sobota, 6 lutego 2016

Pierwszy bieg górski


To mam za sobą pierwszy bieg górski: wbiegłem z Ustronia na szczyt Czantorii (właściwie to nazywa się to Czantoria Wielka). Córki obie ćwiczyły na dole jazdę na nartach, a ja w tym czasie zrobiłem sobie przebieżkę. Miałem ponad 80 minut więc pomyślałem sobie że pewnie ze dwa razy wbiegnę na górą i zbiegnę :) Spytałem o drogę - miałem biec nieczynnym teraz szlakiem narciarskim (niebieskim) i ruszyłem. Śniegu trochę leży, powiedzmy trochę ponad 5 centymetrów, ale biegło się dobrze. Co prawda na pierwszym kilometrze okazało się że "bieganie" i "góry" to chyba nie tworzą związku frazeologicznego. Nachylenie było takie, że co kilkaset metrów musiałem się zatrzymywać. Mimo że wyłączałem wtedy stoper to i tak tempo kilometra wyszło między 8 a 9 minut. Drugi kilometr - tak samo. Ale najgorsze dopiero miało się zacząć: trzeci kilometr to ten ostatni przed górną stacją kolejki linowej którą narciarze wjeżdżają na górę aby zjeżdżać drugim, tym czynnym szlakiem narciarskim.
Na długo zapamiętam ten trzeci kilometr - szlak szeroki na 100 metrów, strasznie stromy a pod śniegiem... lód. Nie wiem ile razy się przewróciłem, w końcu poddałem się - nie było szans biec, nawet wchodzenie pod górę było momentami tak trudne że zjechałem w dół co chwilę zamiast wdrapywać się pod górę :) W końcu trawersując zbocze, szukając miejsc gdzie pod spodem była wysoka trawa (przy brzegach) jakoś dotarłem do początku niebieskiej trasy narciarskiej. Tempo kilometra mnie naprawdę zadziwiło: 15 minut 45 sekund :)
Nie mam niestety zdjęć z wiadomych powodów, ale wrzucę z poprzedniego wjazdu na inny szczyt, było podobnie bo to był szczyt zaraz obok (w Wiśle gdzie jesteśmy a ja wbiegałem zaraz obok - w Ustroniu) :)





Potem było już łatwo - szlakiem turystycznym z górnej stacji na szczyt Czantorii Wielkiej. Momentami stromo, ale to nic w porównaniu z poprzednim kilometrem. Co ciekawe - na górze była zupełnie inna pogoda: gęsta mgła, mocny wiatr, nawet śniegiem sypało chyba (a może z ziemi wiatr podnosił). Dobiegłem na szczyt i akurat miałem 4 kilometry na liczniku i 42 minuty (!). Obszedłem dokoła wieżę widokową (czyli byłem chwilkę w Czechach) i pobiegłem na dół. Wyprawa równie karkołomna, zjeżdżałem na tym stromym kilometrze na stopach jak na nartach z przerażeniem w oczach. Wywaliłem się znowu sporo razy w tym raz tak że wciąż mam lewe przedramię rozorane trochę :) No ale dotarłem na sam dół w czasie mniej więcej dwa razy krótszym niż na szczyt i zdążyłem na styk przed końcem lekcji jazdy na nartach.

Super było - zmęczyłem się sporo, chociaż trzeba przyznać że takie bieganie zimą po górach to jest trochę niebezpieczne :)


niedziela, 31 stycznia 2016

Półmaraton towarzyski Turek-Poroże

 

Urlop to świetna okazja aby nadrobić zaległości blogowe :) a więc nadrabiamy! Na pierwszy ogień: pierwszy w mojej biegowej "karierze" półmaraton towarzyski. Zaproszony przez kolegę nie mogłem odmówić i oczywiście nie żałuję. Zaczynając od tego że miałem możliwość przenocowania z całą rodziną u organizatora biegu (czyli właśnie u kolegi Zbyszka z którym latamy po świecie żeby biegać). Warto dodać że sam bieg był świetnym przeżyciem: całą grupą, bez ścigania się ale za to z rozmowami podczas biegu. Biegliśmy przez piękne okolice, kilka razy widzieliśmy w oddali zmykające z ogromną prędkością przed nami zwierzaki (nie jestem ekspertem, chyba sarny, chociaż dość duże to było - może jelenie, poza tym o ile pamiętam też raz lis się trafił). Bardzo fajne były odcinki przez las:


A na mecie czekało na nas ognisko z kiełbaskami, chlebem, napojami i zabawą przy ogniu. Impreza się rozrasta - były nawet medale, taśma na mecie, punkty zabezpieczenia po drodze (mobilne :) ) przy których kilka razy zatrzymywaliśmy się żeby coś wypić albo przegryźć kawałek czekolady.

Ogólnie piękna sprawa - bardzo dziękuję Wielkiemu Organizatorowi czyli Zbyszkowi Zającowi. Oby się impreza rozrastała i za rok może przekroczymy równą setkę uczestników :)

Impreza była inauguracją Klubu Biegowego Maraton Turek - w którym Zbyszek pełni rolę wiceprezesa i jednego z pomysłodawców. Strona klubu: https://www.facebook.com/KB.Maraton.Turek/

Na koniec trochę zdjęć:

Przed startem - rynek w Turku

Najfajniejsze odcinki biegu - przez las

Jeden z postojów, w tle mobilny punkt odżywiania :)

Organizator wbiega pierwszy na metę

Dekoracja na mecie

Wszyscy są zwycięzcami

A to ja w objęciach Wielkiego Organizatora :)

No i na koniec reklama klubu :)

wtorek, 5 stycznia 2016

Rotterdam 3,4/18: koniec rozgrzewki, początek zimy


To tym razem trochę o historii Holandii. Tereny te w porównaniu z naszymi były wcześniej zamieszkane (no bo lodowce u nas dłużej trzymały a tam Golfsztrom ogrzał te tereny i robi to do dzisiaj - zimy są tam znacznie łagodniejsze niż u nas). Więc ludzie mieszkali nawet około 200 tysięcy lat temu (znaleziono narzędzia z tego okresu), najstarsze szczątki ludzkie to wg wikipedii 30 tysięcy lat temu i były to ludy spokrewnione z dzisiejszymi Baskami. Potem byli Celtowie a potem Germanie czyli podobnie jak u nas. Sami Holendrzy też są z ludów germańskich i mówią językiem z rodziny języków germańskich. Jak ktoś mówi po angielsku i niemiecku to na pewno zauważy że holenderski jest czymś pośrednim między nimi.
Wracając do historii - po okresie panowania Rzymian za czasów których założono kilka miast które istnieją do dzisiaj przyszły czasy nowych państewek, właściwie hrabstw i dopiero w XV wieku zostały zjednoczone przez Burgundów a następnie przeszły te tereny pod panowanie Habsburgów. Tylko nie jak my o tym myślimy tych austriackich tylko linii hiszpańskiej. I choć to dziwnie wygląda to niepodległość Holandia uzyskała w XVI wieku od Hiszpanii właśnie. Było trochę wojen o to, w końcu w XVII wieku Hiszpania się pogodziła z niepodległością Holandii, co jednak wojen nie skończyło, tym razem o kolonie. 
Holandia rozkwitała dzięki handlowi zagranicznemu - to temat na oddzielny wpis. To właśnie tam powstały podwaliny pod nowoczesną bankowość, korporacje itp. 
W XVIII wieku jednak potęga Holandii przyblakła - wojny z Hiszpanią, Francję i Anglią, utraty kolonii, zapaść gospodarcza. W okresie napoleońskim (początek XIX wieku) Holandia została nawet włączona do Francji. Po Napoleonie udało się odzyskać niepodległość, ale już bez południowych części które nazwały się Belgią. Wiek XX to najpierw dwie wojny światowe gdzie Holandia oba razy chciała być neutralna, ale agresor nie za bardzo na to się zgodził. Potem rezygnacja z neutralności i dołączenie do NATO i udział w tworzeniu Unii Europejskiej od samego początku.

To teraz co tam pobiegałem w te dwa tygodnie. Plan był taki żeby już bez żadnych wymówek wejść na 100% mocy. W sensie kilometrażu i prędkości i dobrze to szło poza ostatnim dniem :) a więc po kolei, najpierw wizualnie:


A teraz słowno-muzycznie: pierwszy tydzień był świąteczny. Wtorek 18-tka - wyszła 17-tka, środa 21km a wyszło 15km ale w czwartek (Wigilia) plan 8km a było 11km. Piątek to tempówka 6km (razem 14km) i było nieźle, tempo średnie 4:14/km a odcinek był po lekkich pagórkach obok Lęborka a nawet po drodze gruntowej. W sobotę zamiast planowanych 8km było 10km żeby nadrobić straty z pierwszych dwóch dni a w niedzielę piękna wycieczka biegowa po lasach wokół Lęborka. Kolega z liceum pokazał mi tereny po jakich sobie biega - naprawdę jest czego zazdrościć! Wokół Warszawy to pola, asfaltowe drogi a lasu jak na lekarstwo. A tam Narnia (chociaż wtedy jeszcze śniegu nie było, nie wiem jak teraz). Teren był ciężki, zrobiłem więc w sumie tylko 22,5km zamiast 24km, ale efekt treningowy był co najmniej taki sam - przez te górki na które wbiegaliśmy. Razem wyszło 89,5km zamiast 93 - już prawie, prawie.
Drugi tydzień miał być już zupełnie bez żadnych taryf ulgowych. Wtorek to 14km z przebieżkami - zgodnie z planem, środa to 23km - było 20km bo czasowo jednak ciężko w dniu roboczym zrobić bieg długi. Czwartek to 11km zamiast 8km żeby nadgonić a w piątek udało się zgodnie z planem 18km! Sobota też zgodnie z planem - ostrożnie tylko 8km bo w niedzielę miało być 29km. No i dochodzimy do punktu kulminacyjnego: na dworze -14 stopni, żona namawia żebym biegał na siłowni i pewnie ma rację bo zapalenie płuc czy "choroba zawodowa norweskich narciarek biegowych" to nic fajnego. Nieważne ile motywujących memów na facebook'u wrzucą koledzy który w taką pogodę biegają... Więc wybrałem się wieczorem na siłownię i... po pierwsze nudy straszne i nie dałem rady - chciałem skrócić do 21km, ale rozmiary porażki się powiększyły bo... siłownię w niedzielę zamykają o 20:00! Więc zdążyłem tylko 18km zamiast 29km. W sumie cały tydzień to 89km zamiast 100km.

Może to i dobrze że tak powoli wchodzę z kilometrażu rzędu 40-50km (gdy był ten okres z lekką chorobą) na 100km, poza tym trudno mi pogodzić aż tyle biegania z pracą i rodziną, ale od teraz będzie lepiej - żonka już może od tego tygodnia prowadzić samochód (po małej rekonwalescencji)  to możemy wrócić do naszej tradycji: ja odprowadzam starszą córę do szkoły a potem biegnę do pracy, a ona mnie samochodem dogania :) 

No to zobaczymy jak ten tydzień wyjdzie!

piątek, 1 stycznia 2016

Podsumowanie roku 2015


Wszyscy podsumowują i dobrze robią. Takie spojrzenie wstecz pozwala choć trochę bardziej obiektywniej niż zwykle sprawdzić ile z naszych celów udało się zrealizować. Czy jesteśmy na dobrej drodze i czy coś trzeba może zmienić?

Żeby powiedzieć czy coś się udało to wypadałoby najpierw wiedzieć jakie były plany. No a ja patrzę w historię moich wpisów i jakoś planów na 2015 tam nie widzę. są wpisy na plany na poszczególne imprezy, na części sezonu, ale nie ma takiego jednego wpisu z planem na cały rok. Może dlatego że moim najważniejszym celem jest przecież zdrowie i zabawa? Ten najważniejszy cel udało mi się zrealizować w 100% - wymienię więc w punktach co z tego mijającego roku jest dla mnie najważniejsze:

1. biegać zdrowo - tutaj pełny sukces: żadnej kontuzji, żadnego wypalenia - poza jednym tygodniem gdy jakieś małe choróbsko nie pozwoliło to biegałem dużo. Poniżej dwa zrzuty z endo - w podziale na lata i na miesiące:


Kilometraż się powoli stabilizuje - nie wiem czy chcę żeby jeszcze rósł bo jednak bieganie to tylko hobby i nie chciałbym żeby rodzina, praca czy inne moje aktywności na tym straciły. ponad 3.800km to naprawdę sporo.


Widać regularność - maraton na wiosnę i na jesień i plany pod nie przygotowujące. Grudzień jest już takim właśnie okresem - oczywiście pod wiosenny Rotterdam  :)

2. podróże - trochę tego było, chronologicznie: maraton w Los Angeles, półmaraton w Wiedniu, maraton w Gdańsku, półmaraton w Londynie, maraton w Poznaniu i półmaraton w Lozannie. Najbardziej spodobały mi się oczywiście te wyjazdy gdzie byłem z całą rodziną - stąd zdjęcie na samej górze (to akurat z Wiednia) i chciałbym żeby takich było więcej w 2016.

3. wyniki - im dłużej biegam tym trudniej o ich poprawę, jednak wyszło całkiem ładnie:

Dystans20142015
5kmPark Run 5km - 19:37Bieg Konstytucji 5km - 19:19
10kmBieg Niepodległości 10km - 40:02Energetyczna Dycha Kozienice 10km - 39:20
PółmaratonPółmaraton Grudziądz - 1:32:09Półmaraton Wiedeń - 1:28:54
Maraton Frankfurt Marathon - 3:19:53Poznań Marathon - 3:08:28

Czerwony kolor oznacza aktualną życiówkę - jak widać udało się je poprawić na wszystkich "podstawowych" (w sensie: dla mnie) dystansach! :) 
Piątka z Park Run była dla mnie nie do końca pewna, mimo atestu to jednak garmin zwykle mierzy trochę więcej a tutaj było 4,91km... No ale w tym roku już było tak jak powinno: Bieg Konstytucji bez zegarka (mój eksperyment zegarkowy) i super wynik. Choć na jesieni jestem pewny że pobiłbym ten wynik gdybym wystartował gdzieś.
Wynik z dychy jest super dobry, jednak tu znowu nie  mam pewności co do dystansu. Atest był, garmin zmierzył dokładnie 10km - może jestem przewrażliwiony, jednak to że zwycięzca biegu (nieznany Ukrainiec) miał 29:49... a nasza czołówka ma powyżej 30 minut - no dobra, ale może kontrola antydopingowa w Polsce i na Ukrainie też nie jest porównywalna i to może tłumaczyć taki wynik?
Połówka to wielki sukces - piękne miasto, piękny bieg i polecam wszystkim Wiedeń na wiosnę.
Maraton to też wielki postęp - 11,5 minuty na tym poziomie to coś wielkiego. Napawa optymizmem przez próbą łamania wiadomo czego w 2016 roku :)

4. inne - żeby nie rozpisywać się za długo to tu wrzucę całą resztę ważnych dla mnie biegowo rzeczy z 2015 roku (chronologicznie):
- bieganie podczas ferii zimowych po Wiśle - super śniegowe trasy, za miesiąc znowu tam zawitamy całą rodzinką!
- bieganie po Santa Monica i Los Angeles - zasługuje na ponowne wspomnienie - pierwsza moja wizyta poza Europą i całkowicie biegowa była to podróż
- bieganie podczas wakacji w Grecji (tydzień 1., tydzień 2.) - to jest przeżycie, zupełnie inny świat - nie pobiegasz o wschodzie słońca to możesz odpuścić ten dzień biegowy :)
- Wyzwanie Runner's World - super przygoda, pierwszy raz ktoś układał plan treningowy dla mnie, pierwszy też raz miałem taką opiekę podczas całej imprezy jak bym był prawie VIP'em ;)
- Nike Speed Street - fajna impreza sponsorska
- nowy sprzęt do rejestracji biegów - wreszcie tai co sam zgrywa treningi, ale o tym jeszcze będzie co nieco później jak testów trochę więcej zrobię (zegarek nie jest super nowy: Garmin 920xt)

I to by było na tyle jak mawiał klasyk :) na koniec kilka zdjęć z tego roku które pojawiły się w zeszłym (już) roku na moim blogu:













wtorek, 22 grudnia 2015

Rotterdam 1,2/18: rozgrzewamy się


No to zaczynamy kolejny serial - tym razem o Holandii, bo tam będę na wiosnę udeptywał asfalt. Żeby co tydzień poopowiadać o tym kraju warto najpierw ogarnąć trochę temat i wyjaśnić kilka zawiłości. A więc po kolei:
Holandia - to polska nazwa tego kraju, jednak od jakiegoś czasu poprawną formą jest nazwa "Niderlandy" co zresztą jest bardzo popularyzowane przez samą Holandię. Pełna nazwa jednak to "Królestwo Niderlandów".
Królestwo Niderlandów - to wbrew pozorom wcale nie to co nam się wydaje czyli samo państwo w Europie. Jest to co prawda 98% obszaru i populacji, ale oprócz tego wchodzi tam w skład kilka malutkich obszarów na Karaibach (wredni kolonizatorzy, jeszcze o tym będzie w kolejnych odcinkach :) ).
Historia - niepodległe państwo holenderskie to dopiero koniec XVI wieku (1581, uznane zostało dopiero w 1648) więc na tym tle nasze polskie państwo wypada znacznie lepiej (1050 lat). Co do populacji to jest to około 17 milionów, ale pod względem PKB dopiero kilka lat temu ich przegoniliśmy, mimo że nas jest ponad 38 milionów :) - poziom rozwoju Holandii od zawsze jest bardzo wysoki (i o tym też będzie w kolejnych odcinkach). 
Ustrój - i tutaj znowu niespodzianka. Zaczęli od republiki w XVI wieku, ale po erze napoleońskiej odrodzili się jako królestwo i do tej pory mają króla (czy królową). Tego nigdy nie zrozumiem, no jak mrówki czy pszczoły :)

To na rozgrzewkę tyle starczy, teraz co tam pobiegałem. Najpierw wizualnie:


Teraz opisowo: nie jestem zadowolony z obu tygodni, a oto dlaczego:
1. oba tygodnie to tylko 5 dni biegowych a założonych było 6
2. w obu tygodniach nie wyszedł mi jeden trening
a) w pierwszym tygodniu miało być we wtorek 14km w tym 6km tempem progowym 4:02-4:08/km a wyszło średnio 4:20/km
b) w drugim tygodniu bieg długi miał być 26km w tym 13km tempem maratońskim 4:15/km a wyszło znacznie słabiej: 4:27/km w tym kilka przerw bo nie dałem rady jednym ciągiem

A teraz trochę na osłodę co się udało: po pierwsze zacząć dużo biegać - kilometraż tygodniowy rzędu 80km to sporo. Te dwa popsute treningi składam na karb niedawno przebytej choroby (nie była zbyt poważna, ale osłabienie było widoczne).

Mimo to muszę obserwować się - czy te moje plany nie są zbyt ambitne, zobaczymy w piątek czy trening 14km z 6km progowo tym razem już wyjdzie poprawnie. Może to być wyzwanie bo w piątek mamy... pierwszy dzień Świąt :) !

Z tej okazji oczywiście życzę wszystkim Wesołych, Rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia!


niedziela, 13 grudnia 2015

Maraton na wiosnę: Rotterdam


Nowy rok, nowe plany. Jakoś bez konkretnego planu trudniej mi się zmobilizować - łatwiej bieganie przesunąć o dzień, ciężej mi utrzymać jakiś sensowny trening. Poza tym turystyka maratońska nadal mi się podoba, więc już od kilku tygodni jestem zapisany na maraton w Rotterdamie!

Plany oczywiście są jak zwykle światłe: tym razem chciałbym się zbliżyć do chyba najsłynniejszej granicy dla maratończyków czyli 3 godzin. Patrząc na chłodno na postęp moich wyników to złamanie tej granicy byłoby wielkim sukcesem. Wyglądały te moje maratony do tej pory tak:

DataMaratonCzas
2012.04.15Marathon de Paris3:59:03
2012.06.17Maraton Lębork3:49:32
2012.09.30Maraton Warszawski3:39:18
2013.04.14Vienna City Marathon3:38:09
2013.06.23Maraton Lębork3:33:55
2013.09.29Berlin Marathon3:29:47
2014.03.23Maratona di Roma3:25:01
2014.06.22Maraton Lębork3:50:53
2014.10.26Frankfurt Marathon3:19:53
2015.03.15Los Angeles Marathon3:28:38
2015.05.17Gdańsk Maraton3:14:51
2015.03.15Poznań Marathon3:08:28

czyli patrząc na kolejne wiosny: 3:59 - 3:38 - 3:25 - 3:15 - (?). Przez ostatnie pół roku od wiosny do jesieni poprawiłem się o 7,5 minuty do 3:08:28, teraz w jedną zimę musiałbym poprawić się więcej - o 8,5 minuty. Ten wredny pesymista przy jednym uchu mówi że każda kolejna urwana minuta w maratonie to coraz większy wysiłek, ale mam też przy drugim uchu optymistę który mówi że w Poznaniu ostatnie 3km to strata 1,5 minuty. Z każdym maratonem ten odcinek gdy odpadam staje się krótszy, było tego nawet i 12km kiedyś, teraz już tylko 3km. Jeżeli uda się wreszcie przebiec stałym tempem to da mi to już te 1,5 z brakujących 8,5 minut. Zostanie 7 minut gdzie już trzeba po prostu to szybciej przebiec. To oznacza wzrost średniego tempa z 4:24/km do upragnionego 4:16/km.
Plan jest więc taki: będę trenował pod 3:00 w maratonie, jeżeli w trakcie realizacji planu okaże się że trochę jeszcze brakuje - to trudno, wystartuję tempem troszkę wolniejszym i będę celował w powiedzmy 3:03, a te upragnione 2:59:59 spróbuję ogarnąć na jesieni.

Żeby łatwiej było mi się zmobilizować potrzebuję planu. Jak zwykle super-planu i jak zwykle muszę regularnie raportować. Postaram się więc co tydzień zamęczać jakąś historyjką o Niderlandach z dodatkiem raportowym z biegowego tygodnia. A sam plan - tym razem padło po raz drugi na Pfizingera. Biegałem na podstawie oryginału przed Frankfurtem w 2014 roku (tutaj plan a tutaj jak poszło). Poszło wtedy bardzo dobrze, więc gdy wyszła w tym roku wersja polska tej książki to zaopatrzyłem się w nią i wybrałem plan 18-to tygodniowy z kilometrażem tygodniowym 88-114km w 6 dniach biegowych. Nie powiem, jest to wyzwanie dla mnie, po raz pierwszy w życiu będzie tam (choć tylko kilka razy w całym planie) zalecenie żeby przebiec się dwa razy tego samego dnia. Nie wiem czy dam radę, jednak mam bardzo ograniczony czas na bieganie - zobaczymy. A plan sobie rozrysowałem już tak:


Jak widać przyszłość rysuje się w kolorowych barwach :)

Na koniec jeszcze kilka zdjęć z tegorocznej edycji maratonu w Rotterdamie (ze strony organizatora) - żeby się już teraz zacząć nastawiać pozytywnie :)






poniedziałek, 7 grudnia 2015

Moja przygoda z Garmin Forerunner 235


Święta coraz bliżej więc trzeba było pomóc Mikołajowi w tym odwiecznym problemie poszukiwania prezentu pod choinkę. W tym roku znowu w okolicach listopada firma Garmin pomaga nam w tym trochę prezentując nowe modele swoich zegarków biegowych. Generalnie wyszły trzy nowe rodzaje:
  • 230 - czyli nowsza wersja 220
  • 235 - czyli 230 z dodanym optycznym czujnikiem tętna
  • 630 - czyli nowsza wersja 620
Krótko można je scharakteryzować je następująco:
230 - zegarek z średniej półki cenowej Garmina (czyli ok. 1070zł) przeznaczony do biegania, okazjonalnie można go użyć do jazdy na rowerze. Najbardziej widoczną zmianą jest dużo większy (o prawie połowę) kolorowy wyświetlacz. Ciekawostki to dodanie powiadomień z telefonu, aplikacji z ConnectIQ (tarcze zegarka, aplikacje), śledzenie aktywności (kroki, monitorowanie snu, kalorie), kontrola muzyki w telefonie, komunikaty głosowe (jeżeli mamy telefon przy sobie) i wsparcie dla GLONASS.
235 - to samo co 230 i jeszcze jedna duża nowość: optyczny czujnik tętna. Cena: 1500zł
620 - to co było w 620 plus to co w 230 i jeszcze: podstawowe funkcje nawigacji (powrót do startu, zapamiętywanie miejsc wg GPS), dynamika biegu (długość kroku, balans czasu kontaktu z podłożem, odchylenie pionowe). Cena: 1700 (bez czujnika tętna) i 1900zł z czujnikiem.

Poanalizowałem to wszystko sobie i wymyśliłem sobie że to czego najbardziej potrzebuję w moim starym dobrym 910xt to:
  1. żeby treningi same wgrywały mi się po zakończonym biegu
  2. automatycznie żeby mi mierzył co jeszcze potrafi: kadencję, tętno
  3. powiadomienia z telefonu
  4. monitor aktywności
To pierwsze  mi bardzo przeszkadzało - z 910xt trzeba mieć gwizdek USB - ant+ (i go nie zgubić!), wtyknąć do komputera, uruchomić go, włączyć aplikację, zgrać treningi - to zabiera nawet 15 minut! Inna opcja to wtyczka - adapter ant+ do telefonu, ale kosztuje takie cuś (Wahoo Ant+ dongle) nawet 250zł i też trzeba ręcznie to wtykać do telefonu, uruchamiać aplikację, zgrywać treningi, wybrać który trening importować do Garmin Connect.
Drugi punkt - fajnie by było mieć więcej danych bez obwieszania się czujnikami.
Trzeci punkt - dobrze jest jak się ma duży telefon nie musieć wyciągać go z kieszeni gdy wibruje i widzieć kto dzwoni, treść smsa który przyszedł czy innego powiadomienia.
Czwarty punkt - to też wygodne gdy widać na telefonie czy zegarku ile zrobiliśmy kroków w ciągu dnia, jak wygląda nasze tętno spoczynkowe czy też nasz sen.

Przeanalizowałem co można na rynku dostać i zaryzykowałem kupno zegarka Garmin Forerunner 235. Początki były bardzo obiecujące. Mnóstwo opcji, niektóre naprawdę super. Wszystko to co wcześniej opisałem się sprawdziło. Czujnik tętna w nadgarstku wygląda na bardzo fajny pomysł: co prawda nowe rozwiązanie własne Garmina a nie jak w 225 od Mio, ale recenzja DC Rainmakera była obiecująca. Po założeniu na rękę zegarek sam sprawdza aktualne tętno i potrafi to robić cały czas (podświetlając skórę i wykrywając przepływ krwi w naczyniach pod skórą). Monitoruje więc nas nawet podczas snu i potem pokazuje naszą aktywność w nocy. 
Zegarek można sparować z telefonem i pokazuje wszystkie powiadomienia (i wibruje), nawet kto dzwoni - nie trzeba sięgać do kieszeni, naprawdę super sprawa. Gdy chcemy pobiegać - naciskamy guzik i za kilka sekund satelity są znalezione i możemy biec (przy podłączeniu do aplikacji Garmin Express zegarek zgrywa ustawienie satelit na 7 dni w przód i wtedy znajduje je bardzo szybko). Po zakończonym biegu od razu trening wgrywany jest na sieć (Garmin Connect, jak go podłączymy to też na innych portalach, np. endomondo). Potem zaś możemy przeglądać nowe rekordy którymi zegarek będzie nas dopingował do dalszej pracy:


Tutaj u góry po lewej widzimy że zegarek wykrył po jednym z moich biegów z nim nowy pułap tlenowy. Nie od razu oczywiście wykryje nasz aktualny pułap tlenowy - dopiero po jakimś czasie, gdy zrobimy trochę ciężkich treningów. U góry po prawej widać coś nowego: proponowany czas odpoczynku przed kolejnym ciężkim treningiem. Nie znaczy to że prze 45 godzin miałbym leżeć brzuchem do góry - spokojne bieganie jak najbardziej może wcześniej być. Na dole zaś widać monitor aktywności - pokazuje ilość kroków w ciągu dnia, ile procent z założonego celu już zrobiliśmy (cel się ustala dynamicznie - zaczynamy od 10.000 a potem się ustawia chyba na średnią z kilku dni). Oprócz tego widzimy też ilość spalonych kalorii. Dokładność tego jest oczywiście dyskusyjna.

Bardzo fajnym gadżetem jest ciągły pomiar tętna i pokazywane tętno spoczynkowe, najniższe i najwyższe z ostatnich czterech godzin i wykres tego tętna pod aktualną godziną na tarczy głównej zegarka. 


Z takim pozytywnym nastawieniem zabrałem się za bieganie. Szybko zegarek złapał satelity, ja się wybrałem na bieganie z dwoma zegarkami - na lewym nadgarstku 235 a na prawym 910xt z czujnikiem tętna na piersi. Przebiegłem około 10km, 235-tka sama pięknie wgrała trening na sieć a z 910 ja wgrałem ręcznie. Wyniki były takie:








Różnica dystansu 6% jest w granicach błędu, choć duża. Tętno i tętno maksymalne też całkiem nieźle - różnica o jedno uderzenie na minutę to żadna różnica. Wykres tempa w 235 bardzo wygładzony, za to tętno jak by bardziej szarpane. Zwróćcie uwagę jednak na wykres tętna - szczególnie na początek. Nałożyłem oba na siebie tutaj:


Czerwony: 235, morski: 910xt. Niby całkiem dobrze 235 odgaduje tętno przez prawie cały bieg, poza... pierwszymi czterema minutami. To był jak widać bieg spokojny i jednostajny, czemu aż cztery minuty 235-tka nie wiedziała co się dzieje? Zegarek był dość ciasno zamocowany i tylko na początku wariował. Postanowiłem więc wziąć oba zegarki na sesję interwałów. Żeby zbadać różne przypadki zrobiłem piramidkę: 200-400-600-800-1000-800-600-400-200 metrów z przerwami od 200 do 400 metrów, z tempem interwałowym dla mnie czyli w okolicach 3:45/km. Pobiegałem po naszym stadioniku w Nowej Iwicznej gdzie pętla po zewnętrznym torze ma troszkę ponad 200m. Wyszło to tak:


Najpierw 910xt - wszystko zgodnie z przewidywaniami: tętno najpierw raczej niskie (ale szarpane - to źle), w trakcie interwałów rośnie szybko i utrzymuje się wysokie, przy odpoczynku spada. Widać bardzo dobrą korelację tempo-tętno, widać też piło-kształtny wykres tempa - bardzo ładnie odpowiadający interwałom - ich długości i tempie. 
A teraz spójrzmy na wykresy przy 235. Po pierwsze: znowu na początku tętno przez pierwszych 5,5 minuty jest "od czapy". Po drugie w trakcie jednego z interwałów pokazana została wartość 203 (!), a po trzecie i najważniejsze: wykres tętna nijak nie przystaje do mojej prędkości. Nie widać w ogóle korelacji, dla przykładu w trakcie odpoczynku po najdłuższym interwale tętno przez prawie 1,5 minuty jest bardzo wysokie, tak jak podczas interwału. Przez pierwsze cztery interwały w ogóle nie widać żeby wzrosło, cały czas skacze bez widocznego sensu. 
Najlepiej oddającą statystyką to co się działo na tym treningu jest kadencja. Ta ładnie pokazuje gdzie był interwały a gdzie rozruch, odpoczynki i schłodzenie. 
Na koniec równie ważna statystyka: tempo chwilowe. Podczas biegu je obserwowałem na obu zegarkach bo to dla mnie bardzo ważne - nigdy nie miałem takiego wyczucia tempa żeby biegać interwały w ten sposób. Ostatnio muszę przyznać że jest z tym coraz lepiej, ale przyzwyczajenia zostają - patrzę więc na zegarek dość często i koryguję swoje tempo. Tutaj z 235 byłem jak dziecko we mgle - tempo chwilowe słabo oddawało (a często WCALE nie oddawało tego co się działo - czyli co ja czułem że biegnę i co pokazywał 910xt). Widać to też na wykresie - wygładzonym już i obrobionym, ale i tak błędy pozostały. Trzeci i czwarty interwał mają narastające tempo a tak nie było - co widać po kadencji i po wykresie z 910xt (i ja sam to pamiętam z biegu).
Ostatnie porównanie - tabele z podsumowań temp odcinków potwierdzają jeszcze jedną rzecz: że średnie tempo tych odcinków też jest kompletnie "od czapy": 

Najpierw 910xt:

Teraz 235:

Różnica w dystansie: 10,80-10,44=360 metrów to tylko 3,5%, ale jak widać w podziale na odcinki dało to ogromne różnice np. 3:27/km a 3:45/km przy odcinku długości 600m. Oczywiście lewy nadgarstek robi troszkę mniejsze kółka przy bieganiu po bieżni, ale nie aż takie. Widoczne to było też dla mnie podczas biegu - tempo chwilowe było zupełnie nieprawdziwe.


Reasumując: 235 to może i będzie super zegarek, ale najpierw należy poprawić następujące rzeczy:
  • bardzo zły odczyt tętna o ile zmienia się ono w trakcie biegu
  • bardzo zły odczyt tempa chwilowego (duża inercja, złe wartości) - znowu o ile się ono zmienia
  • dużo za krótki czas działania - 2,5 dnia a wg zapewnień producenta do 9 dni
Widać na forach garmina że to nie są moje tylko spostrzeżenia - wiele osób to raportuje. Garmin to widzi i pracuje nad nowym oprogramowaniem (beta 3.13 jest już dostępna, ja testowałem na 3.10 czyli obecnie aktualnym).

Podsumowując raz jeszcze: jeżeli szukacie zegarka do biegania rekreacyjnego (czyli głównie równym tempem) i nie skupiacie się bardzo na aktualnym tempie, to ten zegarek jest naprawdę świetny. Te wszystkie rzeczy o których pisałem są bardzo przydatne i podczas biegu i na co dzień (powiadomienia, monitorowanie aktywności i snu, sterowanie muzyką w telefonie z zegarka). Jednak jeżeli tak jak ja ważne są dwa was te cyferki które zegarek podczas biegu pokazuje to szczerze odradzam. Niech Garmin najpierw poprawi to czego nie przetestował porządnie przed wypuszczeniem zegarka na rynek. Podobnie nie polecam 630 ponieważ podejrzewam że to ten sam sprzęt w środku i problemy z tempem będą na razie bardzo podobne. Chociaż kusiły mnie dodatkowe parametry biegowe w nim dostępne. 

A co ja zrobiłem? Korzystając z tego że mogłem odstąpić od umowy zawartej zdalnie (czyli przez allegro, zresztą z 10 ratami 10x bez żadnych kosztów) po prostu dopłaciłem te 340zł i wymieniłem tą 235-tkę na 920xt. W ten sposób nasza biegająca rodzina ma wreszcie dwa porządne zegarki (910 i 920) i nie będą nam się wreszcie treningi mieszały i zgrywały na raz na jedno konto :)

ADs