Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 października 2022

Poznań maraton

Drugi raz zawitałem do Poznania na maraton. Zwykle nie odwiedzam tego samego miasta ponownie, ale zrobiliśmy wyjątek bo Poznań jest blisko (więc można całą rodziną bez problemu podjechać) a poza tym mam tam szwagra to można było się odwiedzić i co bardzo ważne jest tam dobra organizacja i całkiem dobra trasa. Ale o trasie to jeszcze trochę opowiem później!

Wypad do Poznania zrobiliśmy ograniczony czasowo - to znaczy w sobotę rano zebraliśmy się do naszego rodzinnego citroena i pojechaliśmy prosto na expo. Nie było może zbyt duże, ilość stoisk i wybór rzeczy nie powalał, ale odbiór pakietu i jego zawartość była całkiem fajna. W dodatku warto było wziąć koszulkę maratońską - spodobała mi się z wzoru i wykonania. Odbiór poszedł sprawnie, muszę tylko ponarzekać na brak miejsc parkingowych na terenie expo i straszne korki w Poznaniu. W Warszawie mimo że miasto znacznie większe łatwiej się poruszać samochodem. Na expo jeszcze spotkaliśmy się z rodziną (biegi dzieci były w sobotę) i zaraz wybraliśmy się do hotelu - polecam Novotel w centrum. Dla naszej pięcioosobowej rodziny trzeba było już dwa pokoje brać, ale za jedną noc nie zbankrutowaliśmy, a jakość tego hotelu i lokalizacja to wynagradzają. Dzięki tej lokalizacji mogliśmy zostawić samochód i bagaże w hotelu i wybrać się na pieszo do centrum. Nasza najmłodsza koniecznie chciała zobaczyć poznańskie koziołki - oczywiście zobaczyliśmy tylko skąd wyłążą, ale podobno tylko w południe to samych zwierzaków jak się trykają nie było nam dane zobaczyć. Pozwiedzaliśmy chwilę z rodziną w tym szwagrem - centrum strasznie rozkopane, szczególnie rynek i wybraliśmy się na obiad. Restaurację mogę polecić - Orzo. Bardzo dobre makarony, a to oczywiście w przeddzień maratonu ważna sprawa. Zjadłem swój, dojadłem pizze po córkach i byłem przejedzony - czyli w porządku!

Jeszcze chwila spaceru, lody, pączki, rogale świętomarcińskie i ładowanie węglowodanów było zaliczone. Nie zrobiłem też za wiele kroków bo jednak krótkie te spacery były - słowem wyglądało to dobrze. Prognozy pogodowe były raczej dobre - małe szanse na deszcz, temperatura trochę za wysoka, ale słaby wiatr - ogólnie wyglądało dobrze.

Maraton miał wystartować o 9:00 rano. Nastawiłem więc budzik na 7:00 i poszedłem spać jeszcze trochę przed północą. Rano zacząłem od gorącej herbaty (ważna sprawa żeby uruchomić żołądek jak najszybciej - żeby przed startem pozbyć się wszystkiego co można z układu trawiennego). Zjadłem kilka lekkich rzeczy i przygotowałem się - strój był taki że niebieska koszulka z maratonu w Chicago, czarne spodenki i nowe niebieskie skarpety uciskowe pod kolana. Czyli na niebiesko bo przecież biegnę w Poznaniu. Buty czarne adidasy rozbiegane już maksymalnie. No i jeszcze saszetka na pasku do której zapakowałem trzy żele a czwarty i butelka izotoniku do łapy przed wyjściem. Życzenia od żonki i najmłodszej córki i byłem gotowy do wyjścia (oczywiście starsze spały jeszcze!). 

Hotel jak pisałem był tak blisko że na start poszedłem na pieszo. Spokojnym marszem doszedłem, na miejscu nerwo-sik, dokończenie żelu i izotonika, wejście do strefy. Miałem możliwość wejścia do strefy A czyli najszybszej, na czasy chyba około 3:00 więc nie pchałem się tam. Miałem plan aby pobiec poniżej 3:20 więc ustawiłem się w strefie B, tam były zające na 3:15 (następne były na 3:30). Byłem przygotowany żeby powalczyć o bieg taki jak w Brukseli: czyli żeby skończyć w dobrym stanie i nie przeszarżować. Treningi mi mówiły że tempo na 3:15 byłoby dla mnie za szybkie, z drugiej strony zegarek mi podpowiadał że powinienem 3:17 z groszami pobiec, ale czas na dychę już mi trochę zaniżał względem mojego wyniku ze startu.
Dodatkowo popatrzyłem na moje ostatnie wyniki: aż trzy lata temu ostatnio pobiegłem poniżej 3:20, ostatnie pięć maratonów to masakra - zawsze wynik bardzo słaby z dużym odpadnięciem. Chciałem to wreszcie zmienić i dobiec w dobrym stanie, z dwiema równymi połowami albo drugą szybszą.
Ustawiłem więc sobie taktykę w ten sposób: pierwszą połowę pobiec tempem na 3:20 czyli w 1:40 a potem spróbować przyspieszyć jak będą siły i jeśli się uda to urwać trochę i zbliżyć się do 3:17.

Z taką myślą stanąłem na starcie, atmosfera była super - muzyka energetyczna i dobrze dobrana, naprawdę dużo biegaczy i kibiców. Oprawa startu bardzo fajna - czułem się bardzo dobrze i miałem naprawdę dobrze przeczucia. Najpierw wózkarze a dokładnie o 9:00 - my! 

Trasa w Poznaniu była podobna do tej którą biegłem poprzednio w 2015 roku. Były małe różnice z powodu remontów i trochę mnie to wybiło z rytmu na początku. Pierwszy km był źle oznaczony i to tak poważnie, ponad 200m dłuższy z tego co pamiętam. Natomiast potem były równo i chyba dopiero piąty był krótszy. To spowodowało że trudno mi było kontrolować tempo na tym początkowym odcinku. Troszkę było za szybko, ale w granicach akceptacji jeszcze. Pierwsza piątka wyszła w 23:23 zamiast 23:40 co oznacza około 3sek/km za szybko. Postarałem się zwolnić (to nie jest łatwe!) człowiek sobie myśli że już biegnie trochę szybciej to trzeba to tempo utrzymać zeby nie stracić tego co już "zarobił", poza tym są myśi że dobrze się biegnie przecież - a tutaj tak było. Tętno było 160 - to naprawdę nisko jak na bieg maratoński, zwykle 172 nawet było u mnie na maratonie. No ale oprócz kilku wyjątków moje maratony to zawsze odpadnięcie pod koniec - tego chciałem uniknąć. Udało się więc troszeczkę zwolnić - i na dyszce zameldowałem się w czasie 46:55.
Fajne było jak wyprzedzał mnie biegacz ze sklepu Jacek Biega z wózkiem w którym była pani Maria - słynna w Poznaniu biegaczka która z białą parasolką biegała maratony. Pamiętam ją na przykład z maratonu w Lęborku. Tutaj w Poznaniu widać jest znana - dostawała doping od wolontariuszy na trasie! Przy okazji co do kibiców to w Poznaniu nie było ich dużo, stali w niektórych miejscach i tam zdarzało się że było ich sporo, ale wiadomo że z Paryżem czy innymi wielkimi biegami to się nie da tego porównać.
Biegłem sobie dalej, starając się nie przyspieszyć. Bardzo mi się podobało to że mam ciągle takie niskie tętno, czuję się dobrze, nic nie dolega - no wszystko szło pięknie. 15km w 1:10:26 czyli ciągle to samo tempo 4:42/km. Potem 20km, różnica prawie żadna bo 4:41/km i prognozowany czas na mecie 3:17:37, zresztą taki jak po pierwszej piątce, czyli minimalnie przyspieszyłem. Nic dziwnego - pierwsza połowa maratonu jest z górki. Na półmetek wbiegłem z czasem 1:38:58 i ciągle niskim tętnem w okolicach 160-162. 

Teraz mogłem odetchnąć i przestać się ograniczać co do tempa. Tak sobie pomyślałem bo wstrzymywałem konie do tego półmetka. W myślach już zacząłem się zbliżać do 3:15 na mecie :) tym bardziej że zające na 3:15 ciągle gdzieś tam widziałem na horyzoncie. Jest tylko jedno małe ale - druga połowa maratonu to bieg w większości pod górę, a zmęczenie robi już swoje. Do 26km jest ciągle pod górkę, więc w efekcie mimo że przestałem się tak mocno ograniczać co do wysiłu to efekt był tak że do 25km utrzymałem tempo, ale wysiłek wzrósł i tętno zaczęło dobijać do 172. Potem po 26km są 4km zbiegu do 30km i w tym miejscu widzę w wynikach że przyspieszyłem i wbiegłem na 30km z czasem 2:19:36 co przekłada się na prognozowany wynik na mecie 3:16:12. To byłby super dobry wynik, jednak od tego miejsca jest 6km podbiegu - w sumie 35 metrów w pionie. Poza tym moje przyspieszenie niebezpiecznie podniosło mi tętno, a jak już raz wzrośnie w maratonie to zauważyłem że już nie chce spaść tak łatwo. To spowodowało że trochę się zakwasiłem i opadłem z sił. Mimo to było całkiem dobrze - cały ten podbieg udało się zrobić i na 35km wbiegłem z 2:43:50 co prognozowało na mecie znowu ten sam czas: 3:17:37 - dziwny zbieg okoliczności :) Ostatnie 6km to już prawie płaski odcinek, jednak czułem się już bardzo zmęczony i niestety tempo spadło. Nie było to jednak odpadnięcie - tylko 5km było w czasach powyżej 5:00/km i to tylko trochę, najwolniejszy 5:09. Liczyłem w myślach ile tracę i było trudno, ale udało się obronić założony plan 3:20 i wbiec na metę z czasem

3:19:29


 Byłem bardzo zadowolony - wreszcie po trzech latach miałem znowu bieg w którym pobiegłem prawie równo cały maraton. Różnica między pierwszą a drugą połową to tylko 1,5 minuty! Skończyłem w dobrym stanie - żadnych kurczy po drodze (żonka mi zawsze kupuje dwa płynne magnezy na dzień i dwa przed biegiem), żadnych otarć, problemów z paznokciami, żołądkiem, mięśniami. Słowem - super to wszystko wyszło i nadal mnie cieszy ten bieg.
Myślę co teraz - zapisany jestem na Bieg Niepodległości a potem przymusowo roztrenowanie - planuję ze trzy do czterech tygodni bez biegania. Pewnie przeproszę się z basenem i rowerem w tym czasie, to mi dobrze robi żeby nie mieć kontuzji, więc polecam wszystkim.


 
 

 

czwartek, 26 maja 2016

Wings For Life - komu nóżkę, komu skrzydełko


Ha! I tu Was mam, wszyscy już dawno zapomnieli o Wings For Life a tu nagle relacja z mojej strony :) Przynajmniej wybijam się z tłumu relacji ;)
O czym jest ten bieg to już sobię daruję, na pewno wiecie, a jak nie to tutaj szczegóły: www.wingsforlifeworldrun.com. Krótko mówiąc - bieg charytatywny w którym startujemy wszyscy razem na całym świecie (w Polsce o 13:00 w Australii bardzo późno a w Kalifornii strasznie wcześnie) i biegniemy przed siebie. Po pół godzinie rusza samochód który nas goni. Kogo złapie ten zakończył bieg, a samochód co chwilę przyspiesza. Prędkość samochodu tak dobrano żeby dogonić nawet największych ultrasów (po niewyobrażalnych 80km) a nas, maluczkich to dużo szybciej.



Formuła biegu najpierw do mnie nie przemówiła (w pierwszej edycji dostałem zaproszenie), w dodatku kolidował z Biegiem Konstytucji i trzeba na niego dojechać do Poznania. W tym roku jednak sam się zdecydowałem i zapisałem. Chciałem przebiec dystans w okolicach maratonu żeby się zrewanżować za nieudany Rotterdam. W sumie było to dość możliwe, bo prędkość samochodu pościgowego jest tak dobrana że aby przebiec ten dystans "wystarczyłoby" tempo 4:28/km. Ciekawa jest ta formuła, bo generalnie wymagane są takie tempa jeżeli chcemy przebiec ilość kilometrów:
  • 15km: 6:00/km
  • 20km: 5:24/km
  • 25km: 5:04/km
  • 30km: 4:52/km
  • 35km: 4:41/km
  • 40km: 4:31/km
 itd.
W sumie tempo 4:28/km to tempo z mojego poznańskiego maratonu z Wyzwaniem Runner's World. Wystarczyłoby pobiec tempem na życiówkę z przed pół roku, a przecież całą zimę trenowałem.

Jednak w tym roku to pogoda rozdała karty. Było tak gorąco, że po dojeździe całą rodzinką do Poznania moje trzy dziewczyny nie dały rady wysiedzieć na Malcie. Samochód pokazywał 29 stopni, chmur nie pamiętam - trzeba było się schować. Schowały się więc dziewczyny w centrum handlowym i zaliczyły kino a ja w tym czasie próbowałem szybko pobiec. Jak to się skończyło można się łatwo domyśleć. Nie dostosowałem tempa do temperatury, w dodatku bieg był moim daniem ciągle pod górkę (endomondo też tak twierdzi), wystarczyło więc pary w nogach na 15km tylko :( Od 20-tego km była to już walka a właściwie reanimacja nieboszczyka ;) i samochód dogonił mnie bardzo szybko bo już przy znaczniku 29-go kilometra. Na pocieszenie dodam że warunki były trudne - wszyscy koledzy pobiegli poniżej planu, porównując wynika z przed roku to mimo że pobiegło tym razem prawie 2x więcej ludzi to wyników w stylu "maraton albo dłużej" było dużo mniej.


Warto dodać parę słów o samym biegu i organizacji. Naprawdę bardzo spodobała mi się ta formuła biegu - bardzo bym chciał i za rok tu pobiec. Ciekawe jest to że niby troszkę szybciej wystarczy biec aby dużo dalej zabiec. Cała zabawa w tym że trudno jest utrzymać to troszkę szybsze tempo przez znacznie dłuższy dystans! I to mnie tu urzekło. Poza tym organizacja biegu mimo pokaźnej liczby uczestników była bardzo dobra - gratulacje dla organizatorów. Bieg jest ciekawy, większość osób zostaje dogoniona w pierwszych 10,15 kilometrach a wtedy jeszcze biegnie się po Poznaniu. Potem jest trudniej z powrotem na start gdzie czeka medal (no i oczywiście rodzina :) ). Tutaj łyżka dziegciu - autobusy które zbierały ciała biegaczy ;) z trasy (jechały za samochodem-metą) wiozły nas niepotrzebnie dalej zamiast wrócić. Mimo że na dystansie maratonu na trasie zostało o ile pamiętam z wyników kilkanaście osób to ochrona twierdziła że jest jeszcze 300 osób na trasie i muszą jechać za nimi tymi autobusami. No ale około 40km w końcu nas przepakowali do autobusów które wracały.


Teraz ciekawostka - to jedyny bieg gdzie im szybciej biegniesz tym później jesteś na mecie. To co zwykle gwarantuje że jesteś na mecie pierwszy, nie ma tłoku, dostajesz na pewno wszystko na mecie (medal, izo itp) tutaj działa na Twoją niekorzyść :) jesteś ostatni na mecie! Ale oczywiście nie było z tym żadnego problemu, wszystko na mecie było zapewnione i niczego dla mnie nie zabrakło.

Reasumując - polecam ten bieg i jak tylko się da, to do zobaczenia za rok w Poznaniu! Zapisywać się już można :)




czwartek, 15 października 2015

Poznań Marathon - zdjęcia



Będzie trochę tych zdjęć - uprzedzam od razu :)

Zacznę może od podsumowania mojego wyniku. Po biegu dostałem takiego smsa:


A międzyczasy wyglądały tak:


Całkiem mnie one cieszą - mimo tego co się stało na ostatnich trzech kilometrach... ale patrząc na to jak wypadłem na tle innych biegaczy to było bardzo dobrze. Pamiętam z trasy kilka osób, zawsze jak potem na zdjęciach wypatrzyłem ich numery startowe i sprawdziłem w wynikach to odpadali dużo więcej niż ja. Jednak ta końcówka po wybiegnięciu ze stadionu była straszna - dla wszystkich :)

W Poznaniu odbywało się trochę różnych klasyfikacji:

V Mistrzostwa Polski Drużyny Szpiku w Maratonie
I Mistrzostwa Polski Księży i Kleryków w Maratonie
IV Mistrzostw Polski Informatyków w Maratonie
XIV Mistrzostwa Polski Lekarzy w Maratonie
V Mistrzostwa Polski w Maratonie Osób Niewidomych i Słabowidzących
II Mistrzostwa Polski Night Runners w Maratonie
Klub Biegacza PKO Bank Polski
Jesienne Mistrzostwa Polski Policji w Maratonie
II Ogólnopolski Maraton Funkcjonariuszy Służby Więziennej o puchar Dyrektora Aresztu Śledczego w Poznaniu


Najlepiej brzmi oczywiście ta ostatnia klasyfikacja :) no ale i ja przecież w jedną wpadam - klasyfikację informatyków! A więc spójrzmy jak mi poszło - dobiegło do mety 243 informatyków nie wstydzących się (w sensie przyznali się przy zapisywaniu na maraton że są informatykami :) ). A w wynikach znalazłem siebie już na pierwszej stronie:



19-te miejsce na 243 osób - super, 7,8%. A informatycy biegają raczej szybciej niż ogół zawodników bo zająłem ogólnie 290 miejsce na 6247 osób które ukończyły (czyli 4,6%). Acha, ciekawostka: ile było kobiet -informatyków? Jak by to powiedzieć - każda byłaby na podium: 3 na 243 osoby, no ale to nic dziwnego w moim zawodzie - nie jest on raczej sfeminizowany ;)

No i jeszcze jedna ostatnia klasyfikacja: osoby które wzięły udział w Wyzwaniu Runners World. Długo w to nie wierzyłem, ale jednak - okazało się że byłem najszybszy! A było dwóch trójkołamaczy co widać dobrze po międzyczasach (21:15 na 5km). Niestety nie wytrzymali najważniejszych kilometrów i odpadli tak dużo że ich wyprzedziłem.


No to teraz obiecane zdjęcia.

Finisz:




Chwila odpoczynku:



Za metą z córkami:


Ech fajnie sobie powspominać :)

wtorek, 13 października 2015

Poznań Marathon


Nogi bolą. W sumie co mają robić - wczoraj się nieźle napracowały. To był mój dwunasty maraton i po każdym jest lepiej, ale nie oszukujmy się - po takim wysiłku musi boleć.

Wyzwanie Runners World
Żeby nie przedłużać to zacznijmy, tak dla odmiany: od początku. A zaczęło się to wszystko od mojego zapisania się do Wyzwania Runners World. W pakiecie dostałem opiekę (zdalną) trenera przez 19 tygodni, koszulkę jak widać na zdjęciu powyżej, no i start w poznańskim maratonie połączony z opieką przed i po starcie oferowaną przez redakcję Runners World. Ta opieka to logistyka przed i po starcie, masaż za linią mety, zdjęcia zaraz po biegu i oczywiście krótka notka w grudniowym numerze Runners World - nie mogę się doczekać kiedy ją tam wypatrzę!

Jak widać na zdjęciu Wyzwanie Runners World jest dość popularne wśród naszej Blogaczowej braci. Od lewej jest bowiem Bartek z koszulką z roku 2013, Marcin w koszulce z roku 2014 no i ja, niżej podpisany w tegorocznej koszulce. To właśnie chłopaki opisali tą akcję i to mnie przekonało żeby też spróbować choć raz pobiegać z trenerem. Trenował mnie Kamil - jeden z trzech trenerów tej akcji, a jak poszło - oceńcie sami, ja opiszę swoje wrażenia w oddzielnym wpisie później. Biegałem dzielnie przez te 19 tygodni po 6 razy w tygodniu, średnio po 80-90km tygodniowo (zdarzało się i 100km). Osiem dni wcześniej nabiegałem 39:20 w Kozienicach na dychę więc czułem się gotowy. Chciałem pobiec 3:05-3:07 tak jak pisałem.

Expo
Do Poznania pojechaliśmy całą rodziną, jednak z powodu zimna nie pozwiedzaliśmy. Poszliśmy na obiad (makaron po raz pierwszy), potem na expo odebrać pakiet. Ja odbierałem w namiocie Runners World i dostałem tam małą odprawę wraz z innymi "wyzwaniowcami", kilka słów od trenera, od dietetyka, zjadłem co nieco (makaron po raz drugi) i szybko do rodziny która czekała obok na expo. Było to całkiem fajne expo w moim odczuciu. Nie jest to Paryż czy Berlin, ale na taką wielkość biegu to było naprawdę fajne - ilość i różnorodność stoisk na dobrym poziomie.

Nocleg
W hotelu byliśmy znowu już wieczorem więc kąpiel, paciorek i spać. Jednym z plusów posiadania małych dzieci na wyjeździe maratońskim jest to że człowiek kładzie się wcześnie spać :) O 22:00 już słodko spałem. Zwykle śpię bardzo dobrze, ale w przedmaratońską noc mam zwykle wyjątki, oczywiście tak było: pobudka, patrzę na zegarek: trzecia. Próba spania, chyba się udało, w końcu o 5:45 wstaję bo to nie ma już sensu, na 6:00 jest nastawiony budzik. Cicho żeby dziewczyn nie pobudzić wymykam się z pokoju, jem śniadanie - już jeden maratończyk też jest na sali. Biegnie na taki sam czas jak ja - zapomniałem o nazwisko się spytać czy się przedstawić - nie wiem nawet czy mu się udało. Grupa niemieckich turystów zaczyna się pojawiać na śniadaniu to uciekam.

Przed biegiem
W pokoju już nie śpią - kończę ablucje i zbieram się na start, mam być o 8:00 w namiocie Runners World. Oczywiście wychodzę za późno i zaliczam niecały kilometr truchtu żeby się nie spóźnić. Spóźniam się 5 minut, ale i tak czekamy na innych spóźnialskim kolejne 5 czy 10 :) Dostaję burę od trenera że przyszedłem w krótkich gaciach (ale mam przecież kompresy do kolan! :) ). Dobra, zdjęcie z blogaczami, ostatnie instrukcje i idziemy na rozgrzewkę. Truchtamy, ćwiczonka i na start! Tam zabierają od nas ostatnie ciepłe rzeczy i... idziemy z Bartkiem razem do strefy startowej w granicach 3:00-3:15. Bartek biegnie na 3:00 a ja staję w połowie strefy no bo 3:07. Temperatura około 1 stopnia, zimno okropnie! Ja na krótko, ale mam worek foliowy pamiętający mój debiut maratoński w Paryżu (rozdawali na mecie), do tego cienki rękawiczki materiałowe, rękawki (też z Marathon de Paris) i opaska na uszy - jest dobrze! 

Start
Czuję się mocny i czekam na start, biorę trochę żelu przed startem, jeszcze modlitwa, stres (nerwo-sik był tuż przed wejściem do strefy), muzyka trafia do mnie wtedy, ale zupełnie nie pamiętam teraz co to było - chyba Rydwany Ognia. Lecimy! Ja w tym niebieskim płaszczo-worku foliowym wyglądam pewnie jak zjawisko, ale lecę. 

Pilnowanie pierwszej dychy
Ma być 4:30/km przez pierwsze 10km! Oczywiście trudno tego pilnować, ale nie jest źle. Pierwszy kaem w 4:30! Gdzieś około trzeciego zdejmuję foliowe wdzianko i rzucam na przystanku autobusowym za barierkę - koszy na śmieci nie mają na przystankach? Musiał być, ale nie widziałem go. Za jakiś czas zdejmuję opaskę na uszy i owijam na prawym nadgarstku - żal wyrzucać. Zbliża się piąty kilometr - zgodnie z wytycznymi dietetyka RW biorę troszkę żelu, ale często - zaczynam od piątego kilometra chyba. Popijam wodą, oczywiście zalewam sobie rękawiczki i od tego momentu zamiast grzać to by mnie wyziębiały. Lądują więc na chodniku. Później (dużo później) zsunę jeszcze rękawki na nadgarstki i to kończy mój striptiz tego dnia - do końca biegu będę wyglądał mniej więcej tak:


Oczywiście jak ten gość z tyłu w koszulce Wyzwania RW a nie człek z pierwszego planu :)
Po pierwszej piątce jest 22:18 czyli za szybko o 12 sekund tylko - mniej niż 3 sekundy. Jest dobrze. Teraz pilnujemy drugiej piątki. No tylko że jak są ostre zbiegi to przychodzi mi to trudno i po pierwszej dyszce jest 44:18 - razem 42 sekundy za szybko. Nie jest tak źle jednak - wychodzi średnia 4:26/km czyli minimalnie wolniej niż to co planowałem na ten dzień. A skoro mowa o zbiegach to...

Trasa
Podobno Polska jest płaska nie licząc gór. No więc dla biegacza jest zawsze źle - jak ma trenować podbiegi to jest wszędzie płasko. No nie mam nigdzie podbiegu przy domu, trenerze! Jak by jednak miał ten sam biegacz pobiec w tym miejscu zawody to nagle się okaże że "podbiegi, panie, wszędzie podbiegi!". I takie mam wrażenie po Poznaniu. Niby profil tego nie pokazuje, ale było tego naprawdę sporo:
Na podbiegach nie spinałem się mocno, na zbiegach starałem się odrabiać. Wychodziło to dobrze, aż za dobrze. Liczyłem w pamięci ostro (nie wydrukuję sobie opaski na rękę, za dużo zachodu!) i starałem się biec po 4:23/km - nadrabiając "stratę" z tej pierwszej spokojniejszej dychy. Zaczęło mi niestety kiełkować w głowie żeby dobiec w 3:05 i zacząłem powoli odrabiać stratę względem tego planu. Tak mi wynikało z wyliczeń w głowie, ale jak teraz patrzę na międzyczasy to wychodzi na to że biegłem po 4:23/km czyli według planu na trochę ponad 3:06 na mecie.
 
Kibice
A na trasie tymczasem - wiadomo, kibice. Trzeba o nich trochę napisać bo było ich niemało a w dodatku wielu z nich bardzo żywiołowych. Dziękuję wam wszystkim za te te okrzyki, walenie w patelnie i cokolwiek tam robiliście. Za te tablice "uśmiechnij się jak biegniesz bez majtek" i tak dalej :) To naprawdę działa - człowiek od razu się mobilizuje i zapomina o tym że przed chwilą już nie miał sił.

 
Kilometry, kilometry, obsługa i bufety
Łatwo się teraz pisze, ale w Poznaniu trzeba było biegać. Co chwilę biorę troszkę żelu - nawet mi nie przeszkadza że biegnę z tubką w łapie. Popijam, obsługa na maratonie i punkty odżywiania bardzo dobre. W sumie jak biegnie się raczej z przodu to tłoku nie ma, mam nadzieję że i później też tak było. Mija kilometr 15 i 20 - ja cały czas trzymam się tempa rzędu 4:23/km. Skacze ono, no ale co zrobić jak podbieg albo zbieg jest co chwila.

Półmetek
Na półmetku czuję się bardzo silny, chcę przyspieszać ale to mój dwunasty maraton, wiem że najpierw są 32km rozgrzewki a potem 10km wyścigu więc czekam. I dobrze robię, jak się okaże. Na razie łykam kolejne małe łyki żelu i popijam na każdym punkcie wodę. Co prawda zaczyna mnie nużyć ten żel i mniej go biorę (bardzo mało), ale biorę.
Zaczynamy właściwą zabawę
Dochodzimy do kilometra 32 - wciąż jest dobrze, tempa wchodzą super 4:23/km a nawet poniżej. Na 35-tym kilometrze mam 2:34:44 czyli estymowany finisz w 3:06:32! Wtedy jednak zaczynam odczuwać już często to co pojawiło się po raz pierwszy już kilka kilometrów wcześniej - skurcze z tyłu w udach. Na szczęście nie są to skurcze które trzeba rozciągać, mogę biec, ale jak zwykle: nie mogę przyspieszyć bo łapią mocniej. Jedno mnie pociesza: tempo nie spada mocno, jedynie 10sek/km i tak przez aż 4km! Zostało już tylko 3,5 kilometra!
Stadion
Bardzo fajny pomysł, naprawdę - w Gdańsku było identycznie. To daje kopa, tylko po pierwsze kto zamówił wiatr po wybiegnięciu ze stadionu (nie aż taki jak w Gdańsku gdzie miałem wrażenie że mnie zatrzymuje w miejscu) a po drugie kto wpadł na pomysł żeby ustawić barierki w labirynt Minotaura zaraz po wybiegnięciu ze stadionu? Biegniemy takimi agrafkami po 75 metrów w lewo i w prawo i w lewo - normalnie kolejka jak do bramek na Okęciu. Psychicznie trochę padłem, liczę ile mam i czy po 4:30/km dam radę coś fajnego mieć na mecie. Sił brak, skurcze łapią jak próbuję przyspieszyć, gdzie ta meta?!?

Meta
No nie tak szybko, ale ostatnia długa prosta i jest! Widzę przede mną jeszcze kolegę z Wyzwania Runners World, poznałem po plastrach kolorowych i niebieskiej koszulce. Chcę finiszować, on też przyspiesza, daję wszystko z siebie, ryzykując że skurcze zrobią ze mnie Pinokia, finisz jest długi, wyprzedzam, wpadam na metę i czuję się jak gość na tym zdjęciu:

a na serio widać mnie z tyłu po lewej stronie - tam jeszcze lecimy łeb w łeb, ale na mecie byłem pierwszy i (podobno) pierwszy z wszystkich "wyzwaniowców" Runners World których było 50 osób (chyba 40 wystartowało).

Wynik netto: 3:08:28

Podsumowanie
Bardzo dobrze będę wspominał ten maraton. Dziękuję ekipie Runners World za organizację tej akcji. Myślę że mimo że to kosztuje to polecam innym. Koszt jest dużo niższy niż sama opieka trenera, a mamy dużo innych rzeczy w zestawie (patrz pierwsze akapity). Poznań zapamiętam bardzo pozytywnie, a jeśli mnie czegoś nauczył to paru rzeczy: pierwszy raz rozwiązał mi się but na zawodach (skleroza, nie zawiązałem podwójnie), odpadłem tylko na ostatnich trzech kilometrach!!! Sukces bo zawsze to było dużo więcej. Straciłem względem planu tylko dwie minuty (nawet 1,5 jeśli liczyć od 3:07) - znowu pierwszy raz tak mało. Druga połówka tylko 1:50 wolniej niż pierwsza - też nigdy tak dobrze nie było. Bartek łamał trzy godziny i zabrakło mu 66 sekund - i to też dopiero te ostatnie 3km go sponiewierały, inne osoby mówiły o tym samym, więc może oprócz mojej dyspozycji i taktyki trochę dał nam wszystkim w kość ten wiatr? Może na wiosnę będzie już wreszcie wymarzone przyspieszanie aż do końca? Ja w każdym razie uwierzyłem w siebie - że te ostatnie 3km dam radę na wiosnę nie zwolnić! 
Jeszcze wspomnę o odżywianiu - wziąłem tylko trzy żele w sumie (plus jeden niecały tuż przed biegiem) - to też mogło zaważyć na moich ostatnich 3km, muszę następnym razem kupić więcej mniejszych żeli. Wydrukować opaskę na rękę. Acha i zawiązać porządnie buty :)

Podziękowania
Ekipie RW już dziękowałem powyżej, trenerowi Kamilowi też należą się podziękowania za opiekę przez te 19 tygodni - widać po moim wyniku że skutek był bardzo dobry (poprawa o 6,5 minuty z 3:15 w 19 tygodni...). Dziękuję oczywiście i rodzince i żonie, ale to już lepiej osobiście ;)
Więc jak ktoś spyta czy warto pojechać do Poznania - odpowiem: warto, organizacja super i samo miasto bardzo ładne. Trasa nie jest bardzo łatwa, ale też i nie ma tragedii. Jak widać po wyniku moim i kolegów i koleżanek - rekordy padały w niedzielę jak muchy :)

Trasa

Kilometry - cieszy mnie że końcówka nie była tragiczna


No i międzyczasy - do 35km super (właściwie do 39km było super)


 




ADs