piątek, 17 czerwca 2016

Półmaraton Helsinki


Żeby nie podtrzymywać nie za dobrych tradycji, tym razem relacja trochę szybciej :) W sobotę pobiegłem półmaraton w Helsinkach. Najpierw parę słów o mieście - nie za duże, prawdę mówiąc nie jest też bardzo-bardzo ładne. Rozbudowane chyba gdzieś koło przełomu XIX/XX wieku (dopiero na początku XIX wieku zostało stolicą). Właściwie to Finlandia jako niepodległe państwo zaistniała dopiero po pierwszej wojnie światowej. Wcześniej była zwykle pod panowaniem szwedzkim a od początku XIX wieku rosyjskim. Generalnie to tak turystycznie nie myślę żeby był to najciekawszy kierunek. W lato jest dość fajna pogoda, podejrzewam że w zimę musi to być strasznie zimno. Poza tym od morza ciągle wieje a pogoda jest nieprzewidywalna. Bardzo szybko ze słonecznej kąpieli możemy się znaleźć w środku deszczu - nawet podczas tego pobytu dwa razy tak się stało. Kurtka jest konieczna bo inaczej człowieka przewieje, z drugiej strony w słońcu w tej kurtce robi się za gorąco :)

Wracajmy jednak do biegania. A więc doleciałem w piątek wieczorem do Helsinek ze stałym kompanem biegowym Zbyszkiem (pozdrawiam).  Bieg miał być w sobotę i to wcześnie rano - o 8:45. Czas lokalny w Finlandii jest przesunięty względem nas o godzinę do przodu, więc dla nas to była godzina 7:45. W dodatku przylecieliśmy dość późno (w piątek po pracy wylot z Warszawy, dojazd z lotniska) i co najgorsze - musieliśmy być dużo wcześniej żeby odebrać pakiety. Jak się to wszystko posumuje to wychodzi że nie spałem za długo...
No nic, rano szybko coś przekąsić małego i lekkiego, potem w ciuchy jeszcze nie-startowe, skoro tyle czasu przed startem jeszcze było to można było się tam przebrać. Doszliśmy te około 3 kilometry na start i odebraliśmy pakiety. Potem przebranie, krótka rozgrzewka i w sektory startowe. Co mnie zdziwiło to że stanąłem w połowie między zającami na 1:25 i 1:30 i byłem strasznie blisko startu. Potem w wynikach okazało się że różnica między czasem netto i brutto była poniżej 8 sekund. Muszę też wspomnieć o największym zdziwieniu: wydawało się że jest dużo więcej kobiet niż mężczyzn na starcie. Sprawdziłem z ciekawości w wynikach potem: 1.242 kobiet i 1.136 mężczyzn! W trakcie pobytu widziałem trochę osób które biegały rekreacyjnie po mieście i tam różnica była jeszcze większa - prawie nie widziałem biegających Finów, za to Finki często.

Na starcie jeszcze chwilę porozmawialiśmy z rodakiem z Gdańska (znowu pozdrawiam) i za chwilę byliśmy gotowi. Plan był prosty: biec po 4:08 i złamać 1:27:00!






Profil trasy nie był idealny do bicia rekordów. Trasa biegła naokoło Helsinek, przy morzu więc była płaska, ale tylko w 2/3 długości. Potem przecinała półwysep na którym są Helsinki żeby zamknąć kółko i niestety musiała przejść przez cztery wzniesienia. Największe było 30 metrów powyżej startu (18-ty km) i jeszcze trzy pomniejsze z podbiegami rzędu 10-15 metrów w pionie.


Na co tu by jeszcze ponarzekać... ;) wiatr! Wiało jak to nad brzegiem morza - całkiem mocno. W dodatku było bardzo słonecznie, mimo że Helsinki to północna Europa to jednak słońce przygrzewało na tyle że oprócz picia wody wylewałem sobie trochę na czerep. Natomiast w porządku była jedna rzecz: temperatura. Nie było chłodno, raczej ciepło, ale nie na tyle żeby przeszkadzało to w bieganiu. Strzelam że było około 16 stopni (no tylko że to słońce... jak się dało to chowałem się w cieniu podczas biegu).


Na samym biegu jak zwykle spróbowałem podzielić półmaraton na trzy części: najpierw dbać żeby nie biec za szybko, potem spokojnie tym tempem część środkowa no i końcówka - na ile dyspozycja dnia pozwoli. Wybiegliśmy więc, na ulicach kibiców nie za wiele, turystów za to trochę a my biegliśmy kółko wokół miasta. Widoki przy morzu mi się bardzo podobały, chociaż trudno było je podziwiać biegnąc tak szybko. Zagadać do towarzyszy niedoli też nie ma jak - tempo nie było konwersacyjne :) W tej części peletonu w której byłem biegaczy było oczywiście niewielu, nie dało się zbijać w grupki żeby trochę przed wiatrem się osłonić. Niby w ogóle były na biegu w większości kobiety, to moim tempem biegło ich niewiele.


Półmaratony biega mi się bardzo dobrze - tempo jest trudne oczywiście, ale nie jest tak trudne jak przy dyszce ani nie mam problemów w końcówce typu ściana w maratonie. Wyliczyłem sobie że chciałbym pobiec na 1:27 czyli że muszę trzymać 4:08/km i tyle próbowałem biec. Początek oczywiście troszkę za szybko, ale szybko zwolniłem i pierwszy kilometr wyszedł w 4:04. Na początku trzymałem to tempo bez wielkich problemów i co ciekawe nikt mnie nie wyprzedzał a ja dość szybko zacząłem wyprzedzać innych. To strasznie pomaga - nie przyspieszałem i tempa kilometrów wychodziły równo, a mimo to zacząłem szybko wyprzedzać kolejnych biegaczy. W sumie też i biegaczki, na mecie było ich przede mną już tylko 6. Ogólnie w rankingu widzę że na 10km byłem 62 a na mecie 56 :)


Biegło się bardzo fajnie, końcówka to oczywiście walka, cały czas te górki pod koniec biegu miałem z tyłu głowy i zmęczenie było tak duże że nie dałem rady już w końcówce obliczać ile mam zysku czy straty do 1:27 na mecie. Wiedziałem że strata jest, ale dałem z siebie tyle ile mogłem i ostatni pełny kilometr przebiegłem poniżej 4 minut! A już finisz - ostatnie 200 metrów to poniżej 3:30/km!
Na mecie medal - bardzo praktyczny - można nim otwierać butelki :) woda i czekanie na kolegę. A przede wszystkim wielka radość - świetnie mi ten bieg wyszedł! Cieszy wynik 1:27:03, cieszy to że wytrzymałem tempo do końca, mimo podbiegów w końcowej części i to że były siły na finisz.


Wykres tętna też bardzo podbudowuje - mniej więcej równo, trochę rośnie w miarę czasu, oczywiście jest wyższe na podbiegach, ale nie ma osłabnięcia i spadku tętna (tak jest zwykle jak człowiek nie wytrzyma tempa i zwalnia). W sumie - naprawdę fajnie wyszło, nic tylko cieszyć się na taki start przygotowań do maratonu!



sobota, 11 czerwca 2016

Biegnij Warszawo Nocą


Już dokładnie tydzień zapóźnienia więc szybciutko nadrabiam. W sobotę tydzień temu Biegnij Warszawo miało edycję kolekcjonerską - czyli dodatkowy bieg z okazji 100-lecia klubu piłkarskiego Legia. Kibic klubowy ze mnie żaden, ale chciałem się sprawdzić na 10km i złamać te 39 minut więc impreza mi bardzo pasowała. W dodatku była wieczorem i na miejscu w Warszawie, więc nie kolidowała z życiem rodzinnym - typowy "nołbrejner" jak to mówią Anglicy.

Zwykle przeszkadza mi najbardziej temperatura - ostatnio pogoda było pod tym względem straszna, dlatego start wieczorem bardzo mi się spodobał. Wyglądało więc że będzie dobrze. Spojrzałem na trasę - no jest ta Agrykola, ale potem wyglądało płasko.

Podjechałem jak to ja - na ostatnią chwilę :) ale rozgrzewka była - nawet trochę ponad 2km i byłem gotowy. Plan był pobiec równo. Wystartowałem trochę za szybko, znowu.. miało być średnio 3:54/km przecież, a tutaj wyszedł pierwszy kilometr 3:51 i to dzięki temu że się zreflektowałem w drugiej połówce tego kilometra. Potem wiadomo - Agrykola, tempo musiało siąść i było 4:08 - to bardzo dobrze, tak miało być a nawet było lepiej niż myślałem. Potem Plac Trzech Krzyży i Aleje Ujazdowskie - 3:54, czyli było idealnie. W prawo w Jerozolimskie i dwa kilometry prosto. Najszybszy 3:51 i w sam raz 3:54 (podaję czasy wg endo). Potem wzdłuż Stadionu Narodowego na północ - trudno, ale idzie jakoś: 3:53.Siódmy kilometr to agrafka przed mostem Świętokrzyskim. I tutaj porażka - wypadły mi z ręki kluczyki do samochodu (pewnie strata z dwóch sekund bo zatrzymać się, schylić i podnieść). No ale też i tempo siadło bo zmęczenie już było za duże :( i wyszło 4:04. Potem most - i czas taki jak poprzednio. Przedostatni kilometr - najgorzej chyba bo czas taki jak na kilometrze z Agrykolą... (!). Ogarnąłem się na finisz - coś koło 3:48, ale w tym zbieg do mety na Łazienkowskiej.

W sumie wyszło 39:36 (czas oficjalny, na endo jest więcej). Ani dobrze, ani źle - do życiówki brakło 16 sekund, a do planu: aż 36 sekund... z drugiej strony nie ma powodu do płaczu - to bardzo dobry wynik. Jak bym miał następnym razem coś poprawić, to będą to typowe rzeczy: jeszcze bardziej pilnować tempa na starcie, więcej spać (!) i mocniej przycisnąć w końcówce - tu już chyba tylko trening psychiki pomoże :)



67/6215

czwartek, 2 czerwca 2016

Kierunek: Warszawa

 
Najwyższy czas odkryć co będziemy biegać na jesieni. W tym roku wyjątkowo - biegamy po Warszawie! A dlaczego to zostawię tą wiadomość na razie dla siebie, ale powód jest ważny :) ! No więc wiemy już że Warszawa, to będzie pierwszy raz gdy pobiegnę maraton w tym samym miejscu po raz drugi (no, nie licząc Lęborka, ale tam biegałem "z marszu" z racji tego że to miasto rodzinne).
Plany są światłe - chciałbym te 3 godziny wreszcie połamać, chociaż nie czuję tego jeszcze. Jak można biec 4:16/km przez 3 godziny?!?! No nic, nie od razu lotnisko w Radomiu zbudowano. Więc spróbuję teraz w sobotę pobiec odpowiednio szybko dychę na Biegnij Warszawo Nocą, a za tydzień kolejny test na początek planu tereningowego, czyli półmaraton w Helsinkach. Oba biegi mam nadzieję pójdą mi dobrze - pierwszy startuje po 21 a drugi jest na dalekiej północy, czyli spodziewam się chłodu :) no a  upały są oczywiście głównym powodem moich ostatnich słabszych wyników, nie? No chociaż połówkę w tym roku całkiem całkiem poprawiłem..
Wracając do planu - to tym razem stary dobry wujek Daniels! Najbardziej mi się spodobało jego podejście do treningu i chyba najlepsze wyniki miałem przy jego podejściu. Z jednej strony zaleca dużo biegać, z drugiej strony nie żyłuje maksymalnie tempa treningowego (chyba?) więc nie będę za mocno reyzykował kontuzji.
Plan wziąłem z nowego wydania - dla maksymalnie 100km tygodniowo (czyli średnio chyba około 80km tygodniowo wyjdzie). W każdym tygodniu dwa akcenty: pierwszy w niedzielę a drugi około środy, w pozostałe dni albo spokojnie albo odpoczynek. Zapewne 5 dni w tygodniu średnio będę biegał, czasami może 6 wyjdzie.
Dodaję od siebie troszkę brzuszków i pompek (ale mało - 3 razy w tygodniu każde ćwiczenie, tylko 20 powtórzeń). Mógłbym robić i po 5 serii, ale potem się zniechęcam więc wolę zacząć od tylu, najwyżej dodam więcej w miarę woli i czasu.
No i do tego dojdzie pewnie rower którym dojeżdżam czasami do pracy i bardzo ważna rzecz - wysypianie się.
Ostatnia rzecz mi się przypomniała - koniecznie co tydzień relacja na blogu, muszę więc nadrobić bo w tej chwili już 1,5 tygodnia biegania za mną (idzie w porządku!) :)
No to zaczynamy!

czwartek, 26 maja 2016

Wings For Life - komu nóżkę, komu skrzydełko


Ha! I tu Was mam, wszyscy już dawno zapomnieli o Wings For Life a tu nagle relacja z mojej strony :) Przynajmniej wybijam się z tłumu relacji ;)
O czym jest ten bieg to już sobię daruję, na pewno wiecie, a jak nie to tutaj szczegóły: www.wingsforlifeworldrun.com. Krótko mówiąc - bieg charytatywny w którym startujemy wszyscy razem na całym świecie (w Polsce o 13:00 w Australii bardzo późno a w Kalifornii strasznie wcześnie) i biegniemy przed siebie. Po pół godzinie rusza samochód który nas goni. Kogo złapie ten zakończył bieg, a samochód co chwilę przyspiesza. Prędkość samochodu tak dobrano żeby dogonić nawet największych ultrasów (po niewyobrażalnych 80km) a nas, maluczkich to dużo szybciej.



Formuła biegu najpierw do mnie nie przemówiła (w pierwszej edycji dostałem zaproszenie), w dodatku kolidował z Biegiem Konstytucji i trzeba na niego dojechać do Poznania. W tym roku jednak sam się zdecydowałem i zapisałem. Chciałem przebiec dystans w okolicach maratonu żeby się zrewanżować za nieudany Rotterdam. W sumie było to dość możliwe, bo prędkość samochodu pościgowego jest tak dobrana że aby przebiec ten dystans "wystarczyłoby" tempo 4:28/km. Ciekawa jest ta formuła, bo generalnie wymagane są takie tempa jeżeli chcemy przebiec ilość kilometrów:
  • 15km: 6:00/km
  • 20km: 5:24/km
  • 25km: 5:04/km
  • 30km: 4:52/km
  • 35km: 4:41/km
  • 40km: 4:31/km
 itd.
W sumie tempo 4:28/km to tempo z mojego poznańskiego maratonu z Wyzwaniem Runner's World. Wystarczyłoby pobiec tempem na życiówkę z przed pół roku, a przecież całą zimę trenowałem.

Jednak w tym roku to pogoda rozdała karty. Było tak gorąco, że po dojeździe całą rodzinką do Poznania moje trzy dziewczyny nie dały rady wysiedzieć na Malcie. Samochód pokazywał 29 stopni, chmur nie pamiętam - trzeba było się schować. Schowały się więc dziewczyny w centrum handlowym i zaliczyły kino a ja w tym czasie próbowałem szybko pobiec. Jak to się skończyło można się łatwo domyśleć. Nie dostosowałem tempa do temperatury, w dodatku bieg był moim daniem ciągle pod górkę (endomondo też tak twierdzi), wystarczyło więc pary w nogach na 15km tylko :( Od 20-tego km była to już walka a właściwie reanimacja nieboszczyka ;) i samochód dogonił mnie bardzo szybko bo już przy znaczniku 29-go kilometra. Na pocieszenie dodam że warunki były trudne - wszyscy koledzy pobiegli poniżej planu, porównując wynika z przed roku to mimo że pobiegło tym razem prawie 2x więcej ludzi to wyników w stylu "maraton albo dłużej" było dużo mniej.


Warto dodać parę słów o samym biegu i organizacji. Naprawdę bardzo spodobała mi się ta formuła biegu - bardzo bym chciał i za rok tu pobiec. Ciekawe jest to że niby troszkę szybciej wystarczy biec aby dużo dalej zabiec. Cała zabawa w tym że trudno jest utrzymać to troszkę szybsze tempo przez znacznie dłuższy dystans! I to mnie tu urzekło. Poza tym organizacja biegu mimo pokaźnej liczby uczestników była bardzo dobra - gratulacje dla organizatorów. Bieg jest ciekawy, większość osób zostaje dogoniona w pierwszych 10,15 kilometrach a wtedy jeszcze biegnie się po Poznaniu. Potem jest trudniej z powrotem na start gdzie czeka medal (no i oczywiście rodzina :) ). Tutaj łyżka dziegciu - autobusy które zbierały ciała biegaczy ;) z trasy (jechały za samochodem-metą) wiozły nas niepotrzebnie dalej zamiast wrócić. Mimo że na dystansie maratonu na trasie zostało o ile pamiętam z wyników kilkanaście osób to ochrona twierdziła że jest jeszcze 300 osób na trasie i muszą jechać za nimi tymi autobusami. No ale około 40km w końcu nas przepakowali do autobusów które wracały.


Teraz ciekawostka - to jedyny bieg gdzie im szybciej biegniesz tym później jesteś na mecie. To co zwykle gwarantuje że jesteś na mecie pierwszy, nie ma tłoku, dostajesz na pewno wszystko na mecie (medal, izo itp) tutaj działa na Twoją niekorzyść :) jesteś ostatni na mecie! Ale oczywiście nie było z tym żadnego problemu, wszystko na mecie było zapewnione i niczego dla mnie nie zabrakło.

Reasumując - polecam ten bieg i jak tylko się da, to do zobaczenia za rok w Poznaniu! Zapisywać się już można :)




niedziela, 15 maja 2016

Ekiden 2016


W tym roku w Ekidenie pobiegła drużyna mojej firmy, gdzie już ponad osiem lat się zadomowiłem. W sumie to miałem nie biec, ale zostałem wciągnięty z listy rezerwowej i wyszło że dzień przed Wings For Life (relacja już za chwilkę) musiałem pobiec 5km w Parku Szczęśliwickim. Tam właśnie odbywał się w tym roku Ekiden. Imprezę organizuje oczywiście ten sam zespół co maraton i półmaraton warszawski, z Markiem Troniną na czele. Z nowości z tego roku - wprowadzono również i w tej imprezie bieganie charytatywne (powiązane ze zbieraniem pieniędzy na cele dobroczynne).

Pogoda dopisywała raczej kibicom niż biegaczom - słonko pięknie przygrzewało, na szczęście bieg był w parku, więc częściowo pod drzewami. W środku parku były namioty z biurem, depozytem i kilkoma stoiskami i oczywiście strefa zmian. Biegaliśmy po dość małej pętli - tylko 2,5km więc można było naprawdę często dopingować mijających nas członków sztafety. Zasady były takie jak co roku: 6 osób biegnie w jednej drużynie, razem przebiegają dystans maratonu w podziale na: 7,195km, 10km, 10km, 5km, 5km, 5km. Z racji tak krótkiej pętli już po pierwszej zmianie trudno było się zorientować kto kogo goni :) Na szczęście impreza była podzielona na cztery tury: dwie w sobotę i dwie w niedzielę dzięki czemu nie było tłoku w parkowych alejkach.

Nasza drużyna wyruszyła w drugiej turze, czyli po południu w sobotę. Przybyliśmy do parku, jakoś się znaleźliśmy i o 14:00 ruszyła

Pierwsza zmiana - Andrzej


Wystawiliśmy najlepszego zawodnika na początku żeby było do czego równać w górę :) Andrzej ruszył z kopyta i pokonał ten dystans w 29:46 co daje średnią 4:08/km i estymowany czas na mecie 2:54:34 (!) Ja sobie myślałem że skończmy tak realnie w 3,5 godziny - złamanie 3 godzin w sztafecie to naprawdę trudne zadanie (trzeba mieć naprawdę dobrą i równą drużynę). Andrzej dał z siebie wszystko co było widać na mecie, w dodatku miał najgorszą pogodę bo w tym czasie nie było w ogóle chmur i słońce mocno grzało. Zmiana poszła gładko i już zaczęła się

Druga zmiana - Maciek




Zaczęły się najdłuższe zmiany - 10km. Maciek nie był w najwyższej formie więc pobiegł spokojniej. Na każdym kółku oczywiście staliśmy przed strefą zmian i zdzieraliśmy gardła co nie pozwalało na odpoczynek :) Troszkę oddechu dało wtedy już słońce - nadal było gorąco, ale pojawiło się troszkę chmur. Po trzecim kółku przeszliśmy już do stref zmian, przygotowaliśmy się do filmowania, dopingowania i robienia zdjęć i po czasie 44:16 od wybiegnięcia (1:14:02 od startu, estymowany czas na mecie 3:01:40) rozpoczyna się

Trzecia zmiana - Tomek



Który również wszedł z rezerwy, bo też następnego dnia miał start. Przebiegł w dobrym nastroju cztery kółka, też za każdym otrzymując od nas porcję dopingu. Po trzech kółkach my znowu do strefy zmian a szczególnie ja, bo teraz miała być moja kolej! Tomek dobiegł swoją dych w 46:23 i wreszcie

Czwarta zmiana - ja



Plan był taki żeby nie przesadzić. W końcu następnego dnia chciałem przebiec około maratonu w Wings For Life. Zaplanowalem sobie że przebiegnę tą piątkę planowanym następnego dnia tempem, czyli 4:22/km. Nastawiłem wirtualnego partnera na 4:20/km (ech garmin 920xt nie pozwala na ustawienie co do sekundy, trzeba zaokrąglić do 5sek/km) i pobiegłem. Więszkość ludzi wyprzedzałem mimo że nie było to tempo maksymalne dla mnie, chyba tylko jedna albo dwie osoby mnie w czasie tych dwóch okrążeń wyprzedziły. Przy każdym z dwóch okrążeń przedefiladowywałem sprintem alejką przy której stali koledzy z drużyny krzycząc "ja tak biegnę cały czas!" :)
Po dobiegnięciu okazało się że piątkę pokonałem w 21:09 czyli tempem 4:14/km - za szybko. Niestety z powodu krótkiej pętli między drzewami zegarek biegowy skracał zmierzony dystans, z tego powodu zaniżał tempo więc patrząc na to przekłamane tempo biegłem w rzeczywistości 4:14/km a zegarek pokazywał te 4:20/km.
Dobra, ale bieg trwa dalej, przekazałem pałeczkę i zaczęła się

Piąta zmiana - Witek


(w niebieskiej koszulce)

Najmłodsza krew naszej drużyny. Niby cicha woda, twierdzi że nic nie biega, ale zdradził się że coś tam biegał w młodzieńczych latach. No i wyszło szydło z worka - pierwsze kółko w 4:22/km! Tempo na tyle zabójcze, że drugie kółko to już 4:44/km - nadal bardzo szybko. Razem 22:29, przekazał pałeczkę na ostatnią zmianę:

Szósta zmiana - Adam


Najważniejsza bo finiszująca, Adam trenował po zimie ostro i udało mu się utrzymać prawie równo tempo na obydwu okrążeniach (razem 22:45). Pokrzyczeliśmy w połowie okrążenia a potem już na metę i tutaj mocne zdziwienie - łączny czas to:

3:06:48

Byliśmy 17-tą drużyną w tej turze i 75-tą licząc wszystkie cztery tury, na 859 wszystkich zespołów. Rewelacyjny wynik, od razu chce się za rok poprawić! Margines na poprawętak na szybko licząc myślę że jest w okolicy 9 minut :)

Dzięki wielkie dla wszystkich kolegów z drużyny - widzimy się za rok!



czwartek, 5 maja 2016

Orlen 10K


Nie może tak być żeby nie było relacji ze startu! A start był - paliwowa dycha w Warszawie gdzie planowałem odkuć się za maraton w Rotterdamie, czyli poprawić swój czas na dychę do powiedzmy 39 minut. Troszkę na wariackich papierach - w sobotę u rodziny w Częstochowie i pierwszy raz kompletna porażka z odbiorem pakietu - ZAPOMNIAŁEM, nie wiem czemu. Ja 200 kilometrów od biura zawodów, do zamknięcia 1,5 godziny i zaczynamy akcję ratunkową. Akcja na facebook'u i udaje się - kolega Blogacz Mateusz jedzie jeszcze wieczorem po pakiet. Niestety trzeba było się nabiegać (tzn. Mateusz musiał) i namęczyć żeby ten pakiet za mnie odebrać. Trochę to podkopało moją bardzo pozytywną doi tego czasu opinię o organizacji orlenowych biegów. Udało się wreszcie (dzięki Mateusz!) i mogłem rano pobiec. Przygotowania były szybkie, poszedłem mimo to dość późno spać. Rano szybko i po cichu żeby dziewczyn nie budzić zebrałem się na bieg. Dojechałem samochodem - nie było problemu z dojazdem, zaparkowałem, rozgrzałem się i stanąłem na linii startu. Akurat za barierkami Heniu Szost i reszta elity - fajnie to jest zrobione.
Trochę czekałem na start - wyjątkowo nie byłem spóźniony jak zwykle. Przygotowałem się na bicie życiówki, czyli plan był żeby zacząć po około 4 min/km a potem po 2-3 km trochę przyspieszyć i skończyć w 39 minut. Ruszamy. Po starcie idzie dobrze: 3:58 pierwszy kilometr, drugi za szybko niestety 3:51, ale w granicach normy. Tętno na drugim ka-emie jak teraz patrzę na endomondo to było już wysokie, ale porównując z życiówkową dychą w Kozienicach to było niższe (!). 
Nagle patrzę - Marcin biegnie :) no ale nie dało się pogadać, przy takim tempie nie da się wypowiedzieć więcej niż jedną sylabę w sposób zrozumiały :)
Lecimy, jest pięknie. Na półmetku 19:47 czyli czas na 39:34, trochę za wolno, ale przecież o to chodzi żeby zacząć wolno, teraz przyspieszamy i będzie super! No tylko że siły nie ma. Utrzymuję tempo mniej więcej, a dokładnie to troszeczkę zwalniam i druga piątka wchodzi w 20:09. 
Było ciężkawo, dużo osób narzekało na wiatr tego dnia. Ja tego tak nie odczuwałem żeby to wiatr był problemem, jednak to prawda że biegnąc chowałem się za innych (ale też i starałem się dawać zmianę) więc wiatr musiał być jednym z czynników. Druga rzecz to jeszcze gorsza dyspozycja po lekkiej chorobie z przed maratonu, dopiero teraz czuję (obym się nie mylił przed Wings For Life które w niedzielę) że całkowicie wyzdrowiałem. Ostatnia rzecz to chyba jednak troszeczkę za mało z siebie dałem. Patrzę na wykres tętna z tego biegu:


i widzę że doszło do 186 a średnio było 179 tylko. W Kozienicach było średnio 181 a doszło do 192!! Czyli mogłem się bardziej postarać.
No nic, mam nadzieję teraz odkuć się w niedzielę - głównie za maraton wiosenny. Jak się uda dobiec do 42,2km w Poznaniu to będę zadowolony, a zupełnie będę kontent jak się uda mieć 3:04 jak planowałem w Rotterdamie gdy będę mijał ten dystans :) !

środa, 13 kwietnia 2016

Maraton Rotterdam



Rotterdam maraton miał być moim uwieńczeniem "przepracowanej" zimy. Nie było planu B, miał być za to dobry wynik. Po jesiennym przebiciu granicy 3:10 (3:08:28 w Poznaniu) liczyłem minimum na 3:04. Udało się załatwić że babcia zaopiekowała się córkami i już w czwartek wieczorem byliśmy w Rotterdamie. Samolot był do Amsterdamu, potem pociąg a ze stacji już na pieszo. Hotel na szczęście był tak blisko stacji, expo i startu i mety że ani razu nie korzystaliśmy z komunikacji miejskiej. Miało to swoje ciemne strony - w piątek zrobiłem wg mojego garmina ponad 20 tysięcy kroków, w sobotę 17 tysięcy. W niedzielę oczywiście około 50 tysięcy, ale to inna historia - zaraz tam dojdziemy.


W piątek więc expo - całkiem fajne, choć nie za duże. Z ciekawych rzeczy: była kolekcja New Balance specjalnie pod ten maraton i naprawdę fajne koszulki i wiatrówki w bardzo pomarańczowych kolorach (jakie to holenderskie). Kupiłbym gdyby nie chcieli 150 euro za wiatrówkę. Kupiłem za to ciekawe plastry (chyba firma re-skin) - zdały egzamin na maratonie! Poza tym żele PowerBar (bo zapomniałem w Polsce kupić - chciałem te nasze firmy Ale - mi bardzo pasują). Trochę się bałem że w sobotę mogą tam być dantejskie sceny bo trochę obiekt za mały moim zdaniem. Podobno były rzeczywiście kolejki, ale nie było tragicznie. 


W sobotę jeszcze trochę zwiedzania - Rotterdam krótko mówiąc jest piękny. Zupełnie inny niż reszta miast w Holandii które widziałem, co wynika z tego że w 1940 został kompletnie zniszczony przez Niemców chcących wymusić kapitulację armii holenderskiej. I w sumie im się udało, ale nie wszystkie samoloty niemieckie dostrzegły sygnały odwołujące atak no i Rotterdam zbombardowały przez co miasto nie ma zabudowy z czasów średniowiecznych. Zostało odbudowane w nowoczesnym stylu który mi się bardzo podoba. Budynki są odważne, ale harmonijnie do siebie pasują.





Pogoda jak widać była maratońska - od 8 do kilkunastu stopni, nawet trochę kropiło. W sobotę udało się spotkać z Bartkiem i odbyć małe pasta party:


Posilony na ciele wybrałem się jeszcze na wieczorne posilenie duszy (nawet w Holandii da się znaleźć działający kościół z sobotnią wieczorną mszą!), zażyłem drugą porcję magnezu w płynie (Olimp Chela-Mag B6 Forte Shot jak by ktoś pytał dlaczego akurat ten - bo ten mi zawsze żona kupuje przed maratonem :) ). Biorę jeden dwa dni i jeden dzień przed maratonem i jest dużo lepiej niż kiedy nie brałem (może to kwestia lepszego wytrenowania też). I poszedłem spać - było wcześnie, maraton zaczynał się o 10:00 a ja miałem na pieszo dosłownie 10 minut spacerkiem z hotelu. Wstałem więc o 7:00 i miałem za sobą około 8 godzin snu - rewelacja! 
Pogoda niestety "się popsuła" - czytaj: było piękne słońce, temperatura już po 9 rano była tak wysoka że w moim typowym stroju startowym było mi cieplutko:


Wc, śniadanie, wc, ubranie, wc, depozyt, wc, normalka w przedmaratoński poranek. Czuję że będzie dobrze - w piątek zrobiłem ostatni trening i dla próby 3km tempem maratońskim około 4:20/km i tętno w okolicach 162 - super niskie! Zwykle biegałem maratony na początku koło 166, końcówka dopiero powyżej 170. 

Dobra, zaczynamy - plan mam opracowany: pierwsza dycha wolniej 4:22/km a potem próbuję do 4:16/km zejść. Na połówce powinno więc być 1:31 i jak się da to utrzymuję to tempo do 32km. Potem zobaczymy jak samopoczucie, jak się da to urywamy po trochu i schodzimy do 3:00 na mecie, jak się nie da to utrzymujemy równe tempo i 3:02 czyli plan maksimum. Planem minimum było 3:04 - powinno się udać.
Ruszamy więc, troszkę tłoczno na początku, nie dopchałem się na początek mojej strefy gdzie ludzie na 3:00 stali, jestem tylko trochę przed balonikami na 3:15, powiedzmy w strefie na 3:10. Kilometry wchodzą dość planowo, nie jest nawet za szybko, pierwsza piątka 21:45. Druga 21:42, razem 43:27 a miało być 43:40, czyli mniej więcej OK. Tylko coś nie dawało mi spokoju już od samego początku - tętno 172 średnie? To 10 więcej, tyle to powinno być na mecie. No dobra, najpierw tłumaczę sobie - to adrenalina na starcie, to się zdarza. Na drugim km to już było dziwne, na trzecim - zacząłem myśleć że jest źle. Troszkę się uspokoiło, zeszło do 169 nawet, ale to nadal dużo za wysoko. No trudno - może wytrzymam, tak sobie myślę. Minęła pierwsza dycha. To teraz co - przyspieszamy, nie? Jednak w okolicach 13km poczułem że jest źle. Zmęczenie na tym etapie? W najgorszym moim dotychczasowym starcie w Wiedniu poczułem że jest źle na 28-ym kilometrze! Przeraziłem się więc na tym 13-tym km bo pamiętałem dobrze cierpienia z Wiednia. Jednak wesoło parłem naprzód. Trzecia piątka 21:32 czyli szybciej, ale nie tak jak miało być. Czwarta piątka 21:58 - najwolniejsza ze wszystkich i tak już miało być z każdą kolejną piątką. Żeby oszczędzić Wam narzekań, były to czasy: 23:43 (ok 4:44/km a to piątka piątka dopiero), 26:05 (5:11/km!), 27:13, 30:17 (6:03/km!!!) i dobiegłem w oszałamiającym czasie - gorszym ponad 20 minut od celu: 3:26:53.

Trasa w Rotterdamie składała się z dwóch pętli - najpierw na południu sporawa (ok. 28km) i potem na północny wschód mniejsza (ok. 14km). Pośrodku był start, meta i możliwość spotkania swojego zespołu dopingującego :) Miałem więc to szczęście że moja dopingująca Żona zobaczyła mnie trzy razy: po starcie, około 28-go kilometra i tuż przed metą. Na tym 28-ym kilometrze wyglądałem tak:






Natomiast nie czułem się wcale tak kolorowo :) Ogólnie cierpiałem bardziej nawet chyba niż w Wiedniu, chciałem zejść z trasy a już na pewno nie chciałem biec. Nie wiem jak dotrwałem do końca, ale muszę się przyznać że kilka razy miałem krótkie odcinki marszu. Kibiców było jednak sporo więc nie dało się iść, za bardzo dopingowali :)
W końcu dobrnąłem jakoś do mety i miałem to za sobą. Pozostaje jedno kluczowe pytanie - skąd taki zupełnie niespodziewany obrót spraw?


Należy się czytelnikom wyjaśnienie. Choćby po to żeby nikt takiej mądrej rzeczy już nie powtórzył. A wyjaśnienie jest tak głupio proste, że aż wstyd się przyznawać: głównym powodem było po prostu nie zadbanie o zdrowie w ostatnim czasie przed maratonem. Miałem dwie pod rząd infekcje - niby nic poważnego, poza jednym dniem nie było nawet temperatury (a to co było to dawno temu i bardzo mała gorączka). Nie było lekarstw, wizyt u lekarza ani zwolnienia. Z objawów to trochę kaszlu i kataru i to tyle. Nawet nie dość żebym przerwał treningi. Biegałem normalnie, trochę sobie nos wydmuchiwałem na treningach jak się zatykał, na kaszel jak trzeba było brałem objawowe leki dostępne bez recepty. Jedno zaleczyłem - już było super, ale na Wielkanocy zaraziłem się znowu u rodziny gdzie byliśmy w gościach. No i tak naprawdę jeszcze w tej chwili ten kaszel i katar tak w 100% nie zniknął. Straszna to była lekcja i bardzo bolesna, nie mam za bardzo jak już w tym sezonie się poprawić bo nie pasuje mi drugi maraton do innych startów, pozostanie już chyba tylko jesień z tego roku jeśli chodzi o maraton...

Widać tętno - od razu 172, potem jak już kompletnie siadłem spadło nawet do 156, ale średnia i tak wyszła wysoka: 166

Międzyczasy (poniżej) i czasy kilometrów (powyżej) mówią same za siebie



Z rzeczy których mnie ten sezon nauczył to trzeba wymienić tak krótko:
  1. zdrowie przed maratonem to rzecz najważniejsza
  2. plan treningowy trzeba przystosować do możliwości a potem go zrealizować (pierwszy raz nie dałem rady - 6x w tygodniu to był zły pomysł)
  3. tętno podczas biegu naprawdę pokazuje jaką masz dyspozycję tego dnia
A co wyszło dobrze?
  1. logistycznie dobrze zaplanowany bieg - blisko i wygodnie na start
  2. dobrze zaplanowane noce - wyspany byłem
  3. kurcze były znikome i to już gdy byłem ponad 3 godziny na trasie - gdyby forma była OK to bym mógł nawet ich nie mieć w ogóle (to chyba dzięki temu ekstra magnezowi)
  4. strój i buty były super - niby to co zawsze, ale zrobiłem poprawki - plastry kupione na expo ochroniły wrażliwe miejsca, moje buty startowe trochę wykastrowałem usuwając element który mi prawą stopę przy sznurówkach masakrował zwykle

Na koniec ważne pytanie: co teraz?!? Oj dużo się dzieje w moim życiu prywatnie i zawodowo, więc nie mam czasu się nudzić, ale jeśli chodzi o plany biegowe to też są świetlane:
  1. Orlen 10km 24.04.2016 - to już za 1,5 tygodnia więc kurowanie się jest teraz najważniejsze
  2. Ekiden 7.05.2016 - jestem w rezerwie naszej firmy, możliwe że pobiegnę 5km, ale jeśli tak to nie na maksa bo już następnego dnia
  3. Wings For Life 8.05.2016 - w Poznaniu chcę pobiec i po cichu liczę że tam się odkuję i przebiegnę dystans maratoński o ile dość szybko będę mecie uciekał
  4. Helsinki Half Marathon 11.06.2016 - jeszcze w Finlandii mnie nie było, zobaczymy jak pójdzie - impreza wygląda na fajną (trasa, miasto)
To teraz szybko do łóżka wygrzać się i wykurować kompletnie!

ADs