piątek, 22 maja 2015

Biegacze dzieciom czyli #wolneręce


Wczoraj zareklamowałem na stronie mordoksięgi mojego bloga akcję #wolneręce. Przyszedł czas żeby wyjaśnić o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. A chodzi po prostu o... pomaganie! Pomysł naszej grupy Blogaczy zainicjowany przez Krasusa a potem twórczo przez wszystkich rozwinięty i skonkretyzowany (wielkie podziękowania dla Emilii i Hani) przeistoczył się w wydarzenie na twarzaku i składkę na SięPomaga.pl
Zachęcam więc gorąco do dołączenia się - wpłacamy choć małe kwoty dla dzieciaków z ośrodka preadopcyjnego w Otwocku, robimy zdjęcia z wolnymi rękami, udostępniamy aby to rozreklamować a potem: cieszymy się z polepszenia trochę naszego świata i wygrywamy nagrody (pakiety startowe, książki). Nasza głowa w tym aby te pieniądze zostały wydane jak najlepiej - kontakt bezpośredni z tym akurat ośrodkiem mamy więc gwarantujemy że tak będzie. Zresztą na pewno poinformujemy o wynikach. No to ja lecę wpłacić coś od siebie :)

https://www.facebook.com/events/1595288777386673/?ref=1



środa, 20 maja 2015

Maraton Gdańsk


Maraton w Gdańsku był dla mnie wyjątkowy. Zwykle łączę bieganie maratonów ze zwiedzaniem a tym razem wybrałem się prawie w domowe pielesze, w końcu to tylko 80 kilometrów od moich rodzinnych stron. Czy to wyszło mi na zdrowie - poczytajcie :) Podzieliłem relacje na kilka części.

Dojazd
Wyjechaliśmy całą rodziną do teściów więc z Borów Tucholskich musiałem te około 100km dojechać. Warto przestudiować mapkę trasy biegu i tak ustawić samochód żeby po biegu nie czekać aż całą trasa zostanie odblokowana - tak zrobiłem w niedzielę. Ale dojechałem na miejsce w sobotę bo najpierw był:

Nocleg
Pierwszy raz spałem na sali gimnastycznej - zwykle maratony organizują takie darmowe noclegi dla biegaczy i tym razem z tego skorzystałem. Ciekawe przeżycie i w sumie na zdrowie wychodzi bo o 22:00 gaszą światło i jest cisza nocna - można wyspać się przed biegiem.

Przed biegiem
Musiałem jeszcze odebrać pakiet - w Gdańsku można było rano przed biegiem (rzadko tak jest) no i musiałem... kupić skarpetki! Zapomniałem wziąć ich z domu i znowu na zdrowie mi wyszło bo kupiłem skarpetki kompresyjne Royal Bay które świetnie zdały egzamin.

Organizacja
Muszę napisać parę słów o organizacji. To był pierwszy maraton w Gdańsku, ale widać było że sponsor ma już duże doświadczenie w organizacji biegów masowych. Nie miałem żadnych problemów - strona z informacjami miał co potrzeba, wolontariuszy było dużo i wszystko było przygotowane: stanowiska na expo, samo expo, oprawa biegu, zabezpieczenie trasy, napoje i jedzenie na trasie, ilość i jakość toalet - nie mam żadnych uwag po prostu. No chyba że system do śledzenia zawodników który według kolegów padł i nie mogli zobaczyć mojego wyniku.

Bieg
Ilość zawodników nie była ogromna - ok. 1.850. Nie było tłoczno, ustawiłem się w mojej strefie na 3:10 i pobiegłem (info dla Bartka - Bosy Biegacz startował z flagą z pierwszej linii :) ). Prawie cały bieg zresztą razem z kolegą Andrzejem którego widać na zdjęciach (pozdrawiam!). Trasa była fajna, chociaż nie jestem przekonany do przebiegania przez budynek Europejskiego Centrum Solidarności, no ale rozumiem że chciano pokazać wszystko co jest fajnego w Gdańsku. Najpierw był ten ECS, potem Starówka, potem dłuuuga prosta, Ergo Arena, duża agrafka po mieście i zbiegliśmy do morza - to było fajne. Tam biegliśmy parkiem - znowu bardzo miłe i wracamy do PGE Arena i niestety jeszcze mała agrafka żeby nabić 42km, przebiegnięcie przez stadion i wbiegamy na metę na terennie hal targowych gdzie było też expo. Po drodze były podobno tereny stoczni (tego nie bardzo pamiętam ale na zdjęciach jest :) ). No i dochodzimy do najważniejszego - jak to nad morzem: wiało jak w kieleckiem. Gdy biegło się z wiatrem albo w miejscu osłoniętym to biegło mi się super (w tym parku było najlepiej) ale niestety większość czasu - tak przynajmniej zapamiętałem - biegliśmy pod wiatr albo przy bocznym wietrze co też dawało w kość. W kilku momentach miałem wrażenie że mnie prawie zatrzymuje - szczególnie na długich otwartych prostych pod wiatr i z podbiegiem. 
Biegłem na 3:10 czyli tempem 4:30/km i było to trudne przy tym wietrze. Tętno powinno być niższe, było 168 potem zgodnie z dryfem tętna poszło do 172 - widać było że bieg kosztuje mnie więcej energii niż powinien. Ja oczywiście jak zwykle brnąłem w tą ślepą uliczkę, ale gubiłem kolejne sekundy aż uzbierało się ich razem w sumie 20, ale nie miałem możliwości przyspieszyć. Czekałem na nieuchronne odpadnięcie które zawsze mnie dopadało - czasami już na 28km a czasami później, ale zwykle sporo przed 35km i kończyłem z 10 minut wolniej niż plan. Tym razem jednak (tak mi się wydaje) plan maratoński Hansonów zrobił swoje. Biegłem równo i to odpadanie było znikome do 34km a potem troszkę większe, jednak mimo wszystko małe - widać na endo poniżej. 35km to musiał być podbieg bo kolejne 4km były szybsze i w sumie tylko 4km był powyżej 5min/km i to nieznacznie. Liczyłem to kolejne stracone sekundy i walczyłem żeby wyrwać 3:15. Jeszcze stadion, wybiegnięcie z niego, ciężko już było cokolwiek przeliczać w myślach a tu zaraz po wybiegnięciu ze stadionu taki wiatr w twarz że aż sobie coś nieparlamentarnego powiedziałem. Spiąłem się i wtedy zaatakowały mnie kurcze - dopiero do mnie dotarło że cały bieg było OK i ich nie było - to też nowość, na tych ostatnich 200 metrach nie mogło mi to już przeszkodzić, dobiegłem sprintem do mety i dopiero zamieniłem się w Pinokia.

Z przejęcia nie wyłączyłem zegarka tylko nacisnąłem okrążenie. Dopiero sms dużo później dał mi dokładną informację:


a endo pokazuje że czasy na kilometrach były jak na mnie bardzo dobre - cieszy mnie ta końcówka bo zaczynam wierzyć że na jesieni wreszcie przebiegnę całość równo albo z narastającym tempem - to moje marzenie.



Co do tych kurczy (właściwie to ich braku) to myślę że to dzięki mojej żonie która kupiła mi taką fiolkę z magnezem w płynie firmy ALE. Wypiłem to wieczorem przed maratonem, poza tym przez poprzednie dwa dni piłem izotonik (izostar). Na trasie miałem żele też ALE - jakoś bardzo mi się spodobały podczas próby na długim wybieganiu - konsystencja i smal dla mnie świetne (kiedyś przy pierwszej próbie mi nie podpasowały ale teraz uważam że są świetne no i o ile wiem to polskie). Te skarpetki Royal Bay też chyba świetnie zdały egzamin bo nie miałem za bardzo dolegliwości mięśniowych po biegu a w trakcie biegu też nic nie odcisnęło ani nie obtarło.
Słowem - wygląda to na jeden wielki sukces, może nie plan maksimum ale jestem bardzo zadowolony z tego biegu!

Zdjęcia poniżej są moje, kolegi,o darmowe z fotomaraton i zrzut tych co będą dostępne na fotomaraton jak je przerobią (nie wiem czemu jeszcze teraz w środę nie można ich kupić..).

To teraz w sobotę jeszcze jeden ostatni bieg a potem podsumowanie całe wiosny i niespodzianka która będzie na jesieni, ale o tym za kilka dni :)








wtorek, 12 maja 2015

Do ładowania węgli przystąp



Tytuł w formie rozkazującej bo nie jest za łatwo wytrwać ten ostatni tydzień przed maratonem gdy się chce zastosować procedurę "węglową". Nazywam tak procedurę w której przez trzy dni dni (zwykle poniedziałek-środa) nie je się wcale węglowodanów, za to robi się spokojne biegi a w środę kończy interwałami. Potem natomiast (już od środy wieczorem, po treningu) zaczyna się trzy dni węglowodanowej obżerki (z dużą ilością płynów, najlepiej izotoników).
Jestem dzisiaj w drugim dniu i na razie jakoś wytrzymuję. Wczoraj nie zjadłem chyba wcale węgli - może jakieś śladowe ilości, był też krótki bieg (5km). Dzisiaj na razie idzie dobrze a wieczorem też jakieś spokojne kilka kilometrów. Jutro najważniejsze - wytrzymać ostatni dzień a wieczorem interwały na stadioniku i wreszcie: WYŻERKA :)

Dla chętnych na koniec zadanie - powyżej zrzut ekranu z moich międzyczasów z trzech ostatnich maratonów. Pytanie - w którym ten jeden raz zastosowałem procedurę ładowania węgli a w którym nie?

niedziela, 3 maja 2015

Bieg Konstytucji


Piszę na gorąco bo jakoś po udanych biegach łatwiej zasiąść do spisywania relacji. Miałem biec sam, ale dzięki instytucji dziadków mogliśmy zmienić plany i razem z Żoną zapisaliśmy się na bieg. Rok temu go ominęliśmy - biegałem wtedy taki trochę terenowy półmaraton w Grudziądzu, dwa lata temu też - było też terenowo, w Koszalinie, a jeszcze wcześniej zdarzyło mi się pobiec razem ze starszą córą :) to był fajny bieg. Pięcioletnia wtedy Małgosia przebiegła aż 700 metrów z maskotką (Butek)! W tym roku bieg był po trochę innej trasie, ale też był bieg z maskotką dla dzieci i też 700m. Start w Łazienkach a meta  trochę na północ.
Podjechaliśmy samochodem i po trochę problematycznym szukaniu miejsca parkingowego ruszyliśmy na start. Najpierw jednak rozgrzewka na Agrykoli (stadionie oczywiście a nie tej masakrycznej prostej z podbiegiem), wizyta w kibelku, całus na szczęście i jeszcze na właściwą rozgrzewkę, już każde osobno.
Ja pobiegłem do Łazienek - Pałac Na Wodzie, turyści zwiedzają a tu paru gości z numerami startowymi na piersiach rozgrzewa się. Pogoda w sumie super bo niby w słońcu gorąco, ale przy tak krótkim dystansie nie jest to jeszcze problemem. Zrobiłem jakieś trzy kilometry, cieżko stwierdzić ile dokładnie no bo przecież zegarka nie miałem :) w tym 3-4 odcinki po jakieś 200m mniej więcej w tempie startowym. Na końcu jeszcze kilka kółek po stadionie z przebieżkami i na start. 
Na starcie po raz pierwszy stałem w pierwszej strefie :) co prawda i tak były tam osoby z trzeciej strefy, ale nie było tragicznie z tłokiem czy wyprzedzaniem osób zaraz po starcie. Hymn - nawet czapki widziałem biegacze pozdejmowali co cieszy i ruszyliśmy. 
Pierwszy kilometr był jak zwykle najpierw tłoczny,  potem kontynuowałem wyprzedzanie, ale już bez przeciskania się. Gdy garminy współbiegaczy zaczęły odpikywać pierwszy ka-em zapytałem o czas - 3:50 odkrzyknął biegacz. "Dobrze jest" odkrzyknąłem bo czułem się dobrze. Skupiłem się na tempie biegu i kontemplacji nadchodzącej Agrykoli. Przy znaczniku drugiego kilometra korciło mnie żeby znowu podpytać o czas, ale przemogłem się - bez zegarka to bez zegarka! No i wtedy się zaczęło: podbieg pod Agrykolę na trzecim kilometrze. Najsłynniejszy w Warszawie, długi i stromy jak kolejka górska w wesołym miasteczku a ja wypluwam tam płuca. Zwolniłem tam chociaż poziom wysiłku wzrósł i to bardzo, ale dałem radę - ważne aby nie skulić się tylko przeć przed siebie. Na górze odetchnąłem i zastosowałem się do mojej rady którą dałem swojej Żonce przed biegiem: nie odrabiać strat z podbiegu od razu tam na górze. Uspokoić oddech, trzymać tempo takie jak ma być średnie (u mnie poziom wysiłku bo bez zegarka..) a potem na zbiegu odrobić. Tak zdobiłem na tym czwartym kilometrze, nawet znalazłem dość sił żeby kilka piątek dzieciakom poprzybijać i gdy zaczął się piąty kilometr to wiedziałem już że będzie dobrze. W sensie że wytrzymam to tempo chociaż jest ciężko, ale ten piąty km to zbieg! Wyciągnąłem wnioski z orlenowskiej dychy gdzie źle rozegrałem zbieg - zabrakło mi na niego sił i nie odrobiłem tam strat z podbiegu bo zabiegałem zbyt odchylony do tyłu przez co wyhamowywałem zamiast biec szybko. Teraz pochyliłem się do przodu i machałem nogami jak Fred Flinston w samochodzie żeby się nie przewrócić. Mijałem się wtedy z jakąś dziewczyną której ktoś krzyknął "jesteś druga!" (czemu chłopaków się tak dyskryminuje, nikt mi nie krzyknął "jesteś fefdziesiąty któryś!" ;) ). Po ostrym zbiegu był ostry zakręt w lewo i tuż-tuż brama - końcówka to już sprint dzięki czemu wyprzedziłem i tą dziewczynę i trzech chłopaków przed nią, kończąc bieg na 86 miejscu w generalce z czasem 19:19!!
O tym dowiedziałem się z smsa po tym jak zjadłem łupy - banan, wafelek, izotonik które dali na mecie, poczekałem na Żonkę i doszliśmy do samochodu. 
Podsumowując - oboje strasznie jesteśmy zadowoleni z tego biegu bo oboje znacznie się poprawiliśmy. Impreza bardzo fajna, polecam na przyszły rok wszystkim! 


czwartek, 30 kwietnia 2015

Eksperyment zegarkowy


Ciekawy pomysł mam na niedzielny Bieg Konstytucji: pobiegnę bez zegarka! Żadnego garmina, stopera czy nawet klepsydry :) dla mnie to będzie rewolucja i mam nadzieję że przy okazji wyjdzie też i rewelacja. 
Dla wielu osób to normalne - przecież czy ktoś widział zawodnika na bieżni biegnącego 5000 metrów żeby spoglądał na zegarek? Biegnie na samopoczucie i dokręca śrubę gdy czuje że może. Dokładnie tak mam zamiar zrobić trzeciego maja! A że moja połowica też biegnie w tym biegu i chce mój zegarek to zupełnie przypadkowy zbieg okoliczności :)
Nie będę więc miał zielonego pojęcia jaki będzie czas na kolejnych kilometrach ani na mecie - zanim nie przyjdzie SMS z wynikiem. Gdybym biegł z zegarkiem to chciałbym pobiec na wynik - odpowiednik mojego rekordu z połówki w Wiedniu, dla 5km to wychodzi 19:20. Jeżeli to się uda - eksperyment będzie udany :)

wtorek, 28 kwietnia 2015

Orlen orlen i po orlenie 10K


Piękną imprezę biegową mamy w Warszawie, właściwie to mamy ich już trochę: oprócz Maratonu Warszawskiego i triady biegowej (Bieg Konstytucji, Bieg Powstania Warszawskiego i Bieg Niepodległości) jest teraz już od trzech lat Orlen. Impreza naprawdę ma rozmach i oby się utrzymała na naszej biegowej arenie jak najdłużej. Biegłem dzisiaj w niej po raz drugi i drugi raz było to "tylko" 10 kilometrów. W sumie niby tylko 10km, ale trochę czułem presję. Po maratonie i połówce w Wiedniu miałem wrażenie że trochę odpuściłem - waga minimalnie wzrosła, kilometraż - jak widac poniżej:


Mimo to byłem pewny swego - chciałem zrealizować plan minimum - złamać 40 minut czyli do 8-go kilometra biec z zającem na 40 minut, a potem przyspieszyć. 
Pakiet odebrał mi Marcin (maratończyk z tego dnia) - udało się znaleźć przed biegiem, życzyłem mu powodzenia w maratonie i poszedłem do depozytu i na start. Na starcie jeszcze spotkałem Bartka, który też miał biec maraton (moje życzenia się spełniły :) ). Podpytałem jeszcze zająca na 40 minut jak będzie biegł - miało być równe tempo i przy okazji uświadomił mnie że nie jest płasko bo podbiegamy pod Sanguszki i zbiegamy potem Tamką. Nie wiem czemu ale ja byłem przekonany że na Skarpę Wiślaną nie musimy się wdrapywać. No ale nic mnie to nie zmartwiło - w końcu nie jest to jakiś tragiczny podbieg. Pogoda była dziwna - chwilami była mrzawka a chwilami wychodziło słońce i było mi wtedy za gorąco.
Byłem już po 3 kilometrowej rozgrzewce, gotowy i zwarty do startu. Puścili chwilę przed nami maratończyków - biliśmy im brawo, bardzo to fajna sprawa obserwować elitę jak przebiega koło nas. No tylko że w tym czasie "dychacze" też ruszyli! A ja oczywiście zostałem 10 metrów za zającem i to 10 metrów w tłumie. Zaraz za startem było gęsto, potem gdy trasa się trochę zawężyła znowu się zagęściło, ale pilnowałem żeby zając się nie oddalał i powoli go dogoniłem. Biegł jednak troszkę za wolno i widziałem to na kolejnych kilometrach. Na podbiegu to zrozumiałe (chociaż zmyliły mnie te zapewnienia przed biegiem że będzie równo), w końcu na półmetku było już około 15-20 sekunda za wolno (nie wiem ile dokładnie bo nie stałem tuż przy zającu przy przekraczaniu linii startu przez to moje klaskanie jak Heniu mnie mijał). Na drugiej połowie był zbieg i zając to odrobił - bardzo rozsądnie i w sumie nie można mieć o to żadnych pretensji, chyba prowadził ten bieg bardzo dobrze, mi jednak brakło sił. Biegłem z Maćkiem Dowborem, który mi trochę na końcu uciekł, ale różnica netto była tylko 3 sekundy (ja byłem wolniejszy na mecie). No więc nie było mi tak zupełnie smutno bo wielu osobom z moich znajomych nie wyszły życiówki tego dnia. Sił mi brakło na zbiegu - tutaj mogłem co nieco urwać,  z plusów: ostatni kilometr wyszedł szybko. W sumie na mecie mój wynik to:

40:28

Postaram się to wszystko odrobić w polu na Biegu Konstytucji - mam już nawet pomysł na ten bieg, ale o tym za kilka dni :)

Na koniec moje podsumowanie imprezy: jest naprawdę świetna, oby tak dalej trzymać jeśli chodzi o organizację, gratulacje dla ekipy i wolontariuszy, to nie łatwo zrobić tak dużą imprezę. No może warto zastanowić się nad obsługą informatyczną bo niestety wyniki na żywo padły w ciągu biegu, ale poza tym ja nie widziałem mankamentów. Pogodę dla kibiców można by lepszą jeszcze zamówić ;)





sobota, 18 kwietnia 2015

Rodzinnie i rekordowo - Wiedeń


Na wiedeński półmaraton jechałem pewny siebie. Dawno nie miałem tak dużej pewności siebie przed biegiem. Mimo że to przecież bardzo ciężki dystans i że wiele razy już próbowałem pobić moją półtoraroczną życiówkę z Tarczyna i nie wychodziło. Była Warszawa, Grudziądz, Liverpool, Tarczyn i zawsze niepowodzenie ... Z drugiej strony zawsze było coś co ją tłumaczyło, ale przede wszystkim: zimę przebiegałem porządnie: po 6 biegów nawet w tygodniu, waga spadła o jakieś 3kg do 78-79, a tempa na treningach wzrosły przy tym samym wysiłku o tyle że łatwo to było zauważalne.
Postawiłem więc sobie cel minimum: złamać wreszcie te 1,5 godziny, a plan maksimum: pobiec po 4:12/km czyli około 1:28:38.
Do Wiednia pojechaliśmy całą rodziną i jeszcze ze znajomymi. Hotel sprawdzony - ibis blisko startu (i w sumie mety też), wyjazd w piątek po pracy - z Warszawy to niecałe 7 godzin jazdy, nie licząc wyjazdu z miasta.
W sobotę część turystyczna: expo, Prater, pasta party i zwiedzanie. Expo mi się podobało, szkoda tylko że przy dwójce małych pociech nie można tam długo pochodzić. W Wiedniu ceny są rozsądne, wybór firm duży - można tam ciekawie (i owocnie) spędzić dużo czasu. Potem Prater czyli dla naszych córek gwóźdź programu :) kolejki, karuzele, samochody itd. W końcu pasta party - najlepsze moim zdaniem ze wszystkich maratonów na świecie. W zabytkowym budynku ratusza, z naprawdę świetnym makaronem i lokalnym daniem Kaiserschmarrn (podobno to omlet na słodko - ale nie zgadłbym po wyglądzie, takie kostki ciasta z sosem z jabłek albo śliwek) wyglądały i smakowały znakomicie. Szkoda ze na stojąco ale to wynika z pojemności ratusza. Do posiłku przygrywał oczywiście walc - nawet grany na żywo.
Po odpoczynku w hotelu - zwiedzanie starówki. Dla chętnych informacja - w katedrze na starówce (św. Szczepana czyli u nich to Stefansdom) w sobotę o 18 i 19 są msze niedzielne, nawet o 19 po angielsku).
Trochę się wyleczyłem tą sobotą i ciężko by mi było pobiec maraton nazajutrz. Cieszyłem się że następnego dnia czeka mnie tylko półmaraton. To naprawdę ogromna różnica - nawet zmęczenie nóg nie ma takiego wpływu na połówkę, przy maratonie to by było zabójcze...





Dobra to szybko spać i rano po cichutku wstać żeby dziewczyn nie pobudzić. Niestety obudziłem się około czwartej :( śniło mi się że zaspałem a co gorsza jakieś pościgi - ale udało się znowu zasnąć (znowu - przed maratonem stres by był za duży i już bym nie zasnął :) ). W sumie wyspałem się porządnie i mogłem zacząć procedurę startową jak na przylądku Canaveral :)
Śniadanie w hotelu - robią je szybciej w dniu maratonu, ja zjadłem tylko dwie średnie bułki z miodem. Potem ubrać się, po pobudce spakować co można i wynieść z hotelu do samochodu, po raz kolejny pójść do ubikacji, zbieramy się (rzecy do depozytu!) i na start. Acha, czipa wsznurować, numer startowy przypiąć, opaskę na rękę założyć (bo nie wpuszczą do stref startowych - okazało się że bujda, nikt niczego nie pilnował, nawet do której strefy się wchodzi), jeszcze spakować rzeczy na przebranie po biegu i nakleić na worek swój numer startowy. Wiadomo że nie wszystko się w takiej sytuacji zapamięta i zrobi. Największy mój błąd - za mało wypiłem rano, po drodze na start czułem że mam suche usta! Za późno trochę wyszliśmy ze Zbyszkiem (powtórka z Los Angeles) no i była znowu nerwówka z szukaniem gdzie są depozyty. Udało się wreszcie, to życzenia przed startem (bo ja tylko połówkę, ale kolega cały maraton)i do strefy startowej. Nie udało się dopchać na sam początek strefy (była na czasy od 1:30 do chyba 2:00 więc powinienem stać na samym początku) - za duży tłok, ale dość blisko miałem.
Czekamy, czekamy - w ramach energetycznej muzyki przed startem słuchamy oczywiście wiedeńskiego walca.
START!
Żeby się nie spalić, żeby się nie spalić. Ruszam bardzo wolno bo tłok, muszę wymijać, szczęście że nie za dużo - przebiłem się jakoś i mam ten podbieg pod most który dwa lata temu mnie zagotował. Teraz o tym pamiętam - tempo rośnie, ale z 4:45/km tylko do 4:20/km. Za wolno, ale to dobrze - jest podbieg (wg endo pierwszy km ma 13 metrów w pionie) a ja planowałem wystartować za wolno i potem się rozpędzać. Za mostem dostrzegłem moje kibicki - zakrzyczałem, pomachałem i pędzę dalej. Ten drugi kilometr to zbieg z mostu - nie wiem czy dobrze zrobiłem ale nie hamowałem i prawie nadrobiłem całą stratę z podbiegu. Na trzecim km, za rondem przy Praterze łączą się dwie fale biegaczy - z obu jezdni. Startowaliśmy jak co roku wszyscy razem: maratończycy, półmaratończy i sztafeta. Trochę to utrudnia trzymanie tempa bo ci z sztafety się zmieniają a maratończycy zwykle biegną wolniej. Wbiegamy na Prater - park gdzie jest zawsze pełno biegaczy wiedeńskich, kilometry 4, 5, 6 są bardzo przyjemne, w większości wśród drzew - to ważne bo w słońcu jest już za ciepło. No właśnie - pogoda wyglądało na to że będzie zła do biegania. Sobota była bardzo słoneczna i ciepła najpierw, na szczęście popsuła się i trochę ochłodziło i zachmurzyło :) wiem, to straszne, ale tak już biegacze myślą - w słońcu nie da się szybko ani przyjemnie biegać. No więc słonko wychodziło i było trochę za ciepło w niedzielę, ale nie było źle a nawet całkiem znośnie. Wybiegliśmy z parku i zaczynamy biec wzdłuż kanału Dunaju. Endo pokazuje bardzo słaby podbieg, ja miałem tam wrażenie że biegniemy pod górkę nie tak łagodnie i długo. Tempo (km 7,8,9,10) jednak nie spadło, chociaż odczuwany poziom wysiłku wzrósł. Na szczęście wbiegamy do centrum Wiednia. Tutaj ilość kibiców jest znacznie większa i chyba wielu z nich to turyści którzy dopingują swoje rodziny. Austriacy są bardziej powściągliwi, zwykle stoją i nie dopingują. chociaż zdarzały się takie sytuacje jak siostra zakonna w podeszłym wieku głośno dopingująca i klaszcząca w dłonie :) W centrum biegnie się łatwiej - kibice pomagają zwalczyć trudy biegu, zresztą szczerze mówiąc nie jest źle. Tak jak się czułem przed biegiem tak mi się biegnie. Wiem że dam radę i mimo że połowa biegu za mną to ja nadal jestem pewny że dam radę. Wiem też że będzie trudno, ale nie mam obaw że opadnę z sił jak to zwykle jest w końcówce maratonu.
Kilometry 11 i 12 są w tym centrum i ten drugi wychodzi bardzo szybko (wg endo 4:06) - to pewnie przez ten doping. To trzeci w kolejności najszybszy kilometr po finiszu i tym zbiegu z mostu na starcie. Dziwne bo tu jest podbieg! Od 10-go kilometra aż do 19-go jest cały czas pod górę i to nie łagodnie (widać na profilu który jest niżej). Przez ten podbieg i przez nadkładanie drogi (w sumie 260m - to bardzo dużo!) tempa nie wychodzą dokładnie według założeń. Różnice są znikome (rzędu 2 sek/km), ale nie udaje mi się przyspieszyć żeby nadrobić. Trochę to jest tak że wg wskazań zegarka biegnę nawet szybciej niż powinienem (tempo średnie mi wyszło 4:10/km wg zegarka który policzył 21,36km na mecie) - to też utrudniało, nawet mimo też że łapałem międzyczasy ręcznie wg oznaczeń kilometrowych.
My tymczasem biegniemy do zamku Schoenbrunn. Na 15-tym kilometrze znowu piję wodę - to też jakiś ma wpływ, zawsze jakieś sekundy się traci w tym tłoku, trzeba też choć troszkę zwolnić żeby złapać kubek. Na 16-tym przebiegam obok kompleksu pałacowego - tutaj jest pierwsza zmiana sztafety. Nauczony poprzednim moim startem w Wiedniu biegnę środkiem, bo po bokach stoją zawodnicy drugich zmian sztafet. Wtedy byłem tutaj później i był tłok, teraz skoro biegnę na poniżej 1,5 godziny to bardzo mało sztafet już tu dotarło.
Teraz następuje samo mięsko - czyli to co najważniejsze. Podbieg rozwija skrzydła i prawie do końca 19-go kilometra jest stromo. Na szczęście coraz więcej tu kibiców i co dziwne - daję radę!
Dwudziesty kilometr to największy kryzys - jest już trochę z górki a mimo to tempo najsłabsze (nie licząc podbiegu pod most) - wg endo 4:20. Wtedy jednak wbiegamy do ścisłego centrum, a tu już kibiców sporo. Grupa Włochów przede mną pokazuje typowo południowy temperament - jeden z nich zachęca ludzi do dopingu i to działa :) Za jego przykładem też krzyczę i przykładam dłonie do uszu - też działa :)) To naprawdę pomaga - 21-szy km wg endo to 3:55 a ostatnie 360 metrów (bo tyle endo naliczył) to już tempo 3:37/km.
Za wiele już do mnie nie dociera, wpadam na ten słynny dywan przed metą i finiszuję jeszcze wyprzedzając kilka osób i...

1:28:54



Fanfary, konfetti i medal. No dobra, tak na serio to medal, folia i pakiet na mecie z dobrociami :) Czuję się bardzo zmęczony, ale za chwilę czuję się świetnie. Odnajduję się z rodziną, biorę prysznic, przebieram się i robimy piknik na trawie. W Wiedniu jet fajna strefa na mecie - można tam odpocząć, zjeść i nawet poleżeć w parkach przy mecie. Po dobiegnięciu Zbyszka (poniżej 4 godzin czyli według założeń - gratulacje!) zbieramy się do hotelu i samochodami do Polski.


Podsumowanie: co nie wyszło?
1. za mało piłem poprzedniego dnia i z rana - strasznie prosty błąd.
2. byłem głodny! Dwie bułki rano, żel przed biegiem i jeden w trakcie - to za mało. Brakło drugiego żelu (pierwszy wziąłem wcześniej niż planowałem) i troszkę większego śniadania.
3. nie przygotowałem rozpiski kilometrowej - w sumie nie było to koniecznie, dokładnie 21 minut na każde 5km, 4:12 na kilometr, ale lepiej mieć bo trudno się to na 17 i kolejnych kilometrach liczyć.
Co wyszło? Na pewno wynik - zabrakło kilkunastu sekund do planu maksimum, ale ponad minuta szybciej niż plan podstawowy, a życiówkę poprawiłem o prawie 3 minuty! (1:31:44 -> 1:28:54). Bardzo dobrze się czułem po biegu (może to minus? za mało dałem z siebie?) no i w końcu - bardzo fajnie z rodzinnego punktu widzenia nam ten wyjazd wyszedł.

Jak by ktoś szukał fajnego półmaratonu niedaleko od nas to ja jak zwykle polecam Wiedeń. Tylko pamiętać trzeba że o rekord dość trudno (patrz profil), do tego dochodzi często za wysoka temperatura, ale jak widać po moim wyjeździe - powinno się udać :) !