wtorek, 26 lipca 2016

Bieg Powstania Warszawskiego 2016


W sobotę pobiegłem już szósty (!) raz w Biegu Powstania Warszawskiego. Poprzednie relacje możecie przeczytać tutaj http://www.leszekbiega.pl/search/label/Bieg%20Powstania%20Warszawskiego . W tym roku jak zwykle łapało mnie za gardło przed biegiem, jakiś taki rozklejający się jestem. Co roku mniej powstańców staje na trybunie honorowej, było ich tym razem już tylko dwóch. Przytłaczający ogrom cierpienia jaki przeszli powoduje że mam wielki szacunek dla tych ludzi, nie wiem czy dałbym radę po przejściach typu "zobaczyć człowieka orzjechanego przez czołg" móc dalej "normalnie" funkcjonować. A ci ludzie nie tylko wrócili do normalnego życia po wojnie, ale jeszcze musieli własnymi rękami odbudowywać nasze miasto. Dobra, krótko było, ale musiałem choć trochę wspomnieć o tym - bo jest to bieg naprawdę wyjątkowy.

Plan był aby atakować rekord życiowy 39:20 z jesieni z Kozienic http://www.leszekbiega.pl/2015/10/kozienice-kontra-warszawa-czyli-nie.html . Miałem po pierwszym kilometrze (który może być przez atmosferę startu trochę szybszy) osiąść w granicach 3:55/km i do ósmego kilometra włącznie tyle biec, no a potem wiadomo - nie oszczędzać się. Jak się da to finisz, jak nie to walka o utrzymanie tempa. Tyle teoria, a jak to w praktyce wyszło.

Start i oczywiście trochę tłoku, ale dzięki startowi z pierwszej strefy (fajnie mieć życiówkę poniżej 40 minut :) ) nie było źle. Już po krótkiej chwili się rozluźniło. Pierwszy km wyszedł więc w 3:45 i na tyle jeszcze trener się zgodził. Natomiast drugi kilometr to Krakowskie Przedmieście - mnóstwo kibiców, jak zwykle turyści a teraz pewnie jeszcze więcej z powodu Światowych Dni Młodzieży i trudno się powstrzymać. Na domiar złego połowa drugiego km'a to ostry zbieg Karową w dół... no i znowu wyszło 3:46. Trzeci kilometr zaczął się jeszcze podczas zbiegu, ale potem w większości już po płaskim - czyli Wisłostrada. No i znowu 3:44! Ogarnąłem się wreszcie i czwarty i piąty kilometr to już prawie przepisowo bo 3:55 i 3:58. Biegło mi się wtedy jeszcze dobrze, wszystko wskazywało na super wynik, bo na półmetku miałem 19:09. Po drodze minąłem kolegę z Klubu Biegowego Maraton Turek - Andrzeja Nowinowskiego (kazał się pozdrowić to pozdrawiam). Tak teraz patrzę że na półmetku miałem lepszy wynik niż mój rekord na 5km! Więc chyba troszkę przegiąłem, z drugiej strony był ten mocny zbieg.

Na półmetku

Pozostało teraz walczyć i utrzymać tempo. Nawet biegnąc po 4:00 dobiegłbym z poprawionym sporo bo 11 sekund rekordem. Najpierw więc tunel Wisłostrady, potem dłuuugo prosto i nie wolno zwalniać. Szósty, siódmy i ósmy kilometr (zwykle najtrudniejszy) weszły dość dobrze: 3:58, 4:03, 4:05. W sumie trochę za wolno, ale w tym momencie jeszcze przy tempie 4:00 na mecie byłoby 39:15 - nadal 5 sekund poprawiony rekord. No a zwykle ostatni kilometr się finiszuje i można tam urwać nawet 10-15 sekund! Więc nawet można było jeszcze myśleć o złamaniu 39 minut. No właśnie, można by myśleć gdyby nie jeden drobny szczegół - jakiś mądrala umiejscowił podbieg na końcówce tego biegu! ;) Straciłem tam co najmniej 15 sekund, ogarnąłem się na górze podbiegu dopiero i wróciłem do odpowiedniego tempa, no a po skręcie w prawo nagle zobaczyłem bardzo blisko metę i naprawdę zacząłem finiszować. Minąłem kilka osób, ale był to już oczywiście łabędzie śpiew i życiówki nie pobiłem. Wynik oficjalny był lepszy niż złapałem sobie sam zegarkiem, wyszło 5 sekund wolniej niż rekord czyli:

39:25

 
No i wreszcie meta! 


Reasumując: nie było tak źle, jestem zadowolony z tego biegu. Kilka rzeczy muszę poprawić, ale po rozmowie z trenerem i analizie podobno ten początek nie był za szybki - trzeba próbować. Było gorąco mimo późnej pory (21:00 start) - to już chyba tradycja tego biegu zresztą. Ten podbieg na końcówce bardzo pokrzyżował plany, porównując moją formę do tej z przed roku to jednak jest postęp - w Kozienicach było płasko, lepsza temperatura i mniejszy tłok. W tych samych warunkach i trasie rekord na pewno byłby poprawiony.


Dobra, to teraz ciężki okres przygotowań - za miesiąc Półmaraton Praski a za dwa miesiące hit sezonu czyli Maraton Warszawski! :)





sobota, 23 lipca 2016

Ciepła woda w kranie


Tak by można było określić ostatnie tygodnie. Żadnych kontuzji, żadnych startów - tylko bieganie i idzie całkiem dobrze! Warto napisać parę słów - jak wygląda bieganie według planu przygotowywanego przez kogoś innego niż ja sam. Prawie zawsze (z wyjątkiem Wyzwania Runners World) biegam według planu, który sam sobie wybieram. Napisać "układam" byłoby nadużyciem - trener ze mnie jak z koziej ten-tego trąba. No ale czytam trochę mądrych książek, a potem stosuję na sobie plany biegowe z tych książek. W razie potrzeby sam sobie modyfikuję, zamieniam itd. Teraz jest inaczej - plan układa mi i przysyła trener - Grzegorz Gajdus - więc jak chcę coś zmienić to najpierw to konsultuję. Na szczęście staram się i na razie mi wychodzi nie zmieniać prawie nic.

Na razie trener stwierdził że muszę poprawić szybkość bo mam mieć jej zapas żeby móc zrobić postęp w maratonie na jesieni. Dlatego biegam mniej tygodniowo, za to szybciej. Rytmy, przebieżki, siła biegowa no i coś nowego dla mnie - siłownia.



Dzisiaj wieczorem Bieg Powstania Warszawskiego - celto pobicie życiówki 39:20 z ostatniej jesieni. Trochę popsułem ostatnie trzy dni, mam nadzieję że to nie przeszkodzi w dobrym wyniku. Pojechałem rowerem do pracy w środę, przez co byłem zmęczony i nie zrobiłem 10 rytmów po 200m. Po konsultacjach zrobiłem je w piątek rano (5 sztuk tylko), ale za dużo w sumie przebiegłem - bo było to po drodze do pracy i wyszło 10km razem, nawet teraz czuję jeszcze lekkie zmęczenie. Mimo to myślę że będzie dobrze. Boję się tylko tego że trasa BPW w tym roku ma jeden podbieg: na samym końcu :-O ! No ale trzeba szukać plusów nie minusów, będzie dobrze!! :)


środa, 6 lipca 2016

Rewolucja: Grzegorz Gajdus moim trenerem


Trochę już nie pisałem, wszystko - jak zwykle - przez tą pracę, co zajmowała mi ostatnio strasznie dużo czasu. Na szczęście z pracą jestem już ogarnięty, a nawet lepiej: jestem właśnie na urlopie! Dzięki temu mogę nadrobić zaległości z raportowania moich postępów na drodze do Maratonu Warszawskiego w 2016 roku. Tak się złożyło że znalazłem na sieci konkurs portalu Pokonam Granice http://pokonamgranice.pl/ Konkurs miał nagrodę główną: opiekę Grzegorza Gajdusa - tak krótko jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, to nasz zawodnik - lekkoatleta, obecnie posiadacz drugiego w historii polskiego maratonu wyniku: 2:09:23 który był w latach 2003-2012 najlepszym polskim wynikiem. Pomysł na taką opiekę trenerską przebił moje własne plany trenowania z wujkiem Danielsem i zgłosiłem się do konkursu. Trzeba było w kilku zdaniach uzasadnić dlaczego chce się wziąć udział w przygotowaniach do jesiennego maratonu z Grzegorzem Gajdusem i poczekać na decyzję. Nie spodziewałem się za wiele, więc skleciłem na szybko kilka zdań i czekałem na wynik. A napisałem coś takiego:

Zdążyć z trójką przed trzecim.

W tym roku w marcu skończyła się era trójek w moim życiu (czterdzieści lat minęło), ale w końcu października zacznie się nowa era trójek: powinna przybyć nam trzecia pociecha. Żeby to uczcić postanowiłem rozprawić się z jeszcze jedną trójką, czyli przebiec maraton poniżej trzech godzin.
Cel realny bo biegam już od 5 lat i powoli doszedłem do 3:08 ostatniej jesieni.
Od początku listopada spodziewam się biegania, ale w większości pomiędzy szkołą, ewentualnie przedszkolem i kołyską :) no cóż, na szczęście są wózki biegowe dla dzieci – już zacząłem się za nimi rozglądać!


Jak widać odkryłem tutaj po raz pierwszy moje karty - dlaczego w tym roku główny start jesieni nie jest połączeniem turystyczno-maratońskiego hobby, tylko będzie kilkanaście kilometrów od domu. A więc powód jest dość prozaiczny, ale za to bardzo radosny: po prostu w październiku moje stadko córek powiększy się do rozmiaru trzech :D ! Dlatego nie będę podróżował, tylko na miesiąc przed terminem pobiegnę na własnym podwórku, żeby było bezpiecznie.

Nie spodziewałem się za wiele, jak zwykle po konkursach a tu niespodzianka: telefon że jestem w pierwszej trójce i dodatkowe kilka pytań, a potem za dzień czy dwa kolejny że wygrałem konkurs!!! Potem już kontakt bezpośrednio do mojego nowego trenera i mam opiekę na 15 tygodni do maratonu. 15 tygodni bo trwa w tej chwili już trzeci tydzień moich treningów. Uzyskałem zgodę żeby opisywać je, więc postaram się co tydzień albo dwa opisać w paru słowach co robię i dlaczego.






Chyba jeszcze należy się krótki opis skąd ten konkurs i jaki jest jego cel. Oczywiście chodzi o akcję promocyjną oferty firmy Pokonam Granice. Oferują oni opiekę trenerską różnych trenerów. Są różne pakiety, opieka może zawierać nie tylko trenera biegania, ale też dietetyka, opiekę przygotowania mentalnego - razem są więc 3 poziomy a umowa jest na 30 lub 120 dni. Po szczegóły odsyłam na stronę www.pokonamgranice.pl  a ja przetestuję ten pakiet na sobie i zobaczymy - ile w Warszawie urwę z mojej obecnej życiówki maratońskiej :)

piątek, 17 czerwca 2016

Półmaraton Helsinki


Żeby nie podtrzymywać nie za dobrych tradycji, tym razem relacja trochę szybciej :) W sobotę pobiegłem półmaraton w Helsinkach. Najpierw parę słów o mieście - nie za duże, prawdę mówiąc nie jest też bardzo-bardzo ładne. Rozbudowane chyba gdzieś koło przełomu XIX/XX wieku (dopiero na początku XIX wieku zostało stolicą). Właściwie to Finlandia jako niepodległe państwo zaistniała dopiero po pierwszej wojnie światowej. Wcześniej była zwykle pod panowaniem szwedzkim a od początku XIX wieku rosyjskim. Generalnie to tak turystycznie nie myślę żeby był to najciekawszy kierunek. W lato jest dość fajna pogoda, podejrzewam że w zimę musi to być strasznie zimno. Poza tym od morza ciągle wieje a pogoda jest nieprzewidywalna. Bardzo szybko ze słonecznej kąpieli możemy się znaleźć w środku deszczu - nawet podczas tego pobytu dwa razy tak się stało. Kurtka jest konieczna bo inaczej człowieka przewieje, z drugiej strony w słońcu w tej kurtce robi się za gorąco :)

Wracajmy jednak do biegania. A więc doleciałem w piątek wieczorem do Helsinek ze stałym kompanem biegowym Zbyszkiem (pozdrawiam).  Bieg miał być w sobotę i to wcześnie rano - o 8:45. Czas lokalny w Finlandii jest przesunięty względem nas o godzinę do przodu, więc dla nas to była godzina 7:45. W dodatku przylecieliśmy dość późno (w piątek po pracy wylot z Warszawy, dojazd z lotniska) i co najgorsze - musieliśmy być dużo wcześniej żeby odebrać pakiety. Jak się to wszystko posumuje to wychodzi że nie spałem za długo...
No nic, rano szybko coś przekąsić małego i lekkiego, potem w ciuchy jeszcze nie-startowe, skoro tyle czasu przed startem jeszcze było to można było się tam przebrać. Doszliśmy te około 3 kilometry na start i odebraliśmy pakiety. Potem przebranie, krótka rozgrzewka i w sektory startowe. Co mnie zdziwiło to że stanąłem w połowie między zającami na 1:25 i 1:30 i byłem strasznie blisko startu. Potem w wynikach okazało się że różnica między czasem netto i brutto była poniżej 8 sekund. Muszę też wspomnieć o największym zdziwieniu: wydawało się że jest dużo więcej kobiet niż mężczyzn na starcie. Sprawdziłem z ciekawości w wynikach potem: 1.242 kobiet i 1.136 mężczyzn! W trakcie pobytu widziałem trochę osób które biegały rekreacyjnie po mieście i tam różnica była jeszcze większa - prawie nie widziałem biegających Finów, za to Finki często.

Na starcie jeszcze chwilę porozmawialiśmy z rodakiem z Gdańska (znowu pozdrawiam) i za chwilę byliśmy gotowi. Plan był prosty: biec po 4:08 i złamać 1:27:00!






Profil trasy nie był idealny do bicia rekordów. Trasa biegła naokoło Helsinek, przy morzu więc była płaska, ale tylko w 2/3 długości. Potem przecinała półwysep na którym są Helsinki żeby zamknąć kółko i niestety musiała przejść przez cztery wzniesienia. Największe było 30 metrów powyżej startu (18-ty km) i jeszcze trzy pomniejsze z podbiegami rzędu 10-15 metrów w pionie.


Na co tu by jeszcze ponarzekać... ;) wiatr! Wiało jak to nad brzegiem morza - całkiem mocno. W dodatku było bardzo słonecznie, mimo że Helsinki to północna Europa to jednak słońce przygrzewało na tyle że oprócz picia wody wylewałem sobie trochę na czerep. Natomiast w porządku była jedna rzecz: temperatura. Nie było chłodno, raczej ciepło, ale nie na tyle żeby przeszkadzało to w bieganiu. Strzelam że było około 16 stopni (no tylko że to słońce... jak się dało to chowałem się w cieniu podczas biegu).


Na samym biegu jak zwykle spróbowałem podzielić półmaraton na trzy części: najpierw dbać żeby nie biec za szybko, potem spokojnie tym tempem część środkowa no i końcówka - na ile dyspozycja dnia pozwoli. Wybiegliśmy więc, na ulicach kibiców nie za wiele, turystów za to trochę a my biegliśmy kółko wokół miasta. Widoki przy morzu mi się bardzo podobały, chociaż trudno było je podziwiać biegnąc tak szybko. Zagadać do towarzyszy niedoli też nie ma jak - tempo nie było konwersacyjne :) W tej części peletonu w której byłem biegaczy było oczywiście niewielu, nie dało się zbijać w grupki żeby trochę przed wiatrem się osłonić. Niby w ogóle były na biegu w większości kobiety, to moim tempem biegło ich niewiele.


Półmaratony biega mi się bardzo dobrze - tempo jest trudne oczywiście, ale nie jest tak trudne jak przy dyszce ani nie mam problemów w końcówce typu ściana w maratonie. Wyliczyłem sobie że chciałbym pobiec na 1:27 czyli że muszę trzymać 4:08/km i tyle próbowałem biec. Początek oczywiście troszkę za szybko, ale szybko zwolniłem i pierwszy kilometr wyszedł w 4:04. Na początku trzymałem to tempo bez wielkich problemów i co ciekawe nikt mnie nie wyprzedzał a ja dość szybko zacząłem wyprzedzać innych. To strasznie pomaga - nie przyspieszałem i tempa kilometrów wychodziły równo, a mimo to zacząłem szybko wyprzedzać kolejnych biegaczy. W sumie też i biegaczki, na mecie było ich przede mną już tylko 6. Ogólnie w rankingu widzę że na 10km byłem 62 a na mecie 56 :)


Biegło się bardzo fajnie, końcówka to oczywiście walka, cały czas te górki pod koniec biegu miałem z tyłu głowy i zmęczenie było tak duże że nie dałem rady już w końcówce obliczać ile mam zysku czy straty do 1:27 na mecie. Wiedziałem że strata jest, ale dałem z siebie tyle ile mogłem i ostatni pełny kilometr przebiegłem poniżej 4 minut! A już finisz - ostatnie 200 metrów to poniżej 3:30/km!
Na mecie medal - bardzo praktyczny - można nim otwierać butelki :) woda i czekanie na kolegę. A przede wszystkim wielka radość - świetnie mi ten bieg wyszedł! Cieszy wynik 1:27:03, cieszy to że wytrzymałem tempo do końca, mimo podbiegów w końcowej części i to że były siły na finisz.


Wykres tętna też bardzo podbudowuje - mniej więcej równo, trochę rośnie w miarę czasu, oczywiście jest wyższe na podbiegach, ale nie ma osłabnięcia i spadku tętna (tak jest zwykle jak człowiek nie wytrzyma tempa i zwalnia). W sumie - naprawdę fajnie wyszło, nic tylko cieszyć się na taki start przygotowań do maratonu!



sobota, 11 czerwca 2016

Biegnij Warszawo Nocą


Już dokładnie tydzień zapóźnienia więc szybciutko nadrabiam. W sobotę tydzień temu Biegnij Warszawo miało edycję kolekcjonerską - czyli dodatkowy bieg z okazji 100-lecia klubu piłkarskiego Legia. Kibic klubowy ze mnie żaden, ale chciałem się sprawdzić na 10km i złamać te 39 minut więc impreza mi bardzo pasowała. W dodatku była wieczorem i na miejscu w Warszawie, więc nie kolidowała z życiem rodzinnym - typowy "nołbrejner" jak to mówią Anglicy.

Zwykle przeszkadza mi najbardziej temperatura - ostatnio pogoda było pod tym względem straszna, dlatego start wieczorem bardzo mi się spodobał. Wyglądało więc że będzie dobrze. Spojrzałem na trasę - no jest ta Agrykola, ale potem wyglądało płasko.

Podjechałem jak to ja - na ostatnią chwilę :) ale rozgrzewka była - nawet trochę ponad 2km i byłem gotowy. Plan był pobiec równo. Wystartowałem trochę za szybko, znowu.. miało być średnio 3:54/km przecież, a tutaj wyszedł pierwszy kilometr 3:51 i to dzięki temu że się zreflektowałem w drugiej połówce tego kilometra. Potem wiadomo - Agrykola, tempo musiało siąść i było 4:08 - to bardzo dobrze, tak miało być a nawet było lepiej niż myślałem. Potem Plac Trzech Krzyży i Aleje Ujazdowskie - 3:54, czyli było idealnie. W prawo w Jerozolimskie i dwa kilometry prosto. Najszybszy 3:51 i w sam raz 3:54 (podaję czasy wg endo). Potem wzdłuż Stadionu Narodowego na północ - trudno, ale idzie jakoś: 3:53.Siódmy kilometr to agrafka przed mostem Świętokrzyskim. I tutaj porażka - wypadły mi z ręki kluczyki do samochodu (pewnie strata z dwóch sekund bo zatrzymać się, schylić i podnieść). No ale też i tempo siadło bo zmęczenie już było za duże :( i wyszło 4:04. Potem most - i czas taki jak poprzednio. Przedostatni kilometr - najgorzej chyba bo czas taki jak na kilometrze z Agrykolą... (!). Ogarnąłem się na finisz - coś koło 3:48, ale w tym zbieg do mety na Łazienkowskiej.

W sumie wyszło 39:36 (czas oficjalny, na endo jest więcej). Ani dobrze, ani źle - do życiówki brakło 16 sekund, a do planu: aż 36 sekund... z drugiej strony nie ma powodu do płaczu - to bardzo dobry wynik. Jak bym miał następnym razem coś poprawić, to będą to typowe rzeczy: jeszcze bardziej pilnować tempa na starcie, więcej spać (!) i mocniej przycisnąć w końcówce - tu już chyba tylko trening psychiki pomoże :)



67/6215

czwartek, 2 czerwca 2016

Kierunek: Warszawa

 
Najwyższy czas odkryć co będziemy biegać na jesieni. W tym roku wyjątkowo - biegamy po Warszawie! A dlaczego to zostawię tą wiadomość na razie dla siebie, ale powód jest ważny :) ! No więc wiemy już że Warszawa, to będzie pierwszy raz gdy pobiegnę maraton w tym samym miejscu po raz drugi (no, nie licząc Lęborka, ale tam biegałem "z marszu" z racji tego że to miasto rodzinne).
Plany są światłe - chciałbym te 3 godziny wreszcie połamać, chociaż nie czuję tego jeszcze. Jak można biec 4:16/km przez 3 godziny?!?! No nic, nie od razu lotnisko w Radomiu zbudowano. Więc spróbuję teraz w sobotę pobiec odpowiednio szybko dychę na Biegnij Warszawo Nocą, a za tydzień kolejny test na początek planu tereningowego, czyli półmaraton w Helsinkach. Oba biegi mam nadzieję pójdą mi dobrze - pierwszy startuje po 21 a drugi jest na dalekiej północy, czyli spodziewam się chłodu :) no a  upały są oczywiście głównym powodem moich ostatnich słabszych wyników, nie? No chociaż połówkę w tym roku całkiem całkiem poprawiłem..
Wracając do planu - to tym razem stary dobry wujek Daniels! Najbardziej mi się spodobało jego podejście do treningu i chyba najlepsze wyniki miałem przy jego podejściu. Z jednej strony zaleca dużo biegać, z drugiej strony nie żyłuje maksymalnie tempa treningowego (chyba?) więc nie będę za mocno reyzykował kontuzji.
Plan wziąłem z nowego wydania - dla maksymalnie 100km tygodniowo (czyli średnio chyba około 80km tygodniowo wyjdzie). W każdym tygodniu dwa akcenty: pierwszy w niedzielę a drugi około środy, w pozostałe dni albo spokojnie albo odpoczynek. Zapewne 5 dni w tygodniu średnio będę biegał, czasami może 6 wyjdzie.
Dodaję od siebie troszkę brzuszków i pompek (ale mało - 3 razy w tygodniu każde ćwiczenie, tylko 20 powtórzeń). Mógłbym robić i po 5 serii, ale potem się zniechęcam więc wolę zacząć od tylu, najwyżej dodam więcej w miarę woli i czasu.
No i do tego dojdzie pewnie rower którym dojeżdżam czasami do pracy i bardzo ważna rzecz - wysypianie się.
Ostatnia rzecz mi się przypomniała - koniecznie co tydzień relacja na blogu, muszę więc nadrobić bo w tej chwili już 1,5 tygodnia biegania za mną (idzie w porządku!) :)
No to zaczynamy!

czwartek, 26 maja 2016

Wings For Life - komu nóżkę, komu skrzydełko


Ha! I tu Was mam, wszyscy już dawno zapomnieli o Wings For Life a tu nagle relacja z mojej strony :) Przynajmniej wybijam się z tłumu relacji ;)
O czym jest ten bieg to już sobię daruję, na pewno wiecie, a jak nie to tutaj szczegóły: www.wingsforlifeworldrun.com. Krótko mówiąc - bieg charytatywny w którym startujemy wszyscy razem na całym świecie (w Polsce o 13:00 w Australii bardzo późno a w Kalifornii strasznie wcześnie) i biegniemy przed siebie. Po pół godzinie rusza samochód który nas goni. Kogo złapie ten zakończył bieg, a samochód co chwilę przyspiesza. Prędkość samochodu tak dobrano żeby dogonić nawet największych ultrasów (po niewyobrażalnych 80km) a nas, maluczkich to dużo szybciej.



Formuła biegu najpierw do mnie nie przemówiła (w pierwszej edycji dostałem zaproszenie), w dodatku kolidował z Biegiem Konstytucji i trzeba na niego dojechać do Poznania. W tym roku jednak sam się zdecydowałem i zapisałem. Chciałem przebiec dystans w okolicach maratonu żeby się zrewanżować za nieudany Rotterdam. W sumie było to dość możliwe, bo prędkość samochodu pościgowego jest tak dobrana że aby przebiec ten dystans "wystarczyłoby" tempo 4:28/km. Ciekawa jest ta formuła, bo generalnie wymagane są takie tempa jeżeli chcemy przebiec ilość kilometrów:
  • 15km: 6:00/km
  • 20km: 5:24/km
  • 25km: 5:04/km
  • 30km: 4:52/km
  • 35km: 4:41/km
  • 40km: 4:31/km
 itd.
W sumie tempo 4:28/km to tempo z mojego poznańskiego maratonu z Wyzwaniem Runner's World. Wystarczyłoby pobiec tempem na życiówkę z przed pół roku, a przecież całą zimę trenowałem.

Jednak w tym roku to pogoda rozdała karty. Było tak gorąco, że po dojeździe całą rodzinką do Poznania moje trzy dziewczyny nie dały rady wysiedzieć na Malcie. Samochód pokazywał 29 stopni, chmur nie pamiętam - trzeba było się schować. Schowały się więc dziewczyny w centrum handlowym i zaliczyły kino a ja w tym czasie próbowałem szybko pobiec. Jak to się skończyło można się łatwo domyśleć. Nie dostosowałem tempa do temperatury, w dodatku bieg był moim daniem ciągle pod górkę (endomondo też tak twierdzi), wystarczyło więc pary w nogach na 15km tylko :( Od 20-tego km była to już walka a właściwie reanimacja nieboszczyka ;) i samochód dogonił mnie bardzo szybko bo już przy znaczniku 29-go kilometra. Na pocieszenie dodam że warunki były trudne - wszyscy koledzy pobiegli poniżej planu, porównując wynika z przed roku to mimo że pobiegło tym razem prawie 2x więcej ludzi to wyników w stylu "maraton albo dłużej" było dużo mniej.


Warto dodać parę słów o samym biegu i organizacji. Naprawdę bardzo spodobała mi się ta formuła biegu - bardzo bym chciał i za rok tu pobiec. Ciekawe jest to że niby troszkę szybciej wystarczy biec aby dużo dalej zabiec. Cała zabawa w tym że trudno jest utrzymać to troszkę szybsze tempo przez znacznie dłuższy dystans! I to mnie tu urzekło. Poza tym organizacja biegu mimo pokaźnej liczby uczestników była bardzo dobra - gratulacje dla organizatorów. Bieg jest ciekawy, większość osób zostaje dogoniona w pierwszych 10,15 kilometrach a wtedy jeszcze biegnie się po Poznaniu. Potem jest trudniej z powrotem na start gdzie czeka medal (no i oczywiście rodzina :) ). Tutaj łyżka dziegciu - autobusy które zbierały ciała biegaczy ;) z trasy (jechały za samochodem-metą) wiozły nas niepotrzebnie dalej zamiast wrócić. Mimo że na dystansie maratonu na trasie zostało o ile pamiętam z wyników kilkanaście osób to ochrona twierdziła że jest jeszcze 300 osób na trasie i muszą jechać za nimi tymi autobusami. No ale około 40km w końcu nas przepakowali do autobusów które wracały.


Teraz ciekawostka - to jedyny bieg gdzie im szybciej biegniesz tym później jesteś na mecie. To co zwykle gwarantuje że jesteś na mecie pierwszy, nie ma tłoku, dostajesz na pewno wszystko na mecie (medal, izo itp) tutaj działa na Twoją niekorzyść :) jesteś ostatni na mecie! Ale oczywiście nie było z tym żadnego problemu, wszystko na mecie było zapewnione i niczego dla mnie nie zabrakło.

Reasumując - polecam ten bieg i jak tylko się da, to do zobaczenia za rok w Poznaniu! Zapisywać się już można :)




ADs