poniedziałek, 26 września 2022

Sztafeta Maraton Warszawski

 Już za trzy tygodnie start docelowy czyli Maraton Poznański a w tą niedzielę wypadł maraton w Warszawie. Chciałem pobiec ze znajomymi z naszej lokalnej grupy biegowej M.I.L.A. czyli Masters Iwiczna Life Athletics (trudno było tak dopasować nazwę z "Nowa Iwiczna" w środku żeby skrót wyszedł sensowny, nie :) ?). W tym roku sztafeta była podzielona tylko na trzy części: po około 14,10,18km, ja chciałem to jakoś zgrać z biegiem długim więc powiedziałem że mogę dowolny dystans i trafił mi si najdłuższy.

W tygodniu przyjąłem (czwartą już) dawkę szczepionki przeci covid i muszę przyznać że wywarło to na mnie duży wpływ. Wcześniej miałem zawsze Pfizera i albo zupełnie nic nie odczułem albo bardzo krótko typu jednego popołudnia. Tym razem Moderna i było może niezbyt mocno, za to dłużej: powiększone węzły chłonne, katar, lekkie osłabienie. Nic poważnego, ale jednak trudno biegać akcenty w takich warunkach (nie jest to w ogóle zalecane bo przy każdej infekcji wirusowej jest zagrożenie zapalenia mięśnia sercowego). Przy szczepionce mRNA nie ma infekcji wirusowej bo tam nie ma całego wirusa, mimo to nie jest zalecane bieganie przez co najmniej dzień po szczepieniu. Ja się szczepiłem w czwartek, zrobiłem dwa dni odpoczynku, w sobotę spokojnie i niedługo a w niedzielę była ta sztafeta.

Żeby mi się to jakoś zgrało z treningiem na trzy tygodnie przed maratonem wymyśliłem sobie że zrobię dłuższą rozgrzewkę na miejsce startu i potem tą moją zmianę 18km. Zwykle starałem się biegać 70km tygodniowo, tutaj z racji szczepienia wypadł mi jeden trening więc 10km mniej chciałem przebiec, z wyliczeń wychodziło więc że rozgrzewka około 8km powinna mieć. No to szybkie sprawdzenie na mapie - muszę dojechać do metra Wierzbno i stamtąd do mojej strefy zmian w okolicach Bonifraterskiej i Konwiktorskiej akurat tyle powinno wyjść. Tak więc zrobiłem - zaparkowałem samochód pod metrem i pobiegłem na start "na czuja" czyli tak trochę na azymut. Wyszło oczywiście nie tak idealnie najkrótszą trasą i zamiast niecałych 8km było 9,16km :) Chciałem sobie zrobić ten odcinek tempem 4:44/km a potem na trasie spróbować 4:30/km. Po drodze na start dołączyłem do trasy biegu w okolicach Kruczej i biegłem albo po trasie albo chodnikiem aż do strefy zmian.

W strefie zmian okazało się że jestem w sam raz. Chyba mniej niż 5 minut czekałem na Darka który biegł drugą zmianę. Pierwszą czyli 14km Kazik zrobił wcześniej. Na starcie pogadałem z Anią żoną Darka czyli naszą głową grupy biegowej, dzięki czemu mam zdjęcia z tej imprezy :) i już zaraz trzeba było ruszać.

Sam bieg był super, mimo że razo była naprawdę chłodno to w trakcie biegu zrobiło się aż za gorąco w słońcu - jakieś 18 stopni. Ja ubrałem się dla odmiany na niebiesko - dzień wcześniej na expo kupiłem nowe skarpety kompresyjne w tym kolorze, wziąłem koszulkę z półmaratonu praskiego w tym samym kolorze i to było trochę problematyczne bo ona jest dość gruba. Po jakimś czasie związałem dolny brzeg koszulki z boku na supeł żeby biec z odsłoniętym brzuchem bo było mi za gorąco. Wyglądało na pewno komicznie, ale wentylacja się sporo poprawiła i było to tego warte.

Na trasie spotkałem kolegę który mnie wyprzedził w Paryżu - tym razem się zemściłem (małe pocieszenie bo ja przecież sztafetę biegłem :) ), generalnie biegnąc sztafetę zaczynałem od 24km - wszyscy byli już nieźle zmęczeni a ja tylko niecała dyszka rozgrzewki. Z drugiej strony ta rozgrzewka była nieżły tempem więc zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Tempo które pamiętam zaczynałem od nieco ponad 4:05/km (ech ten doping kibiców zwodzi na manowce) powoli spadło do 4:30/km i to było jak najbardziej planowane, ale nawet to tempo było za szybkie i powoli spadało. Chciałbym w Poznaniu pobiec szybciej niż 3:20 więc tempo które muszę tam utrzymać do 4:44/km Tutaj udało się mieć średnie z odcinka sztafety 4:41/km czyli dobrze. Wliczając rozgrzewkę całość wyszła ponad 26km tempem 4:42/km. Biorąc pod uwagę że nadal jakiś wpływ szczepienia odczuwam (katar, czasami kaszlnę) i że było gorąco to myślę że powinno być dobrze w Poznaniu. Spróbuję pobiec pierwszą połową w 1:40 a potem jak się da to przyspieszyć i może trochę z 3:20 n mecie urwać. Ale na pewno nie zacznę szybciej - przecież w Paryżu na wiosnę miałem plany 3:15-3:20 a dobiegłem w 3:39 (!). 

Dzięki za wspólny bieg, fajnie bardzo wyszło - mieliśmy czas nett 16-ty na 129 drużyn (wg brutto wyszło 17-te miejsce): 

3:21:10









 

czwartek, 22 września 2022

Bieg Ursynowa 2022

Trochę z zaskoczenia pobiegłem Bieg Ursynowa w niedzielę. Oryginalnie biec miała moja żona, ale trochę gorzej się poczuła i spróbowaliśmy przepisać na mnie pakiet. Organizatorzy się zgodzili mimo że było po terminie w/g regulaminu i mogłem wystartować. Już tylko cztery tygodnie zostały do maratonu, więc nie chciałem pomijać długiego biegu - trochę mi ten start nie pasował tak do planu treningowego, ale zawodowcem nie jestem, więc ważniejsza jest dobra zabawa.

A zabawa była przednia - akurat na czas biegu rozpadało się całkiem porządnie :) Na start dojechałem pociągiem i dobiegłem jakieś 6km na start. Trochę za dużo, tak myślę teraz. Ale nie ma co się martwić - trzeba biegać! Plan miałem taki żeby pobiec między 19 a 20 minut. Oczywiście celowałem w 19 minut, patrząc na wyniki z tego roku czyli trochę poniżej 19,5 minut. Zacząłem więc ostro - około 3:46/km bo tyle wychodzi mniej więcej z czasu 19 minut.
Drugi kilometr wyszedł też sensownie, ale niestety trzeci już trochę za słabo, podobnie czwarty. Sama końcówka wyszła szybko - trochę sił zostało, ale jednak całość nie była zadowalająca. Nawet doping kolegi z pracy (dzięki Damian!) nie odwrócił w dużym stopniu końcowego wyniku. Wyszło w sumie:

19:45

Szału nie ma, ale wstydu też. Warunki nie były idealne: deszcz mocny, asfalt mokry i śliski, dwie nawrotki gdzie łatwo było się poważnie wywalić i pozdzierać. Ale to nie zmienia faktu że jednak nie poszło idealnie: nie był to mój start docelowy, był zrobiony z marszu więc na jakimś tam zmęczeniu.
A na koniec pobiegłem do domu (ponad 9km) więc w sumie wyszło troszkę ponad 20km.






sobota, 17 września 2022

Ultramaraton Wdzięczności Kijów-Warszawa


Informację o tym biegu znalazłem przypadkiem na jakis portalu z wiadomościami. Idea dość prosta, choć sam bieg naprawdę monumentalny: chodziło o to żeby przebiec z Kijowa do Warszawy w ramach wdzięczności za pomoc naszego kraju dla Ukrainy. Łatwiej napisać niż zrealizować - to jest ponad 840km!

Głównym aktorem czyli biegaczem był strażak-ratownik z Kijowa Volodimir Skovorodka, a bieg zaplanowany był na 14 dni. Wychodzi więc około 60-70km na dzień. Cała akcja miała sporą oprawę: ukraińska straż pożarna we współpracy z polską zapewniły logistykę, byli też sponsorzy, m. in. poczta ukraińska, mazda. Skontaktowałem się przez fb z Vovą żeby dołączyć na ostatni dzień biegu. Dojechałem więc rano do miejsca gdzie nocowali - w Józefowie pod Warszawą. Na szczęście ostatni etap był krótki bo tylko niewiele ponad 20km i wolny - bo zwykle Vova biegł te 60-70km tempem grubo poniżej 5min/km! Nie dałbym rady takiego etapu przebiec. Ale tutaj lan był na szczęście taki aby do dołączyli do niego etapami strażacy z Polski. Co ciekawe na ostatnie chyba 5km dołączył nawet szef (czyli komendant wg stopni) całej Polskiej Straży Pożarnej! Biegli też strażacy z różnych jednostek a nawet młode chłopaki i dziewczyna którzy dopiero uczą się na strażaków (czyli podchorążowie - ciekawe, nazwa jak w wojsku, ja też byłem podchorążym przez całe moje studia).

Tan ostatni dzień był taki bardzo spokojny - biegliśmy jakieś 5-8km od jednej jednostki strażaków do następnej, gdzie był zwykle krótki postój, zrobienie zdjęć i zmiana biegaczy-strażaków tych z Polski. Natomiast z Ukrainy biegło oprócz Vovy jeszcze dwóch biegaczy, poza tym w samochodach było całe wsparcie. W tym ostatnim dniu było ono wyjątkowe - dołączyły Vovy jego żona i córka (w wieku mojej średniej córki czyli około 11 lat chyba). Obie uciekły z kraju na samym początku wojny, a Vova jako strażak ratował ludzi - jak pewnie wiecie Kijów był i jest nadal ostrzeliwany rakietowo, na początku ataku tak do kwietnia wojska rosyjskie szturmowały nawet przedmieścia. Pracy dla strażaków było sporo i to niebzepiecznej bo bomby mogły i spadały w losowych momentach.
Historia pewnie typowa dla wielu uchodźców, ale pokazuje ogrom ludzkich nieszczęść jakie spotkały Ukraińców: rozłączenie rodzin, złamanie ludziom życia nawet jeśli to jest "tylko" ucieczka z kraju, a przecież dziesiątki tysięcy ludzi tam doznało śmierci kogoś bliskiego. 

Tym bardziej budujące było zobaczyć na własne oczy hart ducha tych ludzi. Ukraińcy wierzą w to że wygrają i powiem szczerze że ja też tak myślę. Nie będzie to łatwe, ale szczególnie teraz po ofensywie pod Charkowem widać że jest to możliwe. Czy będzie jak w wojnie zimowej z Finlandią że stracą jednak trochę terytorium czy jak w wojnie z Afganistanem gdzie Związek Radziecki wycofał się całkowicie (i zaraz potem rozpadł m. in. z powodu tej wojny) - to jeszcze zobaczymy. Mam nadzieję że to będzie ta druga opcja i na moje oko wszystko idzie w tym właśnie kierunku. 

Wracając do samego biegu - to był akurat Dzień Niepodległości Ukrainy (tak to było obliczone żeby tego dnia wbiec do Warszawy). Na ostatnim postoju gdzie dołączył komendant PSP był bardzo budujący moment - podbiegł do nas jakiś Anglik, dopytał czy jesteśmy z Ukrainy i zaczął wszystkiem gratulować i składać życzenia "Happy Independence Day" i dość wymownie dodał "and many, many more Independence Days" :)

Ostatni etap był do samej Warszawy, tam była impreza końcowa w jakiejś dużej jednostce straży pożarnej - scena, media, przedstawicielstwo Ambasady Ukrainy w Polsce a więc przemówienia itd. Acha no i bardzo ładny medal pamiątkowy dla każdego uczestnika, w tym dla mnie :) !

Bardzo się cieszę że udało mi się to pobiec. Zapamiętam ten hart ducha i okrzyki "Sława Ukrainie, Gierojam Sława" które ukraińscy strażacy wykrzyczeli. Cieszy mnie też że mogę być dumny z mojego kraju w tej sprawie - że np. prawie 500 polskich czołgów broni teraz Ukrainy, że polskie matki wystawiły na dworcach w pierwszych dniach wózki dla dzieci dla ukraińskich matek uciekających z dziećmi i jedną torbą w ręku. W trudnych czasach można (i tym bardziej trzeba) być człowiekiem.

Trzymaj się Ukraino!










środa, 24 sierpnia 2022

Półmaraton Reykjavik

Zastanawiałem się na czym się skupić w tej relacji - zwykle moje starty łączą zwiedzanie i bieganie, a w przypadku Islandii to zwiedzanie jest wyjątkowe. Kraj jest zupełnie inny niż pozostałe, przynajmniej ja nigdy takich krajobrazów jeszcze nie widziałem. Dlatego relację zrobię łączoną: zacznę od tego co było chronologicznie czyli zwiedzania a potem przejdę do samego biegu.
Pomysł na ten bieg urodził się w głowie Zbyszka z którym już wiele razy jeździliśmy na różne biegi. Było to już dawno, ale zawsze coś nie pasowało: bieg jest w wakacje więc albo wyjazdy rodzinne kolidowały albo potem pandemia pokrzyżowała wszystkie plany. Szczęśliwie w tym roku zagrało wszystko i udało się nam zapisać. Wybraliśmy obaj półmaraton i to jest dobry pomysł - dzięki temu można zwiedzać nie martwiąc się że zmęczymy nogi i nie damy rady dobiec. Poza tym dochodzi w Reykjaviku kwestia trasy, ale o tym później.
Bilety rezerwowaliśmy na początku czerwca (koszty wszystkiego opiszę na końcu). Raz mieliśmy sytuację podbramkową bo nam WizzAir przysłał informację że odwołano lot do Reykjaviku (a powrotny został bez zmian). Udało się jednak po prostu przesunąć termin wylotu i powrotu o dzień wcześniej i nie było tragedii. Mieliśmy trzy dni na miejscu - wylot środa wieczorem, przylot około północy, powrót w nocy z soboty na niedzielę.
Biegi były zaplanowane na sobotę rano, więc plan mieliśmy taki: czwartek i piątek zwiedzanie wyspy, sobota rano bieg, potem zwiedzanie stolicy i późnym wieczorem na lotnisko.
Miałem ogromne szczęście że udało mi się przez forum podróżnicze o Islandii na facebook'u znaleźć Tomka który zaczyna wynajmować mieszkanie i samochód turystom. Dzięki temu mieliśmy naprawdę super ofertę: mieszkanie w centrum Reykjaviku plus bardzo dobry na tą lokalizację samochód (roczna Dacia Duster) po bardzo dobrej cenie jak na warunki islandzkie. Poza tym z odbiorem i dowozem na lotnisko! Przylecieliśmy więc późno w środę na miejsce i po załatwieniu formalności poszliśmy spać w wygodnych warunkach własnego (wynajętego oczywiście) mieszkania z dwoma pokojami w centrum miasta.
Czwartek zaplanowaliśmy na zwiedzanie największej atrakcji - dwa tygodnie wcześniej wybuchł wulkan Reykjanes na Islandii w bliskiej (ok. 50km) odległości od stolicy. Dzień wcześniej zwiedzanie było niemożliwe z powody pogody, ale w czwartek otworzyli wejście więc to był nasz pierwszy punkt programu. Pogoda to oddzielny temat: w Polsce i większości Europy upały, u nas powyżej 30 stopni, a na Islandii maksimum dochodziło do 13 stopni. W dodatku często padało lub mocno wiało. Trzy warstwy w tym jedna wodoodporna to konieczność. Mile widziana czapka i rękawiczki nawet (ewentualnie kaptur i ręce w kieszeni). Samo wejście na wulka to ponad 6km w jedną stronę, które zajmuje 2-2m5 godziny w jedną stronę dla przeciętngo turysty. My szliśmy sprawnie więc zeszło nam poniżej 1,5 godziny w jedną stronę. I naprawdę warto było. Cała Islandia to w ogóle widok nie z tego świata. Pola lawy, pokruszone kamienie na których nic nie rośnie - widoki naprawdę jak z innych planet. Cała ta wyspa jest wynikiem działania wulkanów albo rozsuwających się płyt tektonicznych, ale tam gdzie ląd wynurzył się dawno oczywiście przyroda zajmuje się tym niegościnnym terenem, pojawiają się porosty, mchy, potem trawa, nawet trochę ziemi gdzie coś rośnie. Zależnie od części wyspy można spotkać: albo żadnych kompletnie zwierząt (często), albo owce gdzie jest mało roślinności, bardzo dużo koni tu hodują i tylko w jednym miejscu widziałem krowy (drugiego dnia).


 

 


Droga na wulkan to była oczywiście droga przez teren bardzo niegościnny: kamienie, pola zastygłej lawy (była tam obok erupcja rok temu po której zostały te pola lawy), prawie połowa trasy to przejście przez bardzo niewygodny teren z ostrymi kamieniami które usiały ogromny teren i nie da się tego obejść więc trzeba naprawdę mieć buty za kostkę z twardą podeszwą. A ja oczywiście w butach do biegania tam poszedłem :) ale uważając bardziej jakoś się udało dojść i obejrzeć z bliska wulkan. Fajna sprawa - taka gotująca się zupa (tylko troszkę bardziej gorąca) i wypluwająca w powietrze co chwilę pióropusze lawy.
Po zejściu na dół w planach była gorąca rzeka Reykjadalur. Nie daliśmy rady zrobić całej tej wędrówki (podobno godzina w jedną stronę) więc podszedłem tylko trochę. Zapamiętałem po pierwsze dużo owiec które się tam pasą mięszy ludźmi, hasając i skacząc nad strumykami, po drugie mnóstwo, ale to mnóstwo much które strasznie wkurzały, a po trzecie strumyki z których niektóre były zwykłe (czyli strasznie zimna woda), a niektóre gorące bo z pod ziemi wypływa ukrop śmierdzący zgniłymi jajami, to znaczy siarką. Te wody się mieszają więc podobno można się tam kąpać jak człowiek znajdzie odpowiednią temperaturę (wolałbym nie sprawdzać ;) ).
Następny krok szybkiej wycieczki po Islandii to był gejzer. Ale nie byle jaki tylko Geysir czyli gejzer od którego nazwy w wielu językach (w tym w polskim) wzięło się określenie tego typu naturalnej atrakcji. Krótko mówiąc: dziura w ziemi w której jest woda z której okresowo z powodu gorąca woda wytryskuje w górę na wiele metrów (bo zamienia się w parę jeszcze pod powierzchnią). Fajna sprawa - udało się nam zobaczyć na żywo i nawet nagrałem sobie na pamiątkę. Na nagraniu można spokojnie prześledzić jak pod powierzchnią robi się bąbel pary i wybucha.
Kolejny pujnkt programu to wodospad Gulfoss. Duży, piękny - zdjęcia tego nie oddają oczywiście, ale spróbujmy:
Następnie przejechaliśmy przez park Þingvellir (nie pytajcie mnie jak to się czyta), ale nie zatrzymywaliśmy się - to było podziwianie w ruchu, zresztą nie wiem za bardzo co mieliśmy tam zobaczyć, trochę krzewów, ale to pewnie dlatego że jestem laikiem w sprawach Islandii ;)
Na więcej nie starczyło czasu (miała być góra Esja jeszcze)  - wejście na wulkan kosztowało nas ponad trzy godziny, więc wróciliśmy do mieszkania około zmierzchu (a na Islandii dzień w lato jest dużo dłuższy niż u nas).

W piątek ruszyliśmy na drugą trasę: najpierw wodospady. Pierwszy to Seljalandsfoss i drugi zaraz obok niego (kilka minut pieszo): Gljufrabui. Znowu niech wystarczą zdjęcia.
Potem po około 30 minut był następny: Skogafoss. Nie będę za wiele się rozpisywał - to oczywiście wygląda najlepiej w rzeczywistości i trudno oddać to zdjęciami czy opisem.
Po wodospadach ruszyliśmy na czarne plaże, najpierw Dyrhoaley gdzie widać je z góry wielkiego klifu na którym stoi latarnia morska. Bardzo ładny widok, mimo surowości tego miejsca - szerokie czarne plaże, ale oczywiście zimny ocean nie umożliwia żadnych kąpieli.
Potem podjechaliśmy na dół na tą czarną plażę - w Reynisfjara. Piękne i podobno niebezpieczne miejsce. Skały wystające z morza, zastygłe w formie pionowych słupów wulkaniczne formacje skalne od których wziął się pomysł na projekt głównej katedry w Reykjaviku - symbolu tego miasta. Czarna plaża wzięła swoją nazwę od kamieni z który ch się składa - małe (2-3cm) otoczaki czarnego koloru tworzą tą plażę. Tutaj było naprawdę ładnie, a ta niebezpieczność tego miejsca wynika z silnych fal które niestety nie raz już zabrały nieostrożnych turystów w morze.
Ostatni punkt to Vík, ale powiem szczerze ta poprzednia plaża była ładniejsza więc nie spędziliśmy tu czasu prawie w ogóle. Oryginalnie mieliśmy w planach jeszcze kanion Fjaðrárgljúfur, ale to 1,5 godziny jazdy w jedną stronę a nawet jeszcze potem Diamentową Plażę (Diamond Beach) ale to jeszcze dalej - nie daliśmy rady, trzeb było wracać do stolicy.


W stolicy szybki wypad na expo żeby odebrać pakiety, a ja jeszcze dokupiłem sobie żel (bo zapomniałem z Polski, wstyd). I już był koniec dnia i trzeba było iść do mieszkania szykować się na zagraniczne występy :) Jak zwykle przyszykowałem moje czerwone wdzianko, przypiąłem numer startowy, spakowałem rzeczy i na szczęście mieliśmy umowę że wyjdziemy z mieszkania na sam koniec dnia więc mogliśmy nie korzystać z depozytów, a na sam start mieliśmy tak blisko że poszliśmy na pieszo.

Rano okazało się że pogoda jest maratońska jeśli chodzi o temperaturę, nawet chyba bardzo przelotnie pokropiło. Natomiast niestety strasznie, ale to strasznie wiało - wg prognozy około 30km/h. Założyłem pod moją czerwoną koszulkę jeszcze taką z długim rękawem termoaktywną. Poszliśmy na start ze Zbyszkiem, schowaliśmy się jeszcze żeby się ogrzeać (strasznie wyziębiał ten wiatr) do budynku gdzie były przebieralnie, a potem rozdzieliliśmy się i ja zrobiłem rozgrzewkę. Niecałe 2km, ale była porządna - dookoła fajnego jeziorka w centrum Reykjaviku, z ćwiczeniami, przebieżkami - byłem gotowy do startu. Plan był taki żeby zacząć na czas między 1:30 a 1:32 (taki był plan minimum i maksimum, garmin przewidywał 1:31:30). Na starcie było trochę Polaków, pogadałem z trzema biegaczami (dzięki!).
No i wreszcie - start! Ruszyliśmy z kopyta - najpierw troszkę kluczenia po mieście i wybiegliśmy na wybrzeże wzdłuż którego wiodła prawia cała trasa. Wiało niemiłosiernie, w pewnym momencie po prostu przesunęło mnie w bok w trakcie lotu i wpadłem na biegacza który biegł po mojej prawej stronie. Chowałem się za innych, dawałem zmianę żeby ich odciążyć - zrobiła się taka nieformalna grupa na półtorej godziny w połówce ewentualnie 3 godziny w maratonie (oba dystanse biegły razem). Początek wyszedł mi za szybko - pierwsza piątka po 4:12/km, udało się to ogarnąć i trzymałem tempo mając jakeś 20-25 sekund zapasu do planu maksimum. Druga piątka więc była zgodnie z planem po 4:17/km. Biegło mi się bardzo fajnie, chociaż był to oczywiście spory wysiłek. Najgorsze były podbiegi pod wiatr - wtedy naprawdę tempo spadało nawet do około 5 minut na kilometr. Mimo to niewiele odstawałem. Trzecia piątka po 4:21 i w tym momencie średnie tempo było idealnie na 1:30 na mecie. No ale wtedy właśnie zaczął się najgorszy odcinek - zawróciliśmy i wiatr zaczął dużo bardziej przeszkadzać. W ogóle nie wiał on jakoś ciągle tak samo z taką samą siłą czy z tej samej strony. My też dużo kluczyliśmy wzdłuż brzegu jak widać na mapie. Ale były momenty że było pod wiatr lub pod górę i to naprawdę stawiało momentami człowieka prawie w miejscu. Czwarta piątka więc wyszła po 4:22/km. Mimo to na samej końcówce 1,28km (bo zegarek mi więcej zliczył - co jest normalne bo zakręty na pewno nie biegłem po ścieżce atestacji) wyszło mi tempo 4:16! Poza tym ta czwarta piątka wcale nie była wolno - walczyłem tam i z górki potrafiłem biec 3:50/km! Było ciężko, ale wbiegłem w super nastroju z finiszem w czasie

1:31:29


Zbyszek który miał kontuzję achillesa dwa miesiące przed biegiem na szczęście chyba go wyleczył - bo wszedł na wulkan i przeżył, a sam półmaraton przebiegł w 2 godziny (a baliśmy się czy da ukończyć). Na szczęście wygląda że akurat tuż przed biegiem przeszło i pomogło to rozciąganie zalecone przez fizjoterapeutę (oprócz oczywiście odpoczynku, oziębiania i podnoszenia). Wróciliśmy więc w super humorach do domu i na wieczór jeszcze zaliczyliśmy spacer po stolicy Islandii z odwiedzinami katedry (ale tej katolickiej) a na koniec dnia nasz gospodarz zawiózł nas na miejsce połączenia płyt tektonicznych amerykańskiej i euroazjatyckiej a potem na lotnisko. Gdzie ze skromnym prawie 2-godzinnym opóźnieniem wylecieliśmy do Warszawy.

Sam wyjazd był naprawdę udany - jeden z najlepszych bo zagrało i zwiedzanie i sportowa część. Nie było za długo ani za krótko moim zdaniem - więcej takich wyjazdów :) !


Wiele osób pyta o koszty takiego wyjazdu, rzeczywiście Islandia jest bardzo droga. Więc wrzucam podsumowanie kosztów na osobę w sierpniu 2022:

Bilety WizzAir 923zł
Mieszkanie 3 doby 750zł
Samochód 3 doby 700zł
Paliwo (900km) 250zł
Jedzenie, parkingi - min. 200-300zł ale jak się kupuje w sieciówce produkty, obiad w restauracji to koszt 200zł od osoby za jeden posiłek.
Razem minimum za 3 doby 3000zł, ale uprzedzam że mieliśmy sporo szczęścia że znaleźliśmy bardzo  dobrej jakości mieszkanie i samochód w centrum Reykjaviku. Koledzy których spotkaliśmy na lotnisku płacili więcej za miejsca w hostelu (więc wspólny pokój i łazienka, nieporównywalnie gorszy standard).

sobota, 6 sierpnia 2022

Bieg Powstania Warszawskiego

Dzisiaj będzie krótko bo i sam bieg mi tak naprędce poszedł. Miał być sprawdzian formy przed półmaratonem w Reykjaviku (to już za dwa tygodnie!), ale nie wyszło. I nie chodzi o to że (jak to zwykle u mnie) nie poszedł mi sam bieg względem planów :) tylko po prostu miałem problemy zdrowotne. W poprzednią niedzielę tak mocno mnie coś chyba wirusowego zaatakowało że cały dzień spędziłem w łóżku. Nie zdarzyło mi się to od wielu lat - dziwne to było, ale chyba przeszło na mnie z naszej najmłodszej córki która miała wirusa z przedszkola kilka dni wcześniej. Nie wchodząc w szczegóły odwiedziłem kilkadziesiąt razy naszą toaletę i praktycznie 1-1,5 doby miałem wyjęte z życiorysu. 

Organizm po czymś takim jest oczywiście osłabiony, straciłem jeden trening całkowicie (niedzielny długi bieg), po odpoczynku w poniedziałek spróbowałem pobiec we wtorek szybciej i nie dałem rady zrobić na stadionie kilometrówek - odpuściłem w połowie sesji bo nie miałm siły. W sobotę wieczorem był Bieg Powstania Warszawskiego, więc już akcentów nie planowałem. 

Sam bieg nie miał za dobrej pogody - padało, na szczęście nie za mocno, ale oprawa i sam bieg jak zwykle mi się bardzo podobał. Było duszno mimo deszczu, wciąż temperatura była za wysoka. Najchętniej pobiegłbym bez koszulki :) Zacząłem gdzieś tuż powyżej 4min/km żeby dobiec wg obecnych moich możliwości czyli poniżej 41 minut, ale z racji osłabienia organizmu nic z tego nie wyszło... po połowie już tempo siadło i mimo że tętno było nadal wysokie to biegłem już wolniej. Starałem się, ale wiedziałem że przez chorobę nie dam rady tych 41 minut złamać i jak widać po wyniku - wyszło dokładnie 42:30. Końcówka pod górę Konwiktorską - to jest wyzwanie! Widać że mam jeszcze zapas bo dałem radę przyspieszyć i finiszować całkiem ładnie.

Podsumowując - było moim zdaniem na tyle szybko na ile stan zdrowia pozwolił, ale trzeba by teraz jeszcze jeden test chyba zrobić przed startem w Reykjaviku żeby oszacować jakim tempem mam tam spróbować pobiec - czy jest szansa na łamanie 1,5 godziny w Islandii? Oczywiście o ile w ogóle tam polecę bo kilka dni temu wybuchł tam wulkan i boję się teraz czy nie odwołają wszystkich lotów jak kilka lat temu... :-O trzymajcie kciuki ;)

 


 

czwartek, 14 lipca 2022

Greckie bieganie


Wracam z dwóch tygodni spędzonych na Krecie więc jak zwykle podsumuję jak można tam biegać. Tak krótko to trzeba napisać że jest ciężko, ale da się. Ciężko głównie z powodu pogody - upały straszne, ale też z powodu ukształtowania terenu. Kreta to wulkaniczna wyspa więc ma praktycznie wszędzie bardzo pagórkowate tereny. Praktycznie to tylko wzdłuż morza można liczyć na jakieś względnie płaskie odcinki. Oddalenie się od morza to od razu podbieg i to nawet rzędu 30 stopni. Nic dziwnego że w takich warunkach trudno trenować na wysokim poziomie i nie pamiętam za bardzo najlepszych biegaczy o greckich korzeniach.
Dobra, ale na poziomie biegania dla zdrowia, czyli to co ja robię, to nie jest to aż tak blokujące. Najważniejsze to dopasować godziny wyjścia na bieg do pogody. Skoro jest powyżej 30 stopni to mamy dwa wyjścia: wcześnie rano albo późno wieczorem.
Wyjście rano ma prawie same zalety: po całej nocy jest wtedy jeszcze nie tak gorąco, za to już jasno. Człowiek po takim porannym biegu nabiera sił na cały dzień, na pewno jest się już porządnie obudzonym i w dodatku ma się już trening za sobą i cały dzień na leniuchowanie na plaży albo aktywne zwiedzanie wyspy. No dobra, jest jedna ważna wada: trzeba się jednak wcześniej obudzić i wyjść na ten bieg :)
Wyjście wieczorem jak łatwo się domyśleć ma odwrotne wady i zalety. Czyli zaletą jest to że można dłużej pospać, za to cała reszta to już wady: po pierwsze wychodzi się gdy jest jeszcze gorąco - bo temperatura nie spada szybko, nagrzana ziemia oddaje ciepło przez dłuższy czas. Po drugie trzeba pilnować godziny bo wyjścieza późno oznacza końcówkę bigu po ciemku, a im bliżej równika tym w lato dzień krótszy. Teraz na początku lipca w Grecji słońce zachodziło już około 20:40. Zakładając godzinny bieg trzeba wyjść 19:40 a nie jest wtedy wcale chłodno, ani nawet "mało gorąco".


Mając to na uwadze dokonaliśmy w rodzinie specjalizacji: żonka biegała rano, ja wieczorem :) raz tylko udało się nam razem pobiegać - pojechaliśmy na stadion w Chanii. Jedyne miejsce w promieniu pewnie 100km na którym można pobiegać po bieżni (i zgaduję że jedno z dwóch na całej wyspie bo zakładam że w Keralionie jeszcze jest też stadion). Ale przygoda z tym biegiem była ciekawa: według google'a miał być otwarty do 20:00, byliśmy zaraz po 19:00 i był już zamknięty, ale po bieżni biegało ze 3-4 biegaczy. Obiegliśmy cały stadion dokoła - wszystko zamknięte, starszy Grek w budynku głównym przy wejściu tylko rozkładał ręce (chociaż nie był zbytnio zdecydowany w tym) i mówił że jest zamknięte. W końcu udało się dokrzyczeć przez płot do jednego biegacza który szczerze przyznał że stadion jest zamknięty i mamy przez płot przeskakiwać bo oni tak robią żeby pobiegać. No cóż, kolejny argument czemu w Grecji nie ma za wielu biegaczy - płot dookoła stadionu miał tak ostre końcówki że zrezygowaliśmy z przeskakiwania i zrobiliśmy bieg dookoła stadionu po chodniku, więc jedna pętla wychodziła mi 700m zamiast 400m :) Na koniec wskoczyłem przez płot w miejscu gdzie nie było kolców i zrobiłem 10 przebieżek po 100m (ale sam). 


To tak ogólnie ja to wyszło z tym bieganiem w Grecji - byliśmy dwa tygodnie, tak samo jak poprzednio zrobiłem w każdym tygodniu 70km. Mój obecny plan wygląda więc tak że sam sobie układam tak z głowy na bieżąco co biegam. Mam kilka prostych zasad:
1. kilometaż tygodniowy: 70km
2. ilość wyjść w tygodniu: 5
3. jeden bieg długi około 25km z szybszą końcówką
4. dwa akcenty w tygodniu
a) jeden zwykle to kilometrówki na stadionie 6x1000m po 3:50
b) drugi to zwykle tempo 3x3km @4:15
Te tempówki nie zawsze mi wychodzą, ostatnio ta trzecia wyszła po 4:25/km (jeszcze w Polsce). W Grecji raz zrobiłem podbiegi zamiast kilometrówek, raz tempo wyszło wolniejsze, no ale przy tej temperaturze to pewnie nic dziwnego.
Dobra to teraz muszę to przemyśleć jak mój plan dostosować bo już za 2,5 tygodnia start na dychę w Biegu Powstania Warszawskiego :) ! Może zrobię sobie jakiś test na piątkę tydzień wcześniej bo w tej chwili mam wrażenie że niewiele, ale jednak się poprawiam. Według zegarka powinienem teraz móc pobiec 19:25 na piątkę i 41:00 na dychę. Oczywiście jak to zwykle ja chciałbym pobiec poniżej 40 minut, ale czuję że chyba się nie da i złamanie 41 minut to jest coś co będzie trudne, ale możliwe. No chyba że zrobię sobie ten test na piątkę tydzień wcześniej i nagle się okaże że dałem radę zrobić powiedzmy 19 minut - to wtedy można próbować łamać te 40 minut na BPW.

Stadion w Chanii

I jeszcze dwa długie biegi które udało się tam zrobić, najpierw pierwszy w głąb wyspy więc strasznie pod górę - 384 metry przewyższeń:

Drugi chciałem zrobić szybko więc drogą asfaltową wzdłuż morza, było dużo mniej, ale i tak sporo w górę - ponad 70 metrów... ale wyszło ładnie bo najpierw 20km po 4:50/km a potem do 4:40 przyspieszyłem.





 

ADs