Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyścig. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyścig. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2026

Praska Piątka 2026

Oj dawno już nie startowałem w takim dużym, normalnym biegu ulicznym. Przez tą kontuzję uda miałem dość długą przerwę, zresztą były też wakacje po drodze. Ale trzeba szczerze przyznać że 2,5 miesiąca wypadło z treningów i to mnie cofnęło o lata świetlne. Oczywiście w sensie wyników, to nie jest tak że strasznie z tego powodu rozpaczam. Najważniejsze zawsze było biegać zdrowo - więc spokojnie robiłem swoje, żeby jak najszybciej ale przede wszystkim trwale wyjść z tego problemu. A jak wyszło? To może opiszę na koniec.

Ten bieg był jeszcze wyjątkowy z innego powodu - po raz pierwszy organizowałem w mojej nowej pracy bieg dla naszej firmy. Na razie udało się namówić 10 osób (dwie się wykruszyły niestety), mam nadzieję że kolejne biegi się jeszcze lepiej udadzą :) zdjęcie "rodzinne" mamy, ale na prywatnym blogu nie będę wrzucał :)

Na bieg bardzo próbowałem namówić kolegów i rodzinę (bo miałem dodatkowy pakiet z powodu tego wykruszenia), niestety za krótki czas był i sam pojechałem. Jak zwykle miałem za dużo czasu do wyjazdu, a jak w końcu wyszedłem z domu to się okazało że jest na styk. Szybko samochodem dojechałem w okolice ulicy Ludnej i (całe szczęście!) szybko znalazłem miejsce parkingowe przy samym moście Poniatowskiego. Przebiegłem się tym mostem w ramach rozgrzewki i mniej więcej udało się na czas spotkać z kolegami z pracy. Krótko pogadaliśmy, zdjęcie i szybko na rozgrzewkę musiałem uciekać. Zrobiłem w sumie 3km w tych ćwiczenia w biegu i przebieżki - nic nie skracałem bo naj(NAJ)ważniejszy cel tego biegu to dobiegnięcie w dobrym zdrowiu do mety i udowodnienie sobie że już mogę normalnie biegać jak zawsze do tej pory.

Zawsze mam jakiś plan na bieg (taki liczbowy), ale tym razem nie miałem pojęcia na co liczyć. Ostatnia piątka była miesiąc temu i nie była zbytnio szybka: 23:16. No ale to było w upalnym Tokio, poza tym już miesiąc biegam i to powinno podnieść sporo mój poziom sportowy. Zaplanowałem więc sobie że nie będę patrzył na zegarek wcale. Ustawiłem łapanie okrążeń co 500m i chciałem to po biegu dopiero przeanalizować, a sam bieg pobiec na wyczucie. Nie spodziewałem się poprawy ogromnej z Tokio, tak po cichu liczyłem na plan maksimum 20:59.

Atmosfera przed biegiem była super - tłumy biegaczy, bardzo fajna muzyka - brakowało mi tego. Poczułem się znowu jak ryba w wodzie :) Ale nie przedłużajmy - kilka energetycznych kawałków i... wystartowaliśmy! 

Bieg nie jest długi - w końcu to tylko piątka. Ruszyliśmy Zieleniecką, dwa skręty w lewo i długa prosta na Most Świętokrzyski. Most jak to most - pośrodku ma najwyższy punkt, co oznacza podbieg. Nie pamiętam żeby mi ten pierwszy podbieg sprawił problem, chociaż do poczułem. Jeszcze na rozgrzewce czułem że biegnie mi się ciężko, ale na samym biegu emocje to wygłuszyły i pierwsze dwa kilometry biegło się bardzo dobrze (chociaż dość trudno). Nie patrzyłem na zegarek zgodnie z umową (z samym sobą), ale zerkałem na samą górę cyferblatu na tętno - było 175. Nie było więc tak wysokie jak zwykle miewam na takich wyścigach (spodziewałem się raczej 180), ale nie było obijania się - było wysokie. Nie mogło chyba być wyższe bo jeszcze nie powróciłem do formy z wiosny.

Elita już była po nawrotce i miała jakieś 7 minut biegu za sobą gdy ich mijałem, ale jakoś nikogo nie poznałem. Ja też zaraz zawróciłem i po 2km była nawrotka. Czyli wracamy tym samym mostem czyli znowu podbieg! Co dziwne - spodziewałem się że będzie gorzej, ale nie było aż tak źle. Jeszcze trzymałem się jakoś. 

Za mostem skręt w prawo na Wybrzeże Szczecińskie i tutaj już było ciężko. Czułem że nie daję radę i że zwolniłem. Raz nawet po 3,5km gdy chciałem sprawdzić tętno wyświetlił mi się czas okrążenia 2:12 co mnie trochę podłamało - bo to tempo 4:24/km przecież czyli dużo wolniej niż moje nieśmiałe założenia (4:12/km musiałoby być). Na Wybrzeżu druga nawrotka (nie lubię) i już niby "tylko do mety". Oj było ciężko i czułem że nie jest dość szybko, natomiast szczerze przyznam - jakoś to wytrzymałem, nie było to duże odpadnięcie (ale było). Jeszcze tylko 4 zakręty (żeby nie było za łatwo) i wreszcie meta! Zatrzymałem zegarek i udało się odcyfrować wynik:

21:17

Nie jest to plan maksimum, ale na pewno jest to plan "środkowy" wypełniony. Co najważniejsze - nic nie boli! Mimo że to był szybki i nie za krótki bieg - nic się nie odezwało, nie ciągnie w mięśniach - no wreszcie mogę myślę wrócić w pełni do normalnych treningów! 


Analiza biegu poniżej - zaznaczyłem które odcinki były dużo za wolne. Nie ma w sumie zaskoczenia: pierwszy podbieg na most, a potem to jak zwykle końcówka biegu oprócz finiszu (500m) gdzie trochę przycisnąłem. Ale to był krótki finisz, bo naprawdę się zmęczyłem!

No dobrze to tak na koniec - super że wreszcie znowu sobie pobiegłem w takim dużym masowym biegu. Bardzo fajnie było stanąć znów w tłumie biegaczy na starcie i poczuć tą atmosferą. Cieszę się strasznie z tego że nic mnie nie pobolewało przed, w trakcie czy po biegu. Sam wynik to może tak na 85% jestem zadowolony - czyli całkiem-całkiem :) 

To teraz jutro bieg długi - w końcu start A sezonu to maraton, za trzy tygodnie dycha w Warszawie, potem już za tydzień połówka w Manchesterze, no i zostaną już tylko ostatnie (dokładnie pięć) tygodnie do maratonu w Nicei!


  

niedziela, 5 lipca 2026

Bieg Konstanciński 2026

 

Minął tydzień a ja zawsze mam mało czasu żeby wrzucić relację z Biegu Konstancińskiego. Więc będzie szybko i na temat! Było strasznie gorąco - chyba najgorętszy dzień tej wielkiej fali upałów z temperaturami prawie 40 stopni. W ostatnim dniu przesunięto start z godziny 10:00 na 7:00 rano! Podjechałem więc dzień wcześniej rowerem odebrać pakiet i przetrzeć szlak, bo w dniu biegu podjechałem też w obie strony rowerem. Plan był prosty: przeżyć. Chodzi mi oczywiście głównie o moją nogę, która od 12-go maja już nie działa jak powinna. W sumie ten odpoczynek to już niedługo będzie miał dwa miesiące. Fizjo mówił że jest dobrze - mogę biec, ale nie jest moim zdaniem jeszcze dobrze, więc plan był: dobiec w jednym kawałku.

Podjechałem więc po ten pakiet - zresztą bardzo bogaty co do zawartości. Organizacja tego biegu co roku jest bardzo dobra i mogę go bardzo polecić. Start z Parku Zdrojowego, dużo imprez towarzyszących - naprawdę godna polecenia impreza. Rozgrzewka, Robert Korzeniowski zagrzewał (no coś, było i tak strasznie gorąco) do biegu. Ale z racji temperatur to raczej można powiedzieć że starali się studzić emocje :) Ja ustawiłem się na końcu prawie - bo chciałem biec tempem rzędu 5 minut na kilometr. Nie rozgrzewałem się praktycznie (tylko pomalutku i rozciąganie) bo bałem się czy w ogóle dam radę przebiec całe 10 kilometrów z tą nogą - bałem się bólu. 

Zacząłem więc tempem 5:30/km pierwszy kilometr. Zadziałało dobrze to zacząłem troszkę przyspieszać - drugi już w tempie 5:00/km. Trzeci 4:42/km i chciałem to utrzymać. Udało się czwarty i piąty kilometr tym tempem. Po połowie dystansu pomyślałem że może trochę przyspieszę i szósty wyszedł w 4:30/km. to już naprawdę dobre tempo. Ale wtedy złożyły się dwie rzeczy - po pierwsze jednak noga zaczęła dokuczać a po drugie - no jednak temperatura była już wysoka i wydajnościowo też zaczęło nie być za dobrze. Ale przede wszystkim chodziło o nogę - jeszcze mięsień nie jest wyleczony jednak. Zwolniłem więc w okolice 4:50/km na ostatnie 4km i na metę wbiegłem z czasem:

49:00

Na mecie medal, rowerem szybko do domu, kąpiel i zaraz odwozić najmłodszą pociechę bo wyjeżdżała na obóz. 

Krótkie podsumowanie: strasznie mi żal że jeszcze nie mogę biegać zupełnie normalnie. Pocieszam się że to dobrze - organizm odpocznie od ciągle tych samych aktywności: jeżdżę do pracy w obie strony teraz rowerem (21km w jedną stronę czyli około 45-50 minut, trzy razy w tygodniu to wychodzi 120km), staram się na basen chodzić raz w tygodniu. Trochę chodzę na długie spacery. Waga troszeczkę urosła, ale jest pod kontrolą.

Plan teraz mam żeby pobiegać spokojnie - bo już raczej jest OK z nogą. Jak uda się tydzień czy dwa spokojnie pobiegać to zacznę coś też dodawać z akcentów. Najpierw tylko tempowe biegi (czyli nie za szybko) a potem jak po paru tygodniach będzie OK to też coś szybkościowego. 

Najważniejsze żeby zdrowo sobie biegać, a starty mam dopiero po wakacjach - zapisałem się na Praską Piątkę na początku września, potem połówka w Manchesterze no i maraton w Nicei! Na te trzy imprezy chciałbym już być w pełni zdrowy i w dobrej formie.
 


 

 






 

 

 

wtorek, 11 listopada 2025

Bieg Niepodległości

Czas na ostatni bieg tego sezonu, czyli Bieg Niepodległości. Pakiety odebrałem w pierwszym możliwym terminie - czyli w piątek (pakiety bo biegliśmy razem z Żonką), a termin był taki wczesny z powodu wyjazdu week-end'owego, zresztą całą rodziną. Który był całkiem fajny zresztą - bo udało się trochę zwiedzić w tym Wiedniu, córki miały atrakcje na Praterze, a my z Żoną pobiegaliśmy dwa razy po alejce w Praterze. Może nie tym tempem co Eliud gdy łamał dwie godziny w maratonie w tym miejscu, ale za to było uroczo. Mieliśmy mieszkanie tuż przy Praterze, po wbiegnięciu do niego cała prosta o długości 5km była do naszej dyspozycji :)

Pobiegaliśmy razem w sobotę rano i w niedzielę rano. Co ciekawe - tego dnia był tak jakiś półmaraton, który miał się niedługo zacząć. Trochę żałowałem że nie sprawdziłem tego przed przyjazdem, ale oryginalnie miałem zamiar w sobotę rano zrobić tam w Wiedniu Park Run, poza tym we wtorek przecież był Bieg Niepodległości - więc półmaraton dwa dni wcześniej i tak byłby średnio mądrym pomysłem :) ale zrobiłem sobie zdjęcie na tle rozstawianych ciągle bram i stanowisk do obsługi biegu.

 
 
W poniedziałek wróciliśmy do kraju, a we wtorek już ten główny start. Trochę ponarzekać muszę - waga mi troszkę urosła (no tylko do 78kg, ale patrząc na moje zapiski to rok wcześniej było półtora kilo mniej obywatela). Forma też troszkę się obniżyła i ostatnio ciężko było 20 minut na piątkę złamać. Biorąc to pod uwagę plan na bieg był taki żeby biec z wirtualnym partnerem nastawionym na tempo 4:05/km. To powinno dać wynik około 41 minut (mógł być potrzebny szybszy finisz do tego bo tempo z zegarka jest zawsze zawyżone względem tempa liczonego według atestu trasy). Podjechaliśmy samochodem razem na start, oczywiście problem z zaparkowaniem był, jak zwykle... ale przy budynku gdzie kiedyś razem pracowaliśmy udało się zaparkować. Pogoda była dość dziwna - niby około 7 stopni, ale pochmurno i co jakiś czas mżyło. Na szczęście na czas biegu było okienko bez opadów, zostawiłem więc dłuższe ubranie w samochodzie i "na krótko" wybrałem się na bieg.


Biegaczy było mnóstwo, kibiców też. Rodziny z dziećmi (szkoda że nasze trzy pociechy się nie wybrały). Bardzo lubię ten bieg, jego oprawę i atmosferę. Rozdzieliliśmy się (biegliśmy z różnych stref startowych) i ja po całkiem dobrej rozgrzewce (4km) z ćwiczeniami i krótkimi przebieżkami ustawiłem się na starcie. Wszedłem między zająców na czasy 40:00 i 42:30, w strefie odśpiewaliśmy hymn i zaraz ruszyliśmy. Ja specjalnie do strefy startowej wchodzę na krótko przed startem - żeby po rozgrzewce organizm nie wystygł. Ruszyliśmy więc w trasę. Był doping, dobra trasa i pogoda - było super. 
Mój plan działał dobrze, chociaż szczerze przyznam że już na początku biegu miałem odczucie że tempo jest za szybkie do utrzymania przez całe 10km... ale zwalczyłem to uczucie w sobie bo nie było za mocne ;) Okrążenia łapały się same co 1km, oznaczenia kilometrowe były chwilkę dalej niż mój zegarek pokazywał (czyli w porządku - tak powinno być). Tempo było w porządku. Pierwszy podbieg na wiadukt w alei Jana Pawła II zrobiłem wzorowo, czyli troszkę przyspieszyłem i na zbiegu też - dzięki temu nie straciłem na nim nic. Potem minęliśmy czołówkę biegu, która już wracał po nawrotce. Mieli tylko minutę przewagi w momencie mojego startu, więc blisko przed nawrotką ich widziałem. Pierwsza grupka chyba 4 zawodników, potem sprawdziłem że głównie zagranicznych, potem trójka i większa grupka w której pierwszy był Krzysiek Wasiewicz z klubu biegacza Kondycja z Piaseczna, więc powiedzmy sąsiad :) Udało mu się dowieźć tą 7-mą pozycję do mety zresztą. 
Tymczasem u mnie też się zaczynała druga połowa - na nawrotce było jeszcze dobrze z tempem. Szósty kilometr jeszcze też - 24:36 to dokładnie 4:06/km czyli tak jak planowałem. Niestety to już było troszkę wolniejsze tempo tak naprawdę bo biegłem przecież na 4:05/km. Trzy kolejne kilometry były za wolne - był tam oczywiście drugi raz wbieg na wiadukt, który swoje zabiera. Ale i tak średnie tempo z tych kilometrów to 4:16/km i to już spore spowolnienie. Dziesiąty kilometr wyszedł szybciej niż planowane średnie tempo - w 4:03 i na mecie zameldowałem się z czasem:

41:34


Tempa kilometrów do porównania za rok:
 


Mimo średniego wyniku po biegu byłem zadowolony. Chodzi mi o stronę sportową - czułem się dobrze po biegu, nie zajechałem się (zegarek zwariował z tym tętnem - na pewno było sporo wyższe). Miałem odczucie że mało zwolniłem. Teraz patrząc na te dane to myślę, że jednak nie powinienem być tak zadowolony, bo sporo straciłem na tych trzech kilometrach - po dziesięć sekund. No trudno - może się jeszcze uda poprawić w przyszłym sezonie. Skoro Konieczny (starszy chyba 3 czy 4 lata ode mnie) pobiegł dzisiaj 32:17 to i ja mogę, nie ;) ?
 


 

 

 

piątek, 31 października 2025

Maraton Drezno


Mój trzydziesty pierwszy maraton wypadł w Dreźnie. Wyjątkowo nie przygotowywałem się do niego według jakiegoś sztywnego planu treningowego. Właściwie to nie miałem żadnego planu treningowego :) ale próbowałem biegać jakoś z głową. To u mnie oznaczało: 5 biegów w tygodniu, 1 basen. We wtorki były interwały (zwykle 1000m albo 800m), w czwartki bieg tempowy (od kilku do nawet 10km) i w niedzielę bieg długi (od 25km do 32km). 

A jak wyszło? Kilometraż tygodniowy wychodził około 70km +/- 10km. Treningi wychodziły raczej dobrze, chociaż sam ustalałem sobie zakładane tempa - według obecnej formy, a nie pod jakiś konkretny czas. Początkowo miałem zamiar pobiec 3:15 w Dreźnie, pod koniec cyklu treningowego obniżyłem te oczekiwania do 3:20. Wyniki miałem w okolicy 20 minut na piątkę (ostatni test w Biegu po dynię wyszedł niby 20:46, ale było tam więcej dystansu i tempo było średnie było 3:59/km), półmaraton w Gdańsku jednak nie wyszedł kompletnie: 1:34:32... Mimo to obniżyłem tylko trochę planowane tempo na maraton z czasu 3:15 (4:37/km) do 3:20 (4:44/km) i liczyłem że tempo z piątki będzie lepszym "estymatorem".

Do Drezna pojechaliśmy całą rodzinką - na weekend. Mieliśmy fajny hotel w samym centrum i liczyliśmy na zwiedzanie przy okazji tego wyjazdu. Niestety pogoda nie była sprzyjająca. Czasami było ładnie, ale wiało i dużo padało i było cały czas zimno. Gdy wychodziło słońce można było się ciepło ubrać i wyjść, ale gdy zaczynało wiać i padać to nie dało się z hotelu wyjść.


W sobotę odebraliśmy rano pakiet i resztę dnia spędziliśmy na zakupach w centrum (tam nie padało) a w niedzielę - start! Poprzedniej nocy była zmiana czasu (śpi się godzinę dłużej), w dodatku start był dość późno, bo o 10:00. Dla mojego zegara biologicznego była to więc 11:00. Trochę późno, ciężko wtedy wymyśleć jakie powinno być śniadanie, ale zrobiłem je standardowo - czyli węglowodany (bułki, dżem, nutella itp.) tylko trochę większe. Na start miałem coś około 2,5km, na szczęście numer startowy działał jako bilet na komunikację miejską tego dnia. Podjechałem więc tramwajem spod hotelu aż na start.

Miałem trochę problem z ubraniem - bo było zimno (niby temperatura miała dojść do 8 stopni - to by było OK, ale z powodu wiatru i deszczu to odczuwalna była rzędu 2 stopni). Ubrałem się więc jak zwykle - na krótko (i czerwono), ale wziąłem na siebie koc termiczny, żeby nie zmarznąć na starcie i w drodze na start. To zadziałało bardzo dobrze. Był jeszcze jeden problem - zawieruszył mi się pas na żele! Potem się okazało że został w domu, mimo że był przygotowany do wzięcia ze sobą. Na szczęście udało się temu zaradzić - w dniu startu było jeszcze otwarte EXPO i kupiłem tam dobry jakościowo pas Salomona. Wpakowałem tam te moje 5 żeli na drogę i byłem gotowy. No tylko nie miałem ze sobą (wyjątkowo) telefonu - bo wychodząc z hotelu nie miałem gdzie go wcisnąć.

Na starcie za długo nie czekałem (czy wspominałem już że było zimno?) i dość szybko ruszyliśmy. Moja taktyka na ten bieg była taka: miałem trzymać tempo na 3:20 na mecie do połowy dystansu. Czyli zameldować się tam w czasie 1:40 i wtedy dopiero przyspieszyć, idealnie urwać ze dwie minuty i dobiec poniżej 3:18. To oczywiście w przypadku gdy będą siły, jak nie - to poniżej 3:20, a więc przeciec drugą połowę szybciej niż pierwszą. Zegarek ustawiłem na zaliczanie okrążeń co 2km (żeby nie było ich za dużo) a podczas biegu kontrolowałem tempo wg wirtualnego partnera. Tempo powinno być 4:44/km, ale zawsze trzeba troszkę doliczyć - zwykle na dystansie maratonu zegarki pokazuję około 300m więcej, więc trzeba prawie 2sek/km biec szybciej wg zegarka niż będzie potem oficjalny czas na mecie. To daje tempo 4:42/km, ale Garmin pozwala ustawiać tempo wirtualnego partnera co 5sek/km - ustawiłem więc 4:40/km i biegłem wg tego wskazania.

A jak wyszło? Tempo udawało mi się dobrze utrzymywać. Na początku było troszkę szybciej, ale to były minimalne różnice. Potem był jeden z kilku tuneli w który zegarek trochę zwariował i dodał od siebie trochę dystansu - przez co nagle byłem ponad 30 sekund przed wirtualnym partnerem (a nie przyspieszyłem oczywiście). Mimo to próbowałem i dalej biegłem zgodnie z zegarkiem. Tylko trzymałem się żeby nie zwiększać ani nie tracić tej przewagi na wirtualnym partnerem (która wynosiła 35 sekund). 

Na połówce byłem dokładnie w 1:39:00. To oznacza że minutę nadrobiłem względem planu, mimo że tempa pilnowałem. Niby to tylko niecałe 3sek/km, więc nie powinno to być ogromnym problemem. Od tego momentu miałem już trochę przyspieszać, ale niestety - nie było jak. Trochę za ciężko szło, jednak najgorsze miało dopiero się zacząć: pogoda z zimnej i wietrznej (ale słonecznej) zmieniła się diametralnie - zaczęło padać i jeszcze mocniej wiać. Na pierwszej pętli moi kibice byli w parku i mam takie fajne zdjęcia.


 


 

Ale potem była druga (podobna) pętla i w takich warunkach kibiców już prawie nie było. Nie dziwię się im wcale - naprawdę było bardzo słabo jeśli chodzi o pogodę i przebywanie na dworze było proszeniem się o rozchorowanie się na jesień. Ale my musieliśmy dobiec do mety... Widzę teraz po wynikach że do 24km tempo było super. Potem do 28km było akceptowalne - tylko minimalnie spadło. Do 32km było już za wolne, ale nie byłoby tragedii (bo średnia na 32km była 4:42/km z całości (to byłoby 3:18:30 na mecie plus różnica dystansu to powiedzmy około 3:19). Natomiast ostatnie 10km to była mordęga. Średnie tempo 5:52/km! Ręce mi zgrabiały od tego zimna i zacząłem myśleć o hipotermii. I oczywiście o tym "po co mi to było". Było zimno, wietrznie, deszczowo i nieprzyjemnie. Wymęczyłem się jednak i mimo że dwa czy trzy razy przeszedłem na chwilę do marszu to dobiegłem w czasie 

3:32:34

Miałem miejsce 429 z 1631 maratończyków. Byli jednak na trasie też półmaratończycy (3676 biegaczy) i sztafety (150x4=600 biegaczy). Doliczając 1,5 tysiąca biegnących 10km albo 5km i jakieś 350 dzieci to wychodzi że razem około 7 tysięcy biegaczy wybiegło na ulice Drezna.

Oj bolał ten maraton i muszę teraz dobrze odpocząć zanim pomyślę o kolejnym. Najpierw jeszcze Bieg Niepodległości, potem trochę odpocznę i wtedy zacznę myśleć co w nowym roku w bieganiu u mnie zaplanować :)


 


 

Zdjęć trochę mam bo kupiłem cały pakiet, to proszę bardzo :) :

 





 










 

niedziela, 12 października 2025

Bieg po Dynię

 
Kolejny rok i kolejny start na "własnych śmieciach" czyli w Biegu po Dynię! Rok temu trochę nas aura nie rozpieszczała, padało i nawet się lekko wtedy podziębiłem. W tym roku dla odmiany... też padało. Ale szczerze trzeba przyznać, że nie było tak źle. Na czas samemu biegu prawie przestało, temperatura nie była zła - około 12-13 stopni i było trochę wiatru, ale nie był bardzo mocny. 

Pojechaliśmy we trójkę z najmłodszą córą tylko, pakiety odebraliśmy szybko - właściwie tylko numer startowy, koszulka okolicznościowa i napój i byliśmy gotowi. Znajomych było sporo, to pogadaliśmy trochę, zostawiłem rzeczy w depozycie i poszedłem na rozgrzewkę. Przebiegłem po trasie biegu dwa kilometry i sprawdziłem że trochę wieje jednak. Na koniec trochę ćwiczeń i przebieżek i szybko na start. 

Start jak zawsze był ze stadionu w Lesznowoli. Ustawiłem się prawie na samym przedzie i dobrze to wyszło (patrząc na wyniki). Na starcie był też kolega Tomek który chciał jak ja biec na tempo 3:55/km (czyli czas około 19:35 na mecie). 

Po starcie robi się najpierw jedno kółko po stadionie - trochę się tam przetasowało i wybiegliśmy ze stadionu już mniej więcej ułożeni względem tempa. Pierwszy kilometr trzymałem się kolegi Tomka, ale tempo według zegarka miałem trochę wolniejsze niż zakładane. Miało być 3:55/km, ale trochę traciłem względem wirtualnego partnera z ustawionym tym tempem. Na pierwszym kilometrze biegnie się mniej więcej na zachód i dzisiaj było to akurat pod wiatr. Dlatego nie przejmowałem się tempem - to dobrze, że ten odcinek pod wiatr był na początku, dzięki temu w drugiej połowie było z wiatrem. 

Tymczasem na pierwszym kilometrze wyprzedziłem Tomka (powiedzmy że dałem zmianę na tym odcinku pod wiatr :) ) i biegłem mniej więcej równo. Znacznik pierwszego kilometra był jednak przesunięty, i to sporo - trochę ponad 200 metrów! Dlatego patrzyłem na tempo według zegarka i to było w porządku, czyli 4:00/km. Postanowiłem troszkę przyspieszyć i nie tracić więcej względem planowanego 3:55/km. Chciałem co najmniej złamać te 20 minut. Drugi i trzeci kilometr wyszły po 3:57/km i to było zgodne z moim planem - troszkę traciłem, ale w połowie dystansu miałem czas 9:57. 

Zaczął się czwarty, najtrudniejszy dla mnie kilometr. Dobrze że tak jak pisałem - był z wiatrem. Było trudniej, ale udało się nie stracić za dużo i widzę że tempo wyszło 4:01. Ostatni kilometr okazał się jednak w tym biegu jeszcze trudniejszy. Zwykle już wtedy daję radę siłą motywacji przyspieszyć, ale tutaj było inaczej. Na końcówce, jest dodana agrafka (żeby dystans był - bo samo to kółko w Lesznowoli nie ma 5km) i znowu biegnie się ten sam kawałek pod wiatr. Spadło mi tam tempo niestety, po nawrotce kolega Tomek mnie wyprzedził i na ostatnich kilkuset metrach nie dałem już rady przyspieszyć... Z pozytywów: żaden inny biegacz mnie nie wyprzedził, mimo że finisz za bardzo mi wyszedł. Wbiegłem na stadion z oficjalnym czasem 

20:46

I teraz bardzo ważne pytanie - skoro biegłem poniżej 4:00/km to skąd taki czas? Powinno być poniżej 20 minut przecież. Rozwiązanie zagadki jest dość proste: dystans był sporo zawyżony. Wszyscy biegacze, których zapytałem mieli na zegarkach 200 metrów (+/- 10) więcej. To daje prawie minutę czasu biegu przy tym tempie. Patrząc na zegarek to po 5km miałem czas tuż poniżej 20 minut. Więc taki pewnie jest mój aktualny poziom. Trochę gorzej niż na wiosnę, ale nie jest źle - można będzie z tego coś sensownego w Dreźnie pobiec w maratonie. A to już za dwa tygodnie! Fajnie, czekam na ten start i mam nadzieję że poprawię tegoroczny wynik.


niedziela, 5 października 2025

Półmaraton Gdańsk


Ech no trudno się pisze relacje z biegów które delikatnie mówiąc nie wyszły. No ale samo się nie zrobi - trzeba przełknąć tą żabę, a więc do dzieła!

Jak pisałem poprzednio - plan był aby spróbować złamać półtorej godziny i mieć z tego jakiś dobry prognostyk przed maratonem w Dreźnie. Na bieg pojechaliśmy tylko z najmłodszą pociechą, w sobotę odebraliśmy pakiet, zameldowaliśmy się w hotelu i oczywiście na chwilkę wpadliśmy nad morze.


 

W niedzielę rano warunki były prawie idealne do biegania. Temperatura 13-14 stopni, słonecznie i trochę wiatru, ale w mieście nie było go czuć. Mogłoby być zimniej tylko. Na sam bieg podjechaliśmy samochodem - wypatrzyłem miejsce i trasę która powinna być bezkolizyjna na bieg i z powrotem (jak było - to opiszę za chwilę). Na bieg dojechaliśmy bez problemu i nawet pomogliśmy koledze-biegaczowi z tego samego hotelu dojechać (pozdrawiam!).


Na stadionie było fajnie dla kibiców - siedzieli na trybunach, a nasz start i potem meta były tuż obok, na płycie stadionu. Pomachałem rodzince ze strefy startowej i w sumie szybko poszło - wystartowaliśmy. Byłem dobrze przygotowany od strony fizjologicznej (czytaj: toaleta przed biegiem się udała :) ). Była też rozgrzewka, odpowiednie śniadanie itd. 

Po starcie starałem się biec idealnie na zegarek - ustawiłem wirtualnego partnera na tempo 4:15/km, zaliczanie automatyczne okrążeń co kilometr i nie patrzyłem na oznaczenia kilometrów. To znaczy tylko tak z ciekawości słuchałem kiedy mi piknie zegarek kilometr, a kiedy minę flagę z oznaczeniem kilometra. W sumie były rozbieżności i to w drugą stronę niż powinny (zegarek zawsze liczy więcej, a tutaj pipczał za oznaczeniami - czyli były na początku źle postawione moim zdaniem, w drugiej połowie biegu było na odwrót - to mnie po raz kolejny przekonuje że używanie znaczników z biegów nie ma sensu, nie są ustawiane poprawnie). 

Pierwszy kilometr wyszedł znacznie za szybko: 4:10, to jest dość częste - emocje na starcie, najwięcej kibiców - trudno się powstrzymać (trzeba w Dreźnie na to uważać). Ale już od drugiego kilometra było dobrze: 4:17, 4:14, 4:16 itd. I szło dobrze, ale niestety tylko do 8km. Po prostu tyle mim starczyło sił - czyli bardzo słabo. Już dziewiąty kilometr wyszedł 4:32. I takie było mniej więcej tempo średnie z ostatnich 13km. Były wzloty i upadki: najgorszy #20 w 4:51 ale #13 i #21 po 4:23 i 4:21. Nie pomogły dwa żele, które wziąłem około 8 i 16km. Nie pomogło polewanie się wodą - ogólnie bardzo słabe noty za styl powinienem dostać za ten bieg.

Natomiast sam finisz to chyba wyglądał dobrze - wg garmina ostatnie 200m przebiegłem w tempie 3:46/km, a zdjęcie które mi Żonka zrobiła na finiszu wygląda jak bym był Kipchoge na finiszu w Berlinie :)




 

Dobra, to jakie były pozytywy w tym biegu? Myślę że największym będzie krytyczne podejście do swojej formy. Za tydzień spróbuję jeszcze sprawdzić się ostatecznie z okazji Biegu po Dynię w mojej gminie. To jest 5km i spróbuję tam pobiec 19:30 (plan naprawdę minimum to będzie złamanie 20 minut). Z tego spróbuję ekstrapolować na maraton (wiem, to krótki dystans). Ale w tej chwili mam plan, aby pobiec w Dreźnie na złamanie 3:20 - czyli tempem 4:44/km. Dzisiaj zrobiłem ostatni długi i szybki bieg przed maratonem: miało być 32km, ale skróciłem, za to zrobiłem ten bieg w Lesie Kabackim i cały zrobiłem planowanym tempem maratońskim. Tylko jest jedno ale: zrobiłem 25km a potem chwilkę odpocząłem i końcowe 5km. Całość wyszła więc na papierze super: 30km @4:44 ale ta krótka przerwa to jednak sporo zmienia moim zdaniem (widać po wykresie tętna - uspokoiło się podczas tej przerwy i już nie wzrosło na ostatnich 5km tak bardzo, mimo że ostatnie 2km były po 4:30/km!


 

ADs