Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieg po dynię. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieg po dynię. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 października 2025

Bieg po Dynię

 
Kolejny rok i kolejny start na "własnych śmieciach" czyli w Biegu po Dynię! Rok temu trochę nas aura nie rozpieszczała, padało i nawet się lekko wtedy podziębiłem. W tym roku dla odmiany... też padało. Ale szczerze trzeba przyznać, że nie było tak źle. Na czas samemu biegu prawie przestało, temperatura nie była zła - około 12-13 stopni i było trochę wiatru, ale nie był bardzo mocny. 

Pojechaliśmy we trójkę z najmłodszą córą tylko, pakiety odebraliśmy szybko - właściwie tylko numer startowy, koszulka okolicznościowa i napój i byliśmy gotowi. Znajomych było sporo, to pogadaliśmy trochę, zostawiłem rzeczy w depozycie i poszedłem na rozgrzewkę. Przebiegłem po trasie biegu dwa kilometry i sprawdziłem że trochę wieje jednak. Na koniec trochę ćwiczeń i przebieżek i szybko na start. 

Start jak zawsze był ze stadionu w Lesznowoli. Ustawiłem się prawie na samym przedzie i dobrze to wyszło (patrząc na wyniki). Na starcie był też kolega Tomek który chciał jak ja biec na tempo 3:55/km (czyli czas około 19:35 na mecie). 

Po starcie robi się najpierw jedno kółko po stadionie - trochę się tam przetasowało i wybiegliśmy ze stadionu już mniej więcej ułożeni względem tempa. Pierwszy kilometr trzymałem się kolegi Tomka, ale tempo według zegarka miałem trochę wolniejsze niż zakładane. Miało być 3:55/km, ale trochę traciłem względem wirtualnego partnera z ustawionym tym tempem. Na pierwszym kilometrze biegnie się mniej więcej na zachód i dzisiaj było to akurat pod wiatr. Dlatego nie przejmowałem się tempem - to dobrze, że ten odcinek pod wiatr był na początku, dzięki temu w drugiej połowie było z wiatrem. 

Tymczasem na pierwszym kilometrze wyprzedziłem Tomka (powiedzmy że dałem zmianę na tym odcinku pod wiatr :) ) i biegłem mniej więcej równo. Znacznik pierwszego kilometra był jednak przesunięty, i to sporo - trochę ponad 200 metrów! Dlatego patrzyłem na tempo według zegarka i to było w porządku, czyli 4:00/km. Postanowiłem troszkę przyspieszyć i nie tracić więcej względem planowanego 3:55/km. Chciałem co najmniej złamać te 20 minut. Drugi i trzeci kilometr wyszły po 3:57/km i to było zgodne z moim planem - troszkę traciłem, ale w połowie dystansu miałem czas 9:57. 

Zaczął się czwarty, najtrudniejszy dla mnie kilometr. Dobrze że tak jak pisałem - był z wiatrem. Było trudniej, ale udało się nie stracić za dużo i widzę że tempo wyszło 4:01. Ostatni kilometr okazał się jednak w tym biegu jeszcze trudniejszy. Zwykle już wtedy daję radę siłą motywacji przyspieszyć, ale tutaj było inaczej. Na końcówce, jest dodana agrafka (żeby dystans był - bo samo to kółko w Lesznowoli nie ma 5km) i znowu biegnie się ten sam kawałek pod wiatr. Spadło mi tam tempo niestety, po nawrotce kolega Tomek mnie wyprzedził i na ostatnich kilkuset metrach nie dałem już rady przyspieszyć... Z pozytywów: żaden inny biegacz mnie nie wyprzedził, mimo że finisz za bardzo mi wyszedł. Wbiegłem na stadion z oficjalnym czasem 

20:46

I teraz bardzo ważne pytanie - skoro biegłem poniżej 4:00/km to skąd taki czas? Powinno być poniżej 20 minut przecież. Rozwiązanie zagadki jest dość proste: dystans był sporo zawyżony. Wszyscy biegacze, których zapytałem mieli na zegarkach 200 metrów (+/- 10) więcej. To daje prawie minutę czasu biegu przy tym tempie. Patrząc na zegarek to po 5km miałem czas tuż poniżej 20 minut. Więc taki pewnie jest mój aktualny poziom. Trochę gorzej niż na wiosnę, ale nie jest źle - można będzie z tego coś sensownego w Dreźnie pobiec w maratonie. A to już za dwa tygodnie! Fajnie, czekam na ten start i mam nadzieję że poprawię tegoroczny wynik.


niedziela, 8 października 2023

Bieg po Dynię 2023

 

Mój ulubiony z pomarańczowych biegów czyli Bieg po Dynię w naszej gminie właśnie dzisiaj się odbył. Jak tylko mogę to startuję, chociaż czasami wypadał akurat w terminie mojego jesiennego maratonu. Na szczęście w tym roku biegnę maraton na południu Francji, a tam jest dużo cieplej - z tego powodu maratony tam są później. Mój jest na początku listopada - za cztery tygodnie, więc nic nie stało na przeszkodzie żebym pobiegł w tym roku po tą dynię. 

Pogoda trochę była problematyczna, niby słoneczne, ale zimno i wietrznie. Mimo to wybraliśmy się we trójkę z żonką i najmłodszą córą na ten bieg - zawsze jest tam piknik z ciekawymi rzeczami dla dzieci. Podjechaliśmy przed południem (bo start biegu głównego był o 12:00), ja odebrałem pakiet, pogadałem ze znajomymi - było nas aż czterech z naszego osiedla - bardzo silna ekipa skoro z całej Nowej Iwicznej o ile pamiętam było tylko 8 osób, a w całym biegu pobiegło 160 osób. 

No to jak zwykle szybka rozgrzewka - trzy kilometry z wymachami ramion, skipami A i C i przebieżkami i szybko na start. Nie było na szczęście obsuwy i ruszyliśmy.

Najpierw kółko po stadionie, ustawiłem się z kolegą Mikołajem z przodu bo obaj trochę myśleliśmy o wyniku 20 minut na mecie. Na początku troszkę trzeba było się przepychać, albo raczej obiegać na wirażu innych (trochę to dziwne że widzę potem w wynikach że człowiek kończy w 23:30, ale na początku biegnie tempem 4:00/km... musiał się nieźle zakwasić na tym okrążeniu wokół stadionu i odpaść potem. No ale ja po tym kółku biegłem stałym tempem. Plan był trzymać 4:00/km i zobaczyć w drugiej połowie co z tego wyjdzie. Wybiegliśmy ze stadionu i potem na rondzie w lewo, czyli znowu trasa jest w odwrotnym kierunku niż kiedyś to bywało. Dzisiaj to był dobry wybór, bo mocno wiało i odcinek pod wiatr był trochę osłonięty przez domy przy ulicy Gminnej. Na tym odcinku schowałem się za jakimś dryblasem, za mną ustawił się młodszy biegacz w czerwonej koszulce (zagadałem do niego że lepiej się chować, co najwyżej potem dać zmianę). Przede mną widziałem cały czas samochód prowadzący pierwszego zawodnika (dziwne, zwykle mi uciekają szybko :) ) a oprócz tego naszą wioskową olimpijkę czyli trenerkę naszego klubu biegowego MILA (Ania Jakubczak-Pawelec). Kiedyś dawałem radę się z nią ścigać, ale od jakiegoś czasu mi nie wychodzi :) Postarałem się tylko dobiec do grupki trzech osób żeby nie biec samemu pod taki mocny wiatr. Udało się i jakiś czas mogłem się osłonić od wiatru. 

Biegłem wg zegarka (wirtualnego partnera na 4:00 ustawiłem) i udawało się to tempo trzymać. Przy urzędzie gminy zakręt w prawo, szło dobrze. Potem prosta gdzie wiało z lewej strony więc nie było to obciążające już tak bardzo, zakręt w prawo i długa prosta przede mną. Wiało w plecy, ale co dziwne nie pamiętam żeby mi to pomagało. Na tej prostej była dopiero połowa dystansu i nadał miałem tempo 4:00! Po trzech kilometrach było jeszcze OK patrząc na tempo wg zegarka. Zauważyłem niestety że rozjeżdża się liczony dystans przez zegarek i znaczniki kilometrowe na ziemi (nie było oznaczeń pionowych). Podejrzewałem że na mecie będzie więcej dystansu wg zegarka i że czas będzie dłuższy niż wynikałoby z garmina. Tak czy siak najważniejsze to biec równo, ale niestety czwarty kilometr był słabszy - wg stravy wyszło 4:06, ale ostatni to już dużo słabiej - bo 4:11. Teoretycznie więc powinno wyjść 20:15, jednak rzeczywiście - zostało jeszcze 160 metrów! 

I mimo że ta końcówka było w tempie 3:44/km to i tak na metę wbiegłem z czasem 

20:52

W końcówce mocno walczyłem żeby tego biegacza w czerwonej koszulce dopaść i już kilka razy się udawało, ale zawsze jak mnie tylko słyszał z tyłu to diabelsko przyspieszał i nic z tego nie wychodziło, skubany :)

Na mecie medal, izotonik, pogadałem znowu z kolegami którzy dobiegli chwilę po mnie, pogratulowałem temu co mi się nie dał wyprzedzić, pogadaliśmy z żonką i córką które mi kibicowały i na starcie i na finiszu (stąd mam takie zdjęcia :) ). No i wróciliśmy do domu bo ten wiatr w połączeniu z tym że się spociłem mógłby mi załatwić kolejne przeziębienie, a tego bym nie chciał :)






sobota, 23 października 2021

Bieg po dynię 2021

Tydzień po maratonie pobiegłem jeszcze Bieg po Dynię - nasz lokalny bieg na piątkę o dość długiej historii. Kiedyś był to "minimaraton niepodległości" więc miał dystans 1/10 maratonu czyli 4,22km. Potem zmienił się dystans na 5km, termin też był bardzo różny, z okolic 11-go listopada zawędrował do października, w końcu doszedł jeszcze element dyniowy i przy okazji biegu organizowany jest dyniowy festyn.

Na szczęście mimo pandemii w tym roku bieg został normalnie zorganizowany. Był rodzinny festyn, cały garnitur biegów od krasnali takich jak nasza najmłodsza pociecha aż do biegu dla dorosłych - kategorie były dla dziewczynek i chłopców dzielone co około dwa lata według wieku. 

Cały ten weekend był dla nas sportowy: w sobotę moja żonka pobiegła w Piasecznie w Biegu Złotych Liści (5km w parku miejskim - bardzo fajny bieg, a medal to po prostu przepiękny). W niedzielę natomiast nasza najstarsza córka była wolontariuszem na Biegu po Dynię. Musieliśmy więc wcześnie rano pojawić się na miejscu (zgadnijcie kto ją musiał zawieźć), potem o 10:00 rano był zaplanowany bieg najmłodszych i co chwilę kolejne kategorie aż do biegu głównego o 12:00 na który ja byłem zapisany.

Na starcie biegu najmłodszych moja córa spotkała dwie koleżanki z grupy z przedszkola (były umówione na ten bieg!) więc w silnej grupie poszły na start :) Numer startowy, koszulka - pełny profesjonalizm! Ustawiły się na starcie biegu na 100 metrów i po paru chwilach rozległ się wystrzał pistoletu startowego. Nie zrobiło to na dzieciach za wielkiego wrażenia - nie wystartowały tak od razu, ale po sekundzie czy dwóch zorientowały się że należy biec. No i ruszyły w kierunku mety, głównie biegiem. A na mecie medal, nawet niektóre brały wodę i izotonik, w końcu to było całe sto metrów więc można było się odwodnić.





 Zabawa była super, zdjęcia porobione i teraz czas na mnie. Pakiet startowy odebrałem, koszulkę wydała mi moja najstarsza córka :) rozgrzałem się dobrze, chociaż nie mogłem robić zbyt mocnych ćwiczeń typu przeplatanka bo bolało mnie w okolicach pachwiny. Pisałem o tym poprzeednio - muszę to zaleczyć bo coś mi się porobiło już kilka miesięcy temu że mnie pobolewa cały czas.

Na starcie jeszcze pogadałem z jednym kolegą z pracy i z sąsiadem - w końcu to bieg lokalny więc sporo znajomych było. Ustawiłem się z przodu, choć nie na pierwszej linii bo wiedziałem z doświadczenia że inaczej będzie przepychanie się. Po starcie ruszyliśmy najpierw na jedno okrążenie wokół boiska i na stałą trasę Biegu po Dynię. Chociaż tym razem pierwszy raz kierunek biegu był odwrotny niż zwykle gdy biegałem, ale to dobrze - dzięki temu początek był pod wiatr, gdy jeszcze ma się więcej siły, a powrót już z wiatrem. Po starcie próbowałem biec około 4min/km, zrezygnowałem jednak z biegu zupełnie na samopoczucie. Widzę że pierwsza połowa biegu wyszła dobrze, ale czwarty i piąty kilometr były wolno - około 4:05/km :( Mimo to całościowo wyszło dobrze - 19:48 (czas oficjalny). Biorąc pod uwagę że już zacząłem roztrenowanie i było to tydzień po maratonie to z wyniku jestem zadowolony.

Teraz robię to roztrenowanie - do Biegu Niepodległości czyli prawie cały miesiąc. Chciałbym całkowicie wyleczyć (przez sam odpoczynek) to pobolewanie w pachwinie prawej, porobić ćwiczenia żeby ten obszar wzmocnić i jakoś w grudniu zacząć cykl treningowy żeby powalczyć o bardzo dobry wynik w maratonie 2-go kwietnia na który już się zapisałem. To będzie dokładnie 10-ta rocznica mojego debiutu maratońskiego więc chciałbym to jakoś uczcić - w sensie to będzie bieg w fajnym miejscu i mam nadzieję na fajny wynik. Raczej nie będzie to rekord życiowy, ale niech będzie fajny :)

 

 



niedziela, 20 października 2019

Bieg po dynię 2019



Tydzień temu jak co roku wybraliśmy się na "Bieg po dynię" który jest organizowany w naszej gminie. Nazwa wzięła się z tego że w naszej gminie jest bardzo dużo upraw dyni, można powiedzieć że jesteśmy dyniowym zagłębiem :) so zresztą widać jeżdżąc (albo biegając) po okolicy - wiele gospodarstw ma "wystawki" z dyniami do kupienia.

W tym roku z racji zawirowań politycznych (wójt gminy zatrzymana przez CBŚ, potem zwolniona bo sąd się nie przychylił do aresztu) nie wiadomo było czy w ogóle bieg się odbędzie. Na szczęście był, ale jednak nie w pełnym zakresie. Tylko biegi dzieci a dla dorosłych bieg na milę po stadionie - czyli bez tradycyjnego biegu głównego na 5km... a ja biegam już od tak dawna w naszej gminie że pamiętam jak jeszcz bieg główny był na 1/10 maratonu (czyli 4,2195km) i nazywał się wtedy "Minimaraton Lesznowola" :)

W tym roku pojechaliśmy całą piątką na bieg. Ja na główny, Małgosia i Agatka na biegi dzieci a najmłodsza i małżonka pokibicować.

Starty były według wieku, więc Agatka jako pierwsza - jedno okrążenie czyli 300m (jako 8-latka, ale już za chwilę będzie 9!).


Potem Małgosia w grupie 11-latków - 2 okrążenia czyli 600m.


Bardzo się cieszyłem że dziewczynki pobiegły - nie chodzi o wynik, ale o to że się ruszają i będą trochę zdrowsze dzięki temu :)


I w końcu głowa rodziny - dzięki przytomności umysłu kibiców nie poszedłem na długą rozgrzewkę. Byłem pewny że startuję w drugiej serii (mężczyzn było sporo chętnych i start podzielono na dwie serie), chciałem iść pobiegać a tu start bym przeoczył bo byłem w pierwszej serii!
Ustawiłem się na starcie po krótkiej dość rozgrzewce (ale starczyło) i... START!

Na początku wyrwałem do przodu i o dziwo - nikt mnie nie wyprzedził! No dziwne - myślę sobie, pewnie mi siedzą na ogonie. Przede mną 5 okrążeń, byłem pewny że mnie zjedzą po połowie biegu. Tymczasem nasza pani trener (Anna Jakubczak - prowadzi zajęcia z lekkiej atletyki z naszymi dwiema córkami) krzyczy do mnie że spokojnie, że mam przewagę. Ale ja się nie oglądam, za bardzo jestem zajęty przebieraniem nogami! Po okrążeniu moja rodzinka i znajomi i sąsiedzi krzyczą do mnie i dopingują, super! Moje pociechy są święcie przekonane ż wygrywam bieg, a ja wiem że jeszcze cztery okrążenia przede mną. Staram się trzymać tempo i biec po prostu na maksa. Nie da się rozkładać sił na tak krótkim dystansie (ja przynajmniej nie umiem) więc biegnę ile fabryka dała.
Kolejne kółko - nie słyszę za sobą nikogo. Znowu doping przy kółku. Nawet spiker mnie wymienia z nazwiska - to jest jakieś dziwne, zawsze biegnę w anonimowej ludzkiej masie :)
Kolejne kółko - jeszcze nie opadam z sił, znowu doping.
Czwarte kółko - to samo, zostało ostatnie. Teraz powinni mnie wyprzedzić, zawsze tak było! A tu jak na złość - ja zaczynam wyprzedzać. To znaczy dalej jestem pierwszy, ale dubluję tych najwolniejszych :) Ostatni wiraż i 100 metrów - jeden jest uparty i nie chce dać się zdublować, tak nie można! Przyspieszam na maksa i minimialnie go przed metą wyprzedzam, mogę sobie stanąć i odpocząć!

Czas: 5:28 (3:24/km)

Ale to było fajne uczucie wygrać jakiś bieg (właściwie tylko jedną serię). W drugiej serii były harpagany i aż 5 było szybszych ode mnie, ale po pierwszej serii wyglądało to tak:


i naprawdę fajnie wyszło - dziewcznyki myślały że Tata wygrał bieg a ja przecież nie musiałem ich wyprowadzać z błędu, nie? Żarcik oczywiście, wytłumaczyłem im że byłem tak naprawdę szósty.

Impreza jak zwykle super, jak co roku mam nadzieję że następnym razem się też odbędzie. I oby tylko w pełnym zakresie, z biegiem głównym na piątkę!



czwartek, 1 listopada 2018

Bieg po dynię 2018



W tym roku Bieg po dynię udał się nam znakomicie. Dopisała pogoda, impreza była jak zwykle fajnie zorganizowana, na miejscu jest mały piknik z dynią w roli głównej - można kupić, pomalować itd. Na boisku szkolnym w Lesznowoli były zorganizowane zabawy dla dzieci w różnym wieku - co się nań przydało bo przyjechaliśmy całą ferajną.
Najpierw pobiegła Agatka:


Potem Małgosia:


W końcu reszta rodziny: Karolina stanęła gdzieś bardziej z przodu niż ja, bo ja stanąłem zupełnie na szarym końcu -żeby nie przeszkadzać innym moim wózkiem biegowym. W wózku oczywiście nasza mała Alicja dzielnie siedziała i czekała podstępna dziewczyna kiedy zacząć krzyczeć ;) a jako że Tatuś zapomniał o smoczku (i dobrze, niech się odzwyczaja!) to nie było ostatniej deski ratunku na wypadek buntu na pokładzie. Pocieszałem się źe to tylko 20 minut więc damy radę, plan był żeby przyspieszyć w razie problemów :)

Ruszyliśmy w południe. Najpierw kółko wokół stadionu - fajnie się biegło po zewnętrznym torze z tym wózkiem mijając dziesiątki biegaczy :) ale najlepsze było potem na trasie, bo biegnąc równo (mniej więcej) po 4:00/min dalej wyprzedzałem i trochę się ludzie dziwili że mija ich niespełna dwuletnie dziecko w wózku :) !
A mnie biegło się super... przez 2km oczywiście - potem spuchłem - jeszcze mój uraz daje znać, nie chodzi o to że boli nawet, tylko o ten mój spadek wydolności, chociaż trochę to z samym urazem też jest myślę związane. Tempo więc trochę spadło: 4:20, 4:30, 4:20 i w sumie 21:12 na piątkę.nie jest źle - to było z wózkiem i z nadrobieniem dystansu przez to omijanie ludzi na początku biegu...
Ale i tak najlepsze w tym wszystkim było to sportowe spędzenie soboty całą rodziną - szczególnie z najmłodsza w wózku, która robiła furorę :)










niedziela, 10 grudnia 2017

No i pobiegałem...


Kurczę nie ma czasu podsumować tego biegania na koniec sezonu a dni mijają. Lepiej napisać coś nic udawać że się nie biegało, "co nie"?
A więc krótko i na temat, będzie sporo nowego!

Bieg po dynię 14.10.2017

Jak co roku - o ile tylko dam radę - zawitałem w mojej gminie na ten super bieg jesienny. Dystans już od jakiegoś czasu zmieniony na 5km (z 1/10 maratonu czyli 4.210m). Główne cele na ten bieg to były: aktywizacja sportowa córek bo najstarsza ma problemy z w-f'em a co do mojego startu - chciałem się poprawić. Co prawda życiówka całkiem świeża, z przed kilku miesięcy, ale warto spróbować. Pierwsza część planu się udała - córy dobiegły, dostały medale i koszulki. A potem była moja kolej. Wystartowałem z zamiarem biegnięcia na tempo życiówki aby potem w końcówce przyspieszyć. Jak patrzę teraz na spokojnie na zapis biegu to wyszło dokładnie odwrotnie :) Jak to moja żonka mówi "zastosowałem odwrócony negative split" :D


Najpierw 3:31 (pewnie zakłamane, nie była aż tak szybko - na początku było kółko po stadionie  i pewnie trochę zawyżył dystans). A potem właściwie równo 3:46-3:47 do mety. Trochę dużo więcej dystansu mi naliczył zegarek - aż 100m na 5km to daje 2% (niby zegarki mają dokładność do 3% ale zwykle zawyżają w granicach 1%).
Biegło się fajnie, oczywiście nie za łatwo - wiało jak w Kieleckiem czasami (jak było w plecy to fajnie, no ale to była pętla więc i pod wiatr też się biegło). Jeszcze finisz


Mina jak zwykle - jak Zatopek na finiszu :) i wynik - zmierzony osobiście 18:55, oficjalnie 18:56. Czyli właściwie wyrównana życiówka (18:55) z Biegu Konstytucji w tym roku.
Słowem - forma jest, będzie dobrze!

Maraton Toruń 29.10.2017

Do Torunia jechałem z zamiarem pobicia wreszcie mojej życiówki z przed roku (3:03:03). W Warszawie nie wyszło, pomyślałem sobie że można jeszcze w tym samym roku spróbować. Wybrałem ostatni z maratonów w Polsce - miałem 5 tygodni. Zrobiłem dwa długie biegi, forma wyglądało na to że była.
Pojechaliśmy całą rodziną do miasta pierników. Dziewczynki zwiedziły planetarium, samo miasto tak w ogóle jest bardzo ładne - polecam do obejrzenia. Niestety pogodę mieliśmy słabą do zwiedzania - wiatr bardzo mocny (to był ten orkan Grzegorz czy jakoś tak), padało też momentami mocno. W takich warunkach zastanawiałem się czy w ogóle startować bo Rozum mówił że to nie ma najmniejszego sensu. Serce jednak jak zwykle podkusiło "a najwyżej zejdziesz w połowie" bo biegnie się tam dwie pętle i półmaratończycy w połowie trasy kończą - gdy przebiega się obok startu. Z takim nastawieniem wybiegłem. Samo zebranie się w sobie żeby w ogóle na dwór wyjść było już sukcesem - wiało i padało, zimno było - żal było psa na dwór wygonić. No ale poszedłem. Co dziwne - przestało padać na czas startu, zaczęliśmy maraton z toruńskiego toru żużlowego.
Biegło się dobrze, chociaż wiatr, temperatura i woda nie pomagały. W dodatku trasa to też jakaś pomyłka - to jest maraton w dużej mierze chodnikowy (!). Mimo to szło mi dobrze - tętno około 165 - tak powinno być! Po pierwszym kółku czułem się dobrze i nie zszedłem z trasy - pobiegłem na drugie kółko. Niestety tak fajnie było tylko do 25km. Gdy zaczął się 26-ty przypomniał sobie o nas Grzesiu (ten orkan w sensie) w dodatku wziął ze sobą kolegę od deszczu. Walczyłem przez dwa kilometry, ale mimo że dystans w nogach nie za długi a starałem się jak mogłem to tempo spadło mocno - z tych 4:15-4:20/km do 4:35-4:40/km. Próbowałem przyspieszać, pod taki wiatr nie dawałem rady. Zdecydowałem że nie będę biegł jeszcze 15km w takich warunkach - to by było głupie i wbrew własnemu organizmowi. Zawróciłem do startu, zdjąłem numer i po przebiegnięciu 32,7km wróciłem do rodziny.
Czy mi żal tego że pierwszy raz zszedłem z trasy maratonu? Sam nie wiem, drugi raz zrobiłbym to samo. Chociaż drugiego razu już nie będzie - bo nie zdecyduję się na taki dodatkowy maraton jeśli warunki pogodowe będą takie.


Bieg Niepodległości 11.11.2017

Kolejna próba pobicia mojej strasznie zakurzonej życiówki na dychę miała być zwieńczeniem tego sezonu. No i znowu "niestety" - tym razem przyplątało się lekkie podziębienie. Niby bez temperatury, bez mocnych leków, ale jednak kaszel, katar i jakiś Zyrtec mi przepisali. To pewnie jakieś pokłosie biegania w wietrze i deszcze po Toruniu (dobrze że tylko 32km a nie 42km...). Tak osłabiony nie chciałem się rzucać na mroczki przed oczami - postanowiłem pobiec po 4:00/km co i tak już samo w sobie jest dla mnie dużym wyzwaniem.
Tym razem bez wsparcia całej rodziny (dwie starsze zostały w domy), ale połowa moich dziewczyn pojawiła się na biegu :) Też trochę wiało i padało, ale to było nic w porównaniu do poprzedniego biegu, poza tym dycha to nie maraton. No i jak co roku hymn i poszły konie po betonie.
Trasa tego biegu przypomina mapę warszawskiego metra (no dobra, teraz jest już druga linia). Prosto i nazad :) poszło mi naprawdę fajnie jak na takie warunki:


Nie ma się czym martwić - gdyby nie podziębienie to te 29 minut czuję że bym złamał! No nic, co się odwlecze to nie uciecze.

A uprzedzają kolejne wpisy - będzie się u mnie dużo działo. Właściwie to już się dzieje od 3 tygodni, ale o tym następnym razem!







poniedziałek, 28 listopada 2016

Zakończenie sezonu: Biegnij Warszawo, Bieg po dynię, Bieg Niepodległości

W ramach nadrabiania zaległości wyjątkowo zrobię wpis zbiorczy za kilka startów. Po Maratonie Warszawskim miałem w planach pobić jeszcze swoje życiówki na 5 i 10km, korzystając z dobrej formy. Zapisałem się wiięc na Biegnij Warszawo (10km), Bieg po dynię w mojej gminie (Lesznowola) - 5km i Bieg Niepodległości (10km). A jak wyszło, no zobaczmy najpierw jak tam wyszło trenowanie w tym czasie:


Początek to jeszcze normalny - bo zawsze po maratonie trzeba odpocząć, druga pocieszająca rzecz to że te śladowe ilości biegania to jednak były jakieś akcenty. Podtrzymało to trochę spadek formy, ale okazało się niewystarczające żeby cokolwiek z tego ugrać... Czasy więc były takie:

Biegnij Warszawo 2.10.2016 10km: 40:00 (40 sekund wolniej od życiówki)
Bieg po dynię 15.10.2016 5km: 19:23 (4 sekundy wolniej od życiówki)
Bieg Niepodległości 11.11.2016 10km: 39:53 (33 sekundy wolniej od życiówki)

Jak to napisałem już poprzednio kiedyś - wstydu nie ma, ale to że tak długo nie mogę się poprawić z moimi życiówkami na krótszych dystansach to trochę dziwne. Trzeba by chyba zrobić jakiś cykl treningowy typowo pod krótsze dystanse, tylko że czasu nie ma. A czemu nie ma czasu - o tym za kilka dni (wiadomo - plany na wiosnę już są :) )!

Bieg po dynię (źródło: sportografia.pl)


ADs