niedziela, 22 sierpnia 2021

Ultra Mazury U30

 Tydzień temu musiałem niestety pominąć zaplanowany start :( przez tego koronawirusa poprzenoszono zawody i zrobiło mi się ich tyle że miałem w kalendarzu tydzień temu Garmin Ultra Race w Myślenicach, a wczoraj Ultra Mazury (choć dla mnie tylko z nazwy ultra, bo krótszą trasę wybrałem). 

Niestety z racji obowiązków rodzinnych nie dałem rady tam dojechać i pobiec mojego pierwszego ultra (bo tam trasa miała 49km). Może to i dobrze bo zaczęło mnie pobolewać ostatnio prawe biodro. I to nie tak byle jak - czasami nawet bardzo, chociaż bardzo nierównomiernie - czasami biegałem i było wszystko dobrze, czasami w nocy mnie ból wybudzał. Trudno stwierdzić o co chodzi - poszedłem więc do lekarza, dostałem skierowanie na RTG (trochę wymusiłem dodatkowo USG bo sam rentgen to niewiele przecież powie). No i zrobiłem od razu w czwartek RTG, w piątek USG a w sobotę... start w Ultra Mazury :) Wizytę u ortopedy z tymi wynikami dopiero muszę umówić, ale tak na szybko z opisu badań nic takiego złego nie wyszło na razie - zobaczę co powie ortopeda jak to wszystko dostanie. Jedna rzecz jednak do mnie dotarła - starszy pan który mi robił USG zalecił zmianę sportu raz na jakiś czas, więc przeproszę się z roztrenowaniem. Robiłem je tylko raz po pierwszym sezonie mojego biegania i nie byłem zadowolony z wyników. No ale teraz mam inne podejście - ważniejsze jest żeby biegać zdrowo więc nie będę się martwił regresem wyników, najważniejsze żeby mi nic tam "nie pękło". Postanowiłem już: po maratonie w Monachium robię pełne cztery tygodnie roztrenowania: zero biegania, za to postaram się jeździć na rowerze i pływać na basenie w podobnej objętości co teraz biegam.

 
Ale miało być o starcie na Mazurach! A więc zaczynamy: nie byłem do końca pewny czy mi się uda dojechać, więc nie miałem noclegu. Na szczęście mam dużą rodzinę a co za tym idzie duży samochód rodzinny (Citroen C4 Grand Picasso - 7-osobowy :) ). Więc na radą mojej Żony zapakowałem do środka materac, dwa śpiwory, poduszkę i pojechałem w piątek wieczorem na bieg. Niby w linii prostej nie ma 200km do Ostródy, ale akurat rozkopali na tym odcinku całą S7 i jedzie się objazdami że zajmuje to... 3,5 godziny!! Dojechałem o 23:00, wszystko pozamykane bo start najdłuższego dystansu 100km był o 3:00 rano (współczuję biedakom!), potem o 6:00 rano 70km a ja (czyli dystans 36km, nazwany dla niepoznaki U30) startowałem o 9:00. 

 


Zaparkowałem na wyznaczonym dla biegaczy parkingu, było już kilkanaście samochodów, niektóre z zaparowanymi szybami, więc więcej takich sprytnych jak ja tam było co spali w środku. Było nawet kilka namiotów rozłożonych obok samochodów :) w sumie fajnie. Przebrałem się w piżamę, umyłem zęby, rozłożyłem sobie supr łoże czyli z tyłu samochodu siedzenia na płasko, na to materac i jeden śpiwór a w drugi wskoczyłem, wyjąłem laptopai posprawdzałem jeszcze wszystko. Dopier wtedy wgrałem sobie trasę do zegarka (wiem, na ostatnią chwilę wszystko), setny raz sprawdziłem co jutro muszę zrobić i mogłem iść spać.

Rano wstałem o 8:00, przebrałem się i poszedłem odebrać pakiet. Wszystko się fajnie czasowo udało zgrać - odbiór był do 8:30, potem przygotowania ostatnie, zostawienie rzeczy w depozycie i poszedłem na start. Jedna rzecz mi nie zagrała - plecaczek biegowy zasłaniał mi numer startowy a w tym biegu po raz pierwszy zauważyłem ciekawostkę - nie było czujników do pomiaru czasu, tylko numery startowe miały kod QR który sczytywały kamery. Więc zdjąłem plecaczek i dałem do depozytu, telefon i żele upchnąłem w kieszonkę w spodenkach (będzie jeszcze o tym później), soft flaska 500ml schowałem do własnego skórzanego woreczka (czyli po prostu wypiłem cały przed startem :) ) i byłem gotowy. 

Na starcie blisko 300 osób - całkiem spora grupka, ja się nie rozgrzewałem bo przewidywałem że nie będę biegł bardzo szybko. Patrząc na wyniki z zeszłego roku (najlepszy miał 3:07 o ile pamiętam prawidłowo) to ustaliłem sobie że powiniem biec 5:00/km. Nie wiem czemu tak szybko sobie obmyśliłem - to byłby wynik na tego pierwszego biegacza przecież (oficjalnie podawali że ta trasa ma 36,9km). No ale jak zwykle tak optymistycznie założyłem i.. pobiegliśmy. Trasa po chwili weszła w teren i była nie taka znowu trudna. Przewyższenia wg orgów miało być tylko około 500m na tak długim dystansie, więc podbiegów nie było sporo. Na początku się trochę potasowało, jednak ilość biegaczy była dość spora i nie byłem w stanie policzyć na której pozycji jestem. Wyprzedziłem jakieś dwie dziewczymy w tym jedną z kijkami (!) i starałem się biec tempem na samopoczucie.

Wychodziło to tempo jednak trochę za szybkie - raczej bliżej 4:45/km, trochę przesadziłem. Ale szło zadziwiająco dobrze - nadrabiałem przez całą pierwszą połowę czas do tej założonej średniej 5min/km i w sumie po 18km miałem ponad 2 minuty nadrobione. Niestety druga połowa biegu okazała się trudniejsza - było więcej biegu przez trudniejszy teren, podbiegi mimo że nadal rzadkie to sprawiły więcej problemów i nawet zdarzyło mi się kilka razy maszerować na podbiegach które były już za mocne (wtedy bieganie wydaje się tak samo wolne jak marsz, a jest dużo badziej męczące).

No i to tempo spadło poważnie - do 6min/km nawet, chociaż były kilometry po 5:30 ale i jeden w 7:30 (wliczając postój na punkcie z wodą i picie na miejscu bo kubów nie było a mój soft flask został w depozycie ;) ). Mimo to biegło mi się nie tak źle - jak patrzę teraz na wykresy tętna to trochę odpadłem w tej drugiej połowie - za szybko jednak zacząłem - ale trochę to wynika też z profilu i trudności trasy - druga połowa była trudniejsza. Ten spadek tempa oczywiście spowodował że wyprzedziło mnie trochę osób (w tym dziewczyna z kijkami!!!) ale było ogólnie całkiem dobrze: 3:13:27 i 27 miejsce (25 w kategorii bo tylko 2 dziewczyny były na mecie przede mną).

 
Na tych prawie 300 startujących osób jest to całkiem dobry wynik. Pierwszy na mecie zameldował się Wojciech Kopeć z czasem poniżej 2:25 (!). W trakcie biegu biegacz mi wyjaśnił czemu w zeszłym roku były tak słabe czasy - podsobno było 30 stopni i ludzie cierpieli na trasie. On sam mówił że miał roku temu o godzinę gorszy czas. No ale możliwe że on był z trasy U70 (nie spojarzałem na jego nume startowy) - oni startowali 3 godziny przed nami więc w końcowce się mieszaliśmy. 

W sumie to dobrze że w zeszłym roku były gorsze czasy bo bym się zasugerował tym 2:25 które jest możliwe jak widać i bym ruszył po 4:30/km :P 

Co do samego biegu - fajny był, organizacja startu i mety przy hotelu Anders w Starych Jabłonkach przy Ostródzie. Mają tam prywatną plażę z pomostem, wypożyczalnią sprzętu do pływania. Wygląda na bardzo fajne miejsce, szczególnie dla rodzin. Trasa biegu jest malownicza - przypominała mi trochę moje Kaszuby (roślinność, jeziora). Nie spodziewajcie się biegu górskiego (nikt tego biegu tak nie reklamuje zresztą), ale jest naprawdę fajny. Oznaczaenia trasy biegu były perfekcyjne moim zdaniem, chociaż to nie przeszkadzało mi się troszeczkę pogubić (ale minimalnie, praktycznie bez strat czasu). Generalnie bardzo jestem zadowolony i myślę że jeszcze tam pojadę. Gdyby nie to że średnią córkę musieliśmy w tym dniu późnym popołudniem odebrać z wyjazdu to pojechaliśmy rodziną tam - w strefie startu było trochę atrakcji dla kibiców, gdyby nie było przelotnego deszczu czasami (bardzo mało) to byłby to bardzo dobry pomysł na spędzenie soboty całą rodziną na świeżym powietrzu.



sobota, 7 sierpnia 2021

Półmaraton Rostock

 
W sobotę tydzień temu pobiegłem ten mój start prawie-docelowy w tym roku czyli półmaraton w Rostocku. Korzystając z tego że starsze córki wysłaliśmy na obóz żeglarski mogliśmy wyrwać się w trójkę z najmłodszą chociaż na week-end. Właściwie to nie w trójkę wyszło, a w piątkę bo wygląda na to że reaktywujemy naszą biegową turystykę: wybraliśmy się z moim biegowym kolegą Zbyszkiem Zającem (i jego żoną Elą). Podjechaliśmy więc do nich, przesiadka w jeden samochód i obraliśmy kierunek za zachód. 

Pierwszy nocleg w Berlinie i tam trochę zwiedzania, a w sobotę rano już do Rostock'u (po drodze zostawienie rzeczy w naszym noclegu - było trochę przygód bo to jakaś agroturystyka była, warunki dość wiejskie). Bieg był późnym popołudniem - nawet nazywa się "nacht marathon" bo maratoniarze to kończyli już myślę po ciemku - więc nie było problemu z odebraniem pakietu na czas.

Sam bieg był przez pandemię po zmienionej trasie: trzy pętle ze startem i metą na nabrzeżu. Trasa była naprawdę fajna do biegania, chociaż trzeba przyznać że nie do biegania na czas. Po pierwsze pętla była dłuższa więc dystans był sporo dłuższy (bo 3 pętle plus dobieg do i z startu i mety). Po drugie trasa była w większści szutrowa więc wolniej się po niej biegnie (albo się człowiek bardziej męczy). W końcu po trzecie troszkę było podbiegów i troszkę deszcz przeszkodził, ale ten trzeci punkt to w bardzo małym stopniu przeszkadzał.

A skoro już o pogodzie - to wyglądało to niezbyt. Prognozy się zmieniały, ale były złe - mocny wiatr, deszcz prawie cały dzień. Na szczęście okazało się w ostatnim momencie że ten mocny wiatr przegonił chmury i akurat w czasie naszego biegu zrobiło się nam okienko pogodowe! Oprócz momentu pod koniec biegu (gdy padało) to pogoda była dobra do biegania. Nie było idealnie - było zbyt wietrznie i najpierw za ciepło jak wyszło słońce a pod koniec trochę deszczu który był mocnawy, ale ogólnie szczerze przyznam że pogoda (jak na prognozy) była fajna!

 
Odebraliśmy więc pakiety startowe i ustawiliśmy się po krótkiej rozgrzewce na starcie. Było śmiesznie bo puszczali po dwie osob co kilka sekund :) Stanęliśmy ze Zbyszkiem razem i... ruszyliśmy!

 
A jak sam bieg? No tak jak pisałem wcześniej - chciałem biec na 1,5 godziny (Zbyszek na 2 godziny więc się szybko rozdzieliliśmy). To oznacza tempo 4:16/km, a po przeliczeniu że dystans jest dłuższy wyszło mi że 4:13/km muszę (a nawet to mogło nie starczyć jeśli zegarek przekłamywałby za dużo - GPS zwykle zawyża dystans więc pokazuje troszkę szybsze tempo). Starałem się więc bieg około 4:15/km i... od początku mi to nie wychodziło :( jak teraz na spokojnie o tym myślę to wydaje mi się że głównym powode tego była ta nawierzchnia. Przecież tydzień wcześniej zrobiłem bieg półtoragodzinny po 4:32/km - teraz byłem wypoczęty, gotowy do startu, nie powinno być tak trudno. 

Pętla była fajna - na początku i na końcu przez kawałek mijało się osoby wracające. Przez to że puszczali nas co kilka sekund stawka biegaczy się rozciągnęła i było ciekawie - bo ja biegnąc szybciej niż większość osób cały czas kogoś wyprzedzałem. Pętla miała trochę ponad 7 kilometrów więc zacząłem też myślę potem dublować. Co ciekawe mnie praie nikt nie wyprzedził - w sumie przez cały bieg tylko 4 osoby (w tym 2 to mnie zdublowały a 2 to musiałby wystartować po mnie, tak myślę). Ale to było wszystko w drugiej połowie biegu. 

 
Analiza okrążeń pokazuje że pierwsze kółko było jeszcze znośne. Nawet połowa drugiego też - na półmetku miałem średnią z całego biegu 4:18/km. Potem niestety zrobiło się gorzej - odcinek do końca drugiego kółka wyszedł w 4:24/km, więc pewnie średnia w tym czasie była około 4:20/km. Ostatnie kółko było najsłabsze pod kątek tempa, jednak jak patrzę na wykres tętna to nie odpuściłem - ciągle wysiłek był na bardzo podobnym poziomie. Natomiast ostatnie 360 metrów (akurat takie okrążenie złapałem bo to była ta nadróbka dystansu nad półmaraton) wyszły mi w tempie 4:01/km (!). Aż dziwne - to znaczy że jednak było trochę zapasu i trochę można było przycisnąć.

A czas? W momencie jak wg zegarka łapałem dystans półmaratonu to miałem 1:33:21. Trochę słabo jednak względem moich planów. Natomiast czas oficjalny to:

1:34:48

 

Jak to wyszło na tle innych? Zwycięzca miał 1:17:49, ja zająłem 23 miejsce z 266 mężczyzn który biegli (wyniki są podzielone na płcie). Kobiet biegło 96 w tym 2 były przede mną więc w sumie zająłem 25 miejsce na 362 osoby. 

Bardzo mi się podobała ta atmosfera startowa - mimo że bieg raczej mały, to jednak po okresie pandemicznym głód startów powoduje że docenia się i te mniejsze biegi. Moż sportowo nie było tak jak planowałem, mogłem trochę szybciej pobiec, to jednak wstydu nie ma - wykres tętna mnie przekonuje że nie obijałem się. Średnie tętno niby 167 - w półmaratonie miałem zwykle jednak wyższe 173-175 (a jednak obijałem się???).

 
Sam wyjazd też był fajny i chyba znowu mi się chce - od razu zacząłem planować i mam zamiar się jeszcze pościgać trochę. Pogrzebałem i znalazłem paru kandydatów, pomyślałem, poplanowałem i wybór padł na maraton w Monachium 9-go października. Już zacząłem planować co i jak - jakie tempo - chciałbym 3:15, jak będzie dzień konia to złamać 3:10, ale nie zejść na pewno poniżej 3:20. Mam jeszcze 9 tygodni - zdążę zrobić sobie jakieś testy żeby to zweryfikować.

Poza tym wciąż mam jeszcze dwa starty - spadachroniarzy z okresu pandemii. Za tydzień Garmin Ultra Race Myślenice 49km a tydzień później Ultra Mazury 36km. Bardzo bym chciał oba pobiec, ale zaczynam się martwić czy sprawy rodzinne mi tego nie pokrzyżują, przynajmniej tych Myślenic...

No nic, na koniec parę ekstra zdjęć i.... do roboty :) !





wtorek, 20 lipca 2021

Chorwackie bieganie

 Dwa tygodnie urlopu tym razem spędziliśmy w Chorwacji. Pogoda była stabilna - codziennie ponad 30 stopni w cieniu i poza jednym dniem (właściwie połową dnia) to prawie bezchmurnie. Ciężko się w takich warunkach biega, ale w tym roku nie było mi tak ciężko jak poprzednio. Myślę że to dlatego że jednak Chrowacja nie jest aż tak na południu - jak byliśmy w Grecji czy Turcji to jednak było dużo trudniej.

Byliśmy na małej wyspie Ciovo - na tyle małej że udało mi się przebiec ją wzdłuż i wszerz :) Zrobiłem naprawdę fajne biegi:

Pierwszy tydzień to 6 dni biegowych i 83,5km w tym naprawdę długa wycieczka biegowa:

Ale szczerze to trochę przesadziłem, końcówka była już naprawdę ciężka - to jest wyspa która ma bardzo duże różnice wysokości, zrobiłem prawie 500 metrów pionowo w górę!

Drugi tydzień był równie dobry: 70km w tym na przykład taki trening gdzie było 60 minut po 4:24/km (planowane było 4:22/km ale temperatura i profil trasy na tyle nie pozwoliły).

I nie mogę nie wspomnieć o pierwszym dniu - gdy pobiegłem na zachód wyspy. Chciałem obiec wybrzeżem ten krótszy półwysep, ale przeliczyłem się srogo. Brzed jest na tyle wąski i poszarpany (skały wchodzące w morze które uległy dalekiej erozji więc stworzyły się rozpadliny) więc zamiast biegu zaczęło to przypominać marsz terenowy z bardzo dużym skupieniem żeby nie złamać nogi. W końcu miałem dość i chciałem przebić się do góry do drogi asfaltowej. A było tak gęsto zarośnięte tam - jakieś iglaki, cierniowe pnącza że nie mogłem przejść tych kilkuset metrów. W dodatku było tam pewnie ze 30-40 metrów w górę na tak krótkim odcinku. Zaczęło się ściemniać, w pewnym momencie nie mogłem iść dalej ani znaleźć drogi powrotnej a ciernie zrobiły mi na nogach jesień średniowiecza (goiło się to ponad tydzień). Pierwszy raz w moim biegowym życiu miałem wrażenie że zaczynam walczyć o życie :) może trochę przesadzam, ale zaczęło się robić ciemno, nie mogłem w żadnym kierunku się ruszyć więcej niż kilka metrów - ściana roślinności z kolcami wysoka na kilka metrów wyrastała naokoło. No w najgorszym wypadku musiałbym tam przenocować i wyplątać się rano, było tak gorąco (nawet w nocy nie spadała temperatura poniżej chyba 25 stopni) że nic mi tam nie groziło - na tej małej wyspie nie ma też żadnych groźnych zwierząt. Nie byłoby to jednak zbyt miłe a nawet nie miałbym jak dać znać bo nie wziąłem telefonu ze sobą. 

Po tej przygodzie stwierdziłem że nie biegam w żadnych dzikich okolicznościach tym razem i tego się trzymałem :)

To teraz ostatnie dwa tygodnie i próbujemy w Rostocku złamać te1,5 godziny jak kiedyś za starych dobrych czasów!






niedziela, 27 czerwca 2021

Bieg Józefosławia

 Zapisałem się na Bieg Józefosławia - zwykle to było 5km zz atestem po ulicach tego miasteczka, ale nie spodziewałem się że pandemia pozmienia plany i... to był bieg w większości po Lesie Kabackim, w dodatku sporo powyżej 5km wyszło i oczywiście skoro po terenie to bez atestu :) No ale nie ma co narzekać - bieganie po lesie jest precież przyjemniejsze i zdrowsze. W dodatku mała frekwencja spowodowała że można było pościgać się w czołówce! 

 Zaraz po starcie uformowała się grupka około 6 osób w tym jedna dziewczyna, temp było coś sporo poniżej 4min/km więc zdrowo przesadzone - widać było zresztą na mecie że średnie wyszło sporo wolniej. Więc nie licząc zwycięzcy z Kondycji Piaseczno który nam szaraczkom szybko zniknął z oczu to poziom był dość wyrównany. Po jakiejś połowie kilometra tempo chyba troszkę spadło więc wysunąłem się na drugą pozycję i tak prawie do połowy dystansu biegłem drugi. A czułem się prawie jak pierwszy bo jak pisałem zwycięzca szybko zniknął nam z oczu. Ale wszystko co piękne nie trwa zbyt długo więc mnie zaczęli powolutku przeganiać. W sumie dobiegłem na szóstej pozycji więc nie ma się czym chwalić - może i źle to rozegrałem trochę skoro z całej tej grupki byłem na końcu.

 W sumie więc byłem 6 na 116 osób - nie ma co być bardzo niezadowolonym. Bieg był fajny, jeszcze obostrzenia go trochę zblokowały, ale na szczęście to już ostatnie podrygi tych obostrzeń. Oby nie wrócuły na jesieni, na razie jednak pocieszam się że są już bardzo poluzowane i imprezy wysypały się jak z rękawa.

A jak idzie trenowanie pod półmaraton w Rostocku? Ano dobrze, robię te 60km tygodniowo (a nawet w ostatnim tygodniu prawie 70) wg planu i jest to nie za łatwe. Nie mam zamiary podkręcać tempa tak jak planowałem na początku tego cyklu. Wczoraj zrobiłem bieg długi w którym miało być 8km tempa maratońskiego - no w sumie się udało, ale tempo wyszło minimalnie wolniejsze. Jest naprawdę upalnie od dobrych kilku a nawet kilunastu dni więc to może być powodem.

Tak realnie patrząc to w rostocku jak się uda 1,5 godziny złamać to będzie sukces, nie za bardzo widzę możliwość rzucania się na coś więcej, mimo że życiówka poniżej 1:25 to jednak to było dawno temu jak byłem piękny i młody (i szybki) ;)



niedziela, 30 maja 2021

Ultra-way Rumia 22km

Wczoraj pobiegłem za moją małżonkę bierg terenowy w Rumii. Akurat zbiegło się z wizytą u rodziny niedaleko, więc udało się załatwić kilka spraw ze jednym wyjazdem. Sportowo było bardzo fajnie, ale po kolei. Zaczęło się od piątku wieczorem gdy wpadłem do biura odebrać pakiet startowy. Ultra-way w Rumii to cały festiwal biegowy który oferuje biegi na dystansach 10, 22, 50, 100 i (!!) 160km. Ten ostatni wygląda fajnie - sporo biegnie się wzdłuż morza a potem Zatoki Gdańskiej. Ale ja spokojnie - miałem przepisany pakiet żony więc 22km. 

Plan był pobiec dość szybko - więc ubrałem sie na krótko, z wyposażenia obowiązkowego przy tak krótkim dystansie był tylko kubek albo inny pojemnik na wodę. Wziąłem więc soft-flaska i jeden żl na drogę i stanąłem na starcie. 


Trochę stanąłem za daleko z tyłu, na filmiku poniżej widać ile osób przede mną było i na początku szybko przesunąłem się na przód stawki. Znalazłem się w pierwszej dziesiątce a nawet dokładnie byłem chyba 5-6 przez pierwsze kilka kilometrów. Troszeczkę za mocno wystartowałem bo zacząłem odczuwać podbiegi. Trasa prowadziła przez Trójmiejski Park Krajobrazowy, więc było ich trochę. Okolica piękna, cicho i ładnie. Stawka biegaczy się rozciągnęła. Trasa była bardzo fajna, dobrze oznaczona - często i wyraźnie, co oczywiście nie przeszkodziło mi dwa razy z niej zboczyć :) ale raz sam się zorientowałem - tam było rozwidlenie tras 10km i 22km, a drugi raz to sam nie wiem - po prostu w drugą stronę pobiegłem i wtedy spadłem z 7 na 10 pozycję bo pociąg trzech osób mnie minął.


Na 14-15km był jedyny punkt odżywczy, złapałem tam kubek (wypiłem i oddałem bo nie wolno śmiecić :) !) i pobiegłem dalej jak kozica. Niestety zacząłem odczuwał w prawej stopie na podbiciu duży dyskomfort. Myślałem że to pęcherz ale po biegu okazało się że powstała rana - chyba to był pęcherz który pękł Próbowałem chronić to miejsce, ale stawianie stopy bardziej na zewnętrznej krawędzi jest strasznie niebezpieczne - raz prawie zwichnąlem kostkę (coś leciutko chrupnęło, ale bez dużego bólu). 

Przez tą ranę na podbiciu ciężko mi się biegło końcówkę. Nawet ucieszyło mnie ogromne podejście na 18km - bo nie dało się biec, a podczas marszu stopa nie bolała. Na górze podbiegu wyprzedziłem jednego biegacza który kompletnie odpadł i maszerował i awansowałem na 9 miejsce. Potem już zbieg - oj na zbiegach kilka razy miałem śmierć w oczach, bywało stromo asalomony które założyłem na ten bieg miały średni bieżnik. Przez to razm sunąłem jak na desce a często wyrzucało mnie na zakrętach :)

Końcówka to jakieś 1,5km w mieście - przycisnąłem i wbiegłem prawie sprintem co mi trochę pokazało że chyba mogłem jeszcze trochę wycisnąć na trasie z siebie.

Zauważyłem że najgorzej mi szło na podbiegach, praktycznie wszyscy którzy mnie wyprzedzili robili to na podbiegach - bardzo zwalniałem wtedy. Na zbiegach natomiast radziłem sobie lepiej niż inni, ale to było mniej niż te straty na podejściach - widać jednak że jak się trenuje na Mazowszu to podbiegi są piętą achillesową :)

Suma sumarum - bardzo fajny bieg i jestem zadowolony z 9 miejsca na 91 osób które ukończyły. Mój czas to 2:02:02 wg mojego zegarka, wg organizatora 3 sekundy więcej (bo startowałem z tyłu stawki). 

Jak by co to polecam ten bieg, fajna organizacja na starcie i mecie i trasa!




niedziela, 23 maja 2021

Warsaw Track Cup i Bieg Firmowy


Pandemia ma swoje minusy, ale ma też i ciekawostki. Na przykład ja wczoraj po raz pierwszy pobiegłem na raz... dwa biegi :) Jeden zupełnie normalny - czyli Warsaw Track Cup a drugi zdalnie: Bieg Firmowy. Akurat tak się złożyło że oba biegi były tego samego, na tym samym dystansie (5000m) i jeden był na żywo a drugi trzeba było pobiec zdalnie, z aplikacją w telefonie.

Warsaw Track Cup biegłem już wiele razy - nadal organizowany jest na stadionie Orła czyli na ulicy Podskarbińskiej w Warszawie )podobno nagrywali tam Misia - sceny z klubu sportowego "Tęcza") i nadal jest to prawie cały dzień różnych dystansów od najkrótszych dla najmłodszych do 5000m dla dorosłych. Ja zapisałem się na 5000m bo chciałem się poprawić od zeszłego tygodnia gdy mieliśmy sprawdzian z kolegami z klubu biegowego MILA i wybiegałem 19:58 na piątkę na stadionie. Wiadomo że w tydzień formy się nie zbuduje, ale tydzień temu zrobiłem duży błąd i pobiegłem dzień wcześniej ciężki trening - interwały progowe 4x1600 plus 4 rytmy 200m. Teraz zrobiłem też akcenty w tygodniu, ale ostatni dwa dni wcześniej a dzień przed zawodami zrobiłem dzień wolnego. Wynik - było dużo lepiej bo 19:33 jest już całkiem janym wynikiem. 

Postaram się za jakiś czas znowu pobiec taki sprawdzian i kontrolować jak (i czy) udaje mi się poprawiać. Muszę też się przyłożyć do obniżenia wagi bo po tej pandemii jeden kilogram cały czas się nie chce ode  nie oderwać :)

Bieg firmowy zaliczyłem przy okazji - to sztafeta 5 osób, każda ma przebieć 5km - udało się nam w firmie zgromadzić piątkę (nawet nie jedną) więc pobiegliśmy w tym trochę rekreacyjnym i charytatywnym biegu. Mieliśmy chyba całkiem dobry wynik drużynowo, ale w sumie nie o wynik tu chodziło.


Przy okazji małe podsumowanie pierwszych dwóch tygodni planu treningowego pod Rostock.

Tydzień 1

Biegałem codziennie, razem wyszło 70km. Bieg długi w niedzielę 17,7km, we wtorek rytmy na stadionie - fajnie wyszły, w piątek interwały progowe też na stadionie no i w sobotę dodatkowy akcent - 5000m które wyszły w 19:58.

Tydzień 2

Zacząłem pomyłkowo od biegu dłuższego 16,6km, we wtorek zaległy z niedzieli akcent 8km TM - wyszło po 4:19/km, w czwartek po Raszynie (córki na basenie a ja czekając biegałem) progowo 6,4km i 4x200m rytmy - też fajnie to wyszło i potem dzień odpoczynku i w sobotę opisany Warsaw Track Cup: 5000m w 19:33 - bardzo fajny postęp. Razem wyszło 65km.

Zacząłem już trzeci tydzień - tym razem spojrzałem w plan i dzisiaj było tylko 8km TM, za to po Lesie Kabackim więc poziom wysiłku większy ze względu na podłoże. Poza tym w tym tygodniu w sobotę możliwe że pobiegnę 22km po lasach koło Rumii bo moja małżonka przepisała swój pakiet na mnie (coś ją boli stopa) - więc pewnie kilometraż wyjdzie mi większy. Planowałem na początku tego planu treningowego robić po 80km - nie wiem czy to mi się uda... zobaczymy.

A na koniec parę zdjęć jeszcze z Warsaw Track Cup.








poniedziałek, 10 maja 2021

Plan na półmaraton Rostock

Mój ostatni maraton dał mi trochę w kość, jak (prawie) zwykle podczas biegu obiecywałem sobie pod koniec że to ostatni raz. Od teraz to półmaratony! Zwykle mi przechodziło krótko po biegu, ale teraz mnie jeszcze trzyma, więc jako następny bieg wybrałem sobie naprawdę półmaraton. Poza tym jeszcze nie do końca wiadomo czy koronawirus pozwoli na organizację dużych imprez, podróże i otwarcie hoteli - a to wszystko jest mi potrzebme skoro uprawiamy całą rodzinę turystykę maratonową. 

Dlatego najbliższy start wybrałem nie za daleko - żeby można było dojechać samochodem. Wybraliśmy weekend gdy starsze córki będą na obozie a my z najmłodszą damy radę dojechać w nie za długim czasie. Akurat udało się że w tym czasie (31 lipca) odbywa się w Rostock'u (chyba po polsku powinno się pisać Roztok bo nazwa miasta jest z czasów gdy mieszkali tam Słowianie) impreza biegowa która objemuje różne biegi, w tym półmaraton.

To miło mi poinformować że mam kolejny cel - pobiec na dobrym poziomie w Roztoku, no chociaż poniżej tych 1,5 godziny! Patrząc na tabele Danielsa i mój ostatni wynik na milę jest to dokładnie czas jaki powinienem uzyskać (Vdot=51). W sobotę próbowałem sobie zrobić test wracając z zakupów rodzinnych do domu biegiem chciałem przebiec 5km "na maksa". Niestety jest dużo pracy przed mną - wg tabel powinienem przebiec 5km teraz w 19:36 a dałem radę tylko 2,5km i to troszkę słabszym tempem, potem odpocząłem w truchcie 4 minuty i znowu 2,5km szybko. Razem te 5km odliczają przerwę zabrały mi 19:50. No ale była przecież przerwa więc było dużo słabiej niż tabele Danielsa sugerują. 

Poczytałem więc mądre biegowe książki które zalegają na moich półkach i wybrałem po namyśle plan biegowy z Danielsa (najnowsze wydanie) i opracowałm 12-tygodniowy plan według jego zaleceń:



Zacząłem dzisiaj od przyjemnego biegu 17,7km po 5:25/km po Lesie Kabackim. Było super - pogoda jak w lato, skończyłem przed 13:00 gdy już tłumy zebrane od strony Ursynowa szykowały się do startu w Wings For Life :)

Jedyne co mnie trochę martwi to że wczoraj po szybkich 5km odczuwałem znouw jak kiedyś przez dłuższy czas - prawe biodro i troszkę kolano. Na szczęście dzisiaj już nie mam prawie tych objawów - muszę to obserwować bo mój najważniejszy cel to nadal "biegać zdrowo"!

No to życzcie mi powodzenia, zobaczymy jak to pójdzie - jestem na razie pełny optymizmu!

niedziela, 2 maja 2021

Mila Konstytucyjna

 

Prawdziwe zawody! Lało jak z cebra od rana co prawda, ale po tej pandemii (mam nadzieję że już możemy tak mówić) nie ma co wybrzydzać - wziąłem kurtkę przeciwdeszczową i pojechałem mimo wszystko na stadion w Piasecznie. W tym roku Kondycja zorganizowała Milę Konstytucyjną właśnie tam ze względu na nadal obowiązujące ograniczenia. Akurat od dzisiaj zostały trochę rozluźnione, ale o ile wiem podwyższono tylko nieznacznie limit osób z 25 do 50 które mogą brać udział w zawodach.

Ja dwa tygodnie temu przebiegłem maraton więc ten pierwszy tydzień był regeneracyjny. Drugi tydzień natomiast też nie miałem jak mocno przycisnąć - na początku tygodnia nie mogłem wyjść pobiegać dwa razy a potem miałem szczepienie przecivko COVID-19 (w czwartek rano) więc mimo że nie miałem kompletnie żadnych objawów ubocznych to dla bezpieczeństwa po szczepieniu zrobiłem ponad dobę odpoczynku od biegania. Zrobiłem więc w czwartek rano krótki bieg spokojny, potem szczepienie i następnego dnia (w piątek) po południu poszedłem i znowu tylko na krótki bieg spokojny. W sobotę też krótko rano przed podróżą do rodziny - w sumie więc kilometraż całego tygodnia wyszedł niezwykle mały: 30km. 

Mimo to plany były światłe - pobiec coś blisko moich poprzednich wyników na milę, a te były w zakresie 5:24-5:39. Miałem tylko podejrzenia że nie będzie to za łatwe bo ostatnio trochę mi słabiej - waga troszkę wyższa, wyniki troszkę słabsze. Ustaliłem więc sobie że biegnę na samopoczucie - bez patrzenia na zegarek. Żeby pobiec 5:22 trzeba by robić kółko w 80s - tak sobie przeliczyłem i planowałem zerkać tylko na duży zegar przy mijaniu linii mety na każdym z 4 okrążeń.

Pogoda była straszna - lało, nie chciałem wyjść z samochodu żeby się rozgrzewać. W końcu się zmusiłem i na 10-15 minut przed startem poszedłem (wcześniej już odebrałem numer startowy). I nagle zdarzył się cud pogodowy - na czas biegu przestało padać i nawet miałem uczucie że jest za ciepło :) a do tej pory było 10-12 stopni więc dodając deszcz było po prostu strasznie zimno.

Stanęliśmy na starcie - nie wiem czemu ustawili osoby szybsze z tyłu, ale się przemieszaliśmy żeby było wygodniej po starcie. Dużo ceregieli nie było i ruszyliśmy. Po starcie byłem gdzieś około 4-5 miejsca, ale na końcu pierwszego wirażu miałem odczucie że biegniemy za wolno więc niedużo myśląc wyprzedziłem wszystkich :) Oczywiście okazało się że za szybko biegłem - po pierwszym kółku miałem 1:17 a powinno być 1:22 (bo 80s kółko plus końcówka 9metrów to około 2s). Na drugim kółku dalej prowadziłem - czułem się już nie tak super, ale jakoś mnie nie wyprzedzali mnie jeszcze. Z tego co pamiętam to drugie kółko było dużo wolniej - coś koło 10s aż. Na trzecim kółku pod koniec mnie wreszcie wyprzedziła trzyosobowa grupka. Było mi już ciężko, ale tempo wydaje mi się utrzymywałem bez zmian.

Wreszcie ostatnie kółko i ten mobilizujący dzwonek - chciałem nie dać się już nikomu wyprzedzić, chociaż bałem się że jak zwykle się to nie uda. Biegłem równo pół okrążenia, cały czas słyszałem tuż za sobą kogoś. Wreszcie na ostatnim wirażu postawnowiłem zacząć finisz, bałem się że nie dociągnę do mety - ścigacz był cały czas za mną. Dałem więc tyle z siebie ile mogłem i... udało się! Dobiegłem jako czwarty i co ciekawe ten ścigacz tuż za mną to Bartek z którym się widzieliśmy przed biegiem i znamy się z biegów (no i uczelni).

Cieszę się że udało mi się dobiec w takim stylu - co prawda za szybko zacząłem, ale ogólnie wynik jak na czas po pandemii jest dobry: 

5:42,60

Super było wreszcie pobiec i wrócić z medalem do kolekcji, oby to już teraz było czymś zupełnie normalnym jak jeszcze 1,5 roku temu :) !






 

niedziela, 18 kwietnia 2021

Maraton Gdańsk wirtualnie


 Nadszedł dzień biegu - co prawda wirtualny, ale miejmy nadzieję że ostatni taki i za kilka tygodnie ruszą imprezy sportowe na świeżym powietrzu. Na razie jednak nie ma wyjścia - musiałem wystartować w biegu wirtualnym. Chociaż nazwa jest moim zdaniem niefortunna, przecież biegnie się naprawdę a nie wirtualnie, powinno się raczej mówić "zdalny" albo jakoś podobnie.

Pierwszy pomysł był aby pobiec na Kępie Potockiej, gdzie odbywa się zwykle Park Run Żoliborz. Lepszy pomysł mi podsunął kolega Tomek - żeby pobiec razem z grupą szybkiebiganie.pl która na Ursynowie zorganizowała maraton dzisiaj. Pętla jest tam mniejsza - 2,4km, za to bardziej płaska. Nie jest idealnie bo sa jedne światła :( ale jest to droga wyjazdowa z osiedla gdzie jeszcze chyba prawie nikt nie mieszka, więc mimo że przebiegałem tam chyba 18 razy to nie było to problemem. 

Grupa jest dobrze zorganizowana - był stolik na picie, stawiło się w sumie około 9 osób. Podzieliliśmy się na dwie grupki - jedni biegli 3:55-4:00/km a my po 4:30/km. W mojej grupie było nas trzech, jeden kolega chciał biec półmaraton tylko. 

No to ruszyliśmy - na początku było trochę za szybko, jak zwykle. Ale staraliśmy się kontrolować tempo i nie było dużo za szybko. Trochę GPS wariował - pokazywał za szybkie tempo. Trasa jes tam atestowana i są nawet oznaczenia co kilometr. Na początku było super - pogoda dopisała, było około 8 stopni, czasami słonecznie, czasami pochmurno. Biegło się bardzo przyjemnie. Na samym początku tętno było wysokie, ale potem się uspokoiło i było nawet sporo niższe niż zwykle u mnie na maratonie (było około 163 a średnieprzy prędkości maratońskiej mam zwykle 172, chociaż musiałbym to sprawdzić dokładnie). 


 Po niecałej godzinie wpadła moja grupa wsparcia - żona i dwie młodsze córki. Pokibicowały mi przez kilka kółek, dostałem picie i ogólne wsparcie :) Wpadł też kolega który przebiegł ze mną dyszkę - dzięki Kazik! 


 A potem zaczęły się schody. Najpierw jeden kolega przyspieszył bo finiszował swój półmaraton. Potem po kółku drugi kolega trochę mi zaczął uciekać - zacząłem już około 22km mieć problemy z utrzymaniem tempa. Wyglądało to bardzo źle niestety. Kolega zszedł z trasy i chyba od około 25km musiałem do końca już walczyć sam z dystansem. Nie poszło mi to za dobrze - tempo zaczeło mocno spadać, 4:45/km potem 5:00/km które broniłem przez jakiś czas. Ale niestety stało się najgorsze - odpadłem już porządnie i ostatnie 10km to już rzędu 6min/km! Cierpiałem i obiecywałem sobie że to już ostatni maraton :) ale walczyłem żeby dobiec i nie mieć tego psychologicznego problemu ze schodzeniem z trasy. Było długo i za nudno żeby to opisywać. Mimo atestacji trasy skończyłem bieg gdy zegarek pokazał 42,2km (pewnie 400m za szybko patrząc na znaczniki), ale nie miałem już siły a maraton wirtualny robi się na gps więc tak zdecydowałem. Pogoda się bardzo poprawiła i od połowy biegu było już za gorąco - polewałem się wodą po głowie żeby się schłodzić.

Miłe było że kilku kolegów poczekało na mnie - skończyli pewnie 30 minut wcześniej. Pogadaliśmy bardzo krótko i zabrałem się do domu. Wynik naprawdę nie zachwyca: 

3:26:41

No trudno, na analizę przyjdzie jeszcze czas - na gorąco wygląda że mimo obniżenia celu z 3:00 na 3:10 to było on zupełnie nierealistyczny. Pewnie gdybym biegł na 3:20 to bym w tym czasie skończył... Poza tym pewnie trochę za mało długich biegów albo takich średnich na zmęczeniu robiłem - jednak ten plan treningowy FIRST jak już wiele razy pisałem nie jest za dobry. 


No to za tydzień Garmin Ultra Race Gdańsk - możliwe że pobiegnę (tylko nocleg trzeba znaleźć, nie wiem jak to z obostrzeniami będzie za tydzień). Sam bieg się nie odbywa, ale można pobiec po trasie samemu i chciałbym tak zrobić. A potem mam nadzieję że rozwiąże się worek z zawodami, za niecały miesiąc mam już termin szczepienia - jak w obecnym tempie będzie to postępować to do wakacji liczę że nam uda opanować na tyle sytuację że biegi masowe będą znowu możliwe. I taką miejmy nadzieję :) !

(mają wysyłać medale, to czekam!)



ADs