poniedziałek, 6 lipca 2020

Dobry urlop


Właśnie wróciliśmy z urlopu i tak bardzo się udał biegowo, że aż trzeba się tym pochwalić. Tylko siedem dni nad polskim morzem, już trzeci raz zresztą w tym samym miejscu - Karwii. Ośrodek też ten sam, wybrany "pod dzieci". Jako że mamy ciągle od dość dawna zawsze jakąś małą pociechę, to ośrodek wybraliśmy z placem zabaw dla takich właśnie maluchów. Poza tym atrakcją miało być morze, ale jak z polskim morzem bywa - różnie to było :) Pierwszego dnia i drugiego było najlepiej, w pozostałe bardzo w kratkę (deszcze ze słońcem). Mimo to fajnie było, a jeśli chodzi o bieganie to nawet bardzo fajnie. Każdy dzień oznaczyłem sobie na sportowo:

DataDzieńBiegCzasTempoDystans
2020.06.27sobotaSpokojny ścieżką w lesie wzdłuż morza44:195:32/km8,02km
2020.06.28niedzielaSpokojny, ale plażą56:265:31/km10,22km
2020.06.29poniedziałekPodbiego 10x200m1:11:455:45/km12,49km
2020.06.30wtorekrozgrzewka, 10km @4:12, schłodzenie57:184:36/km12,44km
2020.07.01środa16km spokojnie, 5x100m rytmy1:41:415:15/km19,35km
2020.07.02czwartek3km, 10x3' @3:50/km, 1km1:08:184:41/km14,57km
2020.07.03piątekSpokojne 20km1:39:464:58/km20,09km


Razem8:19:33
97,08km

Strasznieto trochę wygląda - ja biegam od dawna raczej po 60km tygodniowo, a tu blisko setka! Ale to trochę przekłamana statystyka (obejmuje dwa tygodnie i akurat tak się złożyło że dzień wolny wypadł tuż po tym tygodniu. Z drugiej strony jednak muszę się przyznać że biegałem bez przerwy aż 11 dni! To mi się nie zdarza raczej, zwykle biegam 5 razy w tygodniu.

Może uda mi się wrzucić filmik z tego ostatniego biegu - fajny był - najpierw pola, potem las, znowu pola i łąki i na koniec powrót plażą :)



środa, 24 czerwca 2020

Warsaw Track Cup 2020/1


W sobotę było już prawie jak przedd epidemią - pojechaliśmy całą rodziną na zawody! Na Warsaw Track Cup bywałem już nie raz, zacząłem w 2013 roku gdy jeszcze biegaliśmy na Agrykoli i nadal strasznie lubię tą imprezę. Tym razem moja Żonka wynalazła że WTC się odbywa (jakoś ja bym przegapił) i na szczęście udało mi się jeszcze zapisać. Z córek tylko średnia pobiegła ze mną, najstarsza jakoś nie miała ochoty a najmłodszej nie spytaliśmy. A szkoda bo były biegi nawet dla młodszych od niej czyli pociech poniżej 3 roku życia - na 20 metrów :)


Pogoda była jak to teraz zwykle bywa - burzowa. Przed imprezą lało tak mocno że po dojechaniu na miejsce przez chwilę nie wychodziliśmy z samochodu. Ale na szczęście jak to przy burzy - szybko też się poprawiło. Padało trochę czasami przelotnie, ale dało się przeżyć. Tym bardziej że na stadionie Orła gdzie odbywały się te zawody jest zadaszona trybuna.


Zapisałem się na 1000m więc startowałem dość wcześnie. Byłem w czwartej z pięciu serii, więc była to dość szybka seria. Najpierw pobiegła nasza Agatka na 200m i fajnie jej poszło (chociaż narzekała że to był za krótki bieg, z drugiej strony przed biegiem mówiła że to za długi dystans :) ). A potem ja. Rozgrzany byłem aż za nadto - 7km w sumie zrobiłem. Startowaliśmy po przeciwnej stronie bieżni bo dystans to oczywiście 2,5 okrążenia. W mojej serii było trochę harpaganów co było widać na pierwszy rzut oka. Wystartowałem szybko i nawet trzymałem się dość w przedzie. Chciałem pobiec na maksa po prostu i nie patrzyłem prawie na zegarek, chociaż jakieś tam plany oczywiście miałem. Takim planem minimum było poniżej 3:20 a planem maksimum było 3:00. Życiówkę miałem 3:13 z Warsaw Track Cup, ale to było 7 lat temu. Powinno być trochę lepiej teraz (no jednak z wiekiem nie zawsze się już pewnie będzie udawać żeby się poprawiać...).


Początek był więc dobry, ale w środkowej części dystansu nie dałem rady utrzymać tego tempa i bardzo spadłem w stawce zawodników. Na ostatnich 100m chciał mnie jeszcze jeden zawodnik wyprzedzić i tego było już za wiele ;) na wirażu odparłem atak i mimo że zwykle po takim przyspieszeniu nie wytrzymywałem tempa i odpadałem to tutaj dałem radę i nie dałem się wyprzedzić. Myślę że ten sprint na ostatnich 100m dał mi też nową życiówkę: 3:11.


Pełni szczęścia nie ma, fajnie by było pobiec szybciej - trochę czuję że jeszcze mogłem w środkowej części pobiec szybciej. Ale nie ma co narzekać za bardzo - jednak udało się zrobić tą życiówkę i jakiś malutki sukces w tym sezonie już jest :) Poza tym była to naprawdę fajnie spędzona sobota, my zostaliśmy tylko na piątą serię jeszcze, ale zawody trwały jeszcze jak zwykle do późnego wieczora.
Fajnie że można wreszcie już tak sobie pobiegać na zawodach, obyśmy już na stałe i jak najszybciej wrócili w pełni do normalności po tym wirusie!


poniedziałek, 15 czerwca 2020

Rzeźniczek 2020


Daleko te Bieszczady niestety od Warszawy, chociaż może nawet nie tak daleko dystansem tylko czasowo. Drogi nadal jeszcze w budowie i 6 godzin się tam jedzie. Ale i tak powiem Wam: warto się tam wybrać na festiwal Rzeźnika. W środę korzystając z tego że mamy "mały piątek" (bo następnego dnia Boże Ciało - więc wolne od pracy) wybrałem się po pracy w nasze Bieszczady. Nocleg mi zorganizował kolega-sąsiad z naszej grupy biegowej MILA (dzięki Tomek!) więc rano już tylko 30km dojechałem do Cisnej. Zaparkowałem pod szkołą, odebrałem pakiet i... w góry!
 

Plan miałem żeby pobiec jak najszybciej - mimo że w tym roku z racji koronawirusa nie było oficjalnie rywalizacji. Chociaż pomiar czasu był, jednak mieliśmy aż około tygodnia na przebiegnięcie tego dystansu. Trasa było oznakowana, nie było punktów odżywczych. Była też zupełnie inna trasa. Start i meta w Cisnej (zamiast tylko meta a start po wywiezieniu kolejką wąskotorową). Wziąłem ze sobą bukłak izotoniku, dwa żele (na 26km powinno starczyć) i po wizycie w krzakach (no bo z racji koronawirusa nie było toalet) wybiegłem na trasę!


Trasa zaczynała się strasznym błotem na podejściu do czerwonego szlaku, ale potem przez ponad 10km było co prawda pod górę, ale tak wygodną drogą że kilometry od 2-go do 12-go włącznie wchodziły średnio po 5 minut. Było nawet 4:26 i 4:34... w górach z plecaczkiem :)
A potem od 13-go kilometra zaczął się Rzeźniczek. Podejście jak na profilu powyżej, w dodatki było gorąco, duszno bo miała być burza po południu, wcześniej padało i błoto się zrobiło na podejściu. Kilometry weszły w 11 minut i 12,5 minuty (nawet tego nie kontrolowałem na trasie, teraz spisuję z endomondo). No i główna część zabawy - bieg granią a potem czerwonym szlakiem w dół. Zbieg dość trudny jak dla mnie (nie jestem doświadczony w biegach góskich). Wydaje mi się że trudniejszy niż rok wcześniej, ale dużo krótszu odcinek był taki trudny (bo 11km było po łatwym bardzo terenie) więc trudno mi jednoznacznie przyznać: czy było ogólnie łątwiej czy trudniej?
Zmęczyłem się okrutnie, nie oszczędzałem się (chociaż na początku nie cisnąłem na maksa bo chciałem mieć siły do końca biegu). Rok wcześniej miałęm 3:07, ale dystans był o kilometr dłuższy. Z drugiej strony rok wcześniej był prawdziwy wyścig - to dopinguje do większego wysiłku. W tym roku startowaliśmy w dużym rozproszeniu, chociaż mój termin - czwartkowy ranek (8:40) był całkiem obsadzony. Na trasie spotkałem co najmniej kilkudziesięciu biegaczy i biegaczek Rzeźniczka (i wielu turystów) i ponieważ nie oszczędzałem się to muszę się pochwalić że nikt mnie nie wyprzedził :)
Po tym strasznym podejściu (bo podbiegiem nie można nazwać tych dwóch kilometrów w tempie niecałych 3km/h) nie było wcale łatwo. Mimo że już przewyższenia nieporównywalnie małe (patrząc na to strome podejście) a końcówka przecież identyczna jak rok temu trasy, to tempo widzę teraz wolniejsze o 30 sekund chyba. Chociaż znowu - to zależy bardzo od podłoża a było błotko co nieco. Trudno porównywać. W dodatku łapały mnie chwilowo kurcze, na szczęście nic poważnego żebym się musiał zatrzymywać. Pod koniec prawie zgubiłem trasę, zatrzymałem się na chwilę, ale trafiłem na błotnistą ścieżkę powrotną i wbiegłem z czasem.... 3:00:09 :)
Chciałem co prawda złamać te 3 godziny, ale ja jestem ekspertem w nie-łamaniu trzech godzin przecież!





A to zdjęcie dobrze oddaje samopoczucie na mecie :)

niedziela, 31 maja 2020

Bieg Monte Cassino



Ciężko z biegami masowymi u nas ostatnio, ale trzeba sobie jakoś radzić. No to po Wingsie pobiegłem teraz Bieg Monte Cassino. Też taki "wirtualny" jak to ludzie nazywają, chociaż mi się takie określenie nie podoba - przecież bieg jest jak najbardziej realny, tylko biegnie się samemu a nie w grupie z wszystkimi.
Wracając do samego biegu - firmowany jest przez Biegnij Warszawo, miał się dzisiaj nawet zakończyć, ale przedłużono do 14 czerwca możliwość wysłania wyniku. Ja mimo to wyrobiłem się w oryginalnym terminie czyli do końca maja. Warunkiem zaliczenia biegu było wniesienie opłaty startowej (100zł - dość dużo, ale całość idzie na budowę pomnika generała Andersa we Włoszech) i przebiegnięcie 10km. Potem należy wgrać wynik (zapis śladu gps) na ich stronie.
Przygotowałem się do tego biegu - psychicznie i fizycznie. Trochę tylko nie do końca dobrze jeśli chodzi o fazę treningu. W czwartek miałem ciężki bieg tempowy: 7km po 4:08/km na stadionie w Piasecznie z moją grupą biegową M.I.L.A. a w sobotę (też w tej samej grupie :) ) bieg po lesie w Magdalence w tym 9km żwawo bo poniżej 5:00/km po pofałdowanych ścieżkach leśnych. W dodatku w tym tygodniu przebiegłem razem aż 72km - czyli z ciężkiego dość treningu był ten start.
Ubrałem się w niedzielę ładnie, pogoda była całkiem dobra - 18 stopni, troszkę tylko wiatr przeszkadzał i jeszcze przed obiadem udało się wyskoczyć z domu na dychę. Najpierw 2km rozgrzewki i... start!
Ostatnio biegnąc na maksa udało mi się zrobić 5km w niecałe 20 minut. Logicznie myślący człowiek powienien więc przeliczyć według znanych wszystkim wzorów że na dychę wyjdzie x2,1 czy trochę mniej. No Daniels mówi że 41:30, ale oczywiście Leszek wie swoje i ustawił garmina na bieg z narastającą prędkością na 40:00 :) Początek ustawiłem na 4:07 a końcówka wychodziła w 3:54. Ale na usprawiedliwienie dodam że plan po cichu miałem żeby to tempo najwyżej utrzymać jak będzie słabo.
Po starcie było ok - biegłem nawet trochę szybciej niż plan, około 4:03/km. Potem na czwartym kilometrze był wiadukt nad torami i tutaj wiatr plus podbieg skonusmowały całkowicie nadróbkę nad planem, która nazbierała się do 7 sekund. Na zbiegu z wiaduktu trochę się odrobiło, ale jak to zwykle bywa: nie wszystko, tylko połowę. Po 5km miałem więc 20:16 wobec planowanych 20:19. I teraz zobaczymy co kto jest wart ;) czyli w tym przypadku akurat nie za wiele :) nie dałem rady przyspieszyć, zaczęła się walka żeby nie odpaść i dobiec chociaż w planie minimum. Trudno było, ale te 4:08/km udało się średnio utrzymać i dowieźć 40:59 do mety.


Doczłapałem do domu i powiem że jestem dość zadowolony. Może wynik nie taki jak bym chciał, ale patrząc na moją aktualną kondycję to wyszło naprawdę dobrze. Nie było to łatwe żeby te niecałe 41 minut nabiegać, nie oszczędzałem się!
Na co dowodem są zdjęcia wykresu tętna poniżej :)
To teraz tak po cichu się przyznam że od jutra zaczynam plan treningowy i coś na jesieni muszę znaleźć sobie - jakiś maraton, tylko w obecnej sytuacji jeszcze nie mam pojęcia gdzie...
Acha, a za dwa tygodnie pobiegnę Rzeźniczka juhu! Nie odwołali, mimo że kupa obostrzeń dołożona, ale dobre i to! A na jesieni powinien być Bieg Frassatiego który miałem pobiec, mam nadzieję tam pobiec.




niedziela, 3 maja 2020

Wings fol Life 2020

 
Na bezrybiu i rak ryba chciałoby się napisać, ale to nie byłoby całkiem uzasadnione. Zapisałem się na tegorocznego Wingsa trochę z takim nastawieniem, jednak wyszło całkiem fajnie. Wiadomo - w dobie koronawirusa wszystkie zawody odwołane, więc człowiek na głodzie nawet na taki zdalny bieg (no przecież nie wirtualny - biega się naprawdę!) chętnie się zapisuje.
Rozreklamowałem trochę w pracy i nawet dwie osoby ze Stanów ze mną razem się zapisały. Przygotowałem się do biegu: zrobiłem mniej kilometrów w ostatnim tygodniu i tylko jeden akcent z dużym wyprzedzeniem. Cztery lata temu w Poznaniu nie poszło mi tak dorze jak chciałem - z planowancyh 42km przebiegłem tylko 29 z małym hakiem. Nie byłem gotowy na tak szybki bieg, było też gorąco. Chciałem w tym woku tylko pobić tamten wynik. Założyłem sobie więc tempo z kalkulatora na ich stronie - wyszło 4:50/km i powinno to dać 30km na mecie. Dla nie wtajemniczonych: w tym biegu zaczyna się biec przed siebie a 30 minut potem rusza za nami samochód. Gdy nas dogoni - bieg się kończy. Więc im szybciej się biegnie tym dłużej i dalej się biegnie.
Przygotowałem się w niedzielę, żonka z córkami odwiozły mnie samochodem 30km od domu żebym nie musiał po pętli biegać i wyrzuciły mnie koło Centrum Olimpijskiego na północy Warszawy. Plan był pobiec wzdłuż Wisły tak długo jak się da, potem przez Wilanów, obiec Las Kabacki i dobiec przez Konstancin Jeziorną i Piaseczno do Nowej Iwicznej gdzie mieszkamy.
Na szczęście prognozy deszczu się nie sprawdziły. Było 12 stopni i trochę wietrznie - więc odczucie zimna było trochę nieprzyjemne. Ale nie padało i to było już dobre. Ubrałem się na krótko, tylko nie mogłem mojej wingowej koszulki nigdzie odnaleźć... Pożegnaliśmy się i za parę minut miałem start.
W tym roku wszyscy biegli z aplikacją, przygotowałem ją i działała dobrze, niestety z jednym mankamentem - źle liczyła dystans :) coś pokazywała że niby słaby sygnał GPS (ciekawe czemu - nie było dużego zachmurzenia, zegarek pokazywał bardzo dobrze dystans, telefon miałem większość czasu w kieszeni spodenek, ale z boku - był w większości wystawiony "do nieba"). Na początku odstawał niewiele, jakieś kilka procent tylko. Do końca biegu nazbierał jednak grubo ponad kilometr "niedoróbki".


A jak się biegło? Najpierw bulwary nad Wisłą, biegłem w miejscach z ludźmi w maseczce - to było trochę ciężkie, na szczęście najczęściej mogłem ją zdjąć gdy nikogo nie było w pobliżu (ciężko mi się biegło w niej). Z planowanego tempa 4:50/km jak to zwykle u mnie zrobiło się 4:40/km, nawet momentami szybciej i musiałem się hamować. Jakoś mi to wychodziło. Pierwsz 10km wzdłuż Wisły było przyjemne, potem Czerniakowska i kombinowanie jak były światła - raz mi tutaj nawet garmin zwariował i chyba połknął 20 sekund bo nie wierzę że 4:20/km jeden jedyny kiloment mi wyszedł - niby do świateł się spieszyłem żeby na zielonym przebiec, ale nie aż tyle! :)



Potem długa prosta przez Wilanów - i tutaj, i na bulwarach spotykałem ludzie w koszulkach z poprzednich edycji Wingsa, nawet pozdrawiałem i mówiłem że też biegnę ten bieg, ale oni wszyscy chyba w słuchawkach byli bo raczej nie odkrzykiwali.
Potem dobiegłem do Lasu Kabackiego i miałem już 20km na liczniku. Więc nie pobiegłem prosto na Konstancin, tylko przez Las Kabacki bo za długi dystans by wyszedł. W lesie trochę straciłem - wiadomo, nawierzchnia robi swoje, ale ciągle miałem troszkę nadróbki nad tempem 4:40/km. Martwiłem się tylko że z powodu błędów w aplikacji (która pokazywała już wtedy 1,2km mniej) będzie tak że ten wirtualny samochód mnie dogoni zanim stuknie mi wymarzone 30km. Zaczynałem przeliczać tempo i moim drugim zmartwieniem było żeby zrobić 30km w 4:40/km - to też zaczynało być nie do końca pewne. Szczególnie przez stratę w lesie (no i podbieg w Powsinie przecież). W końcu las się skończył, wybiegłem znowu na asfalt i było łatwiej, ale tempo chwilowe było troszkę wolniejsze niż 4:40/km. Przeliczam - będzie na styk, w aplikacji sprawdzam - jakoś chyba dam radę przed tym samochodem. Wbiegłem do Nowej Iwicznej, mam 30km w czasie 4:40/km z dokładnością do jakichś sekund. Ale cisnę dalej - samochód w aplikacji zaraz mnie dogoni. Udało się w końcu 31,42km zrobić! Przysiadłem przy sklepie już blisko domu i za chwilę pogadałem ze znajomymi wracającym z tej samej imprezy z Lasu Kabackiego (pozdrawiam!)


Podsumowując - bardzo fajnie to wyszło, utrzymałem równe tempo - jestem z siebie bardzo zadowolony :) !


A wynik wg aplikacji był taki:


czwartek, 16 kwietnia 2020

Trenowanie w czasach zarazy


Co można robić w czasach zarazy? Wszystkie biegi odwołane, nawet nie wiadomo kiedy będzie można pobiec w jakimś wyścigu... motywacja spada oczywiście. No trzeba oczywiście patrzeć na jasną stronę życia, taką mam filozofię życiową :)

Więc skoro 19-go kwietnia miałem biec maraton w Łodzi to znalazłem sobie cel: spróbuję tego samego dnia pobiec półmaraton w podobnym tempie. Miałem łamać trzy godziny (ale pewnie tak jak na jesieni w Brukseli dobrze by było jak bym zszedł poniżej 3:10 - tam się udało nawet 3:06:57) więc cel sobie wyznaczyłem żeby pobiec tempem na poniżej 1,5 godziny. To i tak bardzo ambitnie, 4:16/km przez ponad 21 kilometrów - będzie trudno!


Od 12 marca - czyli już dokładnie 5 tygodni nie mam planu treningowego. Zbiegło się to z lekką chorobą, ale jak widać po statystykach nie przeszkodziło mi to tak ogólnie w bieganiu (to była bardzo lekka choroba). Od 1,5 tygodnia natomiast rozpisałem sobie sam treningi pod mój zaplanowany na najbliższą niedzielę sprawdzian :) Biegam więc po okolicy unikając ludzi - odkrywam nowe miejsca, dwa razy już atakowały mnie gęsi - niezła adrenalinka - i przygotowuję się. Jak pójdzie - dam znać w niedzielę.



Ech żeby już można było wrócić do normalności, na razie jak widać na zdjęciach poniżej jedyny kontakt z naturą to włąsny ogródek.... oby jak najszybciej to minęło, czego Wam i sobie (razem ze zdrówkiem) mocno życzę!




sobota, 21 marca 2020

Bieganie w czasach zarazy



Co ma robić biegacz w czasach koronawirusa? Atmosfera jest naprawdę dołująca: miałem biec za tydzień półmaraton w Gdyni - szykowała się piękna impreza, pierwszy raz w Polsce mistrzostwa świata w półmaratonie i to praktycznie w moich rodzinnych stronach. Trzy tygodnie później miałem biec mój główny bieg tego sezonu: maraton w Łodzi. Wszystko zostało odwołane albo przełożone i nie widać za bardzo kiedy wrócimy do normalnego trybu życia.


Zdjęcie z dzisiejszego biegu

Co gorsza nawet trenowanie jest bardzo utrudnione. Na szczęście nie mamy jeszcze jako społeczeństwo wprowadzonej kwarantanny (a są już takie kraje w Europie), ale z racji zdrowego rozsądku nie powinno się biegać w miejscach gdzie są inni ludzie. Na szczęście ja mieszkam w domu na wsi, mogę wybiec z osiedla i po dosłownie kilkuset metrach mam takie widoki jak na zdjęciach. Mogę też wsiąść w moim garażu w samochód i podjechać w dowolne miejsce gdzie nie ma ludzi (czyli do lasu jeżdżę) i tam pobiegać. Skoro pracuję z domu to oszczędzam 90 minut dziennie na dojazdach - mogę ten czas spokojnie wykorzystać na bieganie przed albo po pracy. Ale w sumie nie wiadomo jak trenować - skoro nie wiadomo kiedy by miał być jakiś start to nie ma jak ułożyć planu treningowego. Więc tydzień temu przerwałem cykl treningowy i teraz tylko biegam spokojnie. W dodatku od paru dni miałem lekkie objawy jakiegoś wirusa (bardzo lekkie więc nie przerwałem biegania, tylko ograniczyłem - z 70-80km tygodniowo do 40km w tym tygodniu).

 Jest sobota, jutro dołożę dychę i będzie 40km w tym tygodniu

Więc siedzimy całą piątką w domu grzecznie i pracujemy, uczymy się i bawimy się. Dobrze że akurat teraz udało mi się wykończyć strych - śpimy tam teraz codziennie ze starszymi córkami, mają frajdę bo zrobiliśmy tam telewizor z konsolami do grania, łóżka i gwóźdź programu czyli domek dla lalek z większą liczbą pokoji niż ma nasz dom :) !


Trzymajcie się, jeszcze będzie pięknie - niech no tylko się z tym wirusem rozprawimy!

niedziela, 8 marca 2020

Memoriał Tomasza Hopfera w Powsinie

 
W sobotę całkiem miło spędziliśmy parę godzin: w Parku Kultury w Powsinie. Okazało się że jest tam organizowany Memoriał Tomasza Hopfera. Były różne kategorie biegów i udało się nam obsadzić aż trzy biegi! Nasza średnia Agatka i najstarsza Małgosia pobiegły 600m i 1000m, a ja zapisałem się na 5km.
Co ciekawe biegi były darmowe, ale dobrze zorganizowane. Impreza nie była duża, ale może dzięki temu nie została odwołana z obawy przed koronawirusem ;)
W każdym razie było fajnie - dziewczynki przebiegły (Agatka całkiem szybko, Małgosia nie jest tak sportowa, ale jestem bardzo zadowolony że przebiegła cały kilometr w terenie), a potem ja wybiegłem na pięć kółek po których Małgosia zrobi swój kilometr. Pętla miała całkiem strony podbieg przed metą. Przed startem pogadaliśmy z osobami z naszego wioskowego klubu biegowego (M.I.L.A. czyli Masters Iwiczna Life Athletics :) ), było też trochę chłopaków na starcie z mojej uczelni (Wojskowa Akademia Techniczna). Jak sobie pomyślałem że oni mogli się urodzić później niż ja ją skończyłem to byłem pewny że nie będę miał z nimi szans :)
Po starcie ruszyłem dość ostro, chociaż ograniczałem się żeby nie zwolnić potem za mocno. Nie patrzyłem na zegarek, ale patrząc teraz na wyniki widzę że pierwszy km był bardzo szybki, a potem tempo mocno spadło. Dystans miał być 5km, zegarek mi zarejestrował 4,29 - widać po śladzie gps że przekłamał - zaniżył, ale i tak na pewno nie było całych 5km... Udało mi się wyprzedzić sporo osób (w tym jednego studenta z mojej uczelni ;) ), chyba tylko dwa razy ktoś natomiast mnie wyprzedził i co najważniejsze: nikt mnie nie zdublował! :))) A było to całkiem przecież możliwe bo na płaskim gdy ja robić 4km w 16 minut to najlepsi mogliby już kończyć piąty kilometr...
Zmęczyliśmy się zdrowo, najmłodsza wybawiła się na placu zabaw i bardzo fajnie kibicowała - bardzo mi się ta sobota podobała!








niedziela, 9 lutego 2020

Garmin Forerunner 945 kontra Fenix 6

Fenix 6X Pro

Od około dwóch miesięcy używam nowego zegarka - Garmin Fenix 6, dokładnie to model 6X Pro i chciałbym opisać czym on się różni od mojego poprzedniego modelu czyli Forerunner 945. Oba są nowe, oczywiście Fenix 6 jest nowszy - kupiłem go praktycznie zaraz po premierze, ale 945 wyszedł mniej więcej tylko pół roku wcześniej.
Zwykle zegarki zmieniam co 3 lata, teraz zrobiłem wyjątek - a czy żałuję - opiszę na koniec.

Forerunner 945

Zacznijmy więc może od tego do czego one są. Oba mają podobne możliwości - służą głównie do rejestracji treningów biegowych, a także do używania ich na co dzień. Mają multum opcji których nie chcę opisywać - za dużo po prostu jest tego (jak ktoś szuka dokładnych recenzji to polecam DC Rainmaker: Forerunner 945 i Fenix 6). Te opcje, które ja używam i chcę wymienić to:
  • funkcja zwykłego, codziennego zegarka
  • mierzenie czasu i dystansu podczas biegania
  • pomiar tętna z nadgarstka podczas biegu
  • monitorowanie tętna w trybie zwykłego zegarka
  • pokazywanie powiadomień z telefonu
  • liczenie ilości kroków pokonanych w czasie całej doby
  • opcja nawigacji w zegarku podczas biegu z pokazywaniem mapy z podkładem topograficznym - widać nawet ścieżki w lesie (nie wszystkie oczywiście, ale jest dobrze)
  • godzina wschodu i zachodu słońca - fajne jak planujemy bieg i nie chcemy po ciemku
  • aplikacje garmina na telefon - mam ulubiony ekran zegarka
  • płatności zbliżeniowe zegarkiem - super sprawa, można na trening brać tylko zegarek i w razie nagłej potrzeby kupić w sklepiku picie albo bilet w autobusie płacąc zegarkiem
  • wgrywanie muzyki do telefonu i słuchanie przez słuchawki bezprzewodowe (zsynchronizowane mam ze spotify)
  • statystyki zdrowia: wykres tętna w ciągu dnia i nocy na zegarku
Forerunner 945

Dobra, ale teraz najważniejsze: a czym one się różnią? Znowu jest tak, że tych różnic jest trochę (chociaż nie aż tak dużo jak funkcji które są wspólne, tak naprawdę to "wnętrzności" tych zegarków są zapewne prawie takie same, alejest kilka punktów które naprawdę robią różnicę, a są to:
  • rozmiar zegarka
  • sposób wykonania
  • czas pracy na baterii
Właściwie wszystko się zaczyna od rozmiaru. Fenix 6X jest po prostu większy. Są trzy modele:
  • 6S - zwany damskim bo jest najmniejszy - rozmiar koperty 42mm
  • 6 - model "zwykły" - rozmiar koperty 47mm
  • 6X - model duży - rozmiar koperty 51mm
Z tego wynika że tylko 6X jest większy, bo Forerunner 945 ma rozmiar 47mm. Ja oczywiście porównuję z modelem 6X Pro bo taki używam.
Z rozmiaru wynika też rozdzielczość wyświetlacza. 945 ma wielkość 1,2" czyli 30,5mm i 240x240 pikslie, a 6X ma 1,4" czyli 35,56mm i 280x280 pikseli. To robi wielką różnicę: podczas biegu, szczególnie szybkiego albo gdy jest gorsza widoczność widać wyraźniej co wyświetla zegarek.
Poza tym na Fenixie 6S można ustawić więcej pól danych: nawet 8! Można też wybrać sobie ich układ z kilku dostępnych i mieć niektóre większe.
Pamiętajcie tylko że ja jest dość duży (185cm) więc na moim nadgarstku 6X wygląda sensownie, dla osoby o małym wzroście (a bardziej może chodzi o rozmiar nadgarstka) ten zegarek może być za duży. Dobrze sobie na żywo przymierzyć przed zakupem.

Klawisze Fenix 6X Pro

Odnośnie sposobu wykonania: krótko mówiąc Forerunner 945 jest plastikowy a Fenix 6 metalowy. Dla jednych będzie to zaletą, dla innych wadą, dla mnie wersja metalowa jest ładniejsza, trwalsza i lepsza w obsłudze. W 945 plastikowe guziki nie dawały mi przy naciskaniu ich informacji zwrotnej, a w Fenixie czuję kliknięcie - to jest super podczas łapania okrążeń czy po prostu przy obsłudze zegarka.

Ostatnia rzecz którą wymieniłem to czas pracy na baterii. Im większy Fenix 6 tym ten czas jest dłuższy. W wersji 6X to już naprawdę robi ogromną różnicę. Wg specyfikacji Fenix 6X do 60 godzin w trybie GPS, do 21 dni jako zegarek. Podobnie dla Forerunner 945 wg specyfikacji do 36 godzin w trybie GPS i do 14 dni jako zegarek. Ja z doświadczenia mogę napisać że w praktyce odczuwam dużą różnicę, chociaż w Fenixie mogliby poprawić to jak oblicza na ile jeszcze mu starczy baterii bo raz mi zabrakło podczas trochę ponad 2-godzinnego biegu, a o ile pamiętam pokazywał mi chyba 9 godzin przed startem (ale jak jest naprawdę zimno to bateria szybciej odmawia posłuszeństwa, a było chyba kilka stopni poniżej zera wtedy).

Podsumowując: czy jestem zadowolony ze zmiany Forerunnera 945 an Fenixa 6X Pro? Tak, jestem bardzo! Głównie ta wygoda i ergonomia obsługi, też wygląd zegarka (moim zdaniem 945 wygląda trochę za bardzo jak plastikowa zabawka, mimo że jest świetnym zegarkiem), poza tym trwałość wykonania, czas życia na baterii (rzadziej ładuję - znowu wygoda) i w końca to że podczas biegu widzę dane na zegarku bez wpatrywania się bardziej uważnego w mniejszy ekran.

 Fenix 6X - widok widżetów 
(po 3 na stronę, w 945 są pojedynczo tylko widoczne)

Na koniec dobra rada: jeśli chcecie kupić któryś z tych zegarków to dopłaćcie za mapy topograficzne Polski. To tylko 100zł (jeśli kupujecie w sklepie Azymut w Warszawie albo przez sieć też można u nich) a to naprawdę jest super. W trybie map widać wtedy podkład topograficzny pod zwykłą mapę którą te zegarki mają wgraną. Dla mnie to jest coś świetnego - lubię biegać w terenie, a nie po chodnikach i ulicach, więc uciekam w lasy jak tylko mogę (za rzadko niestety) i wtedy ta opcja jest super. Widać drogi leśne i można sobie nawet na żywo dobierać trasę tak, żeby nie wracać po swoich śladach a jednocześnie nie zgubić się. Tu też przydaje mi się ten większy ekran żeby planować w trakcie biegu trasę. A samo kupowanie w Azymucie polecam też bo dają trzeci rok gwarancji na zegarki garmina i już dwa razy mi się to przydało - raz wysokościomierz w Forerunne 920 mi padł a raz zwariował Forerunner żonki - i wymienili bez problemu (chociaż to trwa chyba tydzień bo wysyłają do serwisu). Więc mimo że mnie nie sponsorują i płacę pełną cenę, to zawsze tam kupuję i mogę z czystym sercem polecić :)

To życzę powodzenia w zakupach, mam nadzieję że pomogłem: oba zegarki warte są zakupu, a różnice które opisałem mogą być oczywiście dla jednych na korzyść 945 a dla innych na korzyść Fenixa 6 - to już zostawiam Waszej ocenie!

niedziela, 26 stycznia 2020

Chomiczówka


Pierwszy start kontrolny w tym roki i od razu jest o czym pisać! Oby jak najmniej takich przygód potem. Zaczęło się od tego że pierwszy raz w życiu... zapomniałem numeru startowego z domu! No niesamowite, odbierałem dwa dni wcześniej trzy pakiety bo dla siebie i dwóch osób z naszego wioskowego klubu biegowego - czyli M.I.L.A. którego reprezentację na tym biegu (osoby biegnące 15km) widzicie na zdjęciu powyżej. Dwa pakiety wydałem sąsiadom którzy też biegli, a ten mój leżał sobie spokojnie na stole w salonie. No i w niedzielę rano "się przygotowałem" (piszę w cudzysłowiu bo jak się zapomni numeru startowego w którym jest czip to trudno to nazwać przygotowaniem się do biegu). Więc przygotowałem się - ubranko bo zimno miałem wyjątkowo z długim rękawem, buty, spodenki, opaski kompresyjne na łydki nawet (też po to żeby nie zmarznąć za bardzo). No i masz babo placek: nie wziąłem numeru z domu. Ode mnie na Chomiczówkę to 30 minut się jedzie obwodnicą, zorientowałem się kilka minut przed celem - nie było szans się wrócić. Zdecydowałem że jednak pobiegnę, przecież pakiet miałem opłacony i odebrany, nie było to "na Krzysia" czyli bez rejestracji - bo tak bym nigdy nie pobiegł. Koleżanka która biegła 5km dała mi swój nume z którego oderwaliśmy czipa żeby nie ryzykować dyskwalifikacji i w ten sposób miałem numer i nie ryzykowałem że mnie ktoś spróbuje z trasy siłą ściągnąć. Nadal nie jestem z tego dumny, gdybym miał chociaż pół godziny czasu więcej to bym zdążył się wrócić, albo chociaż do biura biegu podejść, ale szczerze wątpię czy w biurze by mi jakkolwiek mogli pomóc na chwilę przed biegiem.

Dobra, rozgrzewka była poprawna - prawie 4km (może nawet troszkę za długa) i ustawiłem się na starcie. Plan miał być aby zbliżyć się do 4min/km tempem. Szczerze się przyznam że źle pobiegłem - chciałem od razu biec po 4min/km średnio, ustawiłem na garminie tempo narastające od 4:04/km do 3:56/km (nowy garmin fenix 6 którego mam i o którym niedługo napiszę bo już około dwóch miesięcy go używam) ma taką opcję ustawiania planu biegu. Patrząc na międzyczasy nie biegłem za szybko - endomondo mi pokazuje że 4:00 było przez pierwsze 5km. Problem w tym że potem padłem. Było to powolne, ale jednak zwalnianie: od 4:08 do 4:20 w trakcie drugiej piątki, a ostatnia to już naprawdę źle: od 4:20 do 4:40 nawet (najgorszy, 14-ty kilometr).



Czas wyszedł na mecie 1:03:14 czyli średnie tempo całości 4:13/km. Na papierze nie wygląda to tak źle, ale samopoczucie miałem złe po tym biegu. Daleko mi do poziomu gdy pobiegłem połówkę w 1:24:59 - to było przecież ponad 21km a średnio po 4:02/km! Teraz nie mogłem tym tempem przebiec 15km... co gorsza ja tak naprawdę wiedziałem o tym przed biegiem, a mimo to brnąłem w to. Muszę się skupić na lepszej ocenie własnych możliwości i poprawić to w następnym starcie.
Przy okazji: następny to będzie jednak dopiero półmaraton w Gdyni, bo w Wiązownej nie  dam rady: okazało się że córki jeszcze mają ferie i wyjeżdżamy jednak na ten weekend. Szkoda, fajna impreza...

Czasy kilometrów wg garmina (wykazał 14,87km więc czas ostatniego kilometra trzeba przemnożyć, wychodzi około 4:30).


I podsumowanie całego biegu:




Co ciekawe tętno mi nie spadło, mimo że odpadłem przecież. To pokazuje że zajechałem się w pierwszej piątce. Czyli do poprawy - w sensie do urealnienia jest tempa startowe...

ADs