niedziela, 13 września 2020

Plany na jesień

Powiedzieć że ten rok jest wyjątkowy to jak nic nie powiedzieć :) Ale nie ma co narzekać, trzeba robić co się da. Więc szukałem, szukałem i wydaje się że się udało maraton na jesieni który się odbędzie (do Warszawy się nie załapałem, poza tym bieganie w kółko z nawrotkami po kostce pewnie byłby dość trudny żeby dobry czas uzyskać). A miejsce które udało się znaleźć to... Koszyce!

 Zostały dokładnie trzy tygodnie - wczoraj najtrudniejszy chyba trening bo 30km po Lesie Kabackim, najpierw 10km spokojnie (ale nie wyszło nazbyt spokojnie bo 4:52/km, potem 15km żwawo bo 4:30/km i ostatnie 5km po 4:15/km - to akurat nie wyszło bo 4:21/km - w sumie średnio 4:41/km z całości (przypominam że po lesie!).

Po biegu natomiast dowiedziałem się że Słowacja... ma zmienić zasady organizacji imprez masowych bo nagle u nich zaczęło być dużo więcej zakażeń koronawirusem :( i od 1-go października zamiast limitu 1000 osób ma być 200 osób. No super - jutro ma być oficjalny komunikat maratonu co zrobią. Zaczynam się obawiać czy w tym roku w ogóle gdziekolwiek pobiegnę.

No nic, będziemy kombinować jeśli się nie uda. Maraton Warszawski odpada bo.... dostałem wezwanie na ćwiczenia wojskowe akurat w tym samym terminie! Pięć dni w kamaszach mam spędzić, super. Jeśli Koszyce wypalą to będzie ostatni weekend przed maratonem spędzony w wojsku, ciekawe jak ja tam biegać będę.

Tymczasem żeby nie zdołować się kompletnie (i trochę za namową kolegi z grupy biegowej M.I.L.A.) zapisałem się na Garmin Ultra Race w Gdańsku. Już tam biegłem raz w 2018 roku i na dystansie 27km miałem 2,5 godziny (oj bardzo odpadłem na końcu i dużo mnie nauczył ten start - trochę się zgubiłem, nie miałem kompletnego wyposażenia itd). Tym razem zapisałem się na prawie dwa razy dłuższy dystans 52km - więc to będzie moje pierwsze ultra :-D mam nadzieję ę się odbędzie :)





niedziela, 6 września 2020

Memoriał Rosłona 2020

Rzadko w tym roku startuję - co zapewne nikogo nie dziwi, więc chętnie się od razu podzielę wrażeniami. Dzisiaj pobiegłem już drugi raz w Memoriale Rosłona - trenera znanego w Piasecznie. Wybrałem najdłuższy dystans czyli 5000m który odbywał się na koniec dnia. W sumie przez cały dzień trwała rywalizacja od najkrótszych dystansów czyli 60m aż do mojego dystansu 5000m. 

Pogoda dopisała - dzień mimo że zaczął się trochę pochmurnie to szybko się rozpogodził i było nawet za ciepło i za słonecznie. Na szczęście mój start był na wieczór (19:00) a jeszcze była 10-cio minutowa obsuwa więc za pogoda była idealna. Podjechaliśmy z dwoma młodszymi córkami i trochę pokibicowaliśmy (na 800m biegł kolega z klubu i nawet wygrał bieg z czasem poniżej 2 minut a serię przede mną biegła też moja trener).

Ja miałem plan połamać 19 minut. Ostatnio na tym dystansie miałem 19:20 (w Warsaw Track Cup dokładnie miesiąc temu).. to niezbyt wynik przy moim odwiecznym planie złamania trzech godzin w maratonie. Powinno to być raczej 18:40 albo szybciej żeby o tym myśleć... Więc policzyłem sobie żeby biec każde pół kółka w 45 sekund to wyjdzie 18:45, planowałem biec tym tempem ile się da i zobaczyć w drugiej połowie dystansu czy to dam radę utrzymać czy może naweet przyspieszyć.

Rozgrzałem się i wezwali nas na start. Przejść trzeba było przez bramę z której leciał dym jak byśmy wbiegali na płytę stadionu podczas mityngu Diamentowej Ligi :) w dodatku w mojej serii byli najsilniejsi zawodnicy - typu Łobodziński... od razu wiedziałem że minimum dwa razy mnie zdublują :)

Po normalnych startowych oblucjach ruszyliśmy. Starałem się od razu kontrolować tempo - co 200 metrów a nawet czasami co 100. Przed startem stały moje dziewczyny i mnie dopingowały a zaraz potem grupka naszego klubu biegowego M.I.L.A. która też głośno krzyczała (dzięki!). To dopingowało naprawdę i pomogło mi w ciężkich momentach. 

Bieg szedł mi dobrze - trzymałem to 45 sekund na pół okrążenia. Była mała nadróbka na starcie (typu 3 sekundy licząc od startu), ale po jakimś czasie spadło to do zera i tak trzymałem. Po kilku okrążeniach zaczęło się dublowanie mnie przez grupę biegnącą 3:00/km (!). Pierwszy dubel mnie zaskoczył i nie zbiegłem do prawej, minęli mnie z mojej prawej strony a ja chcąc dać miejsce stanąłem prawą stopą na metalowe obramowanie bieżni. Stopa wygięła się nienaturalnie i nawet podskoczyłem na jednej stopie badając czy jest zwichnięta. Na szczęście nie, ale zabolało (i prawdę mówiąc teraz jak to piszę po kilku godzinach to nadal boli, ale nie spuchło w sposób wyraźny). Straciłem w tym momencie moją nadróbkę, ale ciągnąłem dalej swoim tempem. Po kaźdym z 12 kółek dostawałem doping od rodziny i klubowiczów i jakoś szło. 

Po trzech kilometrach nadszedł kryzys - zacząłem powoli tracić do mojego tempa 45s na 200m. Najpierw 5 sekund, potem 7 sekund. Obawiałem się że odpadnę całkowicie :( na szczęście zostało już tylko dwa czy trzy okrążenia wtedy i udało mi się zmobilizowiać się. Przyłożyłem się i przestałem tracić. Co lepsze - na zmęczeniu nie potrafiłem już przeliczyć na jaki czas biegnę licząc od startu, ale "od tyłu" licząc po 45 sekund na pół kółka doszedłem do wniosku że mam szanse jak się ogarnę złamać te 19 minut! Bo jak było 2 kółka to było 16 minut, czyli 1,5 minuty na kółko... dalej przeliczycie sami ;)

Przyłożyłem się i wróciłem do żywych z moim tempem. Po jakim-takim finiszu (nic super co prawda) wbiegłem i zatrzymałem zegarek na czasie

18:59

To znaczy nie zatrzymałem tylko wcisnąłem okrążenie, stąd na zegarku czas dużo dłuższy (zorientowałem się po 40 sekundach że czas leci :-D ).

Jeszcze gratulacja, pogadanka i mogliśmy jechać kłaść najmłodszą spać. 

Podsumowując - fajnie było, czas może nie tak dobry jak bym chciał, Daniels twierdzi że to odpowiednik 3:02 w maratonie... no nie wiem, nie czuję się na siłach na taki wynik.

A propos - miałem o planach napisać, więc tak krótko (może za tydzień uda się opisać w szczegółach): tak, biegnę maraton w tym roku. Ciężko z zapisami - Warszawa jest w wersji symbolicznej z 20 nawrotkami i przeważającą częścią po kostce brukowej, inne biegi odwołują jeden po drugim. Zapisany więc jestem na Koszyce - ten najstarszy w Europie maraton ma się odbyć. Trzymam kciuki i zaraz będę rezerwował nocleg. Oby granic nie zamknęli :)



 

 

niedziela, 23 sierpnia 2020

Drugi dobry urlop

 

Biegam i biegam dalej mimo koronawirusowych problemów jakie mają wszyscy organizatorzy biegów. Przez te problemy moje starty w tym roku wyglądają delikatnie mówiąc blado :) Ale plany jeszcze na ten rok jakieś są - opiszę je w następnym wpisie. Trenuję pod maraton ciągle pod plan rozpisywany mi i za jakieś 6 tygodni zapewne mam nadzieję wystartować choć ten jeden raz w tym roku na tym królewskim dystansie.

Tymczasem kończą się wakacje - w sierpniu mieliśmy dwa tygodnie urlopu i wyszły całkiem aktywnie: w pierwszym tygodniu Polanica-Zdrój i prawie 60km a w drugim tygodniu Węgry i... 100km w 6 dni! Ale żeby być uczciwym trzeba przyznać że po prostu z powodu długiej jazdy samochodem w niedzielę długi bieg z pierwszego tygodnia wszedł na drugi tydzień, więc tak naprawdę w oba tygodnie było planowane po około 80 :)

 

W Polanicy Zdroju popełniliśmy też jedną wycieczkę rowerową - ponad 30km po tych strasznych górkach, w dodatku ja z przyczepką rowerową z naszą najmłodszą. 

 

Oprócz tego dużo chodziliśmy tam po górach i miasteczkach. Dla przykładu Błędne Skały obok Kudowy-Zdroju:

Mama, czekaj!

 

W sumie przez to treningi mi nie za bardzo wyszły - we wtorek miała być piramidka 1/2/3/2/1km w tempach 3:40/3:45/3:50 a wyszły tempa od 3:40 do 4:02. W czwartek miała być tempówka 12km w tempie pomiędzy 4:10 a 4:15 a wyszło że połowę dałem radę w 4:10 a potem tragedia i średnia wyszła 4:17...

W sobotę natomiast wbiegłem na Gubałówkę i z powrotem :)

 

Na Węgrzech zacząłem ostro:

Poniedziałek - zaległy bieg długi z niedzieli: 23km po górkach nad Balatonem.

Wtorek - spokojne 10km, ale podbiegi są tam spore.

Środa - spokojne 14,5km (miało być torochę krócej ale zbłądziłem).

Czwartek - miało być tempo 3x3km po 3:55/km, ale nawet wybierając ścieżkę rowerową wzdłuż Balatonu, gdzie człowiek spodziewa się że płasko będzie... no nie było płasko! W dodatku gorąco było i wyszły tempa 4:05, 4:29 i 4:29 (!)

Piątek - spokojne 13,5km z soboty 

Sobota - bieg długi z niedzieli (kiedy wracaliśmy do kraju więc bym nie wyrobił się). Razem 26km w tym 4km po 4:40/km i 4km po 4:30/km.

Ten bieg zrobiłem do zamku Szigliget i z powrotem. Najpierw byliśmy tam samochodem całą rodziną:

 

Razem w te 6 dni wyszło 100km!

 

 Ruiny klasztoru Paulinów - właściwie każdy bieg na Węgrzech był na jakieś wzgórze żeby zwiedzić jakieś stare budowle - zamki, ruiny itp.

A na co dzień... chodziliśmy rano nad Balaton - wygląda na zdjęciu pięknie i było fajnie, tylko woda niestety nie tak czysta jak w Morzu Śródziemnym...

 

A widok z domu mieliśmy przepiękny - domek był wysoko (ciężko było wjechać samochodem bo stromo i wąsko a po bokach kamienne murki), za to po lewej widok na Balaton a na wprost i w lewo na pola i bazaltowe wzgórza... tutaj zdjęcie z grillowania przed domem z jako-tako widocznym krajobrazem:


Ostatni tydzień byliśmy już w kraju, na szczęście okazało się po powrocie że treningi szybkościowe i tempowe mi wychodzą. We wtorek na stadionie 2x10x200m wyszły średnio po 3:25-3:30/km. W czwartek tempo 14km wyszło po 4:10/km! :) Przed chwilą przybiegłem z biegu długiego - też ładnie wyszedł: 28km po 4:54/km wyszło i nie jestem zajechany.

Co tam jeszcze - waga coś drgnęła w dół. Zawsze ważyłem 79km +/- 1km. A ostatnio zobaczyłem na wadze raz nawet 77,0kg. Nie wiem czy to chwilowe odchylenie czy coś ten trening ostrzejszy zaskutkował - zobaczymy za tydzień, dwa. 

No i na koniec - ciekawe jak mi pójdzie w maratonie. Nadal przebiegnięcie go w tempie 4:16/km to dla mnie totalna abstrakcja. Ale już tempo na 3:05 na mecie (czyli 4:23/km) wydaje się osiągalne, chociaż bardzo trudne.

No nic, zobaczymy, na razie wracam do biegania i napiszę niedługo jak tam dokładnie wyklarowały się plany startowe.        

środa, 5 sierpnia 2020

Warsaw Track Cup 2020/2


Tym razem wybrałem dystans 5000m - wyjątkowo został dodany (a może już zawsze będzie). Skoro trenuję pod maraton na jesieni to najdłuższy z dystansów najbardziej pasował do treningów.
Impreza jak zwykle super, ja miałem gości w domu więc pojechałem tylko na start, tylko ze średnią córką i chrześniakiem. Moja obstawa techniczna zrobiła mi kilka zdjęć i nagrała jak biegnę żebym mógł sobie potem w domu przeanalizować jak wygląda to moje bieganie. Może uda się coś poprawić w sylwetce...

Jestem jak pisałem w treningu maratońskim - więc pod 5-tkę nie trenuję. Mimo to chciałem gdzieś około 19 minut nabiegać. No w końcu życiówka 18:38 do czegoś zobowiązuje :) ale tak jak przeczuwałem było z tym ciężko. Próbowałem biec na 19:00 czyli jak łatwo przeliczyć 3:48 co oznacza niecałe 23 sekundy na 100 metrów. Na stadionie łatwo jest łapać te międzyczasy bo są namalowane co 100 metrów linie. Dzięki temu kontrolowaniu się (i liczeniu w pamięci :) ) udaje mi się zwykle dobrze kontrolować tempo na stadionie. Tutaj też tak było - mimo że troszkę za szybko ruszyłem to ustabilizowałem tempo w zakresie na 19 minut. Niestety pary starczyło na niecałe 3 kilometry... potem było już za wolno i dobiegłem w 19:19.
Tempa wg endomondo są zakłamane bo policzył za krótki dystans - więc były szybsze troszkę a ostatni km jest znowu za szybki. Prawdziwe tempa były więc mniej więcej takie:
1. 3:38
2. 3:42
3. 3:54
4. 4:00
5. 4:03
No słabo to tak na chłodno patrząc wygląda. Może nie ma tragedii bo jednak 19:19 nie jest takie złe (Daniels z tego przelicza 3:05 w maratonie), ale chciałoby się jeszcze do końcówki września, czyli do maratonu, coś jeszcze poprawić. Myśleć jak to zrobić zacząłem natychmiast po biegu ;) co widać na zdjęciu poniżej (a na serio to chyba komar mnie użarł).


poniedziałek, 6 lipca 2020

Dobry urlop


Właśnie wróciliśmy z urlopu i tak bardzo się udał biegowo, że aż trzeba się tym pochwalić. Tylko siedem dni nad polskim morzem, już trzeci raz zresztą w tym samym miejscu - Karwii. Ośrodek też ten sam, wybrany "pod dzieci". Jako że mamy ciągle od dość dawna zawsze jakąś małą pociechę, to ośrodek wybraliśmy z placem zabaw dla takich właśnie maluchów. Poza tym atrakcją miało być morze, ale jak z polskim morzem bywa - różnie to było :) Pierwszego dnia i drugiego było najlepiej, w pozostałe bardzo w kratkę (deszcze ze słońcem). Mimo to fajnie było, a jeśli chodzi o bieganie to nawet bardzo fajnie. Każdy dzień oznaczyłem sobie na sportowo:

DataDzieńBiegCzasTempoDystans
2020.06.27sobotaSpokojny ścieżką w lesie wzdłuż morza44:195:32/km8,02km
2020.06.28niedzielaSpokojny, ale plażą56:265:31/km10,22km
2020.06.29poniedziałekPodbiego 10x200m1:11:455:45/km12,49km
2020.06.30wtorekrozgrzewka, 10km @4:12, schłodzenie57:184:36/km12,44km
2020.07.01środa16km spokojnie, 5x100m rytmy1:41:415:15/km19,35km
2020.07.02czwartek3km, 10x3' @3:50/km, 1km1:08:184:41/km14,57km
2020.07.03piątekSpokojne 20km1:39:464:58/km20,09km


Razem8:19:33
97,08km

Strasznieto trochę wygląda - ja biegam od dawna raczej po 60km tygodniowo, a tu blisko setka! Ale to trochę przekłamana statystyka (obejmuje dwa tygodnie i akurat tak się złożyło że dzień wolny wypadł tuż po tym tygodniu. Z drugiej strony jednak muszę się przyznać że biegałem bez przerwy aż 11 dni! To mi się nie zdarza raczej, zwykle biegam 5 razy w tygodniu.

Może uda mi się wrzucić filmik z tego ostatniego biegu - fajny był - najpierw pola, potem las, znowu pola i łąki i na koniec powrót plażą :)



środa, 24 czerwca 2020

Warsaw Track Cup 2020/1


W sobotę było już prawie jak przedd epidemią - pojechaliśmy całą rodziną na zawody! Na Warsaw Track Cup bywałem już nie raz, zacząłem w 2013 roku gdy jeszcze biegaliśmy na Agrykoli i nadal strasznie lubię tą imprezę. Tym razem moja Żonka wynalazła że WTC się odbywa (jakoś ja bym przegapił) i na szczęście udało mi się jeszcze zapisać. Z córek tylko średnia pobiegła ze mną, najstarsza jakoś nie miała ochoty a najmłodszej nie spytaliśmy. A szkoda bo były biegi nawet dla młodszych od niej czyli pociech poniżej 3 roku życia - na 20 metrów :)


Pogoda była jak to teraz zwykle bywa - burzowa. Przed imprezą lało tak mocno że po dojechaniu na miejsce przez chwilę nie wychodziliśmy z samochodu. Ale na szczęście jak to przy burzy - szybko też się poprawiło. Padało trochę czasami przelotnie, ale dało się przeżyć. Tym bardziej że na stadionie Orła gdzie odbywały się te zawody jest zadaszona trybuna.


Zapisałem się na 1000m więc startowałem dość wcześnie. Byłem w czwartej z pięciu serii, więc była to dość szybka seria. Najpierw pobiegła nasza Agatka na 200m i fajnie jej poszło (chociaż narzekała że to był za krótki bieg, z drugiej strony przed biegiem mówiła że to za długi dystans :) ). A potem ja. Rozgrzany byłem aż za nadto - 7km w sumie zrobiłem. Startowaliśmy po przeciwnej stronie bieżni bo dystans to oczywiście 2,5 okrążenia. W mojej serii było trochę harpaganów co było widać na pierwszy rzut oka. Wystartowałem szybko i nawet trzymałem się dość w przedzie. Chciałem pobiec na maksa po prostu i nie patrzyłem prawie na zegarek, chociaż jakieś tam plany oczywiście miałem. Takim planem minimum było poniżej 3:20 a planem maksimum było 3:00. Życiówkę miałem 3:13 z Warsaw Track Cup, ale to było 7 lat temu. Powinno być trochę lepiej teraz (no jednak z wiekiem nie zawsze się już pewnie będzie udawać żeby się poprawiać...).


Początek był więc dobry, ale w środkowej części dystansu nie dałem rady utrzymać tego tempa i bardzo spadłem w stawce zawodników. Na ostatnich 100m chciał mnie jeszcze jeden zawodnik wyprzedzić i tego było już za wiele ;) na wirażu odparłem atak i mimo że zwykle po takim przyspieszeniu nie wytrzymywałem tempa i odpadałem to tutaj dałem radę i nie dałem się wyprzedzić. Myślę że ten sprint na ostatnich 100m dał mi też nową życiówkę: 3:11.


Pełni szczęścia nie ma, fajnie by było pobiec szybciej - trochę czuję że jeszcze mogłem w środkowej części pobiec szybciej. Ale nie ma co narzekać za bardzo - jednak udało się zrobić tą życiówkę i jakiś malutki sukces w tym sezonie już jest :) Poza tym była to naprawdę fajnie spędzona sobota, my zostaliśmy tylko na piątą serię jeszcze, ale zawody trwały jeszcze jak zwykle do późnego wieczora.
Fajnie że można wreszcie już tak sobie pobiegać na zawodach, obyśmy już na stałe i jak najszybciej wrócili w pełni do normalności po tym wirusie!


poniedziałek, 15 czerwca 2020

Rzeźniczek 2020


Daleko te Bieszczady niestety od Warszawy, chociaż może nawet nie tak daleko dystansem tylko czasowo. Drogi nadal jeszcze w budowie i 6 godzin się tam jedzie. Ale i tak powiem Wam: warto się tam wybrać na festiwal Rzeźnika. W środę korzystając z tego że mamy "mały piątek" (bo następnego dnia Boże Ciało - więc wolne od pracy) wybrałem się po pracy w nasze Bieszczady. Nocleg mi zorganizował kolega-sąsiad z naszej grupy biegowej MILA (dzięki Tomek!) więc rano już tylko 30km dojechałem do Cisnej. Zaparkowałem pod szkołą, odebrałem pakiet i... w góry!
 

Plan miałem żeby pobiec jak najszybciej - mimo że w tym roku z racji koronawirusa nie było oficjalnie rywalizacji. Chociaż pomiar czasu był, jednak mieliśmy aż około tygodnia na przebiegnięcie tego dystansu. Trasa było oznakowana, nie było punktów odżywczych. Była też zupełnie inna trasa. Start i meta w Cisnej (zamiast tylko meta a start po wywiezieniu kolejką wąskotorową). Wziąłem ze sobą bukłak izotoniku, dwa żele (na 26km powinno starczyć) i po wizycie w krzakach (no bo z racji koronawirusa nie było toalet) wybiegłem na trasę!


Trasa zaczynała się strasznym błotem na podejściu do czerwonego szlaku, ale potem przez ponad 10km było co prawda pod górę, ale tak wygodną drogą że kilometry od 2-go do 12-go włącznie wchodziły średnio po 5 minut. Było nawet 4:26 i 4:34... w górach z plecaczkiem :)
A potem od 13-go kilometra zaczął się Rzeźniczek. Podejście jak na profilu powyżej, w dodatki było gorąco, duszno bo miała być burza po południu, wcześniej padało i błoto się zrobiło na podejściu. Kilometry weszły w 11 minut i 12,5 minuty (nawet tego nie kontrolowałem na trasie, teraz spisuję z endomondo). No i główna część zabawy - bieg granią a potem czerwonym szlakiem w dół. Zbieg dość trudny jak dla mnie (nie jestem doświadczony w biegach góskich). Wydaje mi się że trudniejszy niż rok wcześniej, ale dużo krótszu odcinek był taki trudny (bo 11km było po łatwym bardzo terenie) więc trudno mi jednoznacznie przyznać: czy było ogólnie łątwiej czy trudniej?
Zmęczyłem się okrutnie, nie oszczędzałem się (chociaż na początku nie cisnąłem na maksa bo chciałem mieć siły do końca biegu). Rok wcześniej miałęm 3:07, ale dystans był o kilometr dłuższy. Z drugiej strony rok wcześniej był prawdziwy wyścig - to dopinguje do większego wysiłku. W tym roku startowaliśmy w dużym rozproszeniu, chociaż mój termin - czwartkowy ranek (8:40) był całkiem obsadzony. Na trasie spotkałem co najmniej kilkudziesięciu biegaczy i biegaczek Rzeźniczka (i wielu turystów) i ponieważ nie oszczędzałem się to muszę się pochwalić że nikt mnie nie wyprzedził :)
Po tym strasznym podejściu (bo podbiegiem nie można nazwać tych dwóch kilometrów w tempie niecałych 3km/h) nie było wcale łatwo. Mimo że już przewyższenia nieporównywalnie małe (patrząc na to strome podejście) a końcówka przecież identyczna jak rok temu trasy, to tempo widzę teraz wolniejsze o 30 sekund chyba. Chociaż znowu - to zależy bardzo od podłoża a było błotko co nieco. Trudno porównywać. W dodatku łapały mnie chwilowo kurcze, na szczęście nic poważnego żebym się musiał zatrzymywać. Pod koniec prawie zgubiłem trasę, zatrzymałem się na chwilę, ale trafiłem na błotnistą ścieżkę powrotną i wbiegłem z czasem.... 3:00:09 :)
Chciałem co prawda złamać te 3 godziny, ale ja jestem ekspertem w nie-łamaniu trzech godzin przecież!





A to zdjęcie dobrze oddaje samopoczucie na mecie :)

niedziela, 31 maja 2020

Bieg Monte Cassino



Ciężko z biegami masowymi u nas ostatnio, ale trzeba sobie jakoś radzić. No to po Wingsie pobiegłem teraz Bieg Monte Cassino. Też taki "wirtualny" jak to ludzie nazywają, chociaż mi się takie określenie nie podoba - przecież bieg jest jak najbardziej realny, tylko biegnie się samemu a nie w grupie z wszystkimi.
Wracając do samego biegu - firmowany jest przez Biegnij Warszawo, miał się dzisiaj nawet zakończyć, ale przedłużono do 14 czerwca możliwość wysłania wyniku. Ja mimo to wyrobiłem się w oryginalnym terminie czyli do końca maja. Warunkiem zaliczenia biegu było wniesienie opłaty startowej (100zł - dość dużo, ale całość idzie na budowę pomnika generała Andersa we Włoszech) i przebiegnięcie 10km. Potem należy wgrać wynik (zapis śladu gps) na ich stronie.
Przygotowałem się do tego biegu - psychicznie i fizycznie. Trochę tylko nie do końca dobrze jeśli chodzi o fazę treningu. W czwartek miałem ciężki bieg tempowy: 7km po 4:08/km na stadionie w Piasecznie z moją grupą biegową M.I.L.A. a w sobotę (też w tej samej grupie :) ) bieg po lesie w Magdalence w tym 9km żwawo bo poniżej 5:00/km po pofałdowanych ścieżkach leśnych. W dodatku w tym tygodniu przebiegłem razem aż 72km - czyli z ciężkiego dość treningu był ten start.
Ubrałem się w niedzielę ładnie, pogoda była całkiem dobra - 18 stopni, troszkę tylko wiatr przeszkadzał i jeszcze przed obiadem udało się wyskoczyć z domu na dychę. Najpierw 2km rozgrzewki i... start!
Ostatnio biegnąc na maksa udało mi się zrobić 5km w niecałe 20 minut. Logicznie myślący człowiek powienien więc przeliczyć według znanych wszystkim wzorów że na dychę wyjdzie x2,1 czy trochę mniej. No Daniels mówi że 41:30, ale oczywiście Leszek wie swoje i ustawił garmina na bieg z narastającą prędkością na 40:00 :) Początek ustawiłem na 4:07 a końcówka wychodziła w 3:54. Ale na usprawiedliwienie dodam że plan po cichu miałem żeby to tempo najwyżej utrzymać jak będzie słabo.
Po starcie było ok - biegłem nawet trochę szybciej niż plan, około 4:03/km. Potem na czwartym kilometrze był wiadukt nad torami i tutaj wiatr plus podbieg skonusmowały całkowicie nadróbkę nad planem, która nazbierała się do 7 sekund. Na zbiegu z wiaduktu trochę się odrobiło, ale jak to zwykle bywa: nie wszystko, tylko połowę. Po 5km miałem więc 20:16 wobec planowanych 20:19. I teraz zobaczymy co kto jest wart ;) czyli w tym przypadku akurat nie za wiele :) nie dałem rady przyspieszyć, zaczęła się walka żeby nie odpaść i dobiec chociaż w planie minimum. Trudno było, ale te 4:08/km udało się średnio utrzymać i dowieźć 40:59 do mety.


Doczłapałem do domu i powiem że jestem dość zadowolony. Może wynik nie taki jak bym chciał, ale patrząc na moją aktualną kondycję to wyszło naprawdę dobrze. Nie było to łatwe żeby te niecałe 41 minut nabiegać, nie oszczędzałem się!
Na co dowodem są zdjęcia wykresu tętna poniżej :)
To teraz tak po cichu się przyznam że od jutra zaczynam plan treningowy i coś na jesieni muszę znaleźć sobie - jakiś maraton, tylko w obecnej sytuacji jeszcze nie mam pojęcia gdzie...
Acha, a za dwa tygodnie pobiegnę Rzeźniczka juhu! Nie odwołali, mimo że kupa obostrzeń dołożona, ale dobre i to! A na jesieni powinien być Bieg Frassatiego który miałem pobiec, mam nadzieję tam pobiec.




niedziela, 3 maja 2020

Wings fol Life 2020

 
Na bezrybiu i rak ryba chciałoby się napisać, ale to nie byłoby całkiem uzasadnione. Zapisałem się na tegorocznego Wingsa trochę z takim nastawieniem, jednak wyszło całkiem fajnie. Wiadomo - w dobie koronawirusa wszystkie zawody odwołane, więc człowiek na głodzie nawet na taki zdalny bieg (no przecież nie wirtualny - biega się naprawdę!) chętnie się zapisuje.
Rozreklamowałem trochę w pracy i nawet dwie osoby ze Stanów ze mną razem się zapisały. Przygotowałem się do biegu: zrobiłem mniej kilometrów w ostatnim tygodniu i tylko jeden akcent z dużym wyprzedzeniem. Cztery lata temu w Poznaniu nie poszło mi tak dorze jak chciałem - z planowancyh 42km przebiegłem tylko 29 z małym hakiem. Nie byłem gotowy na tak szybki bieg, było też gorąco. Chciałem w tym woku tylko pobić tamten wynik. Założyłem sobie więc tempo z kalkulatora na ich stronie - wyszło 4:50/km i powinno to dać 30km na mecie. Dla nie wtajemniczonych: w tym biegu zaczyna się biec przed siebie a 30 minut potem rusza za nami samochód. Gdy nas dogoni - bieg się kończy. Więc im szybciej się biegnie tym dłużej i dalej się biegnie.
Przygotowałem się w niedzielę, żonka z córkami odwiozły mnie samochodem 30km od domu żebym nie musiał po pętli biegać i wyrzuciły mnie koło Centrum Olimpijskiego na północy Warszawy. Plan był pobiec wzdłuż Wisły tak długo jak się da, potem przez Wilanów, obiec Las Kabacki i dobiec przez Konstancin Jeziorną i Piaseczno do Nowej Iwicznej gdzie mieszkamy.
Na szczęście prognozy deszczu się nie sprawdziły. Było 12 stopni i trochę wietrznie - więc odczucie zimna było trochę nieprzyjemne. Ale nie padało i to było już dobre. Ubrałem się na krótko, tylko nie mogłem mojej wingowej koszulki nigdzie odnaleźć... Pożegnaliśmy się i za parę minut miałem start.
W tym roku wszyscy biegli z aplikacją, przygotowałem ją i działała dobrze, niestety z jednym mankamentem - źle liczyła dystans :) coś pokazywała że niby słaby sygnał GPS (ciekawe czemu - nie było dużego zachmurzenia, zegarek pokazywał bardzo dobrze dystans, telefon miałem większość czasu w kieszeni spodenek, ale z boku - był w większości wystawiony "do nieba"). Na początku odstawał niewiele, jakieś kilka procent tylko. Do końca biegu nazbierał jednak grubo ponad kilometr "niedoróbki".


A jak się biegło? Najpierw bulwary nad Wisłą, biegłem w miejscach z ludźmi w maseczce - to było trochę ciężkie, na szczęście najczęściej mogłem ją zdjąć gdy nikogo nie było w pobliżu (ciężko mi się biegło w niej). Z planowanego tempa 4:50/km jak to zwykle u mnie zrobiło się 4:40/km, nawet momentami szybciej i musiałem się hamować. Jakoś mi to wychodziło. Pierwsz 10km wzdłuż Wisły było przyjemne, potem Czerniakowska i kombinowanie jak były światła - raz mi tutaj nawet garmin zwariował i chyba połknął 20 sekund bo nie wierzę że 4:20/km jeden jedyny kiloment mi wyszedł - niby do świateł się spieszyłem żeby na zielonym przebiec, ale nie aż tyle! :)



Potem długa prosta przez Wilanów - i tutaj, i na bulwarach spotykałem ludzie w koszulkach z poprzednich edycji Wingsa, nawet pozdrawiałem i mówiłem że też biegnę ten bieg, ale oni wszyscy chyba w słuchawkach byli bo raczej nie odkrzykiwali.
Potem dobiegłem do Lasu Kabackiego i miałem już 20km na liczniku. Więc nie pobiegłem prosto na Konstancin, tylko przez Las Kabacki bo za długi dystans by wyszedł. W lesie trochę straciłem - wiadomo, nawierzchnia robi swoje, ale ciągle miałem troszkę nadróbki nad tempem 4:40/km. Martwiłem się tylko że z powodu błędów w aplikacji (która pokazywała już wtedy 1,2km mniej) będzie tak że ten wirtualny samochód mnie dogoni zanim stuknie mi wymarzone 30km. Zaczynałem przeliczać tempo i moim drugim zmartwieniem było żeby zrobić 30km w 4:40/km - to też zaczynało być nie do końca pewne. Szczególnie przez stratę w lesie (no i podbieg w Powsinie przecież). W końcu las się skończył, wybiegłem znowu na asfalt i było łatwiej, ale tempo chwilowe było troszkę wolniejsze niż 4:40/km. Przeliczam - będzie na styk, w aplikacji sprawdzam - jakoś chyba dam radę przed tym samochodem. Wbiegłem do Nowej Iwicznej, mam 30km w czasie 4:40/km z dokładnością do jakichś sekund. Ale cisnę dalej - samochód w aplikacji zaraz mnie dogoni. Udało się w końcu 31,42km zrobić! Przysiadłem przy sklepie już blisko domu i za chwilę pogadałem ze znajomymi wracającym z tej samej imprezy z Lasu Kabackiego (pozdrawiam!)


Podsumowując - bardzo fajnie to wyszło, utrzymałem równe tempo - jestem z siebie bardzo zadowolony :) !


A wynik wg aplikacji był taki:


czwartek, 16 kwietnia 2020

Trenowanie w czasach zarazy


Co można robić w czasach zarazy? Wszystkie biegi odwołane, nawet nie wiadomo kiedy będzie można pobiec w jakimś wyścigu... motywacja spada oczywiście. No trzeba oczywiście patrzeć na jasną stronę życia, taką mam filozofię życiową :)

Więc skoro 19-go kwietnia miałem biec maraton w Łodzi to znalazłem sobie cel: spróbuję tego samego dnia pobiec półmaraton w podobnym tempie. Miałem łamać trzy godziny (ale pewnie tak jak na jesieni w Brukseli dobrze by było jak bym zszedł poniżej 3:10 - tam się udało nawet 3:06:57) więc cel sobie wyznaczyłem żeby pobiec tempem na poniżej 1,5 godziny. To i tak bardzo ambitnie, 4:16/km przez ponad 21 kilometrów - będzie trudno!


Od 12 marca - czyli już dokładnie 5 tygodni nie mam planu treningowego. Zbiegło się to z lekką chorobą, ale jak widać po statystykach nie przeszkodziło mi to tak ogólnie w bieganiu (to była bardzo lekka choroba). Od 1,5 tygodnia natomiast rozpisałem sobie sam treningi pod mój zaplanowany na najbliższą niedzielę sprawdzian :) Biegam więc po okolicy unikając ludzi - odkrywam nowe miejsca, dwa razy już atakowały mnie gęsi - niezła adrenalinka - i przygotowuję się. Jak pójdzie - dam znać w niedzielę.



Ech żeby już można było wrócić do normalności, na razie jak widać na zdjęciach poniżej jedyny kontakt z naturą to włąsny ogródek.... oby jak najszybciej to minęło, czego Wam i sobie (razem ze zdrówkiem) mocno życzę!




ADs