wtorek, 22 kwietnia 2014

Plany na sezon


Trochę czasu upłynęło od kiedy pisałem o jakichś planach treningowych czy tym jak mi idzie bieganie. Więc wypadałoby się podzielić co sobie zaplanowałem na ten rok. Jak pewnie wiecie frekwencja się nam zrobiła taka na imprezach biegowych że trzeba planować swoje najważniejsze biegi na pół roku w przód a czasami i z większym wyprzedzeniem! Trochę więc sam a trochę z pomocą Żonki mam ten sezon już zaplanowany. A będzie to tak, lista startów na które jestem zdecydowany:
3. maja: Półmaraton Grudziądz
11. maja: Ekiden Warszawa
25. maja: Rock'n'Roll Liverpool Halfmarathon
22. czerwca: Maraton Lębork
26. października: BMW Frankfurt Marathon
Do tego dochodzą też biegi które bardzo chciałbym pobiec: Bieg Powstania Warszawskiego, Minimaraton Lesznowola i Bieg Niepodległości. A jak będzie czas, zdrowie i ochota to pojawię się też na biegach:Półmaraton Tarczyn, Warsaw Track Cup, Piaseczyńska Piątka i Biegu Ursynowa.

Jak widać średnio raz w miesiącu pobiegnę (8 biegów na 8 miesięcy) a jak się uda też te dodatkowe to wyjdzie ich 1,5 na miesiąc (12 biegów). Na te już zaplanowane biegi mam już ustawione jakieś cele:
Grudziądz - plan minimum to poprawa życiówki z Tarczyna 1:31:44, maksimum to 1:29:59.
Ekiden - startuję z Blogaczami, chyba pobiegnę 10km, w takim przypadku plan minimum to poprawa życiówki 41:22, maksimum to 39:59
Liverpool - zależnie od wyniku z Grudziądza. Jeżeli będę czuł że mogę się poprawić to plan będzie jak w Grudziądzu. Natomiast jeśli już w mieście Bronka Malinowskiego dam z siebie wszystko, to w Liverpool'u pobiegnę rozrywkowo, jak każe charakter biegu :)
Lębork - start kontrolny, ma na celu pokazanie mi na ile będzie mnie stać w najważniejszym starcie pozostałego sezonu czyli Frankfurcie. Postaram się pobiec bardzo mocno.
Frankfurt - zwieńczenie sezonu. Moje marzenia zahaczają o 3:15 czyli 10 minut szybciej niż mój rekord. Plan jak do tego dojść już mam, ale wrzucę go za dwa miesiące choć już teraz zacznę go realizować.

Druga rzecz jaką widać, to że bieganie mi się nie nudzi. Nie czuję potrzeby zmieniania obiektu zainteresowań: triathlon mną nie zachwycił (chociaż ma potencjał - jak by wyrzucić pływanie i rower to byłaby naprawdę fajna zabawa), bieganie po górach wygląda bardzo interesująco, no ale szkoda mi paznokci (chociaż kto wie, może za rok?). Bieganie sprawia mi cały czas frajdę, a że dozuję je sobie ostrożnie (dwa plany maratońskie na rok, starty średnio 1,5 razy na miesiąc) to i zabawa się nie nudzi.

Tymczasem biegam sobie według chwilowego planu. Pod Orlen gdzie chciałem najpierw bić rekord na 10km i teraz pod Grudziądz plan jest mniej więcej taki: 4 biegi na tydzień, jedne interwały, jedna tempówka, jeden bieg spokojny i jeden długi. Do tego staram się dwa razy w tygodniu dojeżdżać do pracy rowerem po 21km w jedną stronę, co daje ok. 85 przejeżdżanych kilometrów. Te treningi są różne, generalnie wzięte z planu FIRST dla planu półmaratońskiego. Pochwalę się ostatnim, który był najcięższy. Planowo 25km tempem półmaratońskim +19sek/km. Wyszło idealnie (moje obecne tempo półmaratońskie to 4:20/km):


A jak mnie wysyłają służbowo za granicę, to i tam biegam - tutaj akurat przykład (to zbieg okoliczności z moimi planami) gdy rano zrobiłem przebieżkę tuż przy granicy Frankfurtu, gdzie za 6 miesięcy i 4 dni mam zamiar biec maraton :)




niedziela, 13 kwietnia 2014

Orlen Warsaw 10km


 Piękny dzień na bieg był dzisiaj. Skorzystaliśmy więc z pomocy rodzinnej żeby pobiec też rodzinnie. Córki zostały z babcią a my wybraliśmy się we dwoje ze szwagrem na start Orlen Warsaw Marathon - na bieg na 10 kilometrów. Ponad rok temu gdy zapowiedziano po raz pierwszy ten "orlen" byłem sceptyczny. Po co w Warszawie aż dwa maratony w roku? Nie byłem przekonany czy po pierwsze da się zrobić dobry bieg tak od zera a po drugie czy będzie dość chętnych?

Po drugiej już edycji muszę szczerze przyznać że obawy były przesadzone. Okazało się że Orlen wyłożył naprawdę duże pieniądze (wystarczy spojrzeć na kwoty nagród pieniężnych, zaproszonych biegaczy co się przekłada na uzyskane wyniki i na rozmach miasteczka biegacza i oferowanych pakietów porównując do kwoty wpisowego). Po drugie chyba znaleźli firmy które im pomogły w organizacji tak dużych imprez, bo mimo małych ciężkich do uniknięcia wpadek to moim zdaniem organizacja była na wysokim poziomie.

Dla mnie było to unikalne doświadczenie - biegłem jako wsparcie dla mojej kochanej Żonki, więc startowaliśmy z chyba połowy stawki. Ustawiliśmy się grzecznie w strefie startowej zgodnie z naszymi przewidywaniami. Co ciekawe w strefach startowych nie było tłoku. Przeszliśmy do naszej strefy przez kilka innych i dało się przez nie iść do tej właściwej.

Start był super - przeszliśmy do prawej żeby pokibicować maratończykom - obie nasze grupy mijały się na starcie w przeciwnych kierunkach. Najpierw przejechały samochody, potem elita. Jak oni biegną! I pomyśleć że oni tym tempem będą biec przez ponad 42km! Potem biegli wszyscy inni maratończycy - profesor Kołodko na przykład (nasz sąsiad w sensie z tej samej wsi) i kilka innych osób poznaliśmy. Poprzybijalimy im piątki, było bardzo fajnie, jeden z maratończyków pocieszał nas że damy radę (zamiast my jego) :)

Na trasie było trochę zamieszania z miejscem startu - start ostry był oddalony od bramy startu honorowego który sugerował że tam jest start. Poza tym jak zwykle przy tak dużych biegach zaraz po starcie było tłoczno, ale dla nas nie było to bardzo problematyczne. Pierwsze kilometr wyszedł trochę wolniej, jednak my nie ścigaliśmy się z czasem. Z powodu jej kontuzji, która mamy nadzieję już się kończy, nie biegliśmy na żaden czas. 

Trasa była dość ciekawa. Miejscami za wąska niestety dla takiej rzeszy biegaczy, ale nie było tak źle. Dobre było to że tylko raz podbiegliśmy pod Skarpę Wiślaną. Po starcie spod Stadionu Narodowego przebiegliśmy mostem Świętokrzyskim, potem wzdłuż Wisły na północ. Wtedy bł najważniejszy moment - podbieg Konwiktorską. Do tego momentu biegliśmy spokojnie, żeby nie stracić sił. PO podbiegu był najciekawszy fragment trasy: Bonifraterska, Miodowa i Krakowskie Przedmieście. Fajne tak biec Starówką - to ładna część miasta, a kibice z palmami nas dopingowali. Potem zakręt w prawo, super zbieg Tamką gdzie moja małżonka osiągnęła jakieś podświetlne prędkości a słonko zaczęło już konkretnie przygrzewać. Zakręciliśmy za mostem Świętokrzyskim w prawo, dokoła stadionu i już było widać metę. Tylko jakoś dziwnie daleko :) Wpadliśmy razem trzymając się za ręce na metę!

Udało się to co było najważniejsze - dobiec w dobrym zdrowiu mimo prawie miesięcznej przerwy w bieganiu z powodu kontuzji Żonki. Mam nadzieję że to już się skończyło - dzisiaj wyglądało że było już dobrze. Wynik był prawie jej rekordem życiowym mimo takiego okresu bez biegania. Wielkie gratulacje dla mojej (już od prawie 15 lat) drugiej połówki.

Potem jeszcze staliśmy przy mecie i dopingowaliśmy elitę mężczyzn i kobiet. Gratulacje dla Henia - dał radę! Trzecie miejsce i chyba najlepszy w historii wynik Polaka w Polsce w maratonie. No i wielkie gratulacje dla Iwony Lewandowskiej - jeszcze bardziej chyba "dała radę" zajmując drugie miejsce. Bardzo ciekawa była walka o trzecie miejsce - Białorusinka Damatsevich wyprzedziła na ostatniej prostej Etiopkę Adilo która chyba po prostu się zapomniała. Z trochę znanych jeszcze wymienię Aleksandra Celińskiego (40-te miejsce, 2:38). A nasz profesor Kołodko dobiegł w 4:45, jak spotkam go w porannym pociągu do centrum to pogratuluję :)

Czy ten napis w tle to jakieś proroctwo (kierunek 42,195km) ? :)

Ze szwagrem który też dzisiaj biegł - zrobiliśmy inwazję silną grupą

P.S. Wszyscy mieliśmy numer 15 tysięcy z groszami. Przy losowaniu Smarta gdyby wylosowali numer o 7 mniejszy to wracalibyśmy tym Smartem do domu :) !

czwartek, 10 kwietnia 2014

Warszawa, Grudziądz, Liverpool


Co mogą mieć wspólnego te trzy miasta? W każdym z nich pobiegnę w ciągu kilku następnych tygodni! Plan jest więc taki:

13.04.2014 Orlen Warsaw Marathon: 10km 
Już w niedzielę zrobię sobie przebieżkę po Warszawie. Oczywiście nie wystartuję w maratonie - nie biegam ich tak często. Pobiegnę więc dychę - jednak na 99% nie będzie to ściganie się z rekordami a bieg rodzinny.

Gdy w majówkę odbywa się bieg którego trasa jest kilkaset metrów obok domu gdzie mieszka prababcia i pradziadek moich córek to chyba nie ma innego wyjścia jak wziąć w nim udział? To będzie bieg imienia naszego najlepszego (do dzisiaj i w dodatku niezagrożonego) biegacza na 3000m z przeszkodami. Zaraz po starcie przebiegniemy przez Wisłę mostem jego imienia - Bronisława Malinowskiego. Mostem na którym zginął młodo w wypadku samochodowym. To będzie dobra okazja do poprawienia swojego rekordu w półmaratonie. Jak się nie uda to może za trzy tygodnie?

Nigdy bym sam nie wpadł na taki pomysł, ale to wina Zbyszka z którym biegłem w Rzymie i potem w Warszawie połówkę. Bardzo lubię biegać za granicą ale robię to tylko raz albo dwa razy do roku i jest to zawsze maraton. Dałem się jednak namówić na ten wyjazd i będę mógł się pochwalić startem w tym rozrywkowym biegu.

Od poniedziałku będę musiał coś wymyśleć odnośnie jak biegać pod te biegi. Przez ostatnie dwa tygodnie pobiegałem sobie wg ostatnich dwóch tygodni planu Danielsa przygotowującego do biegu na 10km (w razie gdybym na Orlenie jednak biegł na wynik). Z dobrych wieści: tempa wyliczone na podstawie rekordu czyli 41:22 na 10km nie były dla mnie bardzo ciężkie, nawet trochę szybciej je biegałem. Treningi więc wyglądały tak, że zrobiłem po 4 biegi tygodniowo, 3 były specjalistyczne (typu 4x1600m @4:16/km 6x200m rytmy @3:40/km, wychodziły szybciej niż ten plan) a czwartym będzie sam bieg na 10km.

Przy okazji połamania nóg wszystkim niedzielnym maratończykom! Warszawa, Roterdam, Londym i Wiedeń - powodzenia!!!

środa, 2 kwietnia 2014

9. Półmaraton Warszawski


Wymyśliłem sobie że poczekam parę dni i jak już kurz opadnie i wszystkie relacje: rekordzistów, treningowo biegnących, zająców i innych z ponad 11 tysięcy biegaczy zostaną przeczytane i się znudzą to ja przyatakuję :)

Pomysł na ten bieg był karkołomny i prawdę mówiąc najpierw nie chciałem w ogóle startować. Tydzień po maratonie przecież nie można dobrze pobiec połówki! Tak wszędzie piszą i trąbią, no ale pokusa wystartowanie w warszawskiej połówce była za duża. Podpytałem znajomych i dowiedziałem się że można popróbować. W końcu każdy jest inny i niektórzy szybciej się regenerują a inni wolniej. Podbudowany przykładami osób które tydzień po maratonie pobiegły bardzo dobrze połówkę zdecydowałem się że jednak pobiegnę. Dodatkowo zostałem zaproszony do pobiegnięcia w warszawskiej połówce przez organizatorów - decyzja więc mogła być tylko jedna! Zdecydowałem że biegnę a nawet więcej: że biegnę na maksa i próbuję złamać 1:30.

Start w Warszawie powinienem zacząć opisywać od maratonu w Rzymie. Kto przeczytał relację ten wie że lało niemiłosiernie, szczególnie tuż przed i zaraz po biegu. To było początkiem tego co się stało w niedzielę tydzień później. A więc gdy tak stałem po maratonie z bolącymi nogami, przemoczony kompletnie od stóp do głów zrobiłem to co każdy normalny człowiek by zrobił: zdjąłem to wszystko z siebie, przebrałem się w suche rzeczy i kryjąc się pod folią atermiczną przed ulewą pobiegłem szukać żonki która miała duży parasol. Problem w tym że zdjąłem wszystko co było mokre czyli także opaski kompresyjne z ud i łydek co wydłużyło moją regenerację. W poniedziałek i wtorek czułem jeszcze bardzo mocno uda, mimo to wieczorem we wtorek wyszedłem na 35 minut truchtu. Oj nie pamiętam kiedy ostatni raz miałem tempo średnie 5:58/km, biegło się strasznie (zawsze tak mam po maratonie), ale następnego dnia było za to już o niebo lepiej. Wyglądało na to że będzie dobrze w niedzielę!
Niestety uda nadal bolały - niewiele, ale bolały, np. przy wchodzeniu po schodach. W czwartek rano przed pracą zrobiłem 13km w tym 6x1km planowanym tempem półmaratonu: 4:16/km. To pewnie było za mocne, w dodatku w sobotę rano zrobiłem spokojne 8km.

W niedzielę rano umówiłem się z kolegą dla którego odebrałem pakiet startowy (pozdrowienia dla Zbyszka) na stacji Warszawa Stadion. Pakiet oczywiście odebrałem na EXPO - w piątek tuż po otwarciu czyli po 12 w południe. Muszę przyznać że w porównaniu do poprzednich lat ta impreza się cały czas poprawia organizacyjnie. Od początku byłem jej wielkim fanem co widać po wszystkich moich relacjach, ale teraz naprawdę już mamy imprezę zasługującą na bycie w pierwszej dziesiątce europejskich półmaratonów. EXPO nie było ogromne ale moim zdaniem całkiem całkiem jak na półmaraton. Odebrałem pakiety, sprawdziłem czipy, zakupiłem sobie żel z kofeiną na stoisku ERGO i wróciłem szybko do pracy.

W dniu biegu - wiadomo: piękna pogoda (troszeczkę za ciepło jak dla biegaczy ale za to kibice mieli fajniej). Super atmosfera, ogrom biegaczy. Ja podjechałem kolejką, już na stacji w Nowej Iwicznej widać było na peronie wiele osób w strojach sportowych, na każdej stacji dosiadali się kolejni towarzysze niedoli ;) A na stacji Stadion... rzesza biegaczy! Udało mi się przekazać pakiet Zbyszkowi, dzięki temu mam zdjęcie z biegu widoczne u góry i poszedłem na start. Po drodze przywitałem się ze znajomymi po drodze (różnymi więc nie wymieniam bo jak kogoś zapomnę to wstyd będzie). Rozgrzewka była niestety nie za dobra: za krótka i zbyt spokojna: zrobiłem około 5 minut truchtu z kilkoma przebieżkami.

Na starcie niestety stanąłem za daleko. To znaczy według tabliczek z czasami to dobrze - przy 1:30 ale baloniki z tym czasem to mi tylko majaczyły z przodu - nie wiem czemu tam zające stanęły. Przy mnie nie za daleko za to były te na 1:35 (na szczęście za mną). Nerwowe momenty, świetna atmosfera przedstartowe, jeszcze tylko Sen o Warszawie i ruszamy! Tłok przy takiej ilości biegaczy musi być, ale szczerze mówiąc bardzo szybko zrobiło się na tyle luźno że nie było problemów z utrzymaniem założonego tempa. Tutaj więc jak widać wychodzi drugi mój błąd: równe tempo zamiast biegnięcia coraz szybciej, muszę o tym następnym razem pamiętać. Szczególnie jest to ważne gdy jest trochę za ciepło - przegrzanie się na początku pogarsza ostateczny wynik, lepiej gonić na maksa w samej końcówce. Ruszyliśmy na ładną trasę - od razu przez samo centrum i wśród wielu kibiców. Biegło mi się super, tempo było prawie tak jak powinno być - drobne straty nie były problemem. Co 5km była woda - dużo moim zdaniem traciłem na tych punktach cennych sekund. Zbieg na Wisłostradę nie pozwolił mi niestety tego nadrobić - dziwne, miałem wrażenie że biegnę tam szybko. Na Wisłostradzie było też dobrze, chociaż już za gorąco zaczynało być. Wtedy w okolicach 8km tempo zaczęło być gorsze (tylko troszkę) a przy 10km tempo siadło. Po prostu nie miałem sił mimo zaaplikowania sobie żelu z kofeiną. Byłem na to przygotowany - biegłem przecież trochę eksperymentalnie i jeżeli tak by mi mój organizm zastrajkował to nie miałem na celu zarzynanie się tydzień po maratonie. Zrobiłem więc to co powinienem: zwolniłem i od połowy dystansu biegłem po prostu spokojnie. Podbieg pod Agrykolę nie zrobił więc na mnie żadnego wrażenia - nie ścigałem się tam z nikim. Za to biegłem z uśmiechem na ustach i podziwiałem nasze piękne miasto, dopingujących kibiców i cieszyłem się tym biegiem. Pierwszy raz w życiu biegłem bez presji na wynik (chociaż nie chciałem zwolnić za bardzo - tempo nie spadło drastycznie) i z racji tego co pisałem wcześniej - nie miałem ani teraz nie mam o to do siebie żalu. Co więcej mam już nawet plan zemsty, ale o tym cicho sza, za kilka dni będą szczegóły :)

Podziękowania dla Fundacji Maratonu Warszawskiego za super imprezę. Serce rośnie jak się bierze udział w takich biegach i to u nas w kraju. Wiele osób to powtarza, ale ja też muszę to napisać: mamy w Warszawie półmaraton o najwyższej klasie europejskiej. Nawet więcej bym powiedział - biegłem już w pięciu europejskich stolicach i mogę z czystym sumieniem każdemu polecić nasze warszawskie imprezy.

Specjalne podziękowania należą się wolontariuszom - bez was ten bieg by się nie odbył. Podczas biegu nie ma jak tego wyrazić - zmęczenie, brak czasu na pogaduszki, ale jesteśmy wam bardzo wdzięczni za waszą pomoc!




czwartek, 27 marca 2014

Wiosna ach to ty


Myślałem że dla mnie to w Rzymie rozpocznie się tego roku wiosna, ale kto czytał moją relację ten wie: wiosennie to tam nie było za bardzo. No chyba że tą ulewę się nazwie wiosennym deszczykiem :) Tak czy inaczej - zgodnie z hasłem reklamowym tegorocznego Półmaratonu Warszawskiego: wiosna startuje w Warszawie!
Start ten będzie już w tą niedzielę - nie mogę się doczekać: to będzie druga okrągła rocznica mojego biegania na poważnie. Przed tamtym półmaratonem biegałem jedynie w wyścigach do 10km. Kto lubi wspominać jak ja to niech zajrzy:
7. Półmaraton Warszawski 25.03.2012 - mój debiut 1:38:18
8. Półmaraton Warszawski 24.03.2013 - najlepiej mój rozegrany bieg 1:32:59
Mam nadzieję że w niedzielę będę mógł powiedzieć że teraz moim najlepiej rozegranym biegiem jest 9. Półmaraton Warszawski. Plany mam świetlane: tempo 4:16/km i na mecie zobaczyć 1:29:59 na zegarku (aż się boję czy to w ogóle jest możliwe). Trasa na moje oko jest bardzo podobna do tej z poprzedniego roku. Najpierw start z szerokiego Mostu Poniatowskiego, potem najbardziej reprezentacyjne ulice miasta - tam spodziewam się najwięcej kibiców, więc trzeba będzie uważać na to żeby nie zacząć za szybko przy tym dopingu. Potem można trochę przyspieszyć zbiegając w kierunku Wisłostrady. Na tej strasznie długiej prostej biec się będzie pewnie najlepiej - bo jeszcze zmęczenia nie będzie, za to w połowie trasy znowu pewnie obszar najgęściej zaludniony kibicami. Wreszcie przyjdzie ulica Podchorążych czyli oddzielenie ziarna od plew ;) to będzie najtrudniejszy moment - czyli podbieg pod skarpę Wiślaną. Jak to przeżyjemy to będzie już z górki, choć pewnie dla mnie to będzie najtrudniejszy odcinek. Na koniec zmęczenie największe a tu trzeba będzie utrzymać tempo a może nawet i coś odrobić? Na szczęście końcówka biegu wypadnie znowu w dobrym miejscu: najpierw plac Trzech Krzyży z wieloma kibicami a potem będzie nam się wydawało że meta jest tuż tuż: z mostu będziemy już widzieć Stadion Narodowy. Pamiętam że rok temu miałem wrażenie że zaraz jest meta mimo że w kilometrach było jeszcze trochę. Pomogło to utrzymać tempo do ostatniego zbiegu ślimaku za mostem Poniatowskiego. Wreszcie siłą rozpędu obiegniemy stadion i wpadniemy na metę z pięknymi, błyszczącymi w wiosennym słońcu życiówkami :) !

No to do zobaczenia w niedzielę (najpierw na EXPO na Narodowym gdzie w piątek albo sobotę należy koniecznie odebrać pakiet!), a przy okazji małe ale bardzo ważne przypomnienie:


Jak się zapomni i przyjdzie według starego czasu na linię startu to zwycięzca będzie już akurat finiszował :)

wtorek, 25 marca 2014

Maratona di Roma


I już. Tak po prostu - bieg, bieg i po biegu. Jak zawsze gdy na coś długo czekamy, właściwie to w tym przypadku nie tak całkiem bezczynnie :) czyli raczej: trenujemy, szykujemy fizycznie i mentalnie, a potem pstryk i po zabawie. No cóż, taka już ta nasza ziemska egzystencja - czas jest kluczowy bo bez niego nie było by tego czekania, przygotowywania się i samego momentu gdy chwila nadchodzi. Chwila która tak dokładnie to miała nie być taka krótka - trwała ponad trzy godziny. Nie zanudzając już więcej o przemijaniu przejdźmy do sedna.
Sedno zaczęło się w piątek - wylot do Rzymu. Jak się okazało już na lotnisku w Polsce zaczęliśmy spotykać biegaczy lecących na maraton do Rzymu. Najbardziej zapamiętałem grupę ambasadorów New Balance. Jeśli ich zadaniem było nie dać się nie zauważyć i nie usłyszeć to się udało. 
Na expo pojechaliśmy w sobotę. Dobrze zrobiliśmy że poszliśmy dość wcześnie - przed 10. Kolejka wyglądała na sporą ale bardzo szybko weszliśmy do środku. Gdy z expo wyszliśmy to trudno było nawet dojrzeć koniec kolejki! Na samym expo odbiór pakietów był bardzo sprawny - trzeba było mieć ze sobą wydrukowane potwierdzenie (jak się nie miało można było wydrukować przed wejściem na expo na stanowisku). Potem pakiecik z paczką makaronu i ulotkami, przy drugim okienku koszulka i już można było iść na zakupy. W sumie najpierw warto było zajrzeć na pasta party - było po drodze, przed wejściem na główną halę. Na pasta party do wyboru dwa makarony, oba świetne - idealnie al dente, z dobrym sosem i duża porcja, do tego butelka wody. Jak dla mnie - idealnie jak na pasta party (choć i tak Wiedeń bije konkurencje na głowę ze swoim Kaiserschmarnn). 
Następna świetna sprawa - kawiarenka. Ja nie piję w ogóle kawy, ale moja ślubna jest dla mnie wyrocznią - podobno kawa była świetna. Potem już sama część handlowa. Ceny różne - od naprawdę niskich typu 10 euro za koszulkę techniczną jakiejś średniej firmy typu "new line" do 100 euro za cienką jak papier wiatrówkę New Balance. Swoją drogą była świetna - z nadrukiem tego maratonu i gdyby nie ta cena to na pewno byłaby w naszej szafie (po damskiej stronie bo to róż był). Moim zdaniem wybór i ceny były ogólnie dobre. Trochę nam rzeczy do biegania przybyło po tym dniu. Udało mi się też kupić zestaw odżywek na maraton Evervit - nie dałem rady przed wylotem żadnego żelu kupić. 
Po expo pojechaliśmy jeszcze troszkę pozwiedzać, zjeść kolację na mieście i spać do hotelu. W ciągu dnia rano troszkę pokropiło, niestety prognozy na następny dzień były jeszcze gorsze, no i się sprawdziły...

W niedzielę rano pobudka i śniadanie. Tutaj mała dygresja: nocowaliśmy w Domu Pielgrzyma "Sursum Corda". Działa on jak hotel, są śniadania, można zamówić obiado-kolację, nawet transfer z i na lotnisko. Było nas tam więcej maratończyków (pozdrowienia dla Konrada i Zbyszka!) i nie było problemu żeby w niedzielę śniadanie było przygotowane wcześniej. No tylko że siostry nie wiedzą co powinni jeść na śniadanie maratończycy (a my o tym nie pomyśleliśmy) i dostaliśmy kiełbasę z wody :) Zresztą bardzo smaczną, polską kiełbasę i pożarłbym ją całą od razu po tym włoskim jedzeniu, tylko że nie dwie godziny przed maratonem :) Na szczęście były bułki i słodkie dżemy owocowe. Bardzo fajnie było tam nocować - jak szukacie noclegu w Rzymie to polecam (acha i jest taniej niż w hotelach, a standard i obsługa lepsza).
Po śniadaniu zebraliśmy się grupką trzech biegaczy plus dwie kibicki i pojechaliśmy metrem na start. Organizatorzy wszędzie ogłaszali że stacja metra Koloseum będzie zamknięta, trzeba jechać dalej i dojść piechotą - oczywiście okazało się że jest otwarta ta najbliżej startu. Z drugiej strony organizatorzy pisali że może się start opóźnić o dotrzymali słowa - było opóźnienie 7 minut :) jednym słowem - "włoska organizacja" :)
Na starcie tłumy, przejścia na wąskie dla kibiców, w dodatku zaczęło mocno padać. Jak grzyby po deszczu wyrośli obnośni "sprzedawacze" parasoli i foliowych peleryn i jeszcze utrudniali przemieszczanie się tym tłumom. Nie wiem czemu organizatorzy wpadli na pomysł żeby oprócz zapisanych prawie 20 tysięcy maratończyków uruchomić prawie w tym samym miejscu i prawie tym samym czasie bieg "RomaFun" na 5km. Z bagatela 80 tysiącami biegaczy (!!!) to daje 100 tysięcy biegaczy. Nie wiem ile osób naprawdę przyszło bo sporo wystraszyło się mocnego deszczu. Podobno maraton ukończyło 14 tysięcy - a zapisało się około 20.000. 
Najgorsze jednak było to że tuż przed startem była najmocniejsza ulewa. Padało tak że ludzie nie szli na start tylko chowali się pod drzewami, daszkami samochodów - tirów które służyły za depozyty i gdzie się dało. Ja też się skryłem pod drzewem i czekałem. Wiatr był zresztą taki że drzewa niewiele dawały - tak zacinało. Po żartach z biegaczami że dobrze że mam zegarek do triathlonu albo pytaniach czy te opaski na łydki są wodoodporne stwierdziłem że lepiej nie będzie - trzeba iść na start. Przed wejściem do stref kolejka straszna - aż dziw ale Włosi naprawdę pilnowali wejścia do strefy czasowej wg deklarowanego czasu ukończenia przy rejestracji. Z tego powodu wystartowałem ze środka mojej strefy, która zresztą była strefą 3:30 - 4:00 a ja biegłem na 3:20. 
Na starcie: tłok, wydawał mi się większy niż w trzykrotnie liczniejszych pod względem biegaczy Berlinie i Paryżu gdzie biegłem. Z tego powodu pierwszy kilometr to strata 30 sekund (UWAGA: to było tak naprawdę 12 sekund - na końcu to wyjaśnię - czemu ja zmierzyłem co innego niż organizatorzy) względem planu który zakładał biegnięcie równym tempem. Deszcz zelżał i biegło się fajnie. Postanowiłem nie rwać tempa i powoli odrabiać tą stratę. Udawało się całkiem sensownie, biegłem spokojnie i wypatrywałem znaczników kilometrowych na których łapałem okrążenia moim garminem. Co 5km były punkty z wodą a w połowie między nimi z gąbkami z wodą do chłodzenia. Trochę to śmiesznie wyglądało w sytuacji gdy padał deszcz, ale naprawdę nie tylko korzystałem z tych gąbek - co najmniej po 2 na każdym punkcie. Dodatkowo brałem wodę jak tylko się dawało w małych butelkach i oprócz picia jej wylewałem ją sobie na głowę. Deszcz nie padał cały czas, było nawet chwilami trochę słońca i tak na 6-7 kilometrze czułem że jest mi za gorąco. Wtedy ta woda wylewana na głowę ratowała mi życie - gdyby nie doświadczenie z Wiednia to pewnie bym o tym nie pamiętał i przegrzał się. A tak biegło się super, około 10-go kilometra zagadał mnie kolega z Polski z którym biegliśmy już od tego momentu cały czas. 
Na punktach odżywczych były jakieś łakocie, ale ja miałem tylko swoje "jedzenie". Dwa żele (właściwie galaretki) przed biegiem, dwa żele (płynne) na bieg i dwie tabletki - czyli zestaw Enervit'a. Te galaretki trudno wmusić w siebie, ale przed biegiem można to jakoś zrobić na spokojnie z popijaniem. Natomiast te płynne na bieg są świetne. 
Trasa w Rzymie jest trudna - dużo zakrętów i chyba połowa trasy (podobno trochę mniej) jest po kostce brukowej. Ja biegłem w butach startowych - adizero - i do tej pory bolą mnie stopy od tej kostki brukowej. Żona mówiła że widziała jak trójkołamacz biegł w tych najbardziej amortyzowanych Nike'ach które i ona używa do biegania. To był dobry pomysł - na taką nawierzchnię. 
Tymczasem ja dalej biegnę. Co dziwne - czuję się znakomicie, żadnego zmęczenia a tętno spadło. Na poczatku było za wysokie - na treningach na tym tempie 161 a tutaj nawet 165. Tylko że tutaj mam prawie cały czas podbieg albo zbieg. Na profilu tego za bardzo nie widać:


ale to dlatego że na tej skali (poziomej) tych niewielkich podbiegów i zbiegów nie widać - zlewają się (tak mi się wydaje). Widać natomiast dwa spore podbiegi - 10 i 13 metrów na 29 i 40-tym kilometrze. Co ciekawe to chyba czujnik tętna zwariował od tego ciągłego polewania wodą i od 23-go kilometra uparcie pokazywał tętno w granicach 155.
A ja - cóż, czułem się świetnie, w okolicach 26-27 kilometra powiedziałem koledze że czuję się na tyle dobrze że mam ochotę przyspieszyć. Oczywiście nie przyspieszyłem i czekałem na 32-gi kilometr - jak to mówią: maraton to wyścig na dychę z 32-kilometrową rozgrzewką. Czekałem i.. nic - po 32-gim kilometrze było coraz trudniej, ale tempo wciąż to samo. Po znaczniku 34-go kilometra zacząłem odczuwać problem, ale spiąłem się i tempo spadło tylko o kilka sekund. Po 35-tym kilometrze było już tylko coraz gorzej. Jak teraz patrzę na wykres z endo to widzę że tak naprawdę jeszcze 36km też był w porządku:


Garmin zarejestrował 42,9km, ale po pierwsze - patrz notka na końcu odnośnie pomiaru czasu (to dołożyło około 80m) a po drugie zawsze przebiegamy więcej niż 42,195km bo nie biegniemy po trasie atestacji. W sumie jeszcze po trzecie dochodzą przekłamania ze względu na niedokładność pomiaru odległości przy użyciu sygnału z satelit. Jak by zsumować 36 i 37km wg endo to wyjdzie że były w dobrym tempie (tam był tunel i garmin stracił sygnał, stąd uciął 36-ty km a wydłużył 37-my chyba). Tylko 5 następnych kilometrów było strasznie słabych - w nich był ten podbieg pod Koloseum na mecie. Za nim zaraz potem był zbieg aż do mety gdzie dałem radę jak widać nieźle przyspieszyć: ostatnie 900m które garmin zliczył wyszło po 4:35/km, finisz 4:18/km. 

Jakie były plusy: dałem radę poprawić moje przygotowanie do maratonu - nigdy jeszcze nie wytrzymałem równego tempa tak długo a opadnięcie z sił nie było tak małe (i tak ogromne przecież bo całe 5 minut). Mam wrażenie że naładowanie się węglami było prawidłowe - choć jak pisałem wczoraj chyba można by to samo osiągnąć bez głodzenia się przez trzy dni. Odżywianie w trakcie maratonu - bardzo dobre, chociaż następnym razem wezmę jeszcze jeden płynny żel. Nawadnianie przed maratonem - bardzo dobre - miałem trzy silne kurcze mięśni w trakcie biegu (uda z tyłu nad kolanem w obu nogach), ale nie musiałem się zatrzymać ani nawet zwolnić - po prostu udawałem że nic się nie stało i biegłem dalej :) zadziałało. Nawadnianie w trakcie maratonu - tylko raz miałem uczucie że za mało wypiłem na punkcie.
Co nie wyszło: przede wszystkim strata 5 minut względem planu. Już niewiele brakuje - marne 5-6 kilometrów wydłużyć moment odcięcia - myślę że dam radę następnym razem. Źle dobrałem buty - stopy bardzo ucierpiały na kostce brukowej, w dodatku przez te ciągłe zbiegi mam dwa czarne paznokcie i pewnie się z nimi pożegnam :( Nie wziąłem folii na start przez co bardzo tam zmokłem. W końcu za późno dotarłem na start i musiałem startować z tyłu przez co straciłem czas na starcie.

To teraz trochę zdjęć a na końcu będzie notka - wyjaśnienie dlaczego mój czas jest inny og tego oficjalnego :)

Elita czyli czołówka
Elita inaczej czyli ja :) a w bbiałej czapeczce kolega który mi pomagał aż do 35km kiedy odpadłem
Meta przed moim przybiegnięciem - deszcz padał z przerwami przez cały bieg
Tak, to ja walczę z ostatnimi 100 metrami
Drugie zdjęcie żeby udowodnić że finiszuję i wyprzedzam :)
I już uśmiechnięty z medalem na szyi. Zaraz po tym jak dobiegłem była ulewa i przebierałem się szybko w suche rzeczy - stojąc na deszczu. A po chwili jak tu widać - znowu przestało padać.
Strefa startu i mety a tle ponad 2 tysiące lat histori

Przy wyjściu z expo można było się sprawdzić - czy "czip" działa
Czas z mojego garmina.

No i nadszedł czas na notkę o tym jak moim zdaniem to się stało że ja zmierzyłem 3:25:23 a orgi twierdzą że 3:25:01. Jedyna sensowna odpowiedź jaką widzę to jest ta że różnica była na starcie. Ja włączyłem zegarek po przebiegnięciu przez to co myślałem jest linią startu a to chyba była linia mety (w tym samym miejscu). Start musiał być chwilę dalej co w tym tłumie przegapiłem i stąd 22 sekundy różnicy. międzyczasy z endo (więc co cały km liczone) pokazują że pierwszy km przebiegłem w 4:56 czyli 12 sekund wolniej niż plan, a ja jestem pewny że na pierwszym znaczniku kilometrowym (który zauważyłem chwilę za późno i go nie złapałem na garminie) miałem prawie pół minuty straty. W sumie pewności nie będę miał już nigdy - przy włoskim poziomie nonszalancji równie dobrze może być i tak że to mój pomiar jest prawidłowy :) Jednak skoro i tak nadłożyłem prawie 700 metrów to nawet biorąc pod uwagę błędy pomiaru i tak mogę spokojnie stwierdzić że mój obecny wynik w maratonie to
3:25:01

poniedziałek, 24 marca 2014

Eksperyment węglowy 3/3 - faza druga


Już by się chciało pisać o samym maratonie, ale wypada dokończyć cykl węglowy, więc postaram się krótko i na temat. Trzecia faza to miało być władowanie w otwór gębowy przez trzy dni tyle węglowodanów żeby wygłodniały organizm przyswoił ich aż na zapas. Internety mówiły żeby to było 8 gramów na kilogram masy ciała czyli jak dla mnie około 650g dziennie. To naprawdę dużo - przyznam szczerze że aż tyle nie dało rady. Zaczęło się od środy wieczorem - po ostatnim biegu z interwałami. Dałem radę zjeść miskę makaronu z sosem. W czwartek niestety już nie za bardzo - na śniadanie kanapka, na obiad dwie duże bagietki wieloziarniste - jedna z tuńczykiem, druga z indykiem plus warzywa i ziemniaki opiekane w ramach dodatku. Na kolację próbowałem makaron ale nie dałem rady za dużo go zjeść. W piątek już podróż więc rano kanapki, w samolocie ciasteczka tylko były :( a na miejscu prawdziwa włoska pizza na bardzo cienkim cieście. W sobotę znowu włoskie jedzenie: na śniadanie dwie bułki (po polsku bo nocowaliśmy w polskim Domu Pielgrzyma) a potem duża porcja makaronu na pasta party podczas EXPO i za kilka godzin znowu pizza - też cienkie ciasto ale nie aż tak cienkie jak poprzednio.
Przez ostatnie dwa dni piłem też dużo płynów w tym co najmniej litr izotoników dziennie.
A jak to się sprawdziło? Nie wchodząc w szczegóły które dokładnie sobie rozważam po cichu to wnioski moim zdaniem są takie: dieta zdała egzamin: paliwa starczyło znaczenie dłużej niż zwykle a skurcze nie złapały mnie na tyle mocno żebym się musiał zatrzymywać i rozciągać. Mam tylko dwie wątpliwości odnośnie tej diety: po pierwsze nie jest to żaden cudowny środek bo nie udało mi się dobiec do mety bez opadnięcia z sił (o tym szczegółowo w następnym wpisie) a po drugie: nie jestem przekonany czy potrzeba aż takiego wyrzeczenia z tą pierwszą fazą ograniczania węglowodanów. To chcę jeszcze przetestować przed kolejnym maratonem: czy nie wystarczy może tylko faza druga...