Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minimaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minimaraton. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 października 2013

Minimaraton Lesznowola


Piękne mamy lato tej jesieni. Niby 26-ty października, a rano temperatura 14 stopni. Zaraz po południu - doszło do 20! W dodatku słonecznie, wiatru nie odczuwałem - idealne warunki na rodzinne spędzenie soboty na świeżym powietrzu.
Do Lesznowoli przyjechaliśmy więc w pełnym składzie. Małgosia nie chciała biec w biegu dzieci, ale tylko do dzisiaj :) Więc dzisiaj narzekała że ona nie biega - za rok już koniecznie musimy ją zapisać. Zresztą mamy cichy plan że może wszyscy pobiegniemy? Trzeba tylko pamiętać że miejsca startowe szybko się kończą. Podjechaliśmy więc samochodem - z domu to jednak 4km. Rodzinka zajęła się straganami: kupili dwie dynie, wzięli udział w konkursie malowania dyni, zjedli placek z dyni i sam nie wiem co jeszcze z tymi dyniami robili :) w końcu nasza gmina słynie z dyń. Ja zacząłem się rozgrzewać. Po drodze spotkałem różnych znajomych (pozdrawiam wszystkich!) no i ponieważ start opóźnił aż o 20 minut (!!) to nie miałem problemu z niedogrzaniem na starcie :).
Ustawiłem się z przodu - tak jak wynik w który celowałem pokazywał w wynikach z zeszłego roku. Tylko że celowałem tak jak by nie było dwóch rzeczy: miesięcznego roztrenowania i tygodniowej (niezbyt ciężkiej) choroby. To drugie myślę było ważniejsze - w poniedziałek nie dałem rady być w pracy, temperatury nie ma ale chrypa, ból gardła a od wczoraj kaszel. Już na rozgrzewce dziwnie trudno mi się biegało. Ale twardym trzeba być - celowałem w czas poniżej 17 minut czyli 4:00/km.
Start jest na boisku szkolnym w Lesznowoli. Najpierw robimy kółko po stadionie a potem wybiegamy na mniej więcej kwadratową trasę. Zabezpieczenie jest dobre - straż pożarna i policja na rogach trasy nie wpuszcza samochodów ale był jeden super inteligentny kierowca sportowego bmw który był już w środku tej trasy z małym psem (chyba u weterynarza) i oczywiście musiał potem jechać równo z nami albo i przed nami przez krótki czas... Ręce opadają - bieg trwał bardzo krótko a bieganie za dwiema sportowymi rurami wydechowymi przyjemne nie było. Na szczęście to był epizod.
Wystartowałem szybko - za szybko. Pierwszy km w 3:39 ale nie wierzyłem w ten czas - na małym stadionie zegarek z gps potrafi kłamać (choć raczej zaniża tempo a nie zawyża). Jednak na znaczniku pierwszego km, który w tym roku stał moim zdaniem dobrze (raz zdarzyło się że go źle postawili) zorientowałem się że naprawdę za szybko ruszyłem. Drugi km wyszedł już dobrze: 4:06, miało być 4:00 ale skoro tak ostro ruszyłem to jeszcze było dobrze. No i wtedy przyszedł kryzys - to moim zdaniem wina tej kończącej się choroby i trochę roztrenowania. Trzeci km 4:20 a czwarty 4:19. Dogonił mnie w połowie czwartego km Piotrek - sąsiad więc się go uczepiłem. Ostatnie 300m 3:36/km zawierało finisz - moja grupa wsparcia krzyczała, przybiłem im piątki i sprint do mety. Udało się Piotrka wyprzedzić ale na kolejnego zawodnika zabrakło sił.
Czas: 17:32, średnio 4:04/km licząc dystans wg garmina albo aż 4:09/km według oficjalnego dystansu. Czyli słabo, ale w tych okolicznościach nie ma co narzekać. Rekord życiowy na tym dystansie poprawiony o 14 sekund.
Za metą młoda dziewczyna leżała na bieżni - chyba zasłabła. Mam nadzieję że wszystko było w porządku... już jej pomagali. Potem już standardowo jak na Lesznowolę: medal, pamiątkowy kubek (jest super - w kształcie dyni oczywiście) a w nim bon na bigos albo zupę - wiadomo: z dyni! Do tego mała woda i izotonik i już biegłem do rodziny. Dalej znowu standardowo: jedna córka zabrała mi medal, druga kubek, żonka porobiła nam zdjęcia i posiedzieliśmy tam na placu zabaw zajadając ciasto z dyni. Dziewczynki się wyszalały z innymi dziećmi, my spotkaliśmy jeszcze dwóch sąsiadów z dziećmi, potem odebraliśmy po konkursie dynie które one malowały (będą teraz upiększały nam dom) i wróciliśmy.
W sumie więc bardzo fajna impreza, gdybym miał wymyśleć co poprawić to byłoby to: zwalczyć obsuwę czasową (20 minut) startu biegu głównego, trochę zwiększyć limit uczestników bo np. moich dwóch sąsiadów z osiedla i jeden z pracy kolega (też z naszej gminy) nie mogli z tego powodu pobiec. Natomiast rzeczy fajnych jest dużo więcej: dystans - krótki więc popularyzujący bieganie (nie rozumiem maratonów w małych miejscowościach), dyniowa oprawa - świetna sprawa, kubek zamiast koszulki na mecie, pomiar czasu, wpisowe nie za duże choć w górnej granicy, dobra organizacja poza spóźnieniem startu. Dobry jest też termin - nie koliduje z Biegiem Niepodległości ani z Wszystkich Świętych, w dodatku jest w sobotę co mi bardzo się podoba, bo niedziela to dla mnie dzień na inne cele.
Na koniec muszę jeszcze raz pochwalić pogodę. Wpływu na to nie mamy ale naprawdę dopisała nam w tym roku, kibice mieli piękną, złotą, polską jesień, a my biegacze mimo że temperatura byłaby idealna gdyby było troszkę chłodniej to nie możemy narzekać. Na jesieni nawet te 19-20 stopni nie odczuwa się jako upał i biegło się baaardzo fajnie.

Cieszę się że wracam do żywych. Postaram się szybko nadrobić zaległości blogowe: podsumowanie wyzwania żywieniowego (dzisiaj ostatni dzień! Juhu, czekolado i ciastka - drżyjcie!), mam też opracowany plan treningowy który zaczynam od poniedziałku. Bo dokładnie za 21 tygodni: Maratona di Roma!






niedziela, 28 października 2012

Minimaraton w Lesznowoli - bałwan i bieganie


Kto mieszka w okolicach Warszawy ten wie że wczoraj (w sobotę) pogoda naprawdę nie zachęcała do wyjścia na trening. Ja miałem w planach dość mocne (po 4:38/km) 10km z rana żeby się choć trochę zregenerować przed niedzielnym minimaratonem w Lesznowoli. Trochę to zakręcone ale to wszystko dlatego że pomyliłem się - myślałem że te zawody są w sobotę i źle rozplanowałem ostatni tydzień treningów.
W sobotę rano po otwarciu oczu zobaczyliśmy że jest biało. Dzieci miały ogromną radochę chociaż trochę zmniejszało ją to, że wiatr zacinał padającym śniegiem tak mocno, że nie daliśmy rady wyjść na dwór... i ja też odpuściłem trening bo w takich warunkach to nic przyjemnego. Co innego w lesie - tam by się pewnie przyjemnie biegało ale nie miałem tyle czasu żeby dojechać a przy moim domu wiało strasznie. Śnieg i zimno mi nie straszne ale mocny wiatr z padającym śniegiem mnie pokonały.
Co się odwlecze to nie uciecze - dzisiaj rano było nadal biało ale wiatru nie było. Było tak pięknie:



Żeby nadrobić straty i zdążyć przed minimaratonem pojechaliśmy szybko w okolice Górek Szymona na sanki:


a potem jeszcze było lepienie bałwana w ogrodzie. Może nie widać ale ten pan bałwan ma 1,85m wzrostu!


Po takiej rozgrzewce pojechałem na minimaraton. Impreza nie za duża - limit miejsc to 300, poza tym trzy biegi dla dzieci: 300m, 600m, 1000m. Bardzo fajnie zogranizowana i całe szczęście pogoda dopisała. W południe na tyle się rozpogodziło że nie wziąłem ze sobą nawet kurtki do biegania, tylko koszulkę z długim rękawem z Biegnij Warszawo (białą z przed roku) i na to białą z krótkim rękawem Blogaczy. Dodatkowo żeby nie zmarznąć przed startem grubszą bluzę ale było słonecznie, około 5 stopni i nie potrzebowałem jej.
Pakiet odebrałem, miałem jeszcze niecałe 15 minut - zrobiłem więc rozgrzewkę. Przebiegłem około 500m w tym kilka szybkich przebieżek, skipy A i C i stanąłem na starcie. W wynikach sprawdziłem potem że dobiegło nas 229 czyli aż 71 osób zostało pokonanych przez pogodę - dziwne bo było naprawdę fajnie. Wystartowaliśmy o 12:00 i zaczęliśmy od jednego kółka po stadionie. Ja starałem się stanąć z przodu ale nie jestem zbyt skłonny do przepychania się i byłem za bardzo z tyłu. To pierwsze kółko na stadionie oznaczało dla mnie wyprzedzanie po zewnętrznej... i tutaj zapewne nadłożyłem kilkadziesiąt metrów. Przypilnowałem tempa gdy zeszło ono do 3:45/km i nie dałem się za bardzo nakręcić. Po kółku na stadionie wybiegliśmy obok szkoły w prawo na kółko po naszej gminie. Znacznik pierwszego kilometra był w tym roku dobrze postawiony - przed zakrętem (rok temu ostro go przesunęli do przodu :) ). Mi gremlin zapikał wcześniej oczywiście - no bo to kółko... Tempo tego kilometra: 3:57, za szybko! No ale nie dawałem już rady utrzymać tego tempa i biegłem raczej troszkę wolniej niż planowane 4:08/km ale według gremlina średnią miałem dość dobrą. Drugi kilometr był nadal wśród pól, tylko pod koniec po prawej były nowe domy. Po drugiem zakręcie był półmetek i tutaj poczułem że jest mi za ciepło! Niby śnieg wokoło ale wiatru nie ma, ja mam na sobie tylko dwie oddychające koszulki a tu uczucie że jest za ciepło... Drugi kilometr wyszedł w 4:13/km - aż 5 sekund za wolno względem planu ale na pierwszym zapas był 11 sekund więc było tak jak miało być. Trzeci kilometr to powrót do cywilizacji - niestety czułem że nie potrafię wycisnąć docelowego tempa i wyszedł on w 4:12/km. W sumie wiem że niby mam jeszcze troszeczkę zapasu ale nie pomyślałem że skoro nadłożyłem na początku drogi to tempo musiałoby być szybsze żeby zrealizować plan w sensie czasu. Czwarty kilometr to już walka ze sobą - niestety nie jestem z siebie całkowicie zadowolony, nie dałem rady na tym kilometrze przyspieszyć, wyszło 4:10/km. Jak teraz sobie to przeliczam to wychodzi że w tym momencie tempo było jak założone: 4:08/km. No ale ten narzut gremlina (który jak to nawigacje trochę zawyża) i to kółko po stadionie po zewnętrznej...
Końcówka w moim odczuciu mi nie wyszła - myślałem że nie przyspieszyłem ale gremlin twierdzi inaczej: 3:48/km na dystansie 320m. Tak, tak 320m zamiast 220m - aż 100m różnicy miałem na zegarku. Czas na mecie: 17:46 (oczywiście netto, brutto było 17:53). W połowie między moim planem minimum 18:00 a maksimum 17:30. W sumie: jestem zadowolony bo średnie tempo według gremlina to 4:07/km czyli nawet lepiej niż to planowane :) Postęp od poprzedniej edycji: 1:19 bo rok temu było 19:05.
Kilka słów jeszcze o butach - pobiegłem w moich Asics'ach Gel DS-Sky Speed 2. Buty zupełnie nie na bieganie gdy wokół tyle śniegu i wody ale na szczęście drogi były zupełnie czarne i tylko kilka razy musiałem omijać kałuże. Poza tym sprawdziły się bardzo dobrze - zapomniałem że coś mam na nogach o to przecież chodzi.
Niestety nie zdobyłem najwyższego miejsca na pudle w kategorii "Nowa Iwiczna", pojawił się znikąd jakiś sąsiad o rok starszy (Piotr Frączyk) i dobiegł w 17:02 - gratulacje nieznajomy współzawodniku! W tej klasyfikacji byłem drugi na dziewięciu startujących (jak rok temu) - nie tak źle, a poza tym - za rok się z tym panem Piotrem policzymy!
W ogólnej klasyfikacji byłem 61 z 229 czyli w 26,6% stawki, rok temu było to odpowiednio 122 z 241 czyli 50,6%. Różnica ogromna a wydawało mi się że postępy robiłem bardzo powoli przez ten rok...
Na mecie jak zwykle kubek (ten z poprzedniego roku służy mi dobrze w pracy - nikt takiego nie ma więc mi go nie zakoszą), do tego talon na jedzonko: gorąca grochówka, bułka, bigos, gorąca herbata. Szkoda że nie było żadnego picia a bigos mógłby być lepszy ale grochówka ratowała sytuację - zjadłem, wypiłem i chwilę pogadałem z innymi biegaczami. Impreza naprawdę udana z mojej perspektywy i jak co roku polecam szczególnie mieszkającym niedaleko!
Muszę też wspomnieć że była pomyłka z rocznikami dzieci w jednym z biegów i pierwszą klasę liceum podobno dopuszczono do biegu dla gimnazjalistów. Poza tym błędem (o którym wiem z sieci bo sam nie byłem na biegach dzieci - moje pociechy musiały się wygrzać w domu po szaleństwach na śniegu) sama impreza bardzo mi się spodobała. Oby tak i za rok było!




poniedziałek, 24 października 2011

Minimaraton Lesznowola

 
No i po minimaratonie. Biegło się super fajnie, temperatura była dość niska ale mi się to bardzo podobało. Czas uzyskałem znakomity - 19 minut 5 sekund. Po cichu miałem nadzieję na zejście poniżej 19 minut ale plan jaki sobie wyznaczyłem to było 19:30 i pobiłem go znacznie. Przez trochę ponad miesiąc od ostatniego startu na tym dystansie poprawiłem się o grubo ponad minutę. W trakcie biegu nie opadłem z sił chociaż pewne wahania tempa były, na finiszu okazało się że mam jeszcze dość sił żeby biec chwilę sprintem co pozwoliło mi na wyprzedzenie biegaczki która finiszując mnie wyprzedziła chwilę wcześniej. Bardzo miłe są takie momenty gdy się biegnie wypluwając płuca i się wygrywa na ostatnich metrach! Akurat ktoś zrobił mi zdjęcie na tym finiszu - ja to ten po prawej (tak dla upewnienia się że wszyscy rozpoznali).
Za rok też się na pewno pojawię i mam nadzieję że wynik będzie znowu dużo lepszy bo na pewno dużo jeszcze można poprawić z czasu ponad 19 minut.

Niestety z powodu rozgardiaszu porannego (jedna córa do pediatry, potem druga na spacer) nie wziąłem ze sobą pulsometru i nici wyszły z mojego określania HRmax. Z drugiej strony żadna strata bo i tak z tego co czytałem wynika że nie oznaczyłbym go na takich zawodach bo na końcu na pewno wchodziłem w dług tlenowy i wyszłoby mi tętno wyższe niż moje HRmax...
A propos tego rozgardiaszu - pomyślałem sobie że nie wpisuję tego nigdzie ani nie uwzględniam w moich planach przygotowań biegowych ale ja w week-endy mam w nogach dużo więcej kilometrów. Chodzę raz albo dwa razy na spacer z córką śpiącą w wózku i potrafię zrobić nawet 10km na takich dwóch spacerach w ciągu dnia które razem potrafią trwać nawet 3 godzin. Dzisiejszy minimaraton biegłem po takim właśnie 1,5 godzinnym spacerku na którym pewnie z 5km przemaszerowałem.

Dystans: 4,21km
Czas: 19m05s
Temperatura: +6 stopnie (?)
Tempo: 4m33s/km

niedziela, 4 września 2011

Minimaraton Agrykola

 Słuchanie Trójki pozwoliło mi dowiedzieć się o tym że w czasie gdy w Korei trwały Mistrzostwa Świata w lekkiej atletyce u nas na Agrykoli była zorganizowana kilkudniowa impreza sportowa. Sponsorem zresztą była m. in. ambasada Korei (i chyba władze miasta). W ramach tego "miasteczka lekkoatletycznego" odbywał się też bieg na dystansie 1/10 maratonu czyli ok 4,22km. Taki sam dystans już kiedyś biegłem - w zeszłym roku w mojej gminie Lesznowoli - i uzyskałem czas 23:24s. Chciałem się sprawdzić czy te moje dopiero co rozpoczęte systematyczne bieganie coś tu pomogło i zapisałem się na minimaraton na Agrykoli. Na trasę dotarłem z małym zapasem czasu bo nie mogłem znaleźć miejsca do zaparkowania - okazało się że po drugiej stronie Myśliwieckiej na stadionie Legii akurat wtedy był mecz tvn-politycy i nie było gdzie zaparkować. Dotarłem jednak na chwilę przed rozpoczęciem na miejsce startu i... okazało się że cała impreza mimo reklamy w radiu i tego że była częścią większej imprezy została zaszczycona aż... 40 biegaczami! Mam tylko takie malutkie zdjęcie z linii startu ale widać na nim dobrze te tłumy startujące:
 Mimo to sama impreza była super - startowałem z ostatniej linii (jakkolwiek to dziwnie brzmi w tych warunkach) a razem ze mną stał p. Mamiński który organizuje Biegnij Warszawo w którym też chcę wziąć udział. Niestety na moim aktualnym poziomie nie byłem w stanie dotrzymać kroku mojemu "koledze" z linii startu ale i tak pobiegłem tak szybko jak mogłem i wynik (oraz trasę) możecie zobaczyć poniżej:
 To moja aktualna życiówka na tym dystansie ale będzie jeszcze szansa ją poprawić w Minimaratonie w Lesznowoli na jesieni (gdzieś około Dnia Niepodległości).

ADs