środa, 13 kwietnia 2016

Maraton Rotterdam



Rotterdam maraton miał być moim uwieńczeniem "przepracowanej" zimy. Nie było planu B, miał być za to dobry wynik. Po jesiennym przebiciu granicy 3:10 (3:08:28 w Poznaniu) liczyłem minimum na 3:04. Udało się załatwić że babcia zaopiekowała się córkami i już w czwartek wieczorem byliśmy w Rotterdamie. Samolot był do Amsterdamu, potem pociąg a ze stacji już na pieszo. Hotel na szczęście był tak blisko stacji, expo i startu i mety że ani razu nie korzystaliśmy z komunikacji miejskiej. Miało to swoje ciemne strony - w piątek zrobiłem wg mojego garmina ponad 20 tysięcy kroków, w sobotę 17 tysięcy. W niedzielę oczywiście około 50 tysięcy, ale to inna historia - zaraz tam dojdziemy.


W piątek więc expo - całkiem fajne, choć nie za duże. Z ciekawych rzeczy: była kolekcja New Balance specjalnie pod ten maraton i naprawdę fajne koszulki i wiatrówki w bardzo pomarańczowych kolorach (jakie to holenderskie). Kupiłbym gdyby nie chcieli 150 euro za wiatrówkę. Kupiłem za to ciekawe plastry (chyba firma re-skin) - zdały egzamin na maratonie! Poza tym żele PowerBar (bo zapomniałem w Polsce kupić - chciałem te nasze firmy Ale - mi bardzo pasują). Trochę się bałem że w sobotę mogą tam być dantejskie sceny bo trochę obiekt za mały moim zdaniem. Podobno były rzeczywiście kolejki, ale nie było tragicznie. 


W sobotę jeszcze trochę zwiedzania - Rotterdam krótko mówiąc jest piękny. Zupełnie inny niż reszta miast w Holandii które widziałem, co wynika z tego że w 1940 został kompletnie zniszczony przez Niemców chcących wymusić kapitulację armii holenderskiej. I w sumie im się udało, ale nie wszystkie samoloty niemieckie dostrzegły sygnały odwołujące atak no i Rotterdam zbombardowały przez co miasto nie ma zabudowy z czasów średniowiecznych. Zostało odbudowane w nowoczesnym stylu który mi się bardzo podoba. Budynki są odważne, ale harmonijnie do siebie pasują.





Pogoda jak widać była maratońska - od 8 do kilkunastu stopni, nawet trochę kropiło. W sobotę udało się spotkać z Bartkiem i odbyć małe pasta party:


Posilony na ciele wybrałem się jeszcze na wieczorne posilenie duszy (nawet w Holandii da się znaleźć działający kościół z sobotnią wieczorną mszą!), zażyłem drugą porcję magnezu w płynie (Olimp Chela-Mag B6 Forte Shot jak by ktoś pytał dlaczego akurat ten - bo ten mi zawsze żona kupuje przed maratonem :) ). Biorę jeden dwa dni i jeden dzień przed maratonem i jest dużo lepiej niż kiedy nie brałem (może to kwestia lepszego wytrenowania też). I poszedłem spać - było wcześnie, maraton zaczynał się o 10:00 a ja miałem na pieszo dosłownie 10 minut spacerkiem z hotelu. Wstałem więc o 7:00 i miałem za sobą około 8 godzin snu - rewelacja! 
Pogoda niestety "się popsuła" - czytaj: było piękne słońce, temperatura już po 9 rano była tak wysoka że w moim typowym stroju startowym było mi cieplutko:


Wc, śniadanie, wc, ubranie, wc, depozyt, wc, normalka w przedmaratoński poranek. Czuję że będzie dobrze - w piątek zrobiłem ostatni trening i dla próby 3km tempem maratońskim około 4:20/km i tętno w okolicach 162 - super niskie! Zwykle biegałem maratony na początku koło 166, końcówka dopiero powyżej 170. 

Dobra, zaczynamy - plan mam opracowany: pierwsza dycha wolniej 4:22/km a potem próbuję do 4:16/km zejść. Na połówce powinno więc być 1:31 i jak się da to utrzymuję to tempo do 32km. Potem zobaczymy jak samopoczucie, jak się da to urywamy po trochu i schodzimy do 3:00 na mecie, jak się nie da to utrzymujemy równe tempo i 3:02 czyli plan maksimum. Planem minimum było 3:04 - powinno się udać.
Ruszamy więc, troszkę tłoczno na początku, nie dopchałem się na początek mojej strefy gdzie ludzie na 3:00 stali, jestem tylko trochę przed balonikami na 3:15, powiedzmy w strefie na 3:10. Kilometry wchodzą dość planowo, nie jest nawet za szybko, pierwsza piątka 21:45. Druga 21:42, razem 43:27 a miało być 43:40, czyli mniej więcej OK. Tylko coś nie dawało mi spokoju już od samego początku - tętno 172 średnie? To 10 więcej, tyle to powinno być na mecie. No dobra, najpierw tłumaczę sobie - to adrenalina na starcie, to się zdarza. Na drugim km to już było dziwne, na trzecim - zacząłem myśleć że jest źle. Troszkę się uspokoiło, zeszło do 169 nawet, ale to nadal dużo za wysoko. No trudno - może wytrzymam, tak sobie myślę. Minęła pierwsza dycha. To teraz co - przyspieszamy, nie? Jednak w okolicach 13km poczułem że jest źle. Zmęczenie na tym etapie? W najgorszym moim dotychczasowym starcie w Wiedniu poczułem że jest źle na 28-ym kilometrze! Przeraziłem się więc na tym 13-tym km bo pamiętałem dobrze cierpienia z Wiednia. Jednak wesoło parłem naprzód. Trzecia piątka 21:32 czyli szybciej, ale nie tak jak miało być. Czwarta piątka 21:58 - najwolniejsza ze wszystkich i tak już miało być z każdą kolejną piątką. Żeby oszczędzić Wam narzekań, były to czasy: 23:43 (ok 4:44/km a to piątka piątka dopiero), 26:05 (5:11/km!), 27:13, 30:17 (6:03/km!!!) i dobiegłem w oszałamiającym czasie - gorszym ponad 20 minut od celu: 3:26:53.

Trasa w Rotterdamie składała się z dwóch pętli - najpierw na południu sporawa (ok. 28km) i potem na północny wschód mniejsza (ok. 14km). Pośrodku był start, meta i możliwość spotkania swojego zespołu dopingującego :) Miałem więc to szczęście że moja dopingująca Żona zobaczyła mnie trzy razy: po starcie, około 28-go kilometra i tuż przed metą. Na tym 28-ym kilometrze wyglądałem tak:






Natomiast nie czułem się wcale tak kolorowo :) Ogólnie cierpiałem bardziej nawet chyba niż w Wiedniu, chciałem zejść z trasy a już na pewno nie chciałem biec. Nie wiem jak dotrwałem do końca, ale muszę się przyznać że kilka razy miałem krótkie odcinki marszu. Kibiców było jednak sporo więc nie dało się iść, za bardzo dopingowali :)
W końcu dobrnąłem jakoś do mety i miałem to za sobą. Pozostaje jedno kluczowe pytanie - skąd taki zupełnie niespodziewany obrót spraw?


Należy się czytelnikom wyjaśnienie. Choćby po to żeby nikt takiej mądrej rzeczy już nie powtórzył. A wyjaśnienie jest tak głupio proste, że aż wstyd się przyznawać: głównym powodem było po prostu nie zadbanie o zdrowie w ostatnim czasie przed maratonem. Miałem dwie pod rząd infekcje - niby nic poważnego, poza jednym dniem nie było nawet temperatury (a to co było to dawno temu i bardzo mała gorączka). Nie było lekarstw, wizyt u lekarza ani zwolnienia. Z objawów to trochę kaszlu i kataru i to tyle. Nawet nie dość żebym przerwał treningi. Biegałem normalnie, trochę sobie nos wydmuchiwałem na treningach jak się zatykał, na kaszel jak trzeba było brałem objawowe leki dostępne bez recepty. Jedno zaleczyłem - już było super, ale na Wielkanocy zaraziłem się znowu u rodziny gdzie byliśmy w gościach. No i tak naprawdę jeszcze w tej chwili ten kaszel i katar tak w 100% nie zniknął. Straszna to była lekcja i bardzo bolesna, nie mam za bardzo jak już w tym sezonie się poprawić bo nie pasuje mi drugi maraton do innych startów, pozostanie już chyba tylko jesień z tego roku jeśli chodzi o maraton...

Widać tętno - od razu 172, potem jak już kompletnie siadłem spadło nawet do 156, ale średnia i tak wyszła wysoka: 166

Międzyczasy (poniżej) i czasy kilometrów (powyżej) mówią same za siebie



Z rzeczy których mnie ten sezon nauczył to trzeba wymienić tak krótko:
  1. zdrowie przed maratonem to rzecz najważniejsza
  2. plan treningowy trzeba przystosować do możliwości a potem go zrealizować (pierwszy raz nie dałem rady - 6x w tygodniu to był zły pomysł)
  3. tętno podczas biegu naprawdę pokazuje jaką masz dyspozycję tego dnia
A co wyszło dobrze?
  1. logistycznie dobrze zaplanowany bieg - blisko i wygodnie na start
  2. dobrze zaplanowane noce - wyspany byłem
  3. kurcze były znikome i to już gdy byłem ponad 3 godziny na trasie - gdyby forma była OK to bym mógł nawet ich nie mieć w ogóle (to chyba dzięki temu ekstra magnezowi)
  4. strój i buty były super - niby to co zawsze, ale zrobiłem poprawki - plastry kupione na expo ochroniły wrażliwe miejsca, moje buty startowe trochę wykastrowałem usuwając element który mi prawą stopę przy sznurówkach masakrował zwykle

Na koniec ważne pytanie: co teraz?!? Oj dużo się dzieje w moim życiu prywatnie i zawodowo, więc nie mam czasu się nudzić, ale jeśli chodzi o plany biegowe to też są świetlane:
  1. Orlen 10km 24.04.2016 - to już za 1,5 tygodnia więc kurowanie się jest teraz najważniejsze
  2. Ekiden 7.05.2016 - jestem w rezerwie naszej firmy, możliwe że pobiegnę 5km, ale jeśli tak to nie na maksa bo już następnego dnia
  3. Wings For Life 8.05.2016 - w Poznaniu chcę pobiec i po cichu liczę że tam się odkuję i przebiegnę dystans maratoński o ile dość szybko będę mecie uciekał
  4. Helsinki Half Marathon 11.06.2016 - jeszcze w Finlandii mnie nie było, zobaczymy jak pójdzie - impreza wygląda na fajną (trasa, miasto)
To teraz szybko do łóżka wygrzać się i wykurować kompletnie!

poniedziałek, 28 marca 2016

Rotterdam 12-16/18: Jakoś tam idzie


Rzadko coś te moje raporty z drogi na Rotterdam się pojawiają. Trzeba trochę nadrobić - zostało już przecież tylko DWA tygodnie! No ale trzeba zacząć oczywiście od jakichś ciekawostek z Holandii. Z racji okresu świątecznego będzie więc o Wielkanocy w Holandii. A więc z najważniejszych rzeczy czym Wielkanoc w Holandii różni się od naszej to trzeba wymienić po pierwsze zapewne to że w Holandii nie to za bardzo święto religijne. Symbolem Świąt jest widoczne na zdjęciu powyżej ciasto z bakaliami i marcepanem (paasstol). Nasze wielkanocne śniadanie jest w Holandii spożywane trochę później, dzieci dostają raczej skromniejsze prezenty ale mają też tradycję szukania czekoladowych jajek (która u nas też się zaczyna pojawiać). Przyozdabianie domów jest u nich bardzo popularne. Jest jeszcze zwyczaj palenia ogni wielkanocnych - dużych ognisk. Z religijnych rzeczy można wspomnieć długą tradycję wysyłania tulipanów do Rzymu (papież po holendersku dziękuje w Wielkanoc) i biblijny musical "Pasja" współorganizowany przez kościoły (protestancki i katolicki).

Po tym wstępie przechodzimy do tego jak tam wygląda moje zbieranie tego co się jeszcze da z mojego planu treningowego :) Jak już pisałem poprzednio zrobiłem małą korektę (właściwie to całkiem dużą) bo moje mierzenie sił na zamiary jednak było przesadzone. Starałem się więc biegać akcenty i nie dużo mniej niż się powinno wg planu. Planowo było więc tak:


Tydzień 12: 
  • 14km w tym interwały 5x600m - wyszły @3:37/km (!)
  • 10km w tym przebieżki 6x100m
  • start 8-10km - Półmaraton Wiązowna 1:27:23
  • bieg długi 29km - start był dłuższy bo półmaraton i w niedzielę, więc nie było jak zrobić tego długiego biegu
  • razem104-111km w 6 treningach, było 5 treningów, w sumie 72km
Tydzień 13:
  • 16km w tym interwały 6x1000m - wyszły po 3:51/km i 5x tylko, bieg był krótszy (10km)
  • 29km w tym 23km tempa maratońskiego - tylko 21km w tym 20km maratońskiego tempa - czasowo nie wyrobiłem się (podróż do Indii)
  • razem 112km w 6 treningach, były 4 treningi, w sumie 60km
Tydzień 14:
  • 14km w tym interwały 5x600m - zrobione w Indiach
  • 10km w tym przebieżki 6x100m - na siłowni ale zamiast przebieżek bardzo szybka końcówka
  • start na 8-10km - na moim stadioniku, wyszło 8km @3:56/km
  • bieg długi 27km - OK
  • razem 96-103km w 6 treningach, było 5 treningów, w sumie 68km
Tydzień 15:
  • 18km w tym interwały 5x1200m - interwały wyszły po 3:53/km podczas krótszego biegu 12km
  • 13km w tym przebieżki 8x100m - przebieżki podczas dłuższego biegu (18km)
  • bieg długi 32km - bardzo ładnie, choć z przerwą na podwiezienie córki po 10km
  • razem 110km w 6 treningach, były 4 treningi, w sumie 80km
Tydzień 16:
  • 11km w tym przebieżki 8x100m - OK
  • 8km w tym przebieżki 6x100m - OK
  • start 8-10km - zrobiłem na stadionie w Tucholi, wyszło niezbyt 8km @4:04/km
  • razem 88-92km w 6 treningach, było 6 treningów, w sumie 82km
Podsumowując: było słabo patrząc na świetliste plany, jednak wyniki są całkiem dobre. Życiówka w półmaratonie to potwierdza, czuję że na krótszych dystansach też jestem już szybszy. Zostały tylko dwa tygodnie do maratonu - oby tylko teraz niczego nie popsuć, dać odpocząć nogom, nie przytyć w Święta (oj ciężko będzie z tym) i mam nadzieję na całkiem dobry wynik w Rotterdamie!

niedziela, 13 marca 2016

Bieganie w Indiach

Lotnisko w Delhi

Znacie jakiegoś biegacza na światowym poziomie z Indii? Ja też nie. W sumie dziwne - kraj który ma coś koło 1/6 może 1/7 ludności całego świata powinien w dziedzinie takiej jak bieganie mieć naprawdę sporo sukcesów. Przecież bieganie nie wymaga zbyt wiele - wszyscy biegacze-amatorzy chwalą to sobie.
Zastanówmy się jednak czego potrzeba do biegania. Ubranie, buty - załóżmy że mamy. To co jeszcze? Ano kawałka ziemi po której można by biegać, w miarę możliwości płaskiego no i jakiejś w miarę sensownej pogody.
Dobra, a co napotkałem w Indiach gdy spróbowałem pobiegać? Mieszkałem na granicy stolicy - Delhi i miasta Noida. Taka mała mieścina 650 tysięcy, stworzona sztucznie w 1976 roku w ramach projektu urbanizacji. Co ciekawe - wiki twierdzi że Noida:
  • ma najwyższy przychód na osobę w całych Indiach
  • jest słynne z świetnych, trzypasmowych dróg
  • jest uważane za najbardziej zielone miasto w Indiach z 50% pokryciem terenami zielonymi
 Widok przed biurem - zielona trawka, jakiś słoń-człowiek i chyba Budda przed nim. Chrześcijan też trochę jest, muzułmanów bardzo dużo i raczej jest bezpiecznie w porównaniu do innych tak różnorodnych krajów. Zaraz za płotem niestety inny świat. Zwracam uwagę na "mgłę" - to po prostu smog.

No dobra, a jak to wygląda z bliska. Mieszkałem w Noidzie (chociaż na obrzeżach, tuż przy Delhi), pracowałem w środku Noidy. Jeśli chodzi o poziom zamożności - bardzo dużo osób tu pracuje w firmach, bardzo dużo tu ich, w jednym takim budynku potrafi pracować kilka setek pracowników biurowych. To coś co nastraja pozytywnie - mam nadzieję że ci ludzie podniosą ten kraj na wyższy poziom rozwoju. Z drugiej strony na każdym kroku widać ogromną biedę. Niedaleko pięciogwiazdkowego hotelu są slumsy gdzie ludzie mieszkają w strasznych warunkach. Wszędzie, dosłownie wszędzie leżą śmieci, gruz itp.

 Zwykły widok z samochodu.

 Czasami bywało tak, ale to krótka odmiana - jak się dobrze przyjrzycie zobaczycie za 50 metrów z przodu ogromny korek.

Co do świetnych dróg - rzeczywiście drogi są trzypasmowe. Co nie przeszkadza w tym żeby jechało 5 samochodów obok siebie taką drogą bo pasy na drodze są tutaj niezobowiązującym dodatkiem. Jakość tych dróg jest dziwna. Z jednej strony wiem że są one nowe, ale naprawdę na takie nie wyglądają. Mam wrażenie że rzeczy tutaj od razu po wybudowaniu wyglądają na zużyte.  Nie wiem czy to klimat, temperatura czy może niska jakość budowy. Generalnie jazda samochodem to podróż w inny wymiar. Drogi są nierówne, progi spowalniające przypominają poprzeczne uskoki tektoniczne. Krawężniki mają wysokość (nie żartuję) 40 a nawet 60 centymetrów. Chodniki zwykle są trochę wybrakowane - brakuje dużej liczby płytek chodnikowych (nie wiem gdzie znikają).
No i przechodzimy do zieloności - próbowałem pobiegać więc szukałem parku. Na mapach satelitarnych wygląda to fajnie - są obszary zielone. Tylko że w rzeczywistości taki zielony obszar to nie jest trawa tylko wypalona słońcem ubita ziemia z wysuszonymi roślinami i drzewami które jakoś rosną. Między drzewami koczują ludzie, chodzą krowy i byki (niczyje - to są te święte krowy) i bezdomne psy.

 Po bokach - chodniki i krawężniki (widać jak są wysokie). Po środku - coś co u nas się robi podwójną ciągłą. Tutaj oznaczeń się nie honoruje więc wszędzie są takie betonowe wymuszacze.

Ktoś powie - to pobiegaj ostatecznie wzdłuż ulicy po chodniku. No dobra, ale chodniki jak wspomniałem przypominają Wielką Pardubicką. Nie jestem niski - 185cm a bywały chodniki które były wyższe niż moje kolano stojąc przy nich na ulicy. Wspominałem już o tym że brakuje co którejś płyty chodnikowej, poza tym na środku chodnika centralnie co chwilę (co krótką chwilę) jest miejsce na drzewo. Które w większości przypadków obumarło będą sadzonką o pniu grubości kciuka i wysokości "do pasa". Na chodnikach też stoją jacyś sprzedawcy wszystkiego więc bieganie odpada. Zresztą Indusi nie korzystają z chodników (kto by chciał co chwilę wskakiwać na chodnik) - chodzą ulicami. To powiecie - biegaj po ulicy mądralo! No i tu dochodzimy do tego jak wygląda ruch uliczny w Indiach. To trzeba zobaczyć. Generalnie samochód może jechać w nocy beż świateł, może być cały poobijany, ale jedna rzecz MUSI działać bez zarzutu: klakson. Jest on używany bez jakiegoś negatywnego podtekstu, używanie klaksonu oznacza po prostu że jedziemy. Może też oznaczać że chcemy wyprzedzić albo że skręcić, albo że zawrócić, albo.. generalnie cokolwiek bo używa się go cały czas. Ulica natomiast nie jest tylko dla samochodów, duża część uczestników korzysta z motorów, skuterów, ryksz, rowerów czy też chodzi na pieszo. I nie ma znaczenia to ile jest pasów ani to w którą stronę oryginalnie ktoś zaplanował ruch tą ulicą. Więc jak jest trzypasmowa jezdnia w każdą stronę to nic nie przeszkadza żeby jakiś samochód czy tym bardziej coś mniejszego jechało pod prąd. Zawracamy na rondzie - po co je objeżdżać... trąbimy i jedziemy pod prąd na rondzie. Kilkupasmowa droga szybkiego ruchu ze słynnymi krawężnikami i płotem z metalowych sztachet pośrodku nie spowoduje wcale że grupa osób nie przejdzie w tym miejscu. Stojąca krowa albo leżący pies na takiej ulicy - normalna sprawa, nawet w nocy. No i najważniejsze - korki i ruch jest tak ogromny że nasze europejskie "korki" się chowają. Niektórzy twierdzą że "dobra, ruch jest duży i chaotyczny ale jest bezpiecznie". Oczywiście cudów nie ma - wcale tak nie jest. Jestem tu kilka dni i widziałem ze trzy sytuacje które temu przeczą.

 Wesoła blokada drogowa - orszak weselników. W bryczce siedzi para młoda.

Dobra, to jak z tym bieganiem? Pierwszego dnia poszedłem na siłownię w hotelu - było tak jak na siłowni, no ale to bez sensu przecież. Strasznie tak biegać w podziemiach hotelu. Więc następnego dnia wróciłem szybko z pracy (oni tu do 18 pracują, wyszedłem szybciej bo w marcu słońce zachodzi o 18:30 a nie chcecie, powtarzam nie chcecie tu biegać po zmroku). Przebrałem się i wyszedłem. Najpierw zaplanowałem trasę - park był blisko około kilometra od hotelu. Po drodze okazało się że aby przedostać się nad "drain" czyli chyba kanałem ściekowym szerokości kilkudziesięciu metrów muszę skorzystać z mostu który być w budowie albo przebudowie. Miejsce na nim jest na dwa pasy, chodnika nie ma, wcześniej droga się zwęża z chyba 3 pasów (czytaj: efektywnie 4-5 samochodów w jednym rzędzie) do dwóch a do tego dochodzą piesi, ryksze itp. Dotarłem do pierwszego "obszaru zielonego". Okazało się że to częściowo wygląda na cmentarz (takie małe budowle z napisami - więc wyglądało na cmentarz - pewnie muzułmański bo Hindusi palą swoich zmarłych). Nie ma ścieżek ani niczego tam, kilku Indusów leży i odpoczywa - nie da się biegać. Obok teren też zielony ale zagrodzony drutem kolczastym, w środku biegają dwa psy. Dalej wąski pasek zielony między tym ogrodzonym a drogą kilkupasmową (ruch ogromny, wszyscy trąbią). Na tym pasku jest co prawda co chwilę tabliczka ostrzegająca że tam idzie wysokociśnieniowa rura z gazem, no ale jest też alejka wzdłuż - można pobiegać! Zaczynam, ale stoi stadko świętych krów, nie wbiegnę w nie bo one stoją i ani drgną. Omijam je, wtedy zbliżam się do drutów kolczastych i dwa psy zza ogrodzenia mnie atakują. Z dwojga złego wybieram krowy - podbiegam do nich - jeden pies odpuszcza, drugi przebiega przez druty kolczaste ale zatrzymuje się w połowie drogi. Odchodzę spokojnie od krów i psów i biegnę dalej. Zapachy się robią nie do zniesienia - to gnijący zdechły pies leżący w 30-stopniowym upale z boku, poza tym są też placki krowie - nie wiem co bardziej pachnie. Zawracam, zresztą "obszar zielony" i tak się skończył i dalej jest zakręt tej drogi kilkupasmowej. Nauczony doświadczeniem idę spokojnie obok krów - patrzą na mnie jak na wariata (czyli tak samo jak większość ludzi których morze przepływa obok mnie w samochodach albo stoją na poboczach). Na poboczu chyba był wypadek bo wygląda jak by policja coś spisywała. To muszę przejść przez dwie takie kilkupasmowe drogi - przez jedną mi się udaje, przez drugą się nie da - pośrodku jest wysoki płot, ruch jest ogromny i szybki. Nagle widzę boisko! Dzieci grają (jakiś krykiet chyba) - no zbawienie!
Ale nie, tak jak przed każdym (KAŻDYM) miejscem jest budka i strażnik. Żeby wejść do hotelu - kontrola jak na lotnisku z prześwietlaniem bagaży, przejściem przez bramkę (zawsze pika, nikt sobie z tego nic nie robi, obmacają pobieżnie i następny). To samo żeby wejść do centrum handlowego, wszędzie. Więc na boisko mnie nie wpuścili - to jakaś szkoła jest i nikt nie może wchodzić. To gdzie można pobiegać pytam - a strażnik nie wie, tu się nie da mówi. A tutaj za tą ulicą? Acha, tak, tam można - mówi. No dziwne, nie wiedział... dobra, jest nawet kładka dla pieszych górą! Przedostaję się - i znowu mam nadzieję - piękna trawka, trochę drzew tylko nie widać alejek żadnych. Jest za to w środku jakiś dziwny budynek z kopułą dużą - może jakaś świątynia, tak myślę. Podbiegam do wejścia - oczywiście bramka-pikadło, kilku strażników, pośrodku chodzą spokojnie lokalsi. Pytam strażnika czy można tam pobiegać. Ma wyraźne problemy z angielskim. Najpierw coś próbował mi tłumaczyć ale mam problemy żeby zrozumieć jego próby sformułowania zdania po angielsku. Wreszcie strażnik stwierdził że będzie łatwiej przejść na hindi. I zaczyna mówić spokojnie tylko że w hindi. Teraz sobie myślę że ja też powinienem przejść na polski i tak byśmy sobie pogadali :) no ale dobra, coś wywnioskowałem że bilet jest 10 rupii (60 groszy) i że biegać nie wolno więc machnąłem ręką i użyłem chodnika wzdłuż tego kompleksu do moich interwałów po 600m. Dobiegłem do końca kompleksu (jeden niecały interwał), dalej po prostu koniec chodnika i jest droga szybkiego ruchu. Zawróciłem i pobiegłem w drugą stronę. Skończył się ten kompleks, potem za płotem teren zielony ale nie da się wejść. Później się okazało że ten skrawek zieloności to jakaś ostoja ptaków (naokoło 14-milionowe miasto, nie wiem czy tam jakieś ptaki przeżyły). No ale wejść się nie da, jest jakaś brama ale żołnierzo-strażnik nie wpuszcza - to biegnę dalej. Droga idzie pod trasą szybkiego ruchu - jest tam kompletnie ciemno, wygląda jak w tunelu i odcinek jest dłuuugi bo nad głową dwie jezdnie po chyba 4 pasy a tunel pod skosem przechodzi. Jestem na drugiej stronie, obok jest park! Prawdziwy z alejkami! Co prawda wbiec jest trudno bo trzeba ze skarpy sporej zbiec ale udaje się i biegam po parku! Niestety w parku są dodatkowe atrakcje - w dwóch miejscach widzę że jakieś parterowe malutkie budyneczki (takiej wielkości jak u nas się robi przystanki autobusowe - jedno pomieszczenie). W budyneczkach mieszkają ludzie - wygląda to jak by na dziko je zajęli. W środku parku jest część wydzielona gdzie zobaczyłem nawet kwiaty w grządkach. A pośrodku stoi kilku młodych Indusów i od razu zwracają na mnie uwagę. Nie wyglądają biednie, ale od razu jeden podbiega i "ten rupis plis". Na szczęście jestem w trakcie interwału i moje tempo poniżej 3:50/km powoduje że nie myśli o tym żeby mnie gonić. Przy drugim kółku przebiegałem na zewnątrz tego wewnętrznego parku i nieopatrznie uzyskałem (z odległości 100m) kontakt wzrokowy z panem "tenrupis" - od razu zaczął do mnie biec. Było niezbyt miło więc ewakuowałem się z tego parku. Powrót był też wyzwaniem - zaczęło się ściemniać, na szczęście zdążyłem przed zmrokiem wrócić do hotelu.

Zrzut z opisanego powyżej biegu

Przez cały mój pobyt tutaj spotkałem tylko dwie osoby które chyba były biegaczami. Obydwie w tym parku, jedna to był lokalny biegacz sądząc po ubraniu (pozdrowiłem ale tutaj nie ma takiego zwyczaju) a druga nie jestem pewny - bo długie dresy przy tak wysokiej temperaturze nie pasują za bardzo...

O tej ostatnie rzeczy jeszcze nie pisałem wprost - bieganie tutaj jest też bardzo trudne z powodu temperatury. W połowie marca temperatura wynosi 30 stopni (podobno zwykle jest chłodniej w marcu). W lato dochodzi do 47 (wg ich opowieści). Wieczorem robi się wcześniej ciemno niż u nas (dni tutaj są krótsze latem niż u nas bo bliżej równika oni są). Jedyne wyjście to bieganie bardzo wcześnie rano. Największym problemem jest jednak gęstość populacji i brak infrastruktury dla pieszych.

No tak, zapomniałem o kolejnej "ostatniej" rzeczy: smog. Jednak mieszka tu tyle milionów ludzi że budynki oddalone o kilkaset metrów wyglądają jak by były zanurzone we mgle. Zwykle uważałem że przesadzone są te opinie o smogu w polskich miastach. Jednak to co tutaj zobaczyłem jeśli chodzi o smog to jest coś strasznego.

Widok z hotelu - dalsze budynki jak za mgłą, a i tak było trochę deszczu który oczyścił powietrze.

Reasumując - następnego dnia poszedłem pobiegać na siłownię :)

Jednego dnia była ciekawostka - ogromny choć krótki deszcz z gradem i to całkiem sporym. Z racji temperatury bliskiej 30 stopni momentalnie topił się na ziemi.

I jeszcze trochę zdjęć z tej podróży:

W tak komfortowych warunkach doleciałem do Indii. Siedzi się zamknięty w małej puszce przez blisko 10 godzin (a jeszcze nie ma bezpośrednich lotów z Polski wciąż więc plus 2 godziny żeby do Zurychu albo Monachium się dostać - tak leciałem).

Z jednego okna widok ładny (choć jak się podejdzie bliżej to jest tak jak opisałem).

Z drugiego okna zupełnie inny świat. To najbliżej to generator prądu bo tutaj praktycznie codziennie raz albo kilka razy były przerwy w dostawie prądu. Na dalszym planie fabryczka opału z krowich placków a jeszcze dalej budynki mieszkalne biednych ludzi, na samej górze już takie normalne domy.

Jedzenie indyjskie mi smakuje, chociaż nie mogę jeść ostrego bo strasznie się pocę, więc trochę to dla mnie zawsze cierpienie, ale lubię więc jadłem. Na szczęście mimo straszenia mnie nic złego z żołądkiem mi się nie stało.

Tutaj nawet amerykańskie sieciówki mają wegetariańskie jedzenie: to menu McDonalds'a, są też wegetariańskie KFS i Burger King :)

 O proszę, arbuza w marcu dojrzałego sobie zjadłem :)

A na koniec w ramach dowcipu - lokalna firma. Synowie założyli chyba bo końcówka "sons" jest.

niedziela, 28 lutego 2016

Wiosna zaczyna się w Wiązownej


Nogi jeszcze czuć, ale tak przyjemnie. Wiem że się zmęczyłem, wynik wyszedł bardzo dobry więc może to trochę efekt psychologiczny że dobry humor przysłania zmęczenie. Zacznijmy jednak od początku. Żeby wystartować trzeba było najpierw odebrać pakiet, organizatorzy ustalili że należy to zrobić przed 11:00, a start był o 12:00. Dojechałem więc przed jedenastą, zaparkowałem daleeeko i doszedłem na start na pieszo. Trochę minimalistycznie podszedłem do tej imprezy i nie miałem tam dość czasu żeby ocenić jakoś organizacji. To co widziałem było w porządku. Trochę tłoku w szkole gdzie było biuro zawodów, ale to zrozumiałe bo wiele osób przyszło na ostatnią chwilę. Jedna kolejka po numer startowy - mimo że długa to bardzo szybko poszło. Druga po "pakiet startowy" czyli okolicznościową koszulkę bawełnianą i kilka ulotek. I moim zdaniem bardzo dobrze! Koszulek technicznych w szafie tyle że się nie domyka, a tak to po biegu i wykąpaniu się można było do końca dnia paradować w tej koszulce.

Przy odbieraniu pakietu spotkałem Przemka a potem podczas rozgrzewki Joannę. Dzięki typowej nawrotce na połowie biegu miałem możliwość jeszcze ich spotkać już na trasie i fajnie bo udało mi się ich wypatrzeć i pokrzyczeliśmy do siebie zagrzewając się do walki :)

Połączyłem przyjemne z pożytecznym czyli zrobiłem rozgrzewkę a w połowie wpadłem do lasu i rozwiązałem problem długich kolejek do toalet :)

Dobra, szybko na start, podział na strefy jest - wskakuję pomiędzy 1:25 a 1:35 i okrywam się folią atermiczną. Krótko czekam bo rozgrzewkę skończyłem prawie w południe i... ruszamy!

Pierwsza siódemka

Jak zwykle w "połówkach" podzieliłem sobie trasę na trzy tercje. W pierwszej celem jest nie biec szybciej niż plan, w drugiej utrzymanie tempa a w trzeciej - to już ile się da. No więc zaczynam - na początku oczywiście sporo osób które myślą że jak ustawią się z przodu mimo że widać że w dwóch godzinach się nie zmieszczą to pod jakimś względem są zwycięzcami ;) żarcik oczywiście - denerwuje to trochę że ludzie ignorują podział na strefy i potem i tym wolniejszym i tym szybszym jest niewygodnie. Przed biegiem spytałem biegaczy czy będą oznaczenia kilometrowe - miały być co 5km i po pierwszym km. Więc zostawiłem włączone automatyczne zaliczanie okrążeń co 1km. Jak się okazało firma pana Górskiego która zabezpieczała bieg od strony sportowej sprawdziła się bardzo dobrze. Oznaczenia były co kilometr i były bardzo dokładne. Nie zauważyłem odchyleń o więcej niż 8 sekund wg mojego garmina, który naliczył tylko 50 metrów więcej (na "wiejskich" biegach to częste że niewiele więcej nalicza - bo nie ma tłoku więc nie nadkłada się na zakrętach).
Biegnę pierwszy km - jest dobrze, niewiele szybciej, drugi km - tak samo! Na trzecim - wodopój. Zignorowałem z rozmysłem i tylko w duchu cicho sobie liczyłem że zaraz będzie następny. I był na szczęście, ale najpierw kilka kilometrów biegiem. A wychodzą te kilometry całkiem super - cały czas minimalnie poniżej planu 4:10 który miał mnie dowieźć do wyniku 1:28. No ale na razie to nic dziwnego - każdy potrafi przebiec piątkę swoim tempem półmaratońskim! No i nadszedł kilometr szósty, posłużę się tutaj wykresem wysokości:


Na tym podbiegu troszkę tempo siadło, no ale 4:15 i 4:12 nie jest znowu taką tragedią, bo nadróbka była 9 sekund z pierwszej piątki. I w ten sposób na szczycie górki minęła mi pierwsze tercja.

Środkowa siódemka

Jak widać po wykresie nudy nie było - ostry zbieg, potem podbieg i zbieg do nawrotki a potem to samo, tylko w odwrotnej kolejności. Poza tym odcinek był też ciekawy bo po nawrotce widzieliśmy elitę która już wracała. Zawsze to lubię bo można dopingować tych najlepszych, no i spotkać się oczywiście ze znajomymi :)
Nie było za łatwo, szczególnie że zbiegając wiedziałem że zaraz będę wracał. Widziałem powykrzywiane twarze tych wracających i trochę się dziwiłem że już tacy zmęczeni a tu dopiero połowa. A potem sam nawróciłem i zrozumiałem o co chodzi - utrzymanie tempa na takim podbiegu było trudne, ale dałem radę! Tylko 13-ty kaem był w 4:11, a pozostałe od 4:04 (zbieg) do 4:09. W sumie więc dorobiłem się większej przewagi nad moim wirtualnym partnerem ustawionym na 4:10/km. No ale teraz miało się zacząć najważniejsze, czyli:

Ostatnia siódemka

Jak to zwykle bywa - teraz się okaże co kto jest wart :) Zwykle na ostatniej tercji było cięężko, nogi bolały, oddechowo było ciężko itd. Ale w Wiązownej tak nie było! Zdziwienie było tak duże że nawet mimo zmęczenia je zauważyłem. Kilometry uciekają, a ja cały czas jestem pewny że cel jest już praktycznie w kieszeni! Mam 30 sekund nadróbki, nawet biorąc pod uwagę że czasami na oznaczeniach kilometrowych garmin pika dokładnie na oznaczeniu, ale bywało że 8 sekund później, to i tak kalkuluję sobie że 22 sekundy nadróbki nad 1:28:00 na pewno mam i dobre samopoczucie oznacza że nie dam sobie już tego popsuć. I idzie jak po maśle: 4:05, 4:03, 4:12 a potem koło 4:08 do 20km włącznie. Wtedy to już zacząłem odczuwać trochę trudy biegu, ale i tak ostatni kilometr wyszedł w 4:05 a finisz (wg garmina wyszło 21,15km czyli przez finisz rozumiem te 150 metrów) w 3:37/km! No i na mecie okazało się:


A po chwili wg już oficjalnych danych:


Międzyczasy łapane przez garmina:


No i wtedy szybko po depozyt, do samochodu i do domu. Samopoczucie zwykle po takim biegu "na maksa" w połówce mam bardzo dobre, ale zmęczenie jest ogromne. Tym razem - jest super. Prysznic, obiad i byłem zupełnie do życia. Dałem radę pójść na pieszo do kościoła (żeby córki miały atrakcję że jadą na hulajnogach około dwa kilometry) i potem wrócić bo starsza miała tyle energii że chciała też wracać (młodsza jednak wybrała powrót z Mamą samochodem). W sumie garmin naliczył mi dzisiaj ponad 33 kilometry, 27 tysięcy kroków i 4000 kalorii :) !
Podsumowując: poprawiłem się o ponad półtorej minuty od poprzedniej (wiedeńskiej) życiówki, biegłem planowo na 1:28:00 a wyszło 37 sekund szybciej, więc czy można chcieć czegoś więcej? Niby nie, ale jest jedna malutka rzecz która mnie męczy: to że w trakcie biegu dobrze się czułem więc chyba jednak trzeba było szybciej. Przelicznik Danielsa z tego wyniku w połówce daje 39:31 na dychę, a ja miałem w Kozienicach 39:20. To by też świadczyło o tym że można było troszkę szybciej (przelicznik Danielsa daje w połówce 1:27:05) . Na swoją obronę mam kilka rzeczy: tempo 4:10/km wydawało mi się zabójczo trudne do utrzymania i takie było na treningach w tych roku. Tydzień temu po długim biegu 35km lekko się podziębiłem i katar mam straszny cały czas. Trzecia rzecz - kilka dni temu miałem cztery szczepionki na raz (lecę służbowo do Azji niedługo) - to też osłabia organizm. Jak to wszystko się razem doda to jestem szczerze mówiąc strasznie zadowolony z mojego biegowego debiutu w tym roku :) !
Czego i Wam wszystkim życzę w tym roku - oby się nam "darzyło" i biegało jak najlepiej! Na koniec parę zdjęć jeszcze:






czwartek, 25 lutego 2016

Plany na rok 2016


Plany są fajne. Szczególnie jak się je uda zrealizować :) ale już samo snucie tych planów to też frajda! To posnujmy te plany, ale nie byle jak. Ważne żeby były realne i mierzalne - żeby można było za rok się do nich odnieść i powiedzieć czy się udało. Przemyślałem to już wcześniej więc wypunktuję je teraz a potem troszkę opiszę.
1. zdrowo biegać
2. złamać 3h w maratonie
3. poprawić wyniki na 5km, 10km, półmaratonie adekwatnie do wyniku maratonu
4. obniżyć wagę
To jeszcze jak to będziemy mierzyć: "zdrowość" biegania to zmierzę sobie tak: jak się uda biegać regularnie - bez przerw dłuższych niż 3 dni, spowodowanych kontuzją. Punkt drugi jest już bardzo dobrze mierzalny :) Punkt trzeci również - ma być lepiej niż rok temu. No i został punkt czwarty - tutaj postawiłem sobie za cel żeby na koniec roku mieć stabilnie wagę 78kg. Do tej pory ta waga oscyluje około 80kg, bywa 81, bywa 79, ale po feriach z obficie zastawionym szwedzkim stołem było to raczej średnio 81 :) więc zejście na stałe do 78kg będzie dla mnie dużym sukcesem. No i może pomóc w realizacji wszystkich pozostałych celów, bo i szybciej powinno się wtedy biegać i mniejsza szansa żeby sobie coś przeciążyć albo naderwać.

Zostaje jeszcze druga kwestia która jest zawsze ważna w moim amatorskim bieganiu: podróże maratońskie! Wiosna jak wiadomo jest już zarezerwowana: Rotterdam, ale została jeszcze jesień. Mógłbym oczywiście biegać maraton w środę i maraton w sobotę, ale z racji tego że chciałbym utrzymać to że biegam zdrowo i mieć tą wyjątkowość maratonu, to wolę jednak biegać tylko 2 razy do roku z rezerwą trzeciego maratonu na wszelki wypadek.
Co do jesieni - to nie wiem, czekam na losowanie żeby pobiec za Wielką Wodą, szansa jak wiadomo jest mała. Mogę bez losowania pobiec w mieście obok i też w serii "Majors", ale to jeszcze tak daleko czasowo że za szybko na razie aby podejmować jakieś decyzje. Trzeba poczekać - wtedy wszystko się wyjaśni! :)


poniedziałek, 22 lutego 2016

Rotterdam 10,11/18: wracamy do gry!

 
Chciałbym od razu przejść do wyjaśnień tytułu (czytaj: chwalenia się), ale tradycja zobowiązuje więc najpierw holenderska dygresja. Jak widać po zdjęciu w nagłówku - będzie o pewnym człeku. Z Rotterdamem związany tak mocno że nawet nazywamy go Erazmem z Rotterdamu, choć naprawdę nazywał się Geert Geerts. Zapewne wszyscy znacie go z lekcji w szkole - był największym chyba z filozofów renesansu. Bardzo podobają mi się jego poglądy, choć pewnie w dzisiejszej Holandii większość z nich nie będzie teraz "na topie" jak to mówi młodzież. Wymienię kilka z tych, co mi najbardziej do gustu przypadły:
  • był księdzem (co ciekawe większość życia nie-aktywnym, na co dostał nawet dyspensę)
  • krytykował przekupstwo, hipokryzję, rozwiązłe obyczaje kleru
  • namawiał do czytania Pisma Świętego w językach narodowych
  • krytykował scholastykę i namawiał do uproszczenia nauczania
  • krytykował średniowieczne, surowe metody nauczania dzieci i proponował ciepłe i serderczne traktowanie dzieci i młodzieży
  • krytykował monarchię dziedziczną i był republikaninem
  • krytykował wojny, choć wyróżniał wojny sprawiedliwe (obronne)
Dzisiaj w Holandii jest nadal monarchia dziedziczna, a co do jego religijnych wskazówek to pewnie trudno by było znaleźć naśladowców bo kraj jest wysoce zlaicyzowany. Chociaż mam nadzieję że jego poglądy na nauczanie i wojny są nadal żywe w Holandii :)

Dobra, to teraz: czemu w tytule wpisu jest że wracamy do gry? Otóż po rozbiegowym tygodniu numer 10 w trakcie którego tą reformę wspomnianą na końcu poprzedniego wpisu wprowadziłem nastąpił tydzień 11. Czyli ten który w tym momencie się kończy. I był to naprawdę świetny tydzień. Powiem więcej: mam nadzieję że przełomowy, który przywrócił mi wiarę w to że 10-go kwietnia w Rotterdamie będzie dobrze!


W zeszłym tygodniu nie dało rady wyjść 5 razy i było tylko 4 (a plan zakłada 6!), ale za to w tym tygodniu udało się już założone 5 razy. Ten drugi bieg w środę to tylko 2,5km powrotu biegiem po zostawieniu samochodu w warsztacie ;)
Jeśli chodzi o objętość to wygląda to tak:


Znowu poprzedni tydzień słabiutko, ale obecny - super, rekord jeśli chodzi o ten plan treningowy. A jeśli chodzi o akcenty to plan zakładał po dwa na tydzień:


Tydzień 10:
  • interwały 6x800m 3:48 razem 14km - zrobiłem je dopiero w sobotę w Borach Tucholskich, za to wyszły super - po niecałe 3:45/km
  • bieg długi 24km - z racji ograniczeń czasowych zdążyłem tylko 23km, za to tempo 4:47/km pokazuje że starałem się wycisnąć z czasu jaki miałem tyle ile tylko się dało :)
Tydzień 11:
  • bieg progowy 11km 4:08/km razem 19km - wyszło co prawda niecałe trochę poniżej 4:20/km a razem 15,5km, ale ponieważ miałem ze sobą plecak z rzeczami do pracy i warunki były dość ciężkie - miejscami droga gruntowa, trochę padał deszcz to uznaję że to był dobry bieg
  • bieg długi 35km: pierwsze 8km spokojnie, potem 5:07/km a ostatnie 8km po 4:42/km - wyszło super. Pierwsze 8km po 5:11/km potem 19km po 5:02/km a ostatnie 8km po 4:34/km w tym ostatni kilometr w 4:06
Następny tydzień ma zawierać start kontrolny - wybieram się więc na półmaraton do Wiązownej, ciekawy jestem bardzo jak mi tam pójdzie. Trudno przewidzieć bo jestem w trudnym treningu teraz, muszę przemyśleć jak pobiec. Tym bardziej że oprócz startu powinienem jeszcze gdzieś upchnąć w przyszłym tygodniu interwały, przebieżki i dwa długie biegi :-O

ADs