sobota, 20 października 2018

Chicago marathon


Cel sezonu za mną - daleka podróż, inny kontynent - za Wielką Wodą, w sumie wielka przygoda! Jak wiecie z powodu mojego urazu wszelkie ściganie się nie było możliwe. W sumie tak naprawdę nie wiedziałem czy w ogóle będę mógł wystartować, a jeśli tak - to czy dam radę bieg ukończyć.
Niestety uraz przydarzył się w najgorszym momencie - gdy trening miał wkroczyć w kluczową fazę i statystyki z tego okresu wyglądały tak:


Czerwoną strzałką zaznaczyłem moment kontuzji - to był piątek rano, więc już było trochę tygodniowego dystansu wyrobione. Potem spróbowałem jeszcze przebiec trochę (stąd 6km), ale nie dało się.Tak po prawdzie to nie zrobiłem długich biegów w tym okresie przygotowawczym, a ten uraz spowodował że musiałem skupić się na zdrowiu, a nie wynikach...

Wracając do samego startu - bardzo miło go będę jednak wspominał. Udało się załatwić opiekę do córek (podziękowania dla babci!) a my we dwójkę, jak za dawnych czasów wybraliśmy się na maraton. W dodatku mieliśmy na miejscu super przyjęcie - koleżanka Żonki ze studiów mieszka tam od lat w Chicago. Mieliśmy więc w pakiecie odebranie z lotniska, podwózkę w różne miejsca i przede wszystkim super warunki do spania i jedzenia, co się najbardziej docenia podczas maratońskiego śniadania :) Wielkie dzięki tu dla Ewy za przyjęcie nas, to była naprawdę wielka ulga dla nas!

 Polaków zresztą w Chicago jest sporo - pracownik imigracyjny który nam dawał wizę na lotnisku nazywał się "DABROWSKI" i sam od razu do nas po polsku się odezwał :)


Dolecieliśmy w piątek - zmiana czasu daje się jednak we znaki. Wylot był po południu, ale mimo bezpośredniego lotu i tak trwał on 10 godzin. Z racji zmiany czasu (7 godzin) dolecieliśmy niby tylko 3 godziny czasu lokalnego po starcie (czasu warszawskiego). Ten pierwszy dzień był więc trochę długi - doba miała 31 godzin :)
Nie polecam takich podróży - może już starszy jestem, ale przesunięcie czasu odczuwałem nie tylko przez cały pobyt, ale też przez ładnych parę dni po powrocie. W piątek więc szybko położyliśmy się spać.
Sobota to oczywiście expo - super było, tutaj znowu polski akcent - dziewczyna która nam wydawała pakiet też z pochodzenia Polka - pochwaliła się że była w Warszawie i że ma polskie nazwisko (ale wymawiane po angielsku z typowym ich akcentem było trudne do zidentyfikowania :) ). Na samym expo było naprawdę duuużo stoisk. Coś tam oczywiście kupiliśmy, chociaż potem żałowaliśmy że nie wzięliśmy bluzy grubszej z logo maratonu w Chicago - fajnie wyglądały na mieście na zawodnikach.
Fajna też była ta ogromna taśma z Londynu na której można było spróbować się przebiec tempem Eliuda Kipchoge z rekordowego maratonu w Berlinie :) nawet nie próbowałem, ale kiedyś bym chciał!
Po expo trochę zwiedzania oczywiście, trudno się tego wystrzec w takim miejscu. Wszystko robi wrażenie - jest ogromne, zdjęcia nie oddają skali na przykład wysokości budynków w centrum. Pogoda jest dość ciekawe - Chicago jest nad jeziorem Michigan - niby to nie morze, ale jest tak ogromne że czuć jak by się było nad morzem. I taka jest trochę pogoda jak u nas w miastach portowych - zmienna, wilgotne powietrze.


W niedzielny poranek wybraliśmy się razem na start z moim najwierniejszym kibicem (i trochę trenerem i impresario ;) ). Zdążyłem - jak to ja - na styk, szczególnie z korzystaniem z toalety. Chyba po mnie już nikt nie wszedł! Moja strefa startowa była dla czasów 3:00-3:20, ustawiłem się więc na samym końcu, bo wiedziałem przecież że nie będę tak szybko biegł. Ciekawy był jeden gość który mnie zagadał - był z Nowej Zelandii, ale mieszka w Finlandii (a na maraton do Chicago przyleciał!).
Atmosfera była super - ogrom ludzi, ogrom pozytywnej energii, bardzo lubię ten moment przed startem maratonu. Ruszyliśmy.

Starałem się biec nie za szybko - chciałem na tętno, ale było wysokie i nie udawało mi się go zbić. Oczywiście nie ma cudów - to był sygnał tego że nie wytrzymam tego tempa. Biegłem wolniej niż bym chciał (to jedyny sukces chyba :) ), ale i tak za szybko. Tempo kilometrów wychodziło mi na jakieś 3:14 na mecie, miałem nadzieję że dobiegnę w 3:15-3:20. Tętno pokazywało oczywiście co innego...

Tymczasem bieg mijał powoli. Miasto jest świetne - w samym centrum tak wysokie wieżowce że gps w zegarku wariował kompletnie. Kibice żywiołowi, a poziom kreatywności napisów na ich tablicach najwyższy z miast w których biegłem! Pogoda była słaba dla kibiców - trochę zimno, padał lekki deszcz a czasami nawet nie taki lekki. Dla elity też nie były to warunki idealne, ale dla mnie odczucie było że jest dość dobrze. Pewnie dlatego że biegłem za szybko więc grzały mnie mięśnie i ten trochę za mocny deszczyk akurat mnie chłodził.
W dobrym stanie dobiegłem do półmetka (1:36:45), jednak tutaj zaczęły się problemy - tempo spadło, jeszcze do 30 kilometra włącznie nie było tak źle (poniżej 5:00/km), ale potem była tragedia. W sumie nie byłem zdziwiony - tak samo było na półmaratonie w Kopenhadze: spadła mi tak strasznie wytrzymałość biegowa.... Postawiłem sobie już tylko jeden cel: biec bez przerwy do mety. Było to naprawdę ciężkie, walczyłem sam ze sobą, czasami z kurczami i trwało to wieczność. Udało się jednak w końcu - tuż przed ostatnim zakrętem udało się nawet mojej Żonce wypatrzeć mnie wśród biegaczy, potem tylko zakręt (pod górę oczywiście!) i finisz do mety. To znaczy coś na kształt. Ta druga połówka maratonu zajęło mi.... 2 godziny! W sumie więc z 1:36:45 wyszło na mecie

3:36:22


Moje wsparcie na mecie mi pomogło: gorąca czekolada, kanapka (zjadłem później, po biegu ciężko coś wmusić). Potem przebranie się i odpoczynek. Pogoda się poprawiła i nie padało już.
Następnego dnia to już zakupy i zwiedzanie na całego, we wtorek też trochę, ale wieczorem już na lotnisko i w środę rano wróciliśmy wreszcie do naszych trzech małych, wytęsknionych córeczek :)

Bardzo fajnie będę ten wypad wspominał, teraz byle tylko do końca się wykurować i wrócić do formy z wakacji!















niedziela, 30 września 2018

Półmaraton Kopenhaga

 

Mówi się że jeden obraz wart jest tysiąca słów. No to idąc tym tropem (a wcale nie dlatego że już dwa tygodnie pobiegłem ten półmaraton i mam tyle zajęć że znalezienie pół godziny na opisanie go graniczy z cudem ;) ) mam zamiar zrobić ten wpis bardzo obrazowo.
Krótko więc i na temat: polecieliśmy z dwiema starszymi córkami, moim biegowym kompanem Zbyszkiem, jego żoną i wnuczkiem do Kopenhagi. Ładne miasto, typowo portowe - pogoda była bardzo zmienna i trzeba było co chwilę zakładać albo zdejmować kurtki. Poza tym zapamiętałem ceny - butelka wody 0,5l w małym sklepie: 25 koron (15zł), najtańszy pokój hotelowy 600zł za noc, pojedyńcza porcja lodów 40zł itd :) dobrze że tylko na dwa dni polecieliśmy bo byśmy z torbami poszli :)

Mimo cen to jednak bardzo miło wspominam ten wypad - pozwiedzaliśmy, dzieci na ich park zabaw (Tivoli) poszły, no a my - oczywiście pobiegliśmy półmaraton. Ja przez mój bananowy uraz nie wiedziałem co się na trasie będzie działo. Nie miałem planu w sensie w jakim czasie dobiec bo musiałem obserwować organizm jak znosi wysiłek. Próbowałem najpierw biec tempem 4:15/km. Nie wyszło mi za bardzo na początku - było za szybko bo 4:06/km, ale potem do końca 11km było właśnie tym tempem, jednak tętno wariowało, było w zakresie 180 czyli wyścigu na dychę. No i tą dychę tylko wytrzymałem i padłem... nie dość żę tempo siadło mocno i na ostatnich 10km straciłem 6 minut z okładem, to jeszcze mięśniowo się zaprawiłem tak kompletnie że długo wracałem do siebie. Generalnie ten uraz plus trzytygodniowa przerwa w bieganiu spowodowały że sportowo cofnąłem się do momentu gdy biegałem od około roku dopiero. Właściwie to nawet ciężko to tak określić, bo ja jeszcze nie wyzdrowiałem tak zupełnie, ciągle jakieś pobolewania mam, a wydolnościowo to ciągle jest bardzo słabo.

Za tydzień maraton w Chicago - mój cel na ten rok, który niestety stał się teraz celem "aby dobiec". Z jednej strony szkoda, z drugiej - najważniejsze w moim bieganiu jest żeby być zdrowym i mieć z tego radość. A te dwa cele da się osiągnąć nawet obecnie. Po prostu nie będę biegł na wynik, postaram się dobiec równo (będę biegł na tętno) a poza tym planujemy z małżonką mieć super zabawę w zwiedzanie za Wielką Wodą :) !

























sobota, 1 września 2018

Najgłupsza Kontuzja Świata

 


Powiadają że każdy jest mistrzem, trzeba tylko znaleźć odpowiednią kategorię. Tak sobie myślę że ja swoją właśnie znalazłem. Dwa tygodnie lipca leżeliśmy plackiem na plaży w Turcji, chociaż ja całkiem sensownie ten okres wykorzystałem:



Jak widać biegałem codziennie, bieg długi mi wyszedł ładnie - 24km w tych upałach. Generalnie było gorąco jak nie przymierzając ostatnio w Polsce (34-35 stopni codziennie) więc biegałem wcześnie rano, ale i wieczorem dawało radę. Słońce zachodziło około 19:40 i ochładzało się trochę. Nadal było gorąco, ale chyba trochę się już przyzwyczaiłem.
Ale czemu tam 24-go jest rysunek banana a potem już nie biegałem (prawie)? No i dochodzimy do sedna. Poszedłem z dwiema starszymi córkami na.... banany! W sensie taki nadmuchiwany katamaran ciągnięty przez motorówkę. Zabawa organizowana w ramach animacji hotelowych dla dzieci - nic niebezpiecznego. Na bananach było około 12 dzieci plus osoba opiekująca się dziećmi i ja. Wszystko poszło zgodnie z planem - zabawę dzieci miały i wróciliśmy na brzeg. Ale niestety ja zsiadając już przy brzegu z tego banana zaplątałem sobie lewą nogę w bananie (jakkolowiek to brzmi) a prawą chciałem stanąć na dnie płytkiego już tutaj bardzo morza. Tylko że było na tyle głęboko że lewa noga z odgiętym na zewnątrz kolanem podeszła mi wysoko do góry (bo była na bananie jeszcze) i coś mi tam porządnie chrupnęło.
Bolało porządnie, ale mogłem iść - poszliśmy więc jeszcze pokąpać się z córkami w morzu, próbowałem nawet zagrać w siatkówkę plażową, ale wtedy ból się bardzo nasilił. Odpocząłem więc do wieczora i chciałem pójść potruchtać 6km - nie dałem rady przebiec nawet kilkunastu metrów. 
Następnego dnia już w Polsce dałem radę wyjść na trucht z najmłodszą córką w wózku (widać to 26-go w endo), podobnie następnego dnia i to by było na tyle. Ból się nasilił i umówiłem się do ortopedy. Skierowanie na USG na cito, ponowna wizyta u lekarza z wynikami. Potem wizyta u fizjoterapeuty żeby zasięgnąć drugiej opinii.
Diagnoza: oderwany przyczep mięśnia przywodziciela uda długiego. Mięsień się skurczył o jakie 4,5cm. Można by go przyczepić już tylko operacyjnie bo to nie jest naderwanie - oderwany jest całkowicie. Lekarz od USG powiedział że 3-6 miesięcy leczenia... Lekarz ortopeda znowu pocieszył że tych mięśni przywodzicieli jest chyba 4 i bez jednego nie będę czuł różnicy - mam odpocząć 3 tygodnie. Przy sakramentalnym pytaniu "a co z moim maratonem?!" pokiwał głową i powiedział że jest szansa - zobaczymy na kontroli za 3 tygodnie. 
Fizjoterapeuta mnie pomęczył (pierwszy raz w życiu byłem - bolało, ale warto było, polecam bo potem czułem się znacznie lepiej: byłem w fizjoperfekt na Czerniakowskiej bo mojej Żonce tam pomogli). Fizjo stwierdził że ten mięsień do "czegośtam" się przyczepi w końcu i trochę będzie pracować. Trochę głupio się czułem ze świadomością że mi tam będzie taki luźny mięsień latał w nodze :)
No nic, mam w tym tygodniu kolejną wizytę w fizjoperfekt, potem kontrola u ortpedy. Na razie nie biegam w ogóle, chodzę za to na długie spacery z wózkiem żeby nie przytyć. Za dwa tygodnie półmaraton w Kopenhadze - pojadę towarzysko, ale sam bieg to stoi pod bardzo dużym znakiem zapytania. A za 5 tygodni maraton w Chicago - też nie wiadomo czy w ogóle wystartuję. Wiadomo niestety na pewno że nie będzie ścigania 3 godzin tam... no ale trudno - przecież muszę najpierw wyzdrowiać, to najważniejsze...

Trochę to tragikomiczne - biegam już tak regularnie i dużo 7 lat i nic mi się nie stało, a tutaj poszedłem z dziećmi na banana i kontuzja :)

sobota, 28 lipca 2018

Bieg Powstania Warszawskiego

 
Trochę się mi zapomniało opisać ten bieg, ale trzeba przecież coś napisać. A więc chociaż tak krótko: zupełnie nie poszło :). Pierwsze 5km według planu - pilnowałem żeby nie było za szybko, więc nie schodziłem poniżej planowanego średniego tempa. Chciałem złamać 39 minut czyli 3:54/km. Pierwsza piątka była dobrze bo wg garmina wyszło 19:30. Troszkę więcej dystansu mi zegarek zaliczał, więc realnie było troszkę więcej czasu na połowie dystansu. Ale potem zupełnie opadłem z sił i wyszło 40:55. Widać jak bardzo opadłem z sił - musiałem się mocno starać żeby się w tych 41 minutach zmieścić!
Widzę dwa powody:
temperatura - była strasznie upalnie, nawet podczas powrotu do domu było chyba 27 stopni, a bieg po asfalcie...
bieg był z treningu - powinienem był nie biegać poprzedniego dnia, no i generalnie ten tydzień to było prawie 80km...
Głównie powodem był jednak upał - to moja pięta achillesowa, może jak bym był chudszy to bym lepiej się przed nim bronił :)

wtorek, 10 lipca 2018

Półmaraton Kristianopel


W week-end wyskoczyliśmy na półmaraton do Szwecji. Wybrałem malutką imprezę (internet to świetna rzecz), okazało się że z Okęcia można tanio polecieć do Malmo Wizz-air'em - więc dużo nie myśląc wykorzystaliśmy że starsze córki na koloniach i polecieliśmy na półmaraton do Kristianopel. 
Impreza robiona jest przez lokalny klub biegaczy: Team Blekinge (to chyba nazwa tego rejonu Szwecji). Bardzo fajna zresztą impreza: był maraton, półmaraton, dycha, piątka i biegi dzieci. W sumie nie taka mała, chociaż w biegach brało udział zwykle po kilkadziesiąt osób tylko.


Dojazd z Malmo do Karlskrony gdzie nocowaliśmy zajmuje około dwóch godzin. Drogi w Szwecji nie są zbyt okazałe - to znaczy w dobrym stanie, ale nie da się szybko jechać. Autostrada z tego co widziałem to ograniczenie do 110km/h i co najdziwniejsze - duża część autostrady jest jednopasmowa (!) nie wiem czy to w ogóle kwalifikuje się do autostrady. Może z drugiej strony jest mniej wypadków, w sumie przy prędkości 0km/h dochodzimy do pełnego bezpieczeństwa na drogach ;)


Wracając do imprezy - tego dnia (ale po południu - o 16:00) Szwecja grała na mundialu z Anglią. Pewnie z tego powodu troszkę mniej osób przyszło, poza tym było bardzo gorąco tego dnia. Ja byłem w nastroju bojowym - po życiówce na 5km (18:38) wychodziło mi że powinienem być w stanie pobiec w granicach mojej życiówki półmartońskiej (1:24:59). Zrobiłem rozgrzewkę 2km i już byłem cały dosłownie mokry - tak było gorąco. Poszedłem szybko na start i ruszyliśmy.

Na początku jak zwykle starałem się nie wyrywać do przodu - chciałem biec 4:01-4:02/km. Oczywiście aż tak dokładnie się nie da, ale taki był cel (mniej-więcej). I nawet udało się nie przesadzić z tempem na początku! To już wielki sukces, zawsze za szybko startowałem. A tutaj proszę - pierwszy km 4:01 :) Cały bieg nie był za mocno obsadzony - chyba w sumie około 60 osób biegło. Uformowała się od razu grupka a właściwie kilka grupek. Udało mi się przeliczyć tych przede mną - biegłem na 10-tej pozycji. Starałem się trzymać tempo i nie wyrywać. Biegłem tym tempem - kilometry wychodziły po 4:03, 4:04, 4:01, 4:00, 4:01 - super zgodnie z planem. W dodatku inni zawodnicy powoli zostawali w tyle. Wyprzedzałem ich po jednym, po dwóch i w końcu byłem na 6-tej pozycji. Ten przede mną nie chciał dać się wyprzedzić, skubany :)
Biegliśmy więc tak, ale po kilku kilometrach udało mi się go wyprzedzić (bez przyspieszania), ale nie zostawał w tyle.
Tym tempem fajnym przebiegłem niestety tylko 8km. Dziewiąty to już 4:08, dziesiąty 4:07. Pierwsza dycha wyszła więc w 40:33. Tempo byłoby na 1:25:33 - całkiem fajny wynik. Niestety jak widać tempo już spadało. Było tak gorąco że nie dawałem rady. Poza tym nie wziąłem ze sobą żelu na bieg! No i ostatni powód to niewyspanie - skumulowało mi się z powodu dodatkowej pracy... z tego powodu zacząłem ostro odpadać i kilometry 8-15 były słabe - około 4:12 średnio. Natomiast potem do 18-tego było tragicznie - doszło do 4:38 i wtedy się obudziłem i 19,20,21 już przyspieszałem: 4:33, 4:26, 4:14. Przy takim strasznym zwolnieniu tempa spodziewałem się że spadnę z mojej piątej pozycji znowu na dziesiątą, ale tutaj zdziwienie - nikt mnie nie wyprzedził! Tylko ten szósty twardziel mnie dogonił najpierw, na ostatniej prostej wyprzedził, potem ja spiąłem poślady i jego wyprzedziłem a wtedy na ostatnich kilkudziesięciu metrach on sprintował i wpadliśmy równo na metę :) W wynikach jesteśmy ex-aequo na piątym miejscu (ale netto mam o sekundę lepsze!). Super to był finisz! Chociaż czas na mecie nie napawa optymizmem:

1:29:00


Ogólnie bardzo fajnie było - gdyby tylko ta Szwecja tak strasznie droga nie była to by było jeszcze fajniej ;) ale polecam na wycieczkę - krajobrazy piękne - czułem się jak w domu bo u mnie w rodzimych Kaszubach krajobrazy wyglądają tak samo - lasy, łąki, pola uprawne. Chociaż widać różnicę w gęstości zaludnienia (u nich 22 osoby na km^2 a u nas 122...). 

Fajnie było, tylko żeby to sportowo lepiej wyszło :) Standardowo trzeba zrobić analizę co nie poszło, myślę że powody wg ważności były takie:
  1. temperatura
  2. brak regeneracji (niewyspanie chroniczne)
  3. brak żelu 
  4. więcej uporu i determinacji bo można było coś uratować jeszcze
Na pogodę wpływu nie miałem, ale dwie pozostałe rzeczy to już kompletnie moja wina. Trzeba więc opracować pla naprawczy, a więc będzie teraz tak:
  • regeneracja: spanie minimum 7, najlepiej 7,5 godzin na dobę!
  • przygotowanie się porządne logistycznie do startów następnych
  • więcej walki podczas biegu
Na szczęście mamy jeszcze szansę na poprawę w tym roku. Jak zwykle chciałbym choć trochę się poprawić na czterech podstawowych dystansach. Piątka mi się już porządnie udała w tym roku, dycha będzie za niecałe trzy tygodnie! Bieg Powstania Warszawskiego oczywiście. Potem półmaraton w Kopenhadze i tam muszę poprawić tą życiówkę! No i punkt główny sezonu: maraton w Chicago :)
Cele są światłe, to teraz tylko biegać trzeba :)











ADs