śr wolne - -
Cz BT 14km 17,67km 2km rozgrzewki a potem 15km TM
Pt BS 11km 11,00km Spokojnie po Polu Mokotowskim 5:27/km
So BS 13km 12,94km Niby spokojnie ale trasę to obrałem trochę przełajową - wywrotka była
Nd BD 26km 32,12km Piękny bieg ze Starówki do domu


Razem 100km 101km

Czym tu się pochwalić w tym tygodniu? Na pewno tym że interwały wyszły świetnie - tempo świetne, ciekawe czy te najdłuższe po 4800m, które mnie czekają jutro też tak dobrze wyjdą? Poza tym czwartkowe tempo maratońskie też ładnie wyszło, nawet o kilometr je wydłużyłem (no ale 15 to i tak nic w porównaniu z 42 które mnie czekają za niecałe 5 tygodni). Najbardziej jednak jestem zadowolony z niedzielnego długiego biegu. Wydłużyłem go i zamiast 26km zrobiłem 32km - Hansonowie tego zabraniają ale ja i tak nie dowierzam że robiąc maksymalnie do 26km można się dobrze przygotować do przebiegnięcia 42,2km... Najlepsze było to że po tym biegu czułem się świetnie - mógłbym jeszcze więcej przebiec, dzisiaj żadnych ubocznych efektów nie odczuwam. Mimo to zrobiłem dzisiaj dzień wolny (zamiast w środę) żeby odpocząć po tym ciężkim tygodniu. Po raz pierwszy chyba w mojej biegowej historii przekroczyłem 100km w tygodniu! :)


A co przede mną? Tak naprawdę to kluczowa część planu treningowego: 3,5 tygodnia będzie ciężkie bo każdy tydzień to długie interwały, długi bieg tempowy w tempie maratońskim (raz 15 a potem już po 16km) i jedeń bieg długi 26km - chyba też go wydłużę o ile dam radę. A po tych 3 tygodniach z ogonkiem nastąpi półtora tygodnia zluzowania i... START!

Na koniec jeszcze mój super-bieg z niedzieli:




ADs