poniedziałek, 16 września 2019

Półmaraton Budapeszt


Tydzień temu pobiegaliśmy u bratanków czyli po węgierskich ulicach. Dla mnie był to półmaraton tydzień po półmaratonie - wiadomo że nie brzmi to zbyt sensownie ;) ale wynik nie był tu najważniejszy, był to wyjazd rodzinno-turystyczny. Co prawda bez dzieci (dzięki babci zostały z nią w domu), ale z biegowym kompanem i jego żoną więc była nas trochę większa (4-osobowa) grupa.

Polecieliśmy samolotem (w końcu WizzAir był sponsorem tego biegu ;) ) - dzięki temu podróż trwała krótko. Sam lot to godzina i 10 minut, nawet z dojazdem i odprawami wychodzi o połowę krócej niż samochód a człowiek nie zmęczony (aż tak, bo wcześnie wstać trzeba było).
Dolecieliśmy więc w piątek rano, akurat otwarte już zostało expo. Pakiety szybko odebraliśmy, samo expo nie było zbyt efektowne, ale to tylko półmaraton. Grunt że udało mi się kupić buty na bieg. Wiem, niezbyt to mądry pomysł żeby dwa dni przed biegiem kupować nowe buty i w nich startować, ale sam sobie jestem winny: wziąłem z domu buty które troszkę mnie uwierały. Mimo że były to startówki to wywaliłem je do kosza - były na styk co do wielkości i kilka razy już sprawiły mi problemy, nie było dla nich już szans na poprawę :) Założyłem nowe buty na nogi i miałem zamiar je rozchodzić przez dwa dni. Kupiłem czerwone adidasy solardrive. Pasowały do mojego czerwonego wdzianka, mają podeszwę która mi pasuje (boost) i tylko to że są treningowe (dość ciężkie - ok.366g) jest ich minusem. Cena była w sumie taka jak u nas. A propos cen - na Węgrzech łatwo być milionerem, 100 ich forintów to trochę ponad jeden nasz grosz :) ale po przeliczeniu (pierwszy raz użyłem karty revolut - świetnie mi się sprawdzała) ceny mają bardzo podobne do naszych.


Co do rozchodzenia butów - oczywiście jak to u mnie zwiedzania było sporo. Zrobiliłem 25 tysiecy kroków w tym wieczorkiem wbiegłem na Wzgórze Gellerta. W sobotę znowu zwiedzanie, trochę na hamulcu już jednak i więcej odpoczywania, ale i tak wyszło ponad 18 tysięcy kroków. A wycwaniliśmy się i wsiedliśmy w tramwaje żeby sobie bez chodzenia miasto pozwiedzać :)

Poza tym jedliśmy węgierskie jedzenie - knajpka czy kupione w sklepie - fajne, polecam! Szczególnie ich gulasze no i ostra kiełbasa też mi zostanie w pamięci :) a przede wszystkim jednak samo miasto było piękne, też warte odwiedzenia - mi się taki styl bardzo podoba. Parlament, starówka, kościoły - piękne budynki.

Ale co ja tu właściwie, a tak - pobiegać przecież przylecieliśmy! No to niedziela rano idziemy silną grupą na start. Mieliśmy tak blisko że na siłę można było podjechać tramwajem, ale tylko jeden przystanek. Start i meta (i expo też) były na terenie uniwersytetu który jest przy Dunaju po zachodniej stronie (czyli w Budzie) i trochę na południe od centrum. Oprawa i organizacja były super, węgierscy spikerzy dbali żeby było śmiesznie (czyli po prostu mówili po węgiersku :) ).

Życzyliśmy sobie powodzenia i rozeszliśmy się do stref startowych. Ja najpierw zrobiłem rozgrzewkę - trucht, trochę ćwiczeń w biegu i kilka przebieżek. Potem do strefy i bez pośpiechu, ale też i bez długiego czekania ruszyliśmy. Biegło się dobrze, nie wyrwałem do przodu - początek zgodnie z planem. Ruszyliśmy wzdłuż Dunaju na północ przez Budę. Potem za samym centrum przebiegliśmy na wyspę Małgorzaty (Margit-sziget) która jest chyba jednym wielkim parkiem. To już była połowa dystansu mniej więcej. Wziąłem tam żel i ciekawostka: przebiegłem na chodnik z ulicy żęby wyrzucić opakowanie do kosza, a w czasie jak chciałem wrócić na ulicę minął mnie pociąg ludzi biegnących na półtorej godziny! Dziwne to było bo miałem w tym czasie jeszcze zapas do 1,5 godziny... tak mi się przynajmniej wtedy zdawało :) Niestety od tego miejsca skończyły się podrygi - przez półmaraton pobiegnięty tydzień temu byłem jeszcze zbyt zmęczony żeby dać radę wytrzymać to tempo i było coraz gorzej. Do piętnastego kilometra jeszcze straty były nieduże, ale potem już od 16 do 19 czasy rosły od 4:30 do najwilniejszych 4:50. Potem przyspieszyłem jednak: 4:46 i 4:28 i na metę wbiegłem z 1:32:17.

Czas nie jest zbyt satysfakcjonujący, ale trudno - nie jechałem tam po życiówkę. Wyjazd był naprawdę fajny więc nie ma co narzekać. Teraz spięcie na ostatniej prostej - 6 października maraton w Brukseli i naprawdę muszę tam pobiec poniżej 3:10!!!










wtorek, 3 września 2019

Półmaraton praski



Kolejny Półmaraton Praski za mną. Pakiety udało się odebrać jeszcze w piątek - w tym biegu wyjątkowo z racji startu wieczorem można było to zrobić nawet w dniu biegu :) Niestety bieg po Pradze więc i biuro zawodów po tamtej stronie Wisły... ale trudno - jakoś tam podpierając się nawigacją trafiłem. Upał niemiłosierny, liczyłem że trochę zelżeje do samego biegu.



Oczywiście nie zelżał. Wyjeżdżając z domu widziałem o ile dobrze pamiętam 28 stopni na termometrze. A start był przecież już po zachodzie słońca! Z tego powodu moje czarne wdzianko - bo po ciemku to już raczej ono nie pogarszało sytuacji :)
Ustawiłem się na końcu strefy 1:25-1:30 bo plan był taki aby w wersji najgorszej złamać te 1,5 godziny. Chociaż mimo że trenuję sporo patrząc na czas i kilometry to trochę dziwnie te wyniki mam słabe. Nie zbliżam się nawet do formy z przed urazu (bananowego ;) ). No w tym roku wyniki na dychę 41:02, 41:40, 41:40... a życiówka przecież 39:20. W 2017 roku tuż przed tym urazem wykręciłem w półmaratonie praskim 1:24:59 - to przecież poniżej 4:02/km średnio! Ech to były czasy :)
Mój plan był aby trochę pobiec szybciej niż 1:30 - najlepiej poniżej 1:28, ale jak to u mnie - na starcie jak zwykle emocje i za szybko ruszyłem... 3:58, a potem 4:04 tak średnio - wiedziałem że przeginam. No i pary starczyło na 8km tylko :( Potem już tak około 4:16-4:20 i to nie byłoby takie złe - gdyby się to dało utrzymać... ale niestety regres postępował i do 19-tego włącznie doszło do 4:30, potem dopiero odbicie i 4:22 a potem 4:19.
Ech trudny to dystans ten półmaraton, ale w sumie udało się zrealizować plan minimum, wyszło 1:29:40.
Po drugie - było jednak gorąco, z racji mojej trochę za wysokiej wagi u mnie temperatury znacznie pogarsza moje wyniki.
Po trzecie - patrząc na tętno wytrzymałem! To znaczy tempo siadło, ale nie odpuściłem i widać po tętnie że trzymałem poziom wysiłku. Oczywiście zagotowałem się na starcie i dlatego tak to słabo wyszło.

Dobra to teraz część podróżnicza sezonu - za tydzień półmaraton w Budapeszcie :) Plan minimum: zależnie od pogody, ale poprawić ten wynik. Najważniejsza część planu: NIE ZAGOTOWAĆ SIĘ i pilnować tempa na starcie. Ma być druga połowa szybciej, start po 4:10 i nie szybciej. Za tydzień mówię "sprawdzam" :)




niedziela, 1 września 2019

Włoskie bieganie


Jak wakacje to musi być też trochę na biegowo! Tym razem spędziliśmy dwa tygodnie nad Adriatykiem - blisko Triestu w ich kurorcie czyli Grado. Fajne miejsce do odpoczynku, szerokie plaże i bardzo łagodne wejście do morza - jeszcze nie widziałem plaży gdzie trzeba tak długo iść żeby się zanurzyć, na oko z 200 metrów! Trochę przypływy i odpływy przeszkadzały w radości z bardzo czystej wody i plaży, bo to jednak nanosi jakichś roślinek trochę, ale ogólnie było naprawdę fajnie. Tylko oczywiście drożej niż krajach ościennych a poza tym nie było aż tak strasznie gorąco jak w Grecji czy tym bardziej Turcji.

Odpocząłem naprawdę fajnie, ale bieganie było też oczywiście w planach. Zresztą bieganie jest dla mnie częścią odpoczynku - bo rozumiem to słowo jako odpoczynek od pracy (i to się udało!). Więc przez te dwa tygodnie zrobiłem w sumie 183 kilometry:


W tym dwa super fajne biegi długie: najpierw 20km dość spokojnie (5:00/km) a potem 10km po 4:30. Akurat był to taki dystans żeby obiec naokoło całą lagunę - trzeba było na północy dobiec do Akwilei (takie nie za młode miasto, ma tylko 2200 lat :) ).


Poza tym był (niestety tylko jeden) bieg z naszą najmłodszą córką w wózku i razem z Żonką no i standardowo - samemu albo rano albo wieczorem. Tak jak pisałem nie było tam tak strasznie gorąco, chociaż dochodziło do 35 stopni, ale było zwykle trochę mniej upalnie - tak 32 stopnia a zdarzyło się też że jednego dnia padało.

Generalnie super było, szkoda że jutro do szkoły i od nowa kierat :( ale z dobry wieści - zaraz opiszę jak mi poszło wczoraj w półmaratonie praskim a za tydzień - półmaraton w Budapeszcie!





niedziela, 28 lipca 2019

Bieg Powstania Warszawskiego


Kolejny start w Biegu Powstania Warszawskiego za mną. Oj nie popisałem się - startowałem z drugiej strefy co za późno dojechałem na start, ale to chyba mi akurat na zdrowie wyszło, patrząc na mój wynik ;) Przed biegiem wysłuchaliśmy powstańca w wieku 94 czy 96 lat (niesamowite), a potem ruszyliśmy. Ja byłem już po 3 kilometrowej rozgrzewce - to akurat dobrze mi wyszło.
Na początu wiadomo - dużo kibiców, atmosfera sprzyja zbyt szybkiemu startowi. W dodatku zając na 40 minut zaczął nieźle za szybko - moim zdaniem zagotował swoich podopiecznych.
No właśnie - zagotowanie: było parno i gorąco, burzowo. Nie biegło się idealnie z tego powodu mimo tak późnej pory (21:15). Drugi kilometr i też trzeci znowu za szybko, ale też był tam stromy zbieg Karową... mimo to po 3 kilometrach miałem czas prognozujący tak na oko 38:30 (!!!) - widać jak bardzo popsułem bieg już na samym początku. Nie wiem ile to jeszcze potrwa żebym dorósł do spokojniejszego startu... piszę o tym na blogu w ramach terapeutycznych i samoumartwiania, może zadziała i następnym razem przyhamuję :)
Jak widać powyżej - już od 4-go kilometra było źle, bo 4:10 to nie jest tempo na jakie liczyłem tego dnia. Za plan minimum miałem złamanie 40 minut. Na półmetku miałem 19:51 - jeszcze było niby sporo zapasu, ale czując zmęczenie i wiedząc o podbiegu tuż przed metą wiedziałem już wtedy że jest pozamiatane :(
Jak zwykle u mnie na dysze najgorszy był ósmy kilometr, chociaż tym razem dziewiąty był równie słaby i nawet dziesiąty (to akurat wina podbiegu). Tempo 4:25 na dysze to wolniej niż biegałem maratony... i to że pod koniec biegu zaczęło padać i zrobiła się burza z piorunami nic tutaj nie zmienia - biegłem w strefie gdzie to nie utrudniło za bardzo biegu (co innego późniejsze strefy...). No ale temperatura i wilgotność w trakcie całego biegu to pewnie była trochę odpowiedzialna za skalę odpadnięcia od planowanego tempa.

No nic, trzeba spróbować wykrzesać z tego cokolwiek pozytywnego - spróbuję, ale muszę to przemyśleć jeszcze jak :)


niedziela, 7 lipca 2019

Rzeźniczek


Zacznijmy od przypomnienia co się działo przed Rzeźniczkiem. A więc działo się i to sporo - tydzień wcześniej pojechaliśmy w góry na bieg Frassatiego który zmasakrował mi lewą piętę, prawy duży paznokieć i prawy środkowy palec. Po tym biegu myślałem że bieganie po górach nie jest dla mnie, za duże straty własne! Potem spędziłem tydzień służbowo w Chinach a po powrocie był już czas na Rzeźniczka.
W sumie to już skłaniałem się żeby nie jechać - dojazd w nasze Bieszczady to nie przelewki, od nas z domu to prawie sześć godzin jazdy a ja byłem zmęczony po tylu podróżach... ale od czego jest domowy trener - zmobilizowała mnie moja małżonka i w sumie bardzo się z tgo cieszę bo impreza była super (dzięki!!!). Ale po kolei.
Wieczorem gdy już dzieci prawie szły spać wsiadłem w samochód i pojechałem w Bieszczady. Mamy duży rodzinny samochód (7-osobowy, bo przy trójce dzieci musi być sporo miejsca). Wziąłem więc składany materac, dwa śpiwory i poduszkę i pojechałem :) Po jeździe z pewnymi przygodami (jelonek na drodze co nie chciał ani w lewo ani w prawo tylko biegł mi przed maską, dwa lisy a jeden ze zdobyczą w pysku, poza tym koty czy jeże - pełny przegląd zwierzarium bieszczadzkiego) dojechałem na miejsce około północy. Zaparkowałem tuż przy Orliku gdzie była baza biegu, rozłożyłem z tyłu siedzenia, materac i śpiwory i miałem całkiem wygodną noc :)
Rano szybko ogarnięcie się, po pakiet startowy, zapłacić za parking (czyli biegiem do bankomatu najpierw), potem podbiec na kolejkę wąskotorową. Nie zdążyłem z toalety skorzystać ani przygotować moje biedne stopy na kolejną masakrację :)

Grunt że wyrobiłem się - trzech kolegów z pracy czekało też na kolejkę. Podzieliliśm się według stref startowych i ja z Damianem i Andrzejem pojechaliśmy razem.

Przejazd kolejką to było pewne przeżycie. Miałem wrażenie że szybciej bym tam doszedł :-D No ale trzeba było to przeżyć - udało się. Na miejscu wyglądało jakby to wcale jeszcze nie było "na miejscu" co w sumie było trochę prawdziwe - trzeba było jeszcze co nieco dojść. Było tam kilka toalet, ale dosłownie kilka - kolejka się zrobiła ogromna, więc wolałem użyźnić ziemię bieszczadzką gdzieś niedaleko ;)

Po tej przygodzie szybko poszliśmy na start. Mieliśmy jeszcze trochę czasu więc ja musiałem zrobić super ważną rzecz - zabezpieczyć moje biedne stopy! Miałem cały arsenał plastrów, bandaży, opatrunków, nożyczki itd. Siadłem na ziemi i po paru minutach wyglądało to dość porządnie. Pewnie nic by nie dało, gdyby nie zmiana butów. Miałem też salomony ale takie pół-terenowe a pół-miejskie, zupełnie myślę niepasujące do tego rodzaju biegu, ale moje SpeedCrossy nie wchodziły w rachubę - to one mi załatwiły stopy (buty są super, chyba źle je przechowywałem i cholewka się odkształciła).
Jeszcze szybko reszta rzeczy do depozytu, jeszcze jeden nerwo-sik, zdjęcie przed startem i czekamy na start!


Długo to nie trwało i ruszyliśmy. Mam już dość doświadczenia żeby nie wyrywać do przodu, nawet koledzy moi wyrwali troszkę szybciej a ja zostałem z tyłu. Początek jest dość spokojny- dobiega się do granicy polsko-słowackiej, na tych 4km jest tylko 50m w górę. Potem biegnie się wzdłuż granicy przez 15km i dopiero ostatenie 3km z tej części są trudne. Czyli od startu przez 16km jest naprawdę dość spokojnie. Porównując to z Biegiem Frassatiego który biegłem tydzień wcześniej miałem wrażenie że to super łatwy i przyjemny bieg. Nie przemęczałem się, nie było żadnych problemów.
Widzę że tempo 16-go kilometra to było.... 4:07 (był tam spory zbieg)!
Ale wtedy zaczął się 17-ty kilometr - przez 3 kilometry podejśćie (bo nie nazwałbym tego podbiegiem) było strasznie strome, kilometry zajmowały mi 10,5 minuty potem trochę ponad 7 i potem najwolniejszy czyli 11,5 minuty! Tam ludzie wyciągnęli kijki a ja analizowałem czy to ma sens. Najpierw pomyślałem że nie ma - bo ja podchodziłem bez kijków w tym smaym tempie co oni, ale potem zrewidowałem swoje poglądy - bo ja na tym podejściu zamęczyłem swoje mięśnie, a oni odciążyli je pracując rękami... więc potem na zbiegu do mety (prawie 600m w dół) ja miałem trudniej i tutaj zaczęli mnie dopiero wyprzedzać niektórzy zawodnicy.
 

Pracowałem ciężko - mimo że nie miałem żadnych założeń co do tempa czy miejsca to po prostu chciałem pobiec jak najlepiej. Na podejściu wie dziewczyny mówiły wszystkim na którym są miejscu - mi powiedziały chyba że jestem 31 czy 32 - to mnie zszokowało bo nie myślałem że mogę być tak wysoko na chyba 900 miejsc udostępnionych do zapisów! Zacząłem więc sobie liczyć mijanych zawodników i próbowałem utrzymać to miejsce. Tak jak pisałem - na tym zbiegu po pierwsze moje nogi były już bardzo zmęczone, po drugie moje buty miały bardzo słabo agresywny bieżnik i pływałem trochę. Z pozytywów jednak - zmiana butów i opatrunki zdały egzamin - nie czułem strat w stopach! To najważniejsze, bo po poprzednim tygodniu miałem na pięcie otwartą ranę średnicy 1,5cm. Zbiegałem więc i liczyłem - doszło prawie do miejsca 40 gdy odzyskałem wigor i zacząłem się piąć w górę! Było ciężko, zmęczenie rosło, ale czułem presję którą sobie sam ustanowiłem licząc te miejsca. Raz złapały mnie kurcze i musiałem je rozciągnąć. Na ostatnich częściach zbiegu wyprzedziłem ładnych parę osób i zostało tylko przebiec dwa razy przez strumień. Po drugim razie trzeba było podejść po stopniach w strasznym błocie - wywaliłem się tam jak żuczek gnojaczek, złapały mnie mega kurcze w obu łydkach i tak leżałem w pozycji modliszki w błotku :) minęło mnie wtedy trzech chłopaków których z takim trudem ja wyprzedziłem na zbiegu (nawet jeden spytał się czy pomóc, ale mi nic nie było - to tylko kurcze), straciłem więc trochę czasu na operację wstań-rozciągnij mięśnie i dopiero pobiegłem do góry. To było ostatnie 100 czy 200 metrów - jeszcze tylko mostek nad tym samym strumieniem i META!


Na mecie telefon do domu, jeden kolega dobiegł za chwilkę, drugi trochę później, potem trzeci. Okazało się że dobiegłem na 32 miejscu wśród mężczyzn (czyli jak by nie żuczek gnojaczek to byłbym 29-ty!). Były chyba 4 dziewczyny przede mną więc tak ogólnie miałem 36 miejsce na około 800 osób które dobiegły - niesamowite, nigdy bym się nie spodziewał tak superanckiego wyniku!


Bardzo mi się spodobało - bieg był bardzo fajny, nie był łatwy (ta druga połowa dała w kość) ale nie był też za trudny - bardzo dobry aby zacząć przygodę z górami. Zresztą były tam też i krótsze dystanse (i dłuższe i duuużo dłuższe!) - można sobie powybierać. Okolice są piękne - bieg przez połoniny był super (nie robiłem zdjęć bo nie po to tam jechałem, ale pamiętam te widoki). Jak chcecie pobyć z przyrodą i się zmęczyć - to przyjeżdżajcie na Rzeźniczka!







poniedziałek, 1 lipca 2019

Bieganie w Chinach


Było już bieganie w Indiach, to teraz czas na drugie wielkie państwo w Azji - Chiny (nie pytajcie mnie o trzecie, największe pańśtwo bo nie pałam do niego miłością). W sumie z podobnego powodu i do Chin mam stosunek dość ambiwalentny: przeskok cywilizacyjny który robią cały czas jest niesamowity, chociaż koszt jakim to się odbywa mnie trochę przeraża.


No ale samych Chińczyków nie, oni kochają swoje państwo i zdają się nie dostrzegać takich szczegółów jak to że ich władza rządzi nimi jak bezwolnym tłumem, a nie jak u nas że to my wybieramy władzę. Ciekawy jestem jak długo taki stan rzeczy się utrzyma - na razie państwo kontroluje dostęp do informacji (nie działa tam wiele z zupełnie oczywistych dla nas portali internetowych, wyszukiwarek, map, serwisów z informacjami typu wikipedia). Media są całkowicie kontrolowane przez rząd, ludzie w Chinach baaaardzo rzadko mówią w innym języku niż własny a w szkołach uczą się wersji oficjalnej - więc skąd mają wiedzieć że ich wódz zarządził kilka reform typu rolnictwa po której 50 a może nawet 70 milionów ludzi zmarło z głodu. Albo reformę kulturalną która zakładała prześladowanie wyznawców wszystkich religii i niszczenie wszystkiego "co stare" czyli generalnie nie-komunistyczne: świątynie, rezydencje, pałace itd.


Ponieważ byłem w Changsha - stolicy prowincji Hunan gdzie urodził się i wychował ich idol (jak go nazywają "chairman Mao") to można było tego łatwo doświadczyć naocznie. Pomniki, ludzie składający kwiaty, robiący sobie zdjęcia - to nie było w żaden sposób udawane oczywiście.
Ciekawe czy za jakiś czas to się nie odmieni - nowe pokolenie Chińczyków jest zupełnie inne: uczą się angielskiego, kontaktują się z zagranicą i te wiadomości mimo starań rządu dotrą do nich.


Dodatkowo pojawienie się klasy średniej myślę obudzi w tych ludziach trochę większe oczekiwania niż tylko podstawowy byt, zwykle się potem ludziom włączają dodatkowe potrzeby - typu wolność wypowiedzi czy samostanowienia (a w tej chwili to sobie można głosować na kogo się chce, tylko że kandydatów ma się tylko z jednej partii ;) ).


Jako że byłem w pracy to za wiele nie pozwiedzałem, ale buty biegowe oczywiście musiały w torbie się znaleźć! Prosto z Biegu Frassatiego z naszych Beskidów pojechałem więc do Warszawy a następnego ranka do Chin. Po odespaniu różnicy czasowej pierwszego wieczoru po pracy pobiegłem na Górę Yuelu. Super sprawa, szkoda że miałem ZMASAKROWANE stopy po tym Biegu Frassatiego, to trochę cierpiałem :) ale sama okolica była super.


Same Chiny to ogromne kontrasty. Changsha to (jak sami Chińćzycy mówili) druga liga jeśli chodzi o chińskie miasta. Znaleźć tak kogoś mówiącego po angielsku graniczyło z cudem - NAPRAWDĘ! Nawet w wytwornym hotelu zdarzyło mi się że jak się zgubiłem i wszedłem zapytać o drogę (przypominam - mapy google'a nie działają, a koszt internetu jest ogromny - dla porównania minuta rozmowy to 13,50zł) to w lobby obsługa mimo silnego składu 5 czy 6 osób nie posiadała nikogo kto by mówił w języku innym niż chiński. Na mieście po jakimś czasie zacząłem mówić po polsku - miało to ten sam skutek a przynajmniej się bawiłem świetnie :)


No dobra a sama góra była super - klimatyczna, spowita mgłą, Chińczycy dla zdrowia spacerowali, czasami tyłem bo było naprawdę stromo. Wracałem przy rzece - też super widoki.
Samo miasto jest malutkie - jakieś 7 milionów :) bloki, bloki, bloki - 40 piętrowe molochy w których w klitkach typu 30 metrów kwadratowych mieszkają niedawni mieszkańcy wsi, teraz już mieszczuchy. W samym centrum ogromne wieżowce z salonami typu Bentley na dole, a na tyłach uliczka jak z przed 100 lat gdzie biedni ludzie sprzedają jakieś raki czy małe kraby (cuchnęło tak strasznie że...).


Natomiast szczerze trzeba przyznać że w porównaniu do Indii to Chiny są bardziej europejskie i w tym kierunku się rozwijają - nowe pokolenie przyjmuje europejskie zwyczaje (np. do ślubu panna młoda na biało a pan młody w garniturze itp). To co strasznie mi się rzuciło w oczy to że wszyscy z komórkami chodzą i garbią się wpatrując w te małe ekrany. Po drugie: chyba strasznie dużo z nich pali i to wszędzie. Kilka razy widziałem u nas w biurze na 47 piętrze że ktoś palił na korytarzu :-O


Druga wycieczka biegowa była na Pomarańczową Wyspę czyli Orange Island. Znana z tego że jest na jej południowym skraju o-gro-mna głowa (kogo by innego) Mao Tse Tunga. Na oko ma ze 20 metrów wysokości. Obiegłem tego szkaradę i wróciłem do hotelu - wyszła dyszka.


I to by było na tyle - ostatniego dnia koledzy z pracy zaprosili mnie na wieczór na typowo chińskie jedzenie - super było. Naprawdę lubię te azjatyckie specjały. Co prawda na koniec trochę mnie wzięło i na Rzeźniczka na którego prosto z Chin leciałem przyleciałem z lekkim rozstrojem żołądka ;) ale warto było! A jak to się dalej potoczyło na Rzeźniczku - o tym w kolejnym odcinku :)






niedziela, 23 czerwca 2019

Bieg Frassatiego


Pierwszy mój bieg górski w tym roku czyli Bieg Frassatiego. W sumie to żonka mi go znalazła i namówiła mnie żeby się zapisać - to była piewsza edycja tego biegu. Organizatorem był m. in. Gość Niedzielny więc impreza zaangażowana (w sensie z przesłaniem) - patron biegu oprócz biegania po górach był na tyle aktywny duchowo że został beatyfikowany w 1990r.
Oprócz samego biegu była też fajna impreza - nad Jeziorem Międzybialskim które łączy się z Żywieckim. Były dmuchańce, plaża i koncert Carrantuohill - całkiem znanego nawet u nas irlandzkiego zespołu folkowego.



No tak, tylko że od jakiegoś czasu u nas już jest pogoda jak w Afryce :) 30 stopni i więcej i jak tu biegać po górach? Zapisało się to trzeba było! Udało mi się namówić całą rodzinkę na tą podróż - a nie było to proste logistycznie bo z Warszawy pojechaliśmy po pracy do Wisły gdzie zwykle zatrzymujemy się w hotelu. Następnego dnia rano średnia córka kończyła wyjaz szkolny ("zielona szkoła") niby niedaleko bo w linii prostej niecałe 100km od Wisły. Tylko że w górach po liniach prostych się nie jeździ - nie sprawdziłem tego. I wrobiłem się w dojazd prawie 180km co dało blisko 3 godziny w jedną stronę! Odebrałem szybko córę i wróciłem. A następnego dnia rano - bieg górski!

Pogoda była piękna, w sensie upał niesamowity, zresztą już od jakiegoś czasu tak jest w naszym pięknym kraju. Na miejsce dotarłem naprawdę, ale to naprawdę na styk! Nawigacja poprowadziła mnie w złe miejsce - nie rozpoznała ulicy i numeru domu... na szczęście spytałem się policjantów i dotarłem na start. Szybko biegiem po pakiet startowy (jestem pewny że byłem ostatni), potem biegiem do samochodu, założenie butów, zostawienie rzeczy i biegiem na start! Dobiegłem gdy miałem jakąś niecałą minutę do startu.
Przynajmniej rozgrzewka była już za mną :)


No to nie miałem czasu na rozmyślania jak to pobiec, bo padł sygnał do startu. Początek jak zwykle po płaskim - trzeba wybiec z miejscowości. Nauczony biegiem górskim w Gdańsku (Garmin UIltra Race) nie spieszyłem się i to był dobry pomysł. Przede mną było 22km i ponad 1100 metrów górę (i tyle samo w dół). Pobiegłem więc spokojnie i wbiegliśmy na szlak turystyczny.

Krótko mówiąc: to było straszne! :) Bieg był bardzo techniczny, podejścia tak strome że nie było zupełnie możliwości biec a momentami miałem problemy żeby iść! Tak stromo było, szło się czasami czymś co nie wyglądało jak szlak turystyczny tylko jak po prostu koryto górskiego strumienia - same ostre kamienie służyły za podłoże a między nimi płynęła woda.

Po drodze była jedna przygoda: przy trasie leżał zawodnik któremu pomagało parę osób. Zatrzymałem się (regulamin przewidywał nawet dyskwalifikację jak się nie pomoże!) i posiedziałem tam parę minut. Na szczęście był kontakt z tym zawodnikiem, chłopaki dali mu wodę, ja dałem żel żeby się trochę wzmonił. No ale kontakt był trochę słaby z nim, poczekaliśmy na quada z pomocą i jak ratownicy przyjechali to pobiegłem dopiero dalej. Było tak upalnie że takie sytuacje mogą naprawdę być groźne!


Dalej nie było łatwiej - myślałem że jak dotrę na samą górę to potem będzie już "z górki". No i było. I to jak! Było baaardzo z górki. Tak bardzo że zbieganie było prawie tak wolne jak podbieganie (właściwsze byłoby napisanie "podchodzenie" bo biec się nie dało). Najgorsze jednak było że moje speedcrossy rozorały mi lewą piętę :( w sumie też i środkowy palec u prawej stopy a prawy duży palec stracił paznokieć... W takich okolicznościach przyrody końcowy zbieg - około 4,5km bardzo stromego i technicznego zbiegu po wielu kamieniach to była istna męczarnia. To właśnie tam straciłem tego paznokcia (tzn. zrobił się pod nim taki odcisk że się go nie uratuje już).


Dobiegłem z czasem 2:35:54 czyli około 64-go miejsca na 284 startujących - to pokazuje jak mocna była obsada tego biegu (albo jak słabo mi poszło ;) ). Na mecie chwilę odpocząłem - żałowałem że nie mogliśmy z hotelu podjechać całą rodzinką, ale musiałem się szybko zbierać i wracać do Warszawy jeszcze tego samego dnia bo nazajutrz wcześnie rano czekał mnie lot (służbowo) aż do Chin... ale o tym jak biega się w kraju smoka to już w następnym wpisie.


Podsumowując - to była super impreza. Zdołowały mnie straty własne (w sensie moje stopy), ale już sobie z nimi poradziłem częściowo i wiem że bardzo chętnie o ile będzie druga edycja to zapiszę się i na pewno rozprawię się z tym wynikiem i to całkiem mocno!


niedziela, 26 maja 2019

Wiosna startów


Trochę tych startów mi się sypnęła - aż nie dałem rady opisywać! No to jak najszybciej zaczynamy:

Bieg Konstytucji
Mimo wyjazdu na majówkę dałem radę wystartować - wróciliśmy na czas. Nasze sztandarowe pięć kilometrów w stolicy ze startem w Łazienkach alejką redaktora Hopfera. I nie zapominajmy - z podbiegiem pod Agrykolę w połowie dystansu! Mimo to nie poszło tak źle:


Czas 19:23 na takiej trasie, w dodatku dwa dni po ciężkim biegu - bo ponad połowa półmaratonu w Grudziądzu była bardzo mocno pobiegnięta.

Mila Konstytucyjna
Idąc za ciosem następnego dnia wystartowałem w Piasecznie w Mili Konstytucyjnej. Nie miałem jeszcze punktu odniesienia bo pierwszy raz biegłem taki dystans. Wynik chyba całkiem dobry:


Wykres tętna pokazuje że nie oszczędzałem się, z drugiej strony na piątce tętno zawszło wyżej.

Ekiden
Razem z kolegami z pracy udało się nam złamać trójkę! Pierwszy raz, ale też i drużyna była specjalnie tak dobrana. Nie jestem zadowolony z mojej postawy - tylko 41:40, nawet biorąc pod uwagę duchotę i temperaturę (rano była burza, biegliśmy po południu) i to że trasa niezbyt rekordowa - po parku, podłoże bardzo mieszane to jednak ta minutea szybciej powinna być!


Zajęliśmy 22 miejsce w generalce, 5 miejsce w naszej turze - z czasem 2:56:32!

Piaseczyńska Piątka
No i ostatni bieg w tym nawale :) na starych śmieciach, nie pierwszy i mam nadzieję nie ostatni raz. Super impreza - jak tylko się da to zawsze będziemy wpadać. Czasami biegłem tu sam, czasami z Żonką, czasami sam z wózkiem (niewiele ponad 21 minut, to było przeżycie :) ).
W tym roku startowaliśmy jeszcze inaczej - we dwójkę, ale każde na maksa (córki sprzedane znajomym a najstarsza to już sama sobie w domu robiła matematykę - czytaj grała a matmę zrobiła na sam koniec :) ).
Pogoda znowu niezbyt biegowa - gorąco bo chyba 26 stopni, mimo że start o 18:00. Trasa bez zmian tym razem - przez wiadukt, pętla i powrót przez wiadukt. Niestety trzeba było pod ten wiadukt podbiec, ale nie jest to niz takiego w porównaniu z Biegiem Konstytucji i Agrykolą. Biegło się fajnie, cierpiałem na trasie oczywiście - w końcu to piątka to normalne.
Nie zacząłem za szybko i ogólnie to dobrze to pobiegłem poza niestety czwartym kilometrem - 4:10! W sumie wyszło 19:21 a miało być poniżej 19:00...


No cóż, to jest pewnie mój aktualny poziom po prostu. Trzeba się teraz skupić na poprawieniu się - ten uraz z przed roku ma chyba jeszcze jakieś skutki (przerwa w trenowaniu), po świętach przytyło mi się prawie 2kg i ogólnie ilość pracy powoduje że czasu na bieganie jest za mało.
Plany jednak już mam - zbicie wagi już prawie się udało (postaram się dalej trochę zbić), kończymy wybieranie maratonu na jesień i zaczniemy niedługo plan treningowy!


ADs