niedziela, 20 października 2019

Bieg po dynię 2019



Tydzień temu jak co roku wybraliśmy się na "Bieg po dynię" który jest organizowany w naszej gminie. Nazwa wzięła się z tego że w naszej gminie jest bardzo dużo upraw dyni, można powiedzieć że jesteśmy dyniowym zagłębiem :) so zresztą widać jeżdżąc (albo biegając) po okolicy - wiele gospodarstw ma "wystawki" z dyniami do kupienia.

W tym roku z racji zawirowań politycznych (wójt gminy zatrzymana przez CBŚ, potem zwolniona bo sąd się nie przychylił do aresztu) nie wiadomo było czy w ogóle bieg się odbędzie. Na szczęście był, ale jednak nie w pełnym zakresie. Tylko biegi dzieci a dla dorosłych bieg na milę po stadionie - czyli bez tradycyjnego biegu głównego na 5km... a ja biegam już od tak dawna w naszej gminie że pamiętam jak jeszcz bieg główny był na 1/10 maratonu (czyli 4,2195km) i nazywał się wtedy "Minimaraton Lesznowola" :)

W tym roku pojechaliśmy całą piątką na bieg. Ja na główny, Małgosia i Agatka na biegi dzieci a najmłodsza i małżonka pokibicować.

Starty były według wieku, więc Agatka jako pierwsza - jedno okrążenie czyli 300m (jako 8-latka, ale już za chwilę będzie 9!).


Potem Małgosia w grupie 11-latków - 2 okrążenia czyli 600m.


Bardzo się cieszyłem że dziewczynki pobiegły - nie chodzi o wynik, ale o to że się ruszają i będą trochę zdrowsze dzięki temu :)


I w końcu głowa rodziny - dzięki przytomności umysłu kibiców nie poszedłem na długą rozgrzewkę. Byłem pewny że startuję w drugiej serii (mężczyzn było sporo chętnych i start podzielono na dwie serie), chciałem iść pobiegać a tu start bym przeoczył bo byłem w pierwszej serii!
Ustawiłem się na starcie po krótkiej dość rozgrzewce (ale starczyło) i... START!

Na początku wyrwałem do przodu i o dziwo - nikt mnie nie wyprzedził! No dziwne - myślę sobie, pewnie mi siedzą na ogonie. Przede mną 5 okrążeń, byłem pewny że mnie zjedzą po połowie biegu. Tymczasem nasza pani trener (Anna Jakubczak - prowadzi zajęcia z lekkiej atletyki z naszymi dwiema córkami) krzyczy do mnie że spokojnie, że mam przewagę. Ale ja się nie oglądam, za bardzo jestem zajęty przebieraniem nogami! Po okrążeniu moja rodzinka i znajomi i sąsiedzi krzyczą do mnie i dopingują, super! Moje pociechy są święcie przekonane ż wygrywam bieg, a ja wiem że jeszcze cztery okrążenia przede mną. Staram się trzymać tempo i biec po prostu na maksa. Nie da się rozkładać sił na tak krótkim dystansie (ja przynajmniej nie umiem) więc biegnę ile fabryka dała.
Kolejne kółko - nie słyszę za sobą nikogo. Znowu doping przy kółku. Nawet spiker mnie wymienia z nazwiska - to jest jakieś dziwne, zawsze biegnę w anonimowej ludzkiej masie :)
Kolejne kółko - jeszcze nie opadam z sił, znowu doping.
Czwarte kółko - to samo, zostało ostatnie. Teraz powinni mnie wyprzedzić, zawsze tak było! A tu jak na złość - ja zaczynam wyprzedzać. To znaczy dalej jestem pierwszy, ale dubluję tych najwolniejszych :) Ostatni wiraż i 100 metrów - jeden jest uparty i nie chce dać się zdublować, tak nie można! Przyspieszam na maksa i minimialnie go przed metą wyprzedzam, mogę sobie stanąć i odpocząć!

Czas: 5:28 (3:24/km)

Ale to było fajne uczucie wygrać jakiś bieg (właściwie tylko jedną serię). W drugiej serii były harpagany i aż 5 było szybszych ode mnie, ale po pierwszej serii wyglądało to tak:


i naprawdę fajnie wyszło - dziewcznyki myślały że Tata wygrał bieg a ja przecież nie musiałem ich wyprowadzać z błędu, nie? Żarcik oczywiście, wytłumaczyłem im że byłem tak naprawdę szósty.

Impreza jak zwykle super, jak co roku mam nadzieję że następnym razem się też odbędzie. I oby tylko w pełnym zakresie, z biegiem głównym na piątkę!



sobota, 12 października 2019

Maraton Bruksela



To był już dwudziesty maraton w moim wykonaniu, ale tak naprawdę też i pierwszy w pewnym sensie. Ale nie uprzedzając faktów przejdźmy może do rzeczy, a właściwie do relacji.

Może dwa słowa wprowadzenia najpierw: uważnie czytelnicy wiedzą że biegam już od 8 lat i jak na razie (odpukać) bez kontuzji, ale rok temu na wakacjach przydarzył mi się uraz. Niby nie związany z bieganiem bo podczas zabawy z dziećmi w morzu, ale jednak oderwanie mięśnia od kości to dość poważna sprawa :) przerwa, powolny powrót do biegania a potem do formy - przez to moje wyniki maratońskie w ostatnim roku nie były już na prostej wznoszącej. Na jesieni 2018 jedyne co osiągnąłem to ukończenie maratonu w Chicago, a na wiosnę w Wiedniu 3:16 można już uznać za połowiczny sukces.



Cały czas jednak jedna rzecz mnie męczyła: dlaczego nie potrafię dobiec do mety maratonu jak przy wszystkich krótszych dystansach? Co jest takiego specjalnego w tym biegu że zawsze, ale to zawsze odpadam w końcówce i kończę dużo wolniej niż planowałem, różne są tylko rozmiary porażki. Nawet w moim życiówkowym maratonie warszawskim z naprawdę wspaniałym wynikiem 3:03:03 odpadłem w końcówce i tempo spadło o kilkadziesiąt sekund na kilometr (miało być przecież na mecie 2:59:59).


Z tego powodu moim marzeniem od zawsze było dobiegnięcie do mety maratonu w dobrym stanie. Jak Kipchoge który nigdy nie miał kryzysu (mentalnie miał bo tak mówił w wywiadach) ale patrząc na wyniki to je przezwyciężał. Albo jak Bekele w Berlinie z 2:01:41 - na ostatnich kilku kilometrach odrobił do rekordu świata kilkanaście sekund. A to naprawdę dużo przy tempie 2:47/km!
Próbowałem przeróżnych rzeczy - różne plany treningowe,  opieka trenera, duży kilometraż, wszystko na nic. W tym roku nie udało mi się załatwić opieki trenera - za dużo pracy (zarobkowej ale też i domowej z naszą trójką pociech), więc testowałem się sam (znowu). Wyszło tak średnio na jeża: w półmaratonie dałem radę tylko 1:29:40 na jesieni zabiegać (a życiówka 1:24:59) - nie ma żadnych szans z tego łamać trzech godzin przecież. Kalkulator Danielsa pokazuje 3:07:00,  a ja zawsze sporo od niego odpadam.


Z drugiej strony tydzień przed maratonem dostałem motywacyjnego kopa w postaci życiówki na 5km. A już od dawna taki zwierz jak życiówka trzymał się ode mnje z daleka :) 18:38 to wyrównanie mojego wyniku z 5000m (czyli ze stadionu) i to jest poziom z którego Daniels sugeruje możliwość łamania trójki. Ale powiedzmy sobie szczerze: estymowanie wyniku maratońskiego z czasu z piątki to baaardzo słaby pomysł :) szczególnie jak czas półmaratonu mówi coś zupełnie innego, a wszystkie poprzednie próby estymacji z kalkulatorów biegowych spełzły na niczym.
Kalkulatory działają tylko gdy:
- trenujesz pod ten właśnie dystans który chcesz estymować
- estymujesz z jak najbliższego dystansu do docelowego
- jesteś obiegany
Czyli jednym słowem dla nas amatorów nie działają bo nie jesteśmy obiegani, a jak już jesteśmy to raczej nie potrzebujemy kalkulatorów.


Dobra to biorąc to wszystko pod uwagę ustaliłem sobie cele na Brukselę tak:
1. Koniec w dobrym stanie - czyli nie odpaść w końcówce i przebiec równo połówki albo przyspieszyć na końcu
2. Złamać 3:10
3. Plan maksimum: złamać 3:08
Czyli patrząc na tempo: ruszyć 4:30 i dobiec tym tempem do półmetka, potem dopiero przyspieszyć i najpierw dycha po 4:25 a ostatnia po 4:20 (co od razu było dla mnie abstrakcją, ale to był plan maksimum, plan podstawowy to dobiec 4:30 równo od startu do mety.
Dobrze że nie sprawdziłem profilu trasy przed biegiem, bo pewnie bym zaktualizował te plany w dół jeszcze przed startem :) ale o tym później.


Na razie zacznijmy od przygotowań. Końcówkę przygotowań zrobiłem kopiując zalecenia trenera Gajdusa które mi dawał gdy trenował mnie pod mój życiówkowy maraton. Dużo 400-setek, trochę długich wybiegań gdzie końcówki robiłem szybciej niż plan przewidywał. Tempa nie wychodziły mi takie jak poprzednio - wtedy trenowałem jednak na 3:00... treningi mnie przekonały że 3:10 to będzie maksimum jak na moją formę. Tempo 4:30 (to jest dokładnie na 3:10:00 na mecie) bylo dla mnie wyzwaniem.
Kilometraż starałem się trzymać 80-90km tygodniowo. Generalnie udało się dobrze przygotować jednak z trochę wolniejszymi tempami.


Nadszedł czas na finał - do Brukseli polecielismy we dwóch że Zbyszkiem, chociaż okazało się że w samolocie było więcej maratończyków - np. Bartek z którym w Rzymie sporą część maratonu przebiegliśmy razem razem z kolegami (pozdrowienia dla wszystkich!). Fajnie było pogadać w drodze do Brukseli i powrotnej (te same samoloty mieliśmy:) ).
Dolecielismy w piątek wieczorem na Charleroi, wynajelismy samochód i nie tak późno byliśmy w hotelu.


W sobotę rano bieg rozgrzewkowy obok Parlamentu Europejskiego, potem expo i odbiór pakietów, zwiedzanie Brukseli, zakupy, nawet msza wieczorem się zmieściła i dzień zleciał - prawie 18 tysięcy kroków... typowa zmora maratończyka-turysty: zwiedzanie albo bieganie - wybór należy do Ciebie :)
No nic, trzeba myśleć pozytywnie. Tylko że nam myśli zaprzątała głównie pogoda. A ta nie nastrajała pozytywnie: mimo że sobota była całkiem ładna to wszystkie portale pogodowe przewidywały deszcz przez całą niedzielę :( trudno,  chociaż temperaturę pokazywało 11-13 stopni na czas maratonu.


Rano okazało się że prognoza się sprawdziła :) wstaliśmy tuż przed 7:00, szybkie śniadanie - u mnie sucha biała bułka i baton chia charge, toaleta, ubranie i chwilka odpoczynku przed wyjazdem. Start maratonu był o 9:00 a mieliśmy do centrum 15km. Zajęło nam to niecałe 30 minut żeby mimo objazdów podjechać pod start. I to dosłownie , bo zaparkowaliśmy przy parku gdzie był start i meta :) a to dość ważne bo cały czas padało.


Ja w swoim czerwono patriotycznym wdzianku "na krótko" troszkę bym przemarzł więc założyłem gruba kurtkę, wziąłem czapkę z daszkiem i folię żeby na trasie mnie coś trochę chronił. Zbyszek biegł półmaraton który startował o 10:30 więc mógł mi pomóc na starcie - odebrać kurtkę i zanieść do samochodu. Zresztą potem tam sobie też posiedzieć żeby nie zmoknąć czekając na swój start :)
A ja tymczasem założyłem folię z maratonu w Chicago, czapkę z Los Angeles i w ostatnim momencie oddałem kurtkę. Padało.


Tymczasem trochę zapowiedzi i ruszamy! Przede mną były zające na 3:15, ale nie pchałem się do przodu, maraton nie był zbyt licznie obsadzony więc nie było problemu z tłokiem. Tuż po starcie wybiegliśmy z parku w miasto i było mocno z górki.



Pierwszy kilometr okazał się najszybszym z całego maratonu: 3:55!!! Ale naprawdę było z górki i zające na 3:15 nadal były przede mną! Ja starałem się trzymać tempo więc zwolniłem i drugi wyszedł w 4:33 - idealnie! Zające na 3:15 się uspokoiły i powoli zacząłem ich przeganiać i odstawiać. Deszcz natomiast nie przestawał przez pierwsze chyba 2-3 kilometry.




Potem dał nam spokój i zdjąłem folię - byłem już rozgrzany. Folia wylądowała w belgijskim koszu przy trasie a ja dalej biegłem w czapeczce z daszkiem bo troszkę jeszcze kropiło.


Wodopoje były często - co 2,5 kilometra. Ja wziąłem za namową Żonki aż 4 żele - jeden przed biegiem a kolejne planowałem na 11, 22 i 33km (mniej więcej). Zgodnie z zaleceniami pani dietetyk która udzielała mi rad przez maratonem w Poznaniu (w ramach "Wyzwania Runner's World) żele nie łykałem na raz, tylko po trochu, trzymają je w ustach żeby szybciej do krwi się wchłaniały.


Profil trasy był podstępny. Po tym ostrym zbiegu był podbieg równie stromy i o tej samej wysokości. Potem z górki troszkę i mocny podbieg. W sumie w profilu naliczyłem takich podbiegów (i zbiegów) aż cztery a suma podbiegów to... 384 metry! Dla porównania w Chicago było tylko 55 metrów a w Warszawie (z Agrykolą) 72 metry na całej trasie. Ja zawsze odpadam na podbiegach - to moja pięta achillesowa, ale tutaj o dziwo dobrze "żarło"! Leciałem i leciałem, grupki się porozciągały, ale cały czas koło mnie były te same osoby. Jeden Słowak, wielu Belgów i jak to zwykle poznawałem ich po koszulkach i ponazywałem nawet. Był "Nagórek" (bo taki do niego podobny był ten Belg :) ), był "bankowiec" (bo taka koszulka), "decathlonowcy" (trzech Belgów co wyglądało jak biegające reklamy tego sklepu) i kilku innych. Trochę ta moja grupka rwała tempo, czasami ich wyprzedzałem ale potem miarkowałem się - patrzyłem na zegarek i widziałem że kilometry wchodzą za szybko. Na przykład 9,10,11,12 były w czasach 4:13-4:18!!! No ale znowu - patrzę na profil i widzę że były tam krótkie podbiegi i zbiegi ale w sumie było z górki. Potem były mocne podbiegi i tak trochę traciłem - 13,14,15 kilometr były w 4:35,4:29,4:30. No a potem szesnasty w 4:03... takie zbiegi były!


Tymczasem czapka mnie wkurzyła - za ciepło mi się w czerep zrobiło. Oczywiście nie wyrzucę jej bo to pamiątka z LA - ale za pasek z boku biodra mi pasowała i prawie nie uwierała :) Zrobiło się chłodniej w czaszkę to leciałem dalej.


Gdzieś tak około 15 kilometra dogoniła mnie coś szeleszczącego. Okazało się że to jakiś biegacz tak na oko z Ameryki Południowej który był ubrany na długo i w dodatku grubo, a na to miał płaszcz foliowy co tak szeleścił! Nie wiem jak on dał radę - przecież musiał biec moim tempem w takim rynsztunku! No nic, nie obronił się bo chyba mu pary nie starczyło (nic dziwnego w takim ubranku) i na podbiegu w którym odbijaliśmy na pętlę po parku odstawiłem go. I znowu zdziwko u mnie jak mi dobrze idzie: podbieg a ja nie odpadam! Zaczęło mi się naprawdę podobać!




Ale maraton to maraton - wszystko się może zdarzyć, a już na pewno powinno być fajnie do 30-32 kilometra. W Brukseli biegnie się jedno kółko naokoło ścisłego centrum i to jest około połowy dystansu (to jest trasa półmaratonu który startuje 1,5 godziny po maratonie) a maratończycy robią jeszcze bonusową pętlę po parku-lesie na wschód od miasta. Wbiegłem w ten park mając 19km na liczniku. Za chwilę był znacznik półmaratonu i złapałem tam sobie około 1:33:25.


No super - pomyślałem sobie, teraz wyzwanie: pobiec pierwszy raz w życiu drugą połowę szybciej. Oczywiście biegnąć 20-ty maraton i mając za sobą 19 sztuk z duuuużo wolniejszą drugą połową wiedziałem że szanse patrząc statystycznie na to są nie za duże, ale trzeba walczyć!


Piękne, szerokie łąki z dwoma nitkami kilkupasmowej drogi w każdą stronę. Na nich punkty odżywiania z bardzo żywą obsługą która nas zachęcała do walki - super to było! W dodatku był mocny zbieg :) co oczywiście zapaliło lampkę ostrzegawczą - przecież tą drugą nitką będę wracał mając 36-37 kilometrów już w nogach!!! A będzie taki podbieg!  No nic, na razie skupiłem się na zbiegu bo miałem dopiero 22-23km za sobą... wziąłem drugi żel (po trochu) i robiłem swoje.
A to "swoje" mi super wychodziło. Na tym zbiegu średnio miałem 4:20 na kilometr przez 4 kilometry. Potem dwa wolniej ale do 4:30 tylko czyli do zakładanego tempa minimum i znowu szybciej wyszło - no super! Na tym zbiegu widzę po drugiej stronie wracającą czołówkę biegu - wygrywa Belg który dostaje aplauz, za nim z całkiem niemałą stratą Kenijczyk (ale odrobił i wygrał jednak).


W parku droga się zrobiła gruntowa, po deszczu było mokro, ale na szczęście nie było błota - raczej kamieni było sporo na ziemi i było OK z przyczepnością. Natomiast podbiegi zaczęły się dawać we znaki. Na jednym z takich krótkich ale stromych wyprzedziłem Słowaka który biegł z jakimś Amerykaninem (sądząc po akcencie). A nie pomyślałbym przed startem że to możliwe bo Słowak wyglądał na Kenijczyka z postury (w sensie bardzo biegowo - szczupły a nie jak ja :) ). Powiedziałem do nich że masakra taka trasa i pobiegłem dalej :)


No to koniec tego lasu - zawracamy i trzeba tylko do mety dobiec. A mamy już w nogach dokładnie 30km. Robi się ciekawie - wiem że teraz zaczyna się maraton (te 30km to rozgrzewka). Tylko że jest dziwnie: nie ma kryzysu, nie ma nawet oznak! Kilometr wchodzi w 4:23, następny tak samo! Potem 4:29 ale następny 4:16! Przez ten profil trasy nie da się trzymać równego tempa. Biorę trzeci ostatni żel (z kofeiną) i wbiegam na ten podbieg. Wyprzedzam jakąś Włoszkę - kurczę kobieta i to na oko sporo ode mnie starsza a biegnie takim tempem już ponad 30km! Ale ludzie zaczynają zwalniać i widzę to, a ja daję radę! Wyprzedzam kolejne osoby. Między 21 a 30 kilometrem wyprzedziłem 15 osób i z 83 lokaty przesunąłem się na 68! Nawet ten podbieg mimo tego jak wyglądał jakoś przebrnąłem. Było ciężko i pamiętam go dokładnie, ale patrzę na wyniki i kurczę, czy on tam był? Czasy kilometrów gdzie on powinien być (34 i 35) to 4:47 i 4:35 - powyżej średniej sporo, ale czułem się jak bym tam wolniej biegł.


Zaczyna ogarniać mnie euforia - jak zostało 5 kilometrów to pamiętam dokładnie że poczułem wewnętrznie że to jest ten dzień, że dobiegnę, nie zwolnię i wreszcie to zrobię: przebiegnę cały maraton jak Kszczot czy Lewandowski na swoich dystansach:"po profesorsku" jak mówią komentatorzy sportowi. To było to uczucie na które czekałem przez 8 lat mojego amatorskiego biegania. W sumie nawet teraz jak o tym piszę po tygodniu to nie mogę powstrzymać się żeby się nie uśmiechnąć. Leciałem i mijałem kolejnych odpadających zawodników - to było piękne. Od kiedy zacząłem wyprzedzanie, już w sumie kilkanaście kilometrów wcześniej NIKT mnie nie wyprzedził.


Na samej końcówce (ostatnie 3 kilometry) wróciliśmy na to małe kółko z którego zbiegliśmy do parku i dołączyliśmy do półmaratończyków. Można ich było odróżnić po czerwonych numerach startowych (my mieliśmy żółte) i po troszkę mniejszym stopniu zmęczenia :)


Zrobiło się tłoczno bo w tym miejscu jak łatwo obliczyć byli zawodnicy biegnący na czas rzędu 1:35-1:40 w półmaratonie, a takich jest sporo. Tym bardziej że na maraton zapisało się 1400 osób a na połówkę 5000...


 
Ja dalej biegłem swoje - było pięknie, wyprzedzałem i tutaj jedyny moment który w tym biegu mi nie wyszedł tak jak bym chciał: ostatni podbieg do mety: 40 metrów w pionie na dwóch kilometrach. To tak jak by dwie Agrykole pod rząd ktoś dał na 40 i 41 kilometrze maratonu...



Pierwszy km wyszedł mi dobrze jak na te warunki bo 4:40, ale ten 41-szy kilometr to niestety... jedyny tak wolny w tym biegu: 5:05 :( Natomiast to nie była ściana maratońska ani odpadnięcie - po prostu taki podbieg był.



Gdy się skończył do mety zostało 1,5 kilometra i wróciłem do mojego tempa. Nawet to za mało powiedziane bo 42-gi kilometr w 4:16 a na metę wpadałem z pięknym finiszem w tempie 3:44/km :)
A na mecie zapaliło się dla mnie:

3:06:57





Co oznacza że:
1. byłem 45 osobą w maratonie na 1400 zapisany i 1100 którzy ukończyli!
2. byłem pierwszym Polakiem (a w Belgii jest tam naszych sporo, oj sporo)
3. drugą połowę pobiegłem w 1:33:32 czyli 7 sekund wolniej niż pierwszą - można uznać że były równe, nie?
4. bylem tak z siebie zadowolony że trudno to opisać!


Wpis się zrobił strasznie długi więc analizę przygotowań i czemu tak dobrze mi poszło zostawię sobie na następny wpis. Na razie pozwólcie że się nacieszę tym moim drugim wynikiem w maratonie, ale pierwszym w życiu poprawnie przebiegniętym maratonem!!!

Juhu!!!




niedziela, 29 września 2019

Bieg na piątkę


Za tydzień maraton, a ja kopiując trochę moje ostatnie tygodnie z życiówkowego maratonu zaplanowałem na ostatnią niedzielę sprawdzian. Chciałem tak jak wtedy pobiec dychę, ale nie mogłem nic w tym terminie znaleźć, więc zapisałem się na piątkę która jest biegiem towarzyszącym Maratonowi Warszawskiemu.

Z ciekawości wpiszę jak wyglądały moje biegi na piątkę:
2006.10.01 Run Warsaw (wyniku nie znam)
2007.10.09 Run Warsaw (znowu wyniku nie mam)
2012.05.03 Bieg Konstytucji 22:00
2013.06.15 Bieg Ursynowa 19:45
2014.06.14 Bieg Ursynowa 20:09
2014.11.23 Park Run 19:37
2015.05.03 Bieg Konstytucji 19:19
2016.05.07 Accreo Ekiden 21:09
2016.10.15 Bieg po dynię 19:23
2017.05.03 Bieg Konstytucji 18:55
2017.05.27 Piaseczyńska Piątka 20:36
2017.10.14 Bieg po dynię 18:56
2018.05.03 Bieg Konstytucji 19:53
2018.06.17 Bieg Józefosławia i Julianowa 19:46
2019.05.03 Bieg Konstytucji 19:23
2019.05.25 Piaseczyńska Piątka 19:21

Czyli jak widać życiówka stoi w miejscu przez dwa lata. Był co prawda start na 5000m w maju 2018 gdzie nabiegałem 18:38, ale to było na bieżni (gdzie wiadomo że jest szybciej). W sumie nie jest tak źle biorąc pod uwagę mój bananowy uraz to w tym roku nie było tak źle. Dwa razy udało się pobiec około 19:20! Ale nadal ciągnie się za mną ten uraz, jednak mięsień oderwany od kości, przerwa w treningach... Dobra ale minął już rok z małym ogonkiem - nie ma więc co się usprawiedliwiać!

Postanowiłem pobiec bez patrzenia na tempo. Trochę się tego boję, ale nie wiem czemu - bardzo dobrze mi takie biegi wychodzą przecież. Ale chyba przez mój ścisły umysł nie chcę tracić tych dokładnych informacji na temat tempa, czasu ostatniego kilometra i tak dalej.

Przyszykowałem się więc do biegu, obiecałem sobie że na zegarek nie będę patrzył i ruszyłem na bieg. Podjechałem samochodem do metra, potem metrem ale nie na sam start - wysiadłem na Świętokrzyskiej i 3km które zostały mi do startu na Knwiktorskiej potraktowałem jak rozgrzewkę. Po drodze złapałem kubek z punktu odżywiania na 22-gim kilometrze maratonu (zapytałem najpiew czy mogę!) i przed startem zrobiłem trochę ćwiczeń w biegu i krótkich szybkich odcinków.
Na początku rozgrzewki czułem się źle - wydawało mi się że nie dam rady za szybko pobiec, ale to było chwilowe, rozgrzałem się i już było lepiej. Na starcie stanąłem blisko zająców na 19 minut (ale za nimi) i pogadałem z kolegą z pracy który mnie zauważył. Zawsze się ścigamy i niestety w tym roku przegrywam :) Jeszcze krótkie zagrzanie do biegu przez konferansjerów i ruszyliśmy!

Bez zegarka jednak fajnie się biegnie. Co prawda widok zająców na 19 minut też mi pomógł - nie wyprzedziłem ich od razu bo przed biegiem myślałem że uda się 20 minut złamać, ale o 19 nawet nie myślałem. Bałem się że będzie raczej tuż poniżej 20. Więc nie spaliłem się na starcie bo mimo że zające na 19 minut troszkę wyprzedziłem to jednak nie za bardzo.
Przebiegliśmy w tym centum co nieco - fajnie bo sporo ludzi i skręciliśmy na północ. Trasa piątki jst naprawdę dobrze dobrana pod życiówki - jest regulaminowa, ale jednak jest spora różnica wysokości i bardzo to ułatwia. Nie jest to długi dystans więc czwórki wytrzymają taki zbieg (maratonu bym tak nie doradzał biegać na zbiegu), a pomaga to znacznie.
Pierwsze trzy kilometry weszły całkiem dobrze, połowa czwartego też, ale wtedy zaczęły się schody. Myśli że już nie dam rady, próby przeliczania ile stracę - to się na szczęście nie udało bo zgodnie z obietnicą nie kontrolowałem w ogóle tempa ani czasu. Widzę teraz po międzyczasach że od 3,5km do 4,5km było słabo, ale tylko 500m między 4 a 4,5km były zbyt wolnym tempem (4:00/km). Wtedy wyprzedził mnie zając na 19 minut... Jednak ostatnie 500m przyspieszyłem, wyprzedziłem całkiem kilku biegaczy a na ostatniej prostej tego zająca i wbiegłem na metę zatrzymując stoper. Nie wiedziałem kompletnie jaki miałem czas, spojrzałem więc na zegarek:



 Zobaczyłem 18:40,9 i strasznie się ucieszyłem - przecież to nowa życiówka na ulicy! I to prawie taka sama jak wynik z bieżni na 5000m :)
A za jakiś czas doszedł czas oficjalny i ucieszyłem się jeszcze bardziej:


 Okazuje się że wyrównałem na ulicy mój wynik z bieżni czyli od tej chwili mój rekord życiowy na 5km to

18:38


Tym samym mogę już oficjalnie myślę ogłosić że po bananowym urazie nie ma już śladu (chociaż i tak na usg chcę pójść do kontroli jeszcze) i mogę brać się za kolejne treningi! To teraz za tydzień maraton w Brukseli i muszę koniecznie złamać 3:10 a na wiosnę - wiadomo, gonię dalej króliczka z 2:59:59 wypisanym na ogonie :)






środa, 25 września 2019

Bieg przez most


W niedzielę pobiegliśmy we trójkę przez most (ten północny - nasze stare rejony Tarchomina :) ). Niby we trójkę, ale właściwie to nie mam zdjęć z odcinka który byśmy razem biegli :) najpierw ja stanąłem na samym końcu żeby ludziom nie przeszkadzać, potem jak dogoniłem Żonkę to po chwili powiedziała żebym biegł szybciej i posłuchałem (denerwowanie biegającej kobiety podczas biegu to ryzykowna sprawa, a człowiek zwykle podczas biegu łatwo się denerwuje :) ). No to przycisnąłem i wyszło dość śmiesznie: najpierw około 3,5km dość spokojnie - 5:13/km a potem... trochę przycisnąłem - wyszło średnio 4:18/km a biegłem z wózkiem i całkiem niemałe podbiegi na most (dwie sztuki) w tym były :)

Słonko było piękne, za gorąco w sumie jak na bieg i nasza najmłodsza córka jak widać na zdjęciu poniżej musiała się kapelusikiem zasłaniać żeby nie raziło w oczy:

Zdjęcia: Szymon Starnawski, naszemiasto.pl

W sumie wyszło więc czasowo dość dobrze - 46:21 co przy powolnym starcie i biegu przez 1/3 dystansu nie jest wcale wolnym tempem jak na dychę.


Widać jak tempo rosło w miarę jedzenia, tzn. biegu.


Ogarnęliśmy się na mecie, zapakowaliśmy do samochodu i pojechaliśmy do starszych córek do domu. Tylko ja po drodze wysiadłem i zrobiłem drugą część treningu: 20km w tempie 4:40/km. Oj ciężko było! Trochę w dodatku źle wymierzyłem odległość i musiałem dobiec do domu trochę ponad 3km. W sumie zrobiłem ponad 33km... byłem tak wypruty kompletnie że bałem się o przetrenowanie! Zrobiłem w końcu 30km w tempie szybszym niż 4:40/km średnio - dla mnie to strasznie mocny trening.
Mam tylko nadzieję że jakoś sensownie zaprocentuje za dwa tygodnie w Brukseli. Właściwie to już za 10 dni (aaaaa, tryb paniki włączony).

ADs