niedziela, 7 lipca 2019

Rzeźniczek


Zacznijmy od przypomnienia co się działo przed Rzeźniczkiem. A więc działo się i to sporo - tydzień wcześniej pojechaliśmy w góry na bieg Frassatiego który zmasakrował mi lewą piętę, prawy duży paznokieć i prawy środkowy palec. Po tym biegu myślałem że bieganie po górach nie jest dla mnie, za duże straty własne! Potem spędziłem tydzień służbowo w Chinach a po powrocie był już czas na Rzeźniczka.
W sumie to już skłaniałem się żeby nie jechać - dojazd w nasze Bieszczady to nie przelewki, od nas z domu to prawie sześć godzin jazdy a ja byłem zmęczony po tylu podróżach... ale od czego jest domowy trener - zmobilizowała mnie moja małżonka i w sumie bardzo się z tgo cieszę bo impreza była super (dzięki!!!). Ale po kolei.
Wieczorem gdy już dzieci prawie szły spać wsiadłem w samochód i pojechałem w Bieszczady. Mamy duży rodzinny samochód (7-osobowy, bo przy trójce dzieci musi być sporo miejsca). Wziąłem więc składany materac, dwa śpiwory i poduszkę i pojechałem :) Po jeździe z pewnymi przygodami (jelonek na drodze co nie chciał ani w lewo ani w prawo tylko biegł mi przed maską, dwa lisy a jeden ze zdobyczą w pysku, poza tym koty czy jeże - pełny przegląd zwierzarium bieszczadzkiego) dojechałem na miejsce około północy. Zaparkowałem tuż przy Orliku gdzie była baza biegu, rozłożyłem z tyłu siedzenia, materac i śpiwory i miałem całkiem wygodną noc :)
Rano szybko ogarnięcie się, po pakiet startowy, zapłacić za parking (czyli biegiem do bankomatu najpierw), potem podbiec na kolejkę wąskotorową. Nie zdążyłem z toalety skorzystać ani przygotować moje biedne stopy na kolejną masakrację :)

Grunt że wyrobiłem się - trzech kolegów z pracy czekało też na kolejkę. Podzieliliśm się według stref startowych i ja z Damianem i Andrzejem pojechaliśmy razem.

Przejazd kolejką to było pewne przeżycie. Miałem wrażenie że szybciej bym tam doszedł :-D No ale trzeba było to przeżyć - udało się. Na miejscu wyglądało jakby to wcale jeszcze nie było "na miejscu" co w sumie było trochę prawdziwe - trzeba było jeszcze co nieco dojść. Było tam kilka toalet, ale dosłownie kilka - kolejka się zrobiła ogromna, więc wolałem użyźnić ziemię bieszczadzką gdzieś niedaleko ;)

Po tej przygodzie szybko poszliśmy na start. Mieliśmy jeszcze trochę czasu więc ja musiałem zrobić super ważną rzecz - zabezpieczyć moje biedne stopy! Miałem cały arsenał plastrów, bandaży, opatrunków, nożyczki itd. Siadłem na ziemi i po paru minutach wyglądało to dość porządnie. Pewnie nic by nie dało, gdyby nie zmiana butów. Miałem też salomony ale takie pół-terenowe a pół-miejskie, zupełnie myślę niepasujące do tego rodzaju biegu, ale moje SpeedCrossy nie wchodziły w rachubę - to one mi załatwiły stopy (buty są super, chyba źle je przechowywałem i cholewka się odkształciła).
Jeszcze szybko reszta rzeczy do depozytu, jeszcze jeden nerwo-sik, zdjęcie przed startem i czekamy na start!


Długo to nie trwało i ruszyliśmy. Mam już dość doświadczenia żeby nie wyrywać do przodu, nawet koledzy moi wyrwali troszkę szybciej a ja zostałem z tyłu. Początek jest dość spokojny- dobiega się do granicy polsko-słowackiej, na tych 4km jest tylko 50m w górę. Potem biegnie się wzdłuż granicy przez 15km i dopiero ostatenie 3km z tej części są trudne. Czyli od startu przez 16km jest naprawdę dość spokojnie. Porównując to z Biegiem Frassatiego który biegłem tydzień wcześniej miałem wrażenie że to super łatwy i przyjemny bieg. Nie przemęczałem się, nie było żadnych problemów.
Widzę że tempo 16-go kilometra to było.... 4:07 (był tam spory zbieg)!
Ale wtedy zaczął się 17-ty kilometr - przez 3 kilometry podejśćie (bo nie nazwałbym tego podbiegiem) było strasznie strome, kilometry zajmowały mi 10,5 minuty potem trochę ponad 7 i potem najwolniejszy czyli 11,5 minuty! Tam ludzie wyciągnęli kijki a ja analizowałem czy to ma sens. Najpierw pomyślałem że nie ma - bo ja podchodziłem bez kijków w tym smaym tempie co oni, ale potem zrewidowałem swoje poglądy - bo ja na tym podejściu zamęczyłem swoje mięśnie, a oni odciążyli je pracując rękami... więc potem na zbiegu do mety (prawie 600m w dół) ja miałem trudniej i tutaj zaczęli mnie dopiero wyprzedzać niektórzy zawodnicy.
 

Pracowałem ciężko - mimo że nie miałem żadnych założeń co do tempa czy miejsca to po prostu chciałem pobiec jak najlepiej. Na podejściu wie dziewczyny mówiły wszystkim na którym są miejscu - mi powiedziały chyba że jestem 31 czy 32 - to mnie zszokowało bo nie myślałem że mogę być tak wysoko na chyba 900 miejsc udostępnionych do zapisów! Zacząłem więc sobie liczyć mijanych zawodników i próbowałem utrzymać to miejsce. Tak jak pisałem - na tym zbiegu po pierwsze moje nogi były już bardzo zmęczone, po drugie moje buty miały bardzo słabo agresywny bieżnik i pływałem trochę. Z pozytywów jednak - zmiana butów i opatrunki zdały egzamin - nie czułem strat w stopach! To najważniejsze, bo po poprzednim tygodniu miałem na pięcie otwartą ranę średnicy 1,5cm. Zbiegałem więc i liczyłem - doszło prawie do miejsca 40 gdy odzyskałem wigor i zacząłem się piąć w górę! Było ciężko, zmęczenie rosło, ale czułem presję którą sobie sam ustanowiłem licząc te miejsca. Raz złapały mnie kurcze i musiałem je rozciągnąć. Na ostatnich częściach zbiegu wyprzedziłem ładnych parę osób i zostało tylko przebiec dwa razy przez strumień. Po drugim razie trzeba było podejść po stopniach w strasznym błocie - wywaliłem się tam jak żuczek gnojaczek, złapały mnie mega kurcze w obu łydkach i tak leżałem w pozycji modliszki w błotku :) minęło mnie wtedy trzech chłopaków których z takim trudem ja wyprzedziłem na zbiegu (nawet jeden spytał się czy pomóc, ale mi nic nie było - to tylko kurcze), straciłem więc trochę czasu na operację wstań-rozciągnij mięśnie i dopiero pobiegłem do góry. To było ostatnie 100 czy 200 metrów - jeszcze tylko mostek nad tym samym strumieniem i META!


Na mecie telefon do domu, jeden kolega dobiegł za chwilkę, drugi trochę później, potem trzeci. Okazało się że dobiegłem na 32 miejscu wśród mężczyzn (czyli jak by nie żuczek gnojaczek to byłbym 29-ty!). Były chyba 4 dziewczyny przede mną więc tak ogólnie miałem 36 miejsce na około 800 osób które dobiegły - niesamowite, nigdy bym się nie spodziewał tak superanckiego wyniku!


Bardzo mi się spodobało - bieg był bardzo fajny, nie był łatwy (ta druga połowa dała w kość) ale nie był też za trudny - bardzo dobry aby zacząć przygodę z górami. Zresztą były tam też i krótsze dystanse (i dłuższe i duuużo dłuższe!) - można sobie powybierać. Okolice są piękne - bieg przez połoniny był super (nie robiłem zdjęć bo nie po to tam jechałem, ale pamiętam te widoki). Jak chcecie pobyć z przyrodą i się zmęczyć - to przyjeżdżajcie na Rzeźniczka!







poniedziałek, 1 lipca 2019

Bieganie w Chinach


Było już bieganie w Indiach, to teraz czas na drugie wielkie państwo w Azji - Chiny (nie pytajcie mnie o trzecie, największe pańśtwo bo nie pałam do niego miłością). W sumie z podobnego powodu i do Chin mam stosunek dość ambiwalentny: przeskok cywilizacyjny który robią cały czas jest niesamowity, chociaż koszt jakim to się odbywa mnie trochę przeraża.


No ale samych Chińczyków nie, oni kochają swoje państwo i zdają się nie dostrzegać takich szczegółów jak to że ich władza rządzi nimi jak bezwolnym tłumem, a nie jak u nas że to my wybieramy władzę. Ciekawy jestem jak długo taki stan rzeczy się utrzyma - na razie państwo kontroluje dostęp do informacji (nie działa tam wiele z zupełnie oczywistych dla nas portali internetowych, wyszukiwarek, map, serwisów z informacjami typu wikipedia). Media są całkowicie kontrolowane przez rząd, ludzie w Chinach baaaardzo rzadko mówią w innym języku niż własny a w szkołach uczą się wersji oficjalnej - więc skąd mają wiedzieć że ich wódz zarządził kilka reform typu rolnictwa po której 50 a może nawet 70 milionów ludzi zmarło z głodu. Albo reformę kulturalną która zakładała prześladowanie wyznawców wszystkich religii i niszczenie wszystkiego "co stare" czyli generalnie nie-komunistyczne: świątynie, rezydencje, pałace itd.


Ponieważ byłem w Changsha - stolicy prowincji Hunan gdzie urodził się i wychował ich idol (jak go nazywają "chairman Mao") to można było tego łatwo doświadczyć naocznie. Pomniki, ludzie składający kwiaty, robiący sobie zdjęcia - to nie było w żaden sposób udawane oczywiście.
Ciekawe czy za jakiś czas to się nie odmieni - nowe pokolenie Chińczyków jest zupełnie inne: uczą się angielskiego, kontaktują się z zagranicą i te wiadomości mimo starań rządu dotrą do nich.


Dodatkowo pojawienie się klasy średniej myślę obudzi w tych ludziach trochę większe oczekiwania niż tylko podstawowy byt, zwykle się potem ludziom włączają dodatkowe potrzeby - typu wolność wypowiedzi czy samostanowienia (a w tej chwili to sobie można głosować na kogo się chce, tylko że kandydatów ma się tylko z jednej partii ;) ).


Jako że byłem w pracy to za wiele nie pozwiedzałem, ale buty biegowe oczywiście musiały w torbie się znaleźć! Prosto z Biegu Frassatiego z naszych Beskidów pojechałem więc do Warszawy a następnego ranka do Chin. Po odespaniu różnicy czasowej pierwszego wieczoru po pracy pobiegłem na Górę Yuelu. Super sprawa, szkoda że miałem ZMASAKROWANE stopy po tym Biegu Frassatiego, to trochę cierpiałem :) ale sama okolica była super.


Same Chiny to ogromne kontrasty. Changsha to (jak sami Chińćzycy mówili) druga liga jeśli chodzi o chińskie miasta. Znaleźć tak kogoś mówiącego po angielsku graniczyło z cudem - NAPRAWDĘ! Nawet w wytwornym hotelu zdarzyło mi się że jak się zgubiłem i wszedłem zapytać o drogę (przypominam - mapy google'a nie działają, a koszt internetu jest ogromny - dla porównania minuta rozmowy to 13,50zł) to w lobby obsługa mimo silnego składu 5 czy 6 osób nie posiadała nikogo kto by mówił w języku innym niż chiński. Na mieście po jakimś czasie zacząłem mówić po polsku - miało to ten sam skutek a przynajmniej się bawiłem świetnie :)


No dobra a sama góra była super - klimatyczna, spowita mgłą, Chińczycy dla zdrowia spacerowali, czasami tyłem bo było naprawdę stromo. Wracałem przy rzece - też super widoki.
Samo miasto jest malutkie - jakieś 7 milionów :) bloki, bloki, bloki - 40 piętrowe molochy w których w klitkach typu 30 metrów kwadratowych mieszkają niedawni mieszkańcy wsi, teraz już mieszczuchy. W samym centrum ogromne wieżowce z salonami typu Bentley na dole, a na tyłach uliczka jak z przed 100 lat gdzie biedni ludzie sprzedają jakieś raki czy małe kraby (cuchnęło tak strasznie że...).


Natomiast szczerze trzeba przyznać że w porównaniu do Indii to Chiny są bardziej europejskie i w tym kierunku się rozwijają - nowe pokolenie przyjmuje europejskie zwyczaje (np. do ślubu panna młoda na biało a pan młody w garniturze itp). To co strasznie mi się rzuciło w oczy to że wszyscy z komórkami chodzą i garbią się wpatrując w te małe ekrany. Po drugie: chyba strasznie dużo z nich pali i to wszędzie. Kilka razy widziałem u nas w biurze na 47 piętrze że ktoś palił na korytarzu :-O


Druga wycieczka biegowa była na Pomarańczową Wyspę czyli Orange Island. Znana z tego że jest na jej południowym skraju o-gro-mna głowa (kogo by innego) Mao Tse Tunga. Na oko ma ze 20 metrów wysokości. Obiegłem tego szkaradę i wróciłem do hotelu - wyszła dyszka.


I to by było na tyle - ostatniego dnia koledzy z pracy zaprosili mnie na wieczór na typowo chińskie jedzenie - super było. Naprawdę lubię te azjatyckie specjały. Co prawda na koniec trochę mnie wzięło i na Rzeźniczka na którego prosto z Chin leciałem przyleciałem z lekkim rozstrojem żołądka ;) ale warto było! A jak to się dalej potoczyło na Rzeźniczku - o tym w kolejnym odcinku :)






niedziela, 23 czerwca 2019

Bieg Frassatiego


Pierwszy mój bieg górski w tym roku czyli Bieg Frassatiego. W sumie to żonka mi go znalazła i namówiła mnie żeby się zapisać - to była piewsza edycja tego biegu. Organizatorem był m. in. Gość Niedzielny więc impreza zaangażowana (w sensie z przesłaniem) - patron biegu oprócz biegania po górach był na tyle aktywny duchowo że został beatyfikowany w 1990r.
Oprócz samego biegu była też fajna impreza - nad Jeziorem Międzybialskim które łączy się z Żywieckim. Były dmuchańce, plaża i koncert Carrantuohill - całkiem znanego nawet u nas irlandzkiego zespołu folkowego.



No tak, tylko że od jakiegoś czasu u nas już jest pogoda jak w Afryce :) 30 stopni i więcej i jak tu biegać po górach? Zapisało się to trzeba było! Udało mi się namówić całą rodzinkę na tą podróż - a nie było to proste logistycznie bo z Warszawy pojechaliśmy po pracy do Wisły gdzie zwykle zatrzymujemy się w hotelu. Następnego dnia rano średnia córka kończyła wyjaz szkolny ("zielona szkoła") niby niedaleko bo w linii prostej niecałe 100km od Wisły. Tylko że w górach po liniach prostych się nie jeździ - nie sprawdziłem tego. I wrobiłem się w dojazd prawie 180km co dało blisko 3 godziny w jedną stronę! Odebrałem szybko córę i wróciłem. A następnego dnia rano - bieg górski!

Pogoda była piękna, w sensie upał niesamowity, zresztą już od jakiegoś czasu tak jest w naszym pięknym kraju. Na miejsce dotarłem naprawdę, ale to naprawdę na styk! Nawigacja poprowadziła mnie w złe miejsce - nie rozpoznała ulicy i numeru domu... na szczęście spytałem się policjantów i dotarłem na start. Szybko biegiem po pakiet startowy (jestem pewny że byłem ostatni), potem biegiem do samochodu, założenie butów, zostawienie rzeczy i biegiem na start! Dobiegłem gdy miałem jakąś niecałą minutę do startu.
Przynajmniej rozgrzewka była już za mną :)


No to nie miałem czasu na rozmyślania jak to pobiec, bo padł sygnał do startu. Początek jak zwykle po płaskim - trzeba wybiec z miejscowości. Nauczony biegiem górskim w Gdańsku (Garmin UIltra Race) nie spieszyłem się i to był dobry pomysł. Przede mną było 22km i ponad 1100 metrów górę (i tyle samo w dół). Pobiegłem więc spokojnie i wbiegliśmy na szlak turystyczny.

Krótko mówiąc: to było straszne! :) Bieg był bardzo techniczny, podejścia tak strome że nie było zupełnie możliwości biec a momentami miałem problemy żeby iść! Tak stromo było, szło się czasami czymś co nie wyglądało jak szlak turystyczny tylko jak po prostu koryto górskiego strumienia - same ostre kamienie służyły za podłoże a między nimi płynęła woda.

Po drodze była jedna przygoda: przy trasie leżał zawodnik któremu pomagało parę osób. Zatrzymałem się (regulamin przewidywał nawet dyskwalifikację jak się nie pomoże!) i posiedziałem tam parę minut. Na szczęście był kontakt z tym zawodnikiem, chłopaki dali mu wodę, ja dałem żel żeby się trochę wzmonił. No ale kontakt był trochę słaby z nim, poczekaliśmy na quada z pomocą i jak ratownicy przyjechali to pobiegłem dopiero dalej. Było tak upalnie że takie sytuacje mogą naprawdę być groźne!


Dalej nie było łatwiej - myślałem że jak dotrę na samą górę to potem będzie już "z górki". No i było. I to jak! Było baaardzo z górki. Tak bardzo że zbieganie było prawie tak wolne jak podbieganie (właściwsze byłoby napisanie "podchodzenie" bo biec się nie dało). Najgorsze jednak było że moje speedcrossy rozorały mi lewą piętę :( w sumie też i środkowy palec u prawej stopy a prawy duży palec stracił paznokieć... W takich okolicznościach przyrody końcowy zbieg - około 4,5km bardzo stromego i technicznego zbiegu po wielu kamieniach to była istna męczarnia. To właśnie tam straciłem tego paznokcia (tzn. zrobił się pod nim taki odcisk że się go nie uratuje już).


Dobiegłem z czasem 2:35:54 czyli około 64-go miejsca na 284 startujących - to pokazuje jak mocna była obsada tego biegu (albo jak słabo mi poszło ;) ). Na mecie chwilę odpocząłem - żałowałem że nie mogliśmy z hotelu podjechać całą rodzinką, ale musiałem się szybko zbierać i wracać do Warszawy jeszcze tego samego dnia bo nazajutrz wcześnie rano czekał mnie lot (służbowo) aż do Chin... ale o tym jak biega się w kraju smoka to już w następnym wpisie.


Podsumowując - to była super impreza. Zdołowały mnie straty własne (w sensie moje stopy), ale już sobie z nimi poradziłem częściowo i wiem że bardzo chętnie o ile będzie druga edycja to zapiszę się i na pewno rozprawię się z tym wynikiem i to całkiem mocno!


niedziela, 26 maja 2019

Wiosna startów


Trochę tych startów mi się sypnęła - aż nie dałem rady opisywać! No to jak najszybciej zaczynamy:

Bieg Konstytucji
Mimo wyjazdu na majówkę dałem radę wystartować - wróciliśmy na czas. Nasze sztandarowe pięć kilometrów w stolicy ze startem w Łazienkach alejką redaktora Hopfera. I nie zapominajmy - z podbiegiem pod Agrykolę w połowie dystansu! Mimo to nie poszło tak źle:


Czas 19:23 na takiej trasie, w dodatku dwa dni po ciężkim biegu - bo ponad połowa półmaratonu w Grudziądzu była bardzo mocno pobiegnięta.

Mila Konstytucyjna
Idąc za ciosem następnego dnia wystartowałem w Piasecznie w Mili Konstytucyjnej. Nie miałem jeszcze punktu odniesienia bo pierwszy raz biegłem taki dystans. Wynik chyba całkiem dobry:


Wykres tętna pokazuje że nie oszczędzałem się, z drugiej strony na piątce tętno zawszło wyżej.

Ekiden
Razem z kolegami z pracy udało się nam złamać trójkę! Pierwszy raz, ale też i drużyna była specjalnie tak dobrana. Nie jestem zadowolony z mojej postawy - tylko 41:40, nawet biorąc pod uwagę duchotę i temperaturę (rano była burza, biegliśmy po południu) i to że trasa niezbyt rekordowa - po parku, podłoże bardzo mieszane to jednak ta minutea szybciej powinna być!


Zajęliśmy 22 miejsce w generalce, 5 miejsce w naszej turze - z czasem 2:56:32!

Piaseczyńska Piątka
No i ostatni bieg w tym nawale :) na starych śmieciach, nie pierwszy i mam nadzieję nie ostatni raz. Super impreza - jak tylko się da to zawsze będziemy wpadać. Czasami biegłem tu sam, czasami z Żonką, czasami sam z wózkiem (niewiele ponad 21 minut, to było przeżycie :) ).
W tym roku startowaliśmy jeszcze inaczej - we dwójkę, ale każde na maksa (córki sprzedane znajomym a najstarsza to już sama sobie w domu robiła matematykę - czytaj grała a matmę zrobiła na sam koniec :) ).
Pogoda znowu niezbyt biegowa - gorąco bo chyba 26 stopni, mimo że start o 18:00. Trasa bez zmian tym razem - przez wiadukt, pętla i powrót przez wiadukt. Niestety trzeba było pod ten wiadukt podbiec, ale nie jest to niz takiego w porównaniu z Biegiem Konstytucji i Agrykolą. Biegło się fajnie, cierpiałem na trasie oczywiście - w końcu to piątka to normalne.
Nie zacząłem za szybko i ogólnie to dobrze to pobiegłem poza niestety czwartym kilometrem - 4:10! W sumie wyszło 19:21 a miało być poniżej 19:00...


No cóż, to jest pewnie mój aktualny poziom po prostu. Trzeba się teraz skupić na poprawieniu się - ten uraz z przed roku ma chyba jeszcze jakieś skutki (przerwa w trenowaniu), po świętach przytyło mi się prawie 2kg i ogólnie ilość pracy powoduje że czasu na bieganie jest za mało.
Plany jednak już mam - zbicie wagi już prawie się udało (postaram się dalej trochę zbić), kończymy wybieranie maratonu na jesień i zaczniemy niedługo plan treningowy!


środa, 1 maja 2019

Półmaraton Grudziądz



Trudno uwierzyć że poprzedni raz biegłem w Grudziądzu... pięc lat temu! Ale jednak blog nie kłamie - to było w 2014 roku: Półmaraton Grudziądz. Tym razem przybyło mi lat (i kolejna córka), ale radość z biegania wciąż ta sama. W sumie ta sama była też i pogoda - piękna (dla kibiców, nie dla biegaczy :) ). Mimo to wcale się nie martwię - w tym roku zdecydowaliśmy że biegniemy dla przyjemności - a więc razem z Żonką i w dodatku z naszą najmłodszą córką w wózku. Przyjechaliśmy więc dzień wcześniej do Grudziądza, okazało się że nasz hotel jest dosłownie tuż przy starcie czyli przy stadionie w Grudziądzu. W sumie mogę polecić ten hotel - ibis styles, bardzo ładny w środku i poziom obsługi wysoki (a ceny były niskie).
Rano zawieźliśmy więc starsze córki do rodziny która tu niedaleko mieszka, pakiety odebraliśmy jeszcze po śniadaniu i we trójkę udaliśmy się na start. Pogoda była naprawdę super - niby 13 stopni, ale bezchmurne niebo i słońce szybko podbijało temperaturę.
Przed biegiem wypatrzył mnie mój trener z Wyzwania Runners World czyli Kamil Poczwardowski (też pozdrawiam!) - pogadaliśmy chwilę i potem na mecie też, on jest od początku wśród organizatorów tego biegu. Fajnie było sobie przypomnieć jak mnie prowadził przez Poznaniem w 2015 roku - to był drugi mój najlepszy wynik w życiu...
Rozgrzewki nie robiliśmy - mieliśmy biec spokojnie to na początku biegu się rozgrzaliśmy. Ustawiliśmy się na końcu, oprócz nas widzieliśmy jeszcze jedną parę z pociechą w wózku (pozdrawiamy!) i po chwili ruszyliśmy.
Nasza Ala na początku coś się buntowała, ale po starcie udzieliła się jej atmosfera tłumu - dużo się działo więc siedziała grzecznie. W pewnym momencie już nawet zacząłem liczyć że zasnęła (ale jednak nie).

My tymczasem biegliśmy małą pętelkę przez Grudziądz - ładne to miasto. Kibiców nawet trochę było i fajnie krzyczeli (czasami sami, czasami po zagrzaniu do walki przez biegaczy :) ). My wystartowaliśmy z samego końca, więc trochę musieliśmy osób wyprzedzić - ale nie za dużo, biegliśmy spokojnie więc w okolicach baloników na 2:15 (troszkę przed) ustabilizowało się w nasze tempo.

Po rundce po Grudziądzu następuje oczywiście wbiegnięcie na długi most przez Wisłę. Na końcu mostu jest Michale w którym jest całkiem sporo rodziny mojej Żony - część wyszła pokibicować (dziękujemy!). Potem dłuuuugaśna prosta aż do Dolnej Grupy gdzie znowu mieliśmy grupę wsparcia z naszej rodziny (i znowu dziękujemy!). Na tej prostej jednak zdecydowaliśmy że powinienem przyspieszyć - w sumie Ala nie marudziła aż tak bardzo, ale trochę to męczyło psychicznie że się odzywa i nie jest zadowolona. Więc żeby ją zająć i skrócić czas biegu po niecałych 9km rozdzieliliśmy się i "przyłożyłem" tempo.
Według garmina przebiegłem 3km poniżej tempa 4:10/km a potem nieznacznie wolniej - pierwsze 5km (z wózkiem i przy ciągłych podbiegach, w sumie wiatr też był w twarz) wyszło poniżej 21:15! Profil trasy nie zachęcał do przyspieszania w drugiej połowie:


Mimo to wykres tempa bardzo mi się spodobał po biegu:


Biegło się fajnie - zaczynając z tak dalekiego miejsca cały czas wyprzedzałem. Po drodze oczywiście wiele osób dopingowało "pana z wózkiem" - to było bardzo miłe. Jak zwykle chyba w Grudziądzu PanRunner robił filmiki i mnie też nakręcał po drodze, więc będę wypatrywał filmiku z tego biegu.
Na 400 metrów przed metą nawet dogoniłem trzecią osobę z wózkiem (dziwne, na starcie tego wózka nie widziałem), ale nie dał się skubany wyprzedzić :) W sumie wpadłem na metę z czasem tuż poniżej 1:50:


Na mecie - pinkin w pełni. Nasza mała Alicja wypięta z wózka (w ogóle nie zasnęła! ale chyba lubi szybkie bieganie bo uspokoiła się i praktycznie cały czas siedziała cicho :) ) tutaj mam zdjęcie z biegu jak to wyglądało:


Nie dała sobie zdjąć kurtki ani czapki mimo upału! Na szczęście na mecie już mi się udało. Poskakaliśmy (tzn. tylko ona) na trampolinie, pobiegaliśmy po trawie czekając na Mamę i jak zbliżał się czas na który biegła podeszliśmy jej pokibicować. Biegła tak szybko na finiszu że nie zauważyła nas dopingujących ją tuż przed metą :)

Poleżeliśmy chwilę na mecie, odebrałem przydziałowy zestaw "pączek+jogurt" (był jeszcze drugi zupa+piwo ale kolejka była za duża a nam się do starszych córek śpieszyło to nie braliśmy). Na mecie znowu spotkaliśmy się z drugą "wózkową" parą i nawet razem zostaliśmy złapani przez "media" więc zdjęcie i króciutki niby-wywiad do prasy zaliczyliśmy:


Pozdrawiamy przy okazji biegaczy z Gdańska!

No i szybko autobusem do Grudziądza - super że hotel tuż przy starcie to szybki prysznic i samochodem do rodziny gdzie posiedzieliśmy jeszcze sporo. Naprawdę udany ten początek majówki!

Teraz za dwa dni Bieg Konstytucji - tam mam zamiar pobiec na maksa 5km, ciekawe o ile to będzie szybciej niż ten 5km z wózkiem dzisiaj w połowie trasy :) no chciałbym poniżej 19 minut bo zdradzę już trochę że mam świetliste plany - zacząć od maja plan treningowy pod jesienny maraton (cel wiadomy, to nie będę się powtarzał) :)




poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Orlen 10k


Tydzień po maratonie w Wiedniu pobiegłem "paliwową" dychę czyli oficjalnie to nazywa się Bieg Oshee 10km. Impreza już od ładnych paru lat jest w naszym warszawskim kalendarzu biegowym i jak tylko mogę to chętnie biorę udział.

Tutaj termin był trochę dyskusyjny - z jednej strony często widywałem teksty w internetach że tydzień po maratonie to świenty czas na pobiegnięcie rekordowej dychy, z drugiej strony widzę po sobie że powoli się regeneruję, nie byłem więc pewny jak to wyjdzie.

Postanowiłem więc pobiec pierwszą połowę na około 40:00 na mecie i jak się uda to przyspieszyć w końcówce. Jak zwykle po cichu liczyłem na złamanie 39 minut...

Skorzystaliśmy z tego że znajomi zaopiekowali się nam najmłodszą i średnią córą (dziękujemy!!) i pojechaliśmy razem z Żonką na ten bieg. Tym razem każde swoim tempem - więc rozdzieliliśmy się i nawet dojazd z powodów logistycznych był oddzielnie. Ona pociągiem żeby mieć więcej czasu, a ja: najpierw przekazanie warty przy pociechach a potem co koń wyskoczy (mechaniczny) na start. Zaparkowałem przy metrze (rondo ONZ) i podjechałem sobie bezpośrednio na stację Stadion - polecam bo bardzo to wygodne i szybkie.

Dobra, ale trzeba niestety przejść do opisania jak tam poszło. Zacząłem nie tak źle - żeby się nie zagotować to pierwszy km w 4:01 - specjalnie takim tempem, mimo że chciałem średnio po 3:54 pobiec. Drugi kilometr no to... Tamka! Nie wiem jak można było to coś wstawić po 30-tym kilometrze na maratonie - to powinno być karalne :) dla mnie to było ciężkie i tempo mi spadło, wyszedł drugi km w 4:14! Teraz jak patrzę na wykres tętna to widzę jak skoczyło w górę na tej Tamce, to już tam zostało:


Potem uspokojnie i próba trzymania 4:00/km do połowy i jakoś to wyszło, na półmetku zbieg do Wisły i tam na końcu zbiegu robili za darmo zdjęcia to się załapałem:



Jak widać po prawej goni mnie nasza lokalna olimpijka - Anna Jakubczak (pozdrawiam!). Za chwilę mnie wyprzedzi bo ja tutaj niestety odpadłem. Na półmetku było około 20:15 i to był dobry czas żeby myśleć o złamaniu 40 minut, jednak po prostu nie dałem rady. Szósty km jeszcze dobrze, ale siódmy, szczególnie ósmy i też dziewiąty to tragedia:


Z 20:15 na półmetku zrobiło się 41:02 na mecie...


Szkoda, ale jak myślę sobie teraz o tym to wygląda na to że to za krótko po maratonie było.

A co na przyszłość? To będzie szczególny tydzień dla mnie: będę w nim miał aż trzy starty! Chyba pierwszy raz w życiu - bo tak średnio to mi wychodzi raczej jeden start na 3 tygodnie :)
Ale zbiegło się i tak:
1 maja: Półmaraton Grudziądz
3 maja: Bieg Konstytucji (5km, Warszawa)
4 maja: Piaseczyńska Mila Konstytucyjna

Cele są takie:
Półmaraton - biegniemy spokojnie z Żonką i najmłodszą pociechą w wózku
Piątka - na maksa! Poniżej 19:00 "or muerte" jak mawiał pewien polityk o diabelskim nazwisku ;) poza tym plan żeby córki starsze się też przewietrzyły (zapisane są na biegi dzieci)
Mila - też bym chciał na maksa, to tylko 1609 metrów... fajnie by było poniżej 5:30 pobiec. Widzę w historii endomondo że kiedyś na Warsaw Track Cup pobiegłem 1500m w 5:12 to by przeskalowane dawało 5:35 na milę. No ciekawe, zobaczymy!

No to trzymajcie kciuki, oby nasza mała Alicja ładnie spała w wózku na półmaratonie :)

sobota, 13 kwietnia 2019

Maraton Wiedeń 2019


Do Wiednia wybraliśmy się mocną ekipą - nasza domowa piątka plus trzy osoby wsparcia - jak zwykle kolega Zbyszek z żoną i drugim kolegą biegowym Andrzejem. Biegaliśmy już nieraz razem, więc impreza była "w rodzinie" :)
Dojechaliśmy w piątek - z małymi dziećmi tak było wygodniej. Z Warszawy doWiednia w sumie jedzie się poniżej 7 godzin (plus postoje) i jest to wygodne. Hotel jak zwykle tuż przy trasie - zawsze ten sam (Ibis Wien Messe). W piątek już za wiele nie porobiliśmy, ale w sobotę od rana - plan był napięty!

EXPO
Najpiew oczywiście odbiór pakietów. Expo tym razem było w nowym miejscu - Marx Halle. Nie dostaliśmy mailem kart startowych (dziwne) więc musieliśmy je wydrukować na miejscu, na szczęście było to bardzo sprawnie zorganizowane. Potem odbiór pakietu, koszulek technicznych nie braliśmy w pakietach więc jedna kolejka odpadła (ale było wszystko szybko). Potem pochodziliśmy trochę po expo, niestety z trójką dzieci (właściwie chodzi głównie o tą 2,5-letnią najmłodszą) nie dało się zbyt wygodnie porobić zakupów...


Zwiedzanie
Trochę za dużo powiedziane, bo o 14:00 chcieliśmy być już na pasta party, ale mieliśmy chwilę to podjechaliśmy do centrum i zobaczyliśmy katedrę św. Szczepana z zewnątrz chociaż i trochę jak wygląda miasto w samym centrum. Dla nas to już była chyba piąta albo szósta wizyta, mimo to zawsze jesteśmy pod wrażeniem.


Pasta Party
To jest jeden z najlepszych punktów Wiednia! W zabytkowym ratuszu w samym centrum, w atmosferze walca (grany na żywo!) w ekletycznych wnętrzach i z moim ulubionym daniem serwowanym na pasta party czyli Kaiserschmarrn (omlet-naleśnik na słodko z sosem ze śliwek węgierek). Naprawdę uwielbiam ten element i to jeden z powodów dla którego byłem na tym party już trzeci raz i mam nadzieję jeszcze zawitać!





Odpoczynek
Dzieci (szczególnie najstarsza - dziwne) były już naprawdę zmęczone więc pojechaliśmy do hotelu. Najmłodsza jeszcze śpi w środku dnia, a my z Żonką pojechaliśmy na 17:00 na jeszcze jedno ładowanie węglowodanów - do tej samej co zawsze restauracji włoskiej w centrum (I Ragazzi) już tylko ze średnią córą. Potem powrót i odpoczynek w hotelu.

Poranek
Spałem średnio na jeża - poszedłem spać szybko i trochę nad ranem się wybudzałem. Niby to był już 19-ty maraton, ale stres zawsze jest. W nastroju bojowym poszedłem na śniadanie (w hotelu serwowali je od 4:30!!! ja poszedłem oczywiście dużo później - około 7:00). Jak zwykle białe bułki z miodem albo dżemem, gorąca czekolada (powinienem herbatę!) i powrót do pokoju.


Całą trójką wybraliśmy się na start - z naszego hotelu to blisko - 1,5km marszu przez most. Założyłem że to jest rozgrzewka, nerwo-sik i do strefy! Tylko do strefy nie udało mi się wejść :) tyle ludzi - na starcie są maratończycy, półmaratończycy i pierwsze zmiany sztafet maratońskich - tłum!

Start
No to jak zwykle w Wiedniu  - walc (w ramach energetycznej muzyki :) ) i biegniemy! Ja startowałem z drugiej strefy bo podałem swoją życiówkę maratońską 3:03:03 a strefa pierwsza była poniżej 3:00:00. Andrzej już raz złamał 3 godziny, więc startował z drugiej jezdni, z pierwszej strefy. Zbyszek z mojej strefy (biegł półmaraton). No to powodzenia i lecimy.

Początek
Jak to w maratonie - byle się nie podpalić. Nigdy mi się to nie udawało, więc tym razem zmieniłem taktykę - popatrzyłem na moje stare biegi i obserwowałem tętno. Najlepsze maratony wychodziły mi średnio na tętnie 166, więc starałem się biec poniżej tej wartości i nie patrzeć na tempo. Udawało się! Pierwszy kilometr w 4:32, tętno 150 (jeszcze rosło), potem tempa - na zbiegu z mostu 4:13, potem 4:24 a tętno około 165. Super to wyglądało - czas średni nie wyglądał źle, tętno też.
Przy hotelu pomachałem kibicom naszym i pobiegliśmy w Prater. Alejka główna w tym parku jest bardzo szeroka, pogoda była super, troszkę tylko wiało, temperatura była bardzo dobra (mogło być tylko kilka stopni mniej), słońce nie przygrzewało - no super tak ogólnie.

Do Schoenbrunn
Pierwsza część biegu to Prater, potem trochę przy centrum i pętla do pałacu Schoenbrunn gdzie jest pierwsza zmiany sztafety. U mnie biegło się super - tętno w kontroli, tempo cały czas średnie w okołlicy 4:22 co byłoby na mecie w okolicach poniżej 3:05 - super.

Trzecia dycha
Jeszcze nie ta najważniejsza, ale już jest wtedy trudno. Trzymam tętno około 165, tempo niestety troszkę wolniejsze - w okolicach 4:30. To nic myślę sobie, byle nie odpaść kompletnie - zaczynam myśleć o kontroli strat. Nadal poniżej 3:10 na mecie jest całkiem realne. Wbiegamy do centrum - półmaratończycy już zbiegli do mety a my - no cóż, sami tego chcieliśmy!



Czwarta dycha
Zaczyna się maraton! Patrzę teraz jak to się stało w wyniki i wygląda to na typową maratońską.. no właśnie nie wiem - chyba nie ścianę, a typowe zmęczenie mięśni. Do 35-go kilometra było dobrze - tempo spadało powolutku, ale stabilnie, natomiast ostatnie 8 kilometrów to już niekontrolowana porażka. Średnie tempo tej długiej końcówki to 5:33! Raz musiałem się zatrzymać bo złapały mnie kurcze w obu nogach z tyłu i nie mogłem nawet iść. Rozciągnąłem je i o dziwo - zacząłem biec dość szybko jak na ten moment biegu. Nie trwała ta euforia za długo, ale to pokazuje że byłem w stanie biec szybciej energetycznie, winne były mięśnie.


Meta
Wreszcie ostatnia (długa!) prosta i upragniona meta - czas na papierze wygląda dobrze: 3:16:10 - to mój piąty czas, najlepszy od września 2017 roku. Jednak nie jestem zadowolony - przez to odpadnięcie na ostatnich 8km... nie takie były plany...
 

Wnioski
Mam teraz dwa pomysły - wzięcie opieki trenerskiej albo spróbowanie rad McMillana które są pod dokładnie ten problem przygotowane (po angielsku mówią o tym "fading" albo bardziej wprost "bonking" :) ).

Plany
Tydzień po maratonie biegnę dychę Orlenową, potem towarzysko półmaraton częściowo terenowy w Grudziądzu i zaraz po tym Bieg Konstytucji (5km) - ten ostatni to już na maksa. Potem dwa biegi górskie: Frassatiego i Rzeźniczek, oba w granicach 27km - to będzie ciekawe przeżycie.
Muszę jeszcze pomyśleć o jesieni - mamy kilka pomysłów, może Warszawa, może coś za granicą, ale musi być blisko żeby dojechać całą rodzinką. No i jakiś półmaraton bym chętnie pobiegł jeszcze w drugiej połowie roku...
No to teraz plany jest: w Orlenie pobić życiówkę na dychę 39:20 i w Biegu Konstytucji zbliżyć się do życiówki - czyli poniżej 19 minut pobiec (mam 18:55 z ulicy i 18:38 z bieżni).
A na jesieni... wiadomo :))) łamiemy te 3 godziny wreszcie!

No i trochę zdjęć na koniec - po maratonie był powrót do hotelu, prysznic, wycieczka (gwóźdź programu dla córek) na Prater i wszystkie te atrakcje tam, w końcu wieczorna msza w tej katedrze w centrum miasta. No i 50 tysięcy kroków wyszło mi w tym dniu :)

Do następnego biegu!



















ADs