niedziela, 8 stycznia 2017

Lipsk 4,5/18 - Lipskie zoo

 
Zgodnie ze zwyczajem relację musi zacząć wprowadzenie na temat Lipska. Dzisiaj wybrałem jako temat lipskie zoo. Podobno jest to jedna z najpopularniejszych atrakcji, więc już znalazła się na naszej liście do odhaczenia podczas maratońskiej wizyty w Lipsku. Bardzo stare - założone już w 1878 roku, może pochwalić się sporymi rozmiarami - prawie 27 hektarów i duża liczbą obiektów, dla przykładu: z Afryki kilka sawann, z Azji wybiegi ze słoniami, tygrysami, leopardami, wolierami z ptakami, z południowej Ameryki laguna flamingów, małpiarnie, ale też małe pandy czy śnieżne leopardy. Są też akwaria, teraria i chyba największe atrakcje - Pongoland - olbrzymi bo 3.250m2 obszar dla małp człekokształtnych (orangutany, goryle, szympansy i bonobo). Dokładnie wymieniać nie ma sense - jest tam 865 różnych gatunków zwierząt a licząc poszczególne osobniki wyjdzie 9,5 tysiąca wliczając te akwariowe. No nic, trzeba będzie samemu zobaczyć!

Panorama zoo (źródło: wikipedia - Darkking3)

Dobra, to teraz do roboty - trzeba podsumować żeby zapał do biegania trudnych już treningów nie opadł. A może opaść bo za oknem dochodzi w nocy do -20 stopni a w dzień bywa że trzeba przy -14 stopniach wychodzić na dwór. W dodatku jeszcze zaczynają ostatnio jakieś alarmy smogowe podnosić... dobrze że mieszkam trochę za miastem to mam nadzieję że tu jakość powietrza jest trochę lepsza.

Dobra, to najpierw tabelki, tydzień czwarty:


DzieńPlanRealizacja
Poniedziałekwolnezaległe z poprzedniego tygodnia 23km
Wtorek BS 13km + PRZ 10x100mBS 8km
ŚrodaBS 8kmBS 8km
Czwartek BS 16kmwolne
Piątek wolneBD 21,3km
Sobota BS 6kmBS 6,4km
Niedziela BD 24kmBD 24km
Razem 67km67,7km (właściwie to 90,7km)

I tydzień piąty:

DzieńPlanRealizacja
Poniedziałekwolnewolne
WtorekBP 8km razem 14kmwolne
Środa BS 8kmBS 9,2km
CzwartekBS 16kmBS 16,3km
Piątek wolneBS 8km
Sobota BS 8kmwolne
Niedziela BD 26km z 16km TMBD 24km z 14km TM
Razem 72km57,6km

BS - bieg spokojny
PRZ - przebieżki
TM - tempo maratońskie 4:16/km
BD - bieg długi


Jak by to podsumować:
Czwarty tydzień - sumarycznie kilometrów było tyle co miało być, akcenty - w sumie miał być tylko ten długi bieg i on się pięknie udał - wg zaleceń narastającym tempem. Nie było tylko przebieżek i jeden bieg który miał mieć 13km był krótszy (za to 16-tka wyszła dłuższa).
Piąty tydzień - akcenty niby zrobione, ale kilometrów za mało, a same akcenty też nie do końca tak jak miało być:
- bieg progowy z wtorku zrobiłem w środę rano, skróciłem go (rozgrzewkę i schłodzenie, sama część progowa miała 8km) a tempo okazało się nie do utrzymania:

Chociaż patrząc na tętno to było dobrze -  nie spadło a nawet troszkę cały czas rosło, więc może nie było tak źle... (chociaż tempo straszne na ostatnich 2km).
- bieg długi z niedzieli - tutaj opisałem to na stronie fb:


Mam do tego treningu też kilka uwag: po pierwsze 14 zamiast 16km tempem maratońskim (dałbym radę, ale z powodu złej chemii między skarpetkami a butami zaczęły mi się robić odciski na obu stopach i musiałem przerwać). Po drugie musiałem po 12km tempa maratońskiego (czyli 22km od początku treningu) zrobić chwilę przerwy bo tętno poszło w zakres wyścigu na dychę - to z racji przegrzania bo na bieżni elektrycznej biegałem. Po trzecie - na właśnie, to było na bieżni zamiast na dworze, no ale było za zimno - około -15 jak się zbierałem na trening.

I jeszcze wypadł mi bieg w sobotę - pojechałem też na siłownię bo były takie mrozy, a tu nagle zdziwienie - w soboty siłka krócej otwarta i pocałowałem klamkę :) gdyby nie ten niefart to byłoby 65,7km czyli tylko kilka kilometrów za mało, a tak wyszło aż 14,6km za mało...

Reasumując - tragedii nie ma, akcenty robię, niestety nie wszystkie w dobrym tempie, a po drugie nawet ten plan z mniejszym kilometrażem jest dla mnie problemem logistycznym. Jedyna nadzieja w tym że najmłodsza pociecha rośnie w oczach z tygodnia na tydzień, więc powinna potrzebować troszkę mniej czasu na "obsługę" i to pozwoli na bieganie troszkę więcej niż 4 razy w tygodniu... na co liczę w tym najbliższym tygodniu! :)

wtorek, 27 grudnia 2016

Lipsk 2,3/18 - pomnik Bitwy Narodów


Szybko ten czas leci - chciałem co tydzień wrzucać raport żeby mieć bacik nad sobą a tu już nie wiem kiedy minęły nagle dwa tygodnie :) Nadrabiajmy więc szybko. Zwyczajowo muszę zacząć od jakiejś ciekawostki. Może tym razem o czymś co nam, Polakom nie jest zbyt szeroko znane (a powinno) - czyli o największej bitwie XIX wieku gdy w 1813 roku Napoleon wspomagany przez polskie i włoskie oddziały (w sumie też i niemieckie z okupowanej przez Francję części) został pokonany przez koalicję Rosji, Prus, Austrii i Szwecji. Można więc spokojnie założyć że nie tylko Niemcy ale i Polacy walczyli po obu stronach. Pomnik zbudowano na setną rocznicę (1913) a na dwusetną (2013) odnowiono. Szczęśliwie ostał się podczas rosyjskiej okupacji po 2WŚ - bo jednak Niemcy i Rosjanie walczyli razem przeciwko wspólnemu wrogowi. Pomnik jest ogromny - ponad 90 metrów wysokości (!), budowa trwała aż 15 lat. Fasada jest z granitu, więc pewnie ładnie to musi wyglądać, poza tym z szczytu jego kopuły podobno jest piękny widok na Lipsk.

Dobra to jak tam bieganie? Drugi tydzień planu wyszedł w porządku jeśli nie liczyć za małej liczby kilometrów (o 7km):

DzieńPlanRealizacja
Poniedziałekwolnewolne
Wtorek
BS 13km + PRZ 10x100m
9km w tym przebieżki
Środa
wolne
wolne
Czwartek
BS 16km
BS 19,2km
Piątek
wolne
BD 11,1km
Sobota
BS 8km
wolne
Niedziela
BD 21km w tym 13km TM
BS 11,8km
Razem
58km
51,1km

BS - bieg spokojny
PRZ - przebieżki
DB - bieg długi
TM - tempo maratońskie 4:16/km

Natomiast trzeci obnażył kilka moich małych problemów z czasem :)

DzieńPlanRealizacja
Poniedziałekwolnewolne
Wtorek
BS 16km
BS 8km
Środa
BS 6km
wolne
CzwartekBS 13km w tym BP 6km
wolne
Piątek
wolne
BS 11,2km w tym BP 6km
Sobota
BS 6km
wolne
Niedziela
BD 23km
BS 23km (*)
Razem
64km
42km

BS - bieg spokojnyBP - bieg progowy - tempo wyścigu na 15km do półmaratonu. U mnie 4:00 - 4:08/km
BD - bieg długi

Tutaj już się sypie, no ale mam wytłumaczenie, tak wyglądał bieg we wtorek:


 Po prostu wypadła podróż służbowa - niby jednodniowa, ale musiałem polecieć dzień wcześniej, wtedy mimo że na wieczór doleciałem to dałem radę na 8km chociaż wyjść i super się biegało! Następny dzień od samego rana do północy zajęty bo dopiero o tej porze byłem w domu. W czwartek byłem zbyt zmęczony i dopiero w piątek udało się wyjść na tempówkę. Zresztą nie jestem z niej zadowolony bo dwa ka-emy najpierw troszkę za szybko, potem dwa w porządku ale dwa ostatnie z sześciu się nie za bardzo udały... Poprawiłem sobie humor dopiero biegiem długim. Znowu z jedną skazą - wyszedłem na ten bieg dopiero w poniedziałek rano, ale jednak sam bieg był super. 23 kilometry ze średnim tempem 4:38/km - tego mi było trzeba po Świętach! W dodatku temperatura była +9 stopni! Biegałem w gaciach do kolan i dwóch koszulkach technicznych (jedna z długim i na to druga z krótkim rękawem) - miła odmiana po tych bluzach i wiatrówkach jak na zewnątrz do -3 dochodziło :)


Kolejny tydzień musi się udać w 100%! Mam teraz cały tydzień urlopu, więc wymówek żadnych nie ma - w planie 67km (razem ze spóźnionymi 23km to wyjdzie w statystykach 90km :) ), na szczęście z akcentów tylko jeden - za tydzień 24km bieg długi, poza tym w tym tygodniu tylko 5 wyjść czyli dość dużo, może uda mi się jednak nawet wyjść codziennie?

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Lipsk 1/18

 
No to zaczynamy! Nic tak nie motywuje jak konieczność publicznego zwierzenia się z postępów! Zanim jednak opowiem o pierwszym, raczej rozgrzewkowym tygodniu to jak zwykle parę słów wprowadzenia. To dzisiaj zaczniemy od paru słów o samym Lipsku. Miasto to jest dość blisko naszej granicy - mniej niż 200km, czyli przy prędkości autostradowej półtorej godziny :) Miasto stare, bo założone gdzieś pomiędzy VII a IX wiekiem, zresztą przez Słowiam i stąd nazwa: Lipsk która jest starosłowiańskim określeniem drzewa - lipy. Niemieckie Leipzig (czytaj: lajptsich) jest zgermanizowaną wersją słowa Lipsk. W Lipsku powstał jeden z najstarszych na ziemiach niemieckich uniwersytetów (1409, drugi po Heidelbergu (1386) wciąż działający, co oznacza że nasza Jagiellonka jest starsza od ich obu). Lipsk miał zawsze dużo wspólnego z Polską, przez ponad 60 lat na początku XVIII wieku był nawet w jednym państwie z Polską - unia personalna za czasów Augusta II Mocnego i Augusta III.
Warta wspomnienia jest też największa bitwa XIX wieku pod Lipskiem w której Napoleon przegrał z połączonymi siłami Prus, Rosji, Austrii i Szwecji. Zginął w niej też (walczący oczywiście po tronie Francji) książe Józef Poniatowski.

OK, tyle wstępu a teraz szybko do roboty. Plan na ten tydzień i jego realizacja przebiegła następująco:

DzieńPlanRealizacja
Poniedziałekwolnewolne
Wtorek
BS 13km w tym BP 6km
10km w tym BP 6km
Środa
wolne
wolne
Czwartek
BS 14km
BS 17km
Piątek
wolne
BD 19,5km
Sobota
BS 6km
wolne
Niedziela
BD 19km
BS 6,5km
Razem
53km
53km

Skróty:
BS - bieg spokojny
BP - bieg progowy - tempo wyścigu na 15km do półmaratonu. U mnie 4:00 - 4:08/km
BD - bieg długi

Cały czas się biję z myślami ile razy w tygodniu biegać. Cztery wydaje mi się za mało (mam wrażenie że tyję i trochę w tym prawdy jest, chociaż nie jest źle - w granicach akceptowalnych). Pięć razy w tygodniu byłoby lepsze, ale zawsze coś wypadnie. W tym tygodniu wypadła mi sobota z planów, chciałem zrobić jakieś 6-8km i w niedzielę tyle samo. Wtedy zamiast planowanych 53km miałbym to co chciałem - 63km czyli około 10km więcej. Tyle bym chciał zwykle robić, ale chyba muszę się uodpornić na to że plany nie zawsze zagrają w praktyce z racji tylu córek do ogarnięcia co u mnie...  w dodatku jedna tak mała że nieprzewidywalna :)

No nic, mimo wszystko wydaje się że jest dobrze, oby następne tygodnie nie były gorsze!

środa, 7 grudnia 2016

Wracamy do gry!

 
Trochę te ostatnie tygodnie były wypoczynkowe, jeśli chodzi o moje bieganie. W sumie opisałem to w poprzednim wpisie. Jak widać po ilości tygodniowo przebieganych kilometrów od maratonu trudno mi było się zmobilizować do większej ilości biegania:


A ja mam przecież niewyrównane rachunki z maratonem - trzeba te trójki w moim życiu jakoś uczcić i złamać tą magiczną granicę! Samo się nie nabiega, ale tak poza tym - lubię cały czas to moje hobby i brakuje mi jasnego celu. A więc żeby ten cel był to po poszukiwaniach i negocjacjach w domu udało mi się go znaleźć: maraton w Lipsku
Maraton odbędzie się 9. kwietnia czyli za 18 tygodni (już niecałe w tej chwili gdy piszę tego posta). Będzie to tydzień przed Wielkanocą, można więc mały kosztem (ilości dni urlopu) wziąć kilka dni urlopu i zrobić tam sobie rodzinny wypad. Daleko też nie jest:

 
Już planuję wizytę w zoo (podobno jedno z najlepszych), w parku rozrywki (też podobno super-hiper, największe w tej części Europy). Poszukamy jeszcze jakiegoś akwaparku i atrakcje dla całej rodziny na tygodniowy wyjazd się zapełnią. Tylko muszę pamiętać żeby najpierw pobiec maraton, a potem chodzić po zoo i reszcie atrakcji :)
Pakiet mam już więc opłacony, na razie wśród 385 zapisanych osób jest tylko 10 osób z Polski:


W sumie prawie sami Niemcy, tylko 10 Polaków i 15 osób innych nacji (po 1-3 z różnych krajów). Lipsk jest we wschodniej części Niemiec i stąd nie ma tam za wielu turystów z zachodniej części Europy. Docelowo będzie tam zapewne około 800 osób biegło maraton, ale na trasie będzie dużo biegaczy bo biegniemy razem ze sztafetą i półmaratonem (jest jeszcze dycha i 4km).

Żeby się podnieść z mojego "trenowania" na jakiś sensowny poziom trzeba było najpierw zrobić jakieś powolne zwiększenie objętości. Miałem na to trzy tygodnie. Najpierw chciałem przebiec 60, 70, 80 kilometrów a potem robić plan treningowy dochodzący do 100km tygodniowo. Jednak życie zweryfikowało te plany, te trzy tygodnie zakończyłem z takim wynikiem:


Czyli wyszło 50, 60, 60km. Trochę w tym niefartu, byłoby 70km w ostatnim tygodniu gdyby nie problemy komunikacyjne (pierwszy śnieg, opóźniony pociąg, w końcu samochodem do pracy i nie dało rady czasowo pobiegać, wyszło 4km zamiast 19km jednego dnia). Trzeba jednak patrzeć realnie - takie sytuacje będą się zdarzać, nie dam rady raczej biegać tych 100km tygodniowo.

Co do rodzaju planu - decyzję podjąłem około miesiąca temu. Chcę zrobić znowu plan który tak dobrze mi zadziałał ostatnio - czyli ten który robiłem pod Frankfurt - z książki "Maraton zaawansowany" Pete'a Pfizinger'a.


Najpierw myślałem o tym który dochodzi do 113km tygodniowo, ale jednak nie dam rady i powtórzę (z pewnymi zmianami) ten podstawowy czyli 18 tygodni, dochodzący do 88km tygodniowo. A co w nim zmodyfikuję? Oczywiście tempa będą szybsze, ale to normalne, bo wyznaczane są według aktualnego poziomu - we Frankfurcie celowałem w 3:15 na mecie a w Lipsku ma to być 2:59:59. Poza tym chcę jednak coś zmienić - czyli dołożyć od siebie troszkę (bardzo mało) kilometrów tygodniowo, tak około 10, jednak nie będę biegał więcej niż 5 razy w tygodniu. Będę też musiał (to przede wszystkim) dostosować moje bieganie do sytuacji rodzinnej - do odwożenia córek do szkoły, spacerów z wózkiem z najmłodszą pociechą. Więc może być trochę zmian w tym planie. Dlatego nie będę go tu umieszczał, wkleję tylko ten sam plan który już wrzuciłem tu gdy zaczynałem bieg pod Frankfurt (mam teraz polską wersję - to jest drugie wydanie i wg niej będę biegał, a ten plan który tu wrzucam to z pierwszego wydania, wersji angielskiej którą wtedy używałem - nie sprawdzałem dokładnie czy się różnią, chyba nie).


Mam zamiar wrzucać raporty co tydzień i pisać jak w praktyce to wychodziło - to mi bardzo pomaga w motywowaniu się żeby nie odpuszczać w zimę, gdy ciężko jest się zmotywować żeby wyjść na "ciemnicę i zimnicę" :) ale jaką ma człowiek satysfakcję po biegu, zawsze to bardzo cieszy jak się tak porządnie zmęczy! No to jak zwykle - alleluja i do przodu ;) !!








poniedziałek, 28 listopada 2016

Zakończenie sezonu: Biegnij Warszawo, Bieg po dynię, Bieg Niepodległości

W ramach nadrabiania zaległości wyjątkowo zrobię wpis zbiorczy za kilka startów. Po Maratonie Warszawskim miałem w planach pobić jeszcze swoje życiówki na 5 i 10km, korzystając z dobrej formy. Zapisałem się wiięc na Biegnij Warszawo (10km), Bieg po dynię w mojej gminie (Lesznowola) - 5km i Bieg Niepodległości (10km). A jak wyszło, no zobaczmy najpierw jak tam wyszło trenowanie w tym czasie:


Początek to jeszcze normalny - bo zawsze po maratonie trzeba odpocząć, druga pocieszająca rzecz to że te śladowe ilości biegania to jednak były jakieś akcenty. Podtrzymało to trochę spadek formy, ale okazało się niewystarczające żeby cokolwiek z tego ugrać... Czasy więc były takie:

Biegnij Warszawo 2.10.2016 10km: 40:00 (40 sekund wolniej od życiówki)
Bieg po dynię 15.10.2016 5km: 19:23 (4 sekundy wolniej od życiówki)
Bieg Niepodległości 11.11.2016 10km: 39:53 (33 sekundy wolniej od życiówki)

Jak to napisałem już poprzednio kiedyś - wstydu nie ma, ale to że tak długo nie mogę się poprawić z moimi życiówkami na krótszych dystansach to trochę dziwne. Trzeba by chyba zrobić jakiś cykl treningowy typowo pod krótsze dystanse, tylko że czasu nie ma. A czemu nie ma czasu - o tym za kilka dni (wiadomo - plany na wiosnę już są :) )!

Bieg po dynię (źródło: sportografia.pl)


poniedziałek, 31 października 2016

Era trójek się rozpoczęła

 Rekurencja (taki branżowy żarcik)

Trochę tu cicho - minął dokładnie miesiąc od ostatniego wpisu, ale jak widać powyżej mam całkiem dobre wytłumaczenie :) Dziesięć dni temu liczba córek w naszym domu urosła do trzech! Bardzo się z tego powodu cieszę, ale pracy jest więcej. Z drugiej strony przy kolejnej latorośli człowiek już dużo więcej wie, więc jest już dużo łatwiej.
Biegowo nie próżnowałem - postaram się za kilka dni wrzucić opisy z Biegnij Warszawo (10km) i Biegu po Dynię (5km). Poza tym wychodzę dość nierównomiernie na treningi i przygotowuję się do ostatniego biegu tego sezonu - Biegu Niepodległości. Widać że ja potrzebuję jakiegoś konkretnego celu, dokładnej daty kiedy mam stanąć na linii startu i planu treningowego. Inaczej trudno się zmobilizować do wyjścia, szczególnie jak za oknem coś takiego jak teraz...
To na koniec krótkiego wpisu jeszcze moja nowa "wystawka" ze zdjęć moich dziewczyn. Podobne do siebie trzeba przyznać są bardzo :)

Dziewczynki jak dziewczynki, ale ile książek! ;)



środa, 28 września 2016

Maraton Warszawski pod znakiem trójek



Maraton Warszawski to wyjątkowy bieg - po raz pierwszy pobiegłem duży maraton po raz drugi w tym samym mieście. Biegałem jeszcze w Lęborku dopóki odbywał się tam maraton, ale nie były starty przygotowywane pod wynik, tylko z sentymentu. Drugim powodem wyjątkowości było to, że z racji zostania po raz trzeci rodzicem (już niedługo) nie wiem na ile to zmieni moje możliwości biegania, trenowania czy startowania. A trzecim powodem jest to że do biegu tego przygotowywał mnie trener. Coś co zdarzyło mi się dotychczas tylko raz - podczas Wyzwania Runner's World w zeszłym roku. Wtedy efekty były całkiem dobre - w pięć miesięcy (od maratonu w Gdańsku w maju do Poznania w październiku) poprawiłem się o 6,5 minuty (z 3:14:51 na 3:08:28). Potem w Rotterdamie było na wiosnę słabo i teraz celem miało być połamanie trzech godzin.Jak to ogłosiłem we wpisie w lipcu:

Zdążyć z trójką przed trzecim.

W tym roku w marcu skończyła się era trójek w moim życiu (czterdzieści lat minęło), ale w końcu października zacznie się nowa era trójek: powinna przybyć nam trzecia pociecha. Żeby to uczcić postanowiłem rozprawić się z jeszcze jedną trójką, czyli przebiec maraton poniżej trzech godzin.
Cel realny bo biegam już od 5 lat i powoli doszedłem do 3:08 ostatniej jesieni.
Od początku listopada spodziewam się biegania, ale w większości pomiędzy szkołą, ewentualnie przedszkolem i kołyską :) no cóż, na szczęście są wózki biegowe dla dzieci – już zacząłem się za nimi rozglądać!


Miało więc być trochę tych trójek w tym maratonie: koniec trójki z przodu wieku, trzecia pociecha w drodze i złamanie trzech godzin.
Zwykle nie biegam z trenerem, kiedyś pisałem o tym dlaczego, ale minęły od tego czasu trzy lata, warto było spróbować czegoś nowego i w ten sposób (przy pomocy wyżej zacytowanego wpisu) wygrałem konkurs portalu pokonamgranice.pl i miałem opiekę trenerską przed Maratonem Warszawskim. 

Przygotowania były więc nietypowe - plan dostawałem sukcesywnie, konsultacje odbywały się mailowo, telefonicznie i sms'ami. Z ciekawych rzeczy: po raz pierwszy robiłem treningi siłowe na siłowni, miałem też dużo siły biegowej zaaplikowanej, potem treningi szybkościowe a na końcu cyklu weszły też długie biegi. A co z tego wyszło - już opisuję!

EXPO

Przed maratonem trzeba odebrać pakiet. Tym razem pojechałem z córkami na expo jeszcze w piątek. Dużo mniej ludzi, można było obejrzeć stoiska (choć ciężko z dwoma rozbrykanymi córkami), no ale wziąłem wklejkę na łapę z rozpiską czasów (zdjęcie na samej górze).




No to skoro fajnie było, to wpadliśmy jeszcze raz w sobotę - tym razem już całą rodziną (razem 4 i pół człowieka). Zjedliśmy 4 porcje makaronu, zakupiłem żele "Ale" - jednak na te się zdecydowałem, pasuje mi ich konsystencja.
Jednak maraton we własnym mieście ma wielkie plusy - w sobotę nie zwiedzałem miasta, tylko mogłem oszczędzać nogi przed wielkim dniem.

PORANEK

Jak to maratoński poranek - spałem na dole żeby nie budzić wszystkich czterech dziewczyn pobudką o 6:30 (tak, wiem - powinno się wcześniej wstać, ale straszny leń jestem). Szybkie śniadanie żeby już żołądek rozruszać - cztery tosty z masłem i dżemem plus izotonik. Wizyta w kibelku jedna za drugą - w sumie cztery przed startem (czy to normalne???). Ubrałem się w strój przygotowany poprzedniego wieczoru: 
 

 
Jeszcze kolega z osiedla się podłączył (na piątkę biegł tego dnia) i pojechaliśmy samochodem. Dojechaliśmy szybko - przy parku Krasińskich przed ambasadą chińską było miejsce, spokojny marsz na start i byliśmy całkiem-całkiem przed czasem. Ja wtedy zrobiłem mają rozgrzewkę - przed maratonem raczej mało biegam żeby oszczędzać paliwo - wyszło tego około kilometra z kilkoma przyspieszeniami na koniec, oczywiście nie muszę wspominać o kolejnej wizycie w kibelku (było ich dużo - fajnie, bo zwykle z tym jest problem na imprezach masowych). No i "Sen o Warszawie", trochę życzeń od znajomych co stali obok mnie na starcie i...

BIEG


Najpierw Krakowskie Przedmieście. Na starcie mimo że stałem blisko zająca na trzy godziny od razu straciłem do niego sporo bo się stawka rozciągnęła - jednak wąsko trochę było. Ale spokojnie, powtarzam sobie - nie gonimy. Utrzymuję stały dystans, ale coś mi nie pasuje. Trochę gps niby wariuje bo wysokie budynki wokoło, ale tętno za wysokie i wydaje mi się że tempo też wyśrubowane. No i rzeczywiście - przy pierwszym km wychodzi tempo 4:05/km! Kolejny kilometr 4:14 - może być, ale potem kolejne to znowu 4:12, 4:12 - zaczynam się niepokoić. Tętno też powyżej 170 a spodziewałbym się z 5 mniej. Na piątce widzę że mam 20:54 - a powinno być 21:19 - to aż 25 sekund szybciej czyli 4:11/km zamiast 4:16/km! No nic, biegnę dalej i pomstuję. Zając nie zwalnia - na 10km łapę międzyczas 42:04 - czyli już nadróbka wynosi 35 sekund! A zając cały czas z przodu, nie próbuję go gonić bo widzę że biegnie za szybko. On ma życiówkę 2:50 i to nie taką świeżą, poza tym jak się potem okaże biegnie tylko połowę dystansu - więc on to tempo wytrzyma, ja w końcówce - nie sądzę. Biegniemy przez Puławską, trochę mnie denerwują dwie rzeczy: bieganie z zającem jest fajne (o ile biegnie założonym tempem) bo w grupie łatwiej ochronić się przed wiatrem (tego dnia nie wiało prawie), ale są też minusy: na punktach odżywczych była walka o ogień, ludzie się poślizgiwali, nawet jeden się przewrócił (na szczęście niegroźnie) - straszny tłok się robił przy wodzie... poza tym niektórzy sobie załatwili asystę na rowerach która jechała w tym naszym małym tłumiku i dodatkowo utrudniała bieg. Trasa wiodła na Wilanów wąską asfaltówką, przy Świątyni Opatrzności skręciliśmy w lewo i znowu było przed nami trochę prostej. Na 15km 1:03:25 - czyli wreszcie nie nadrabiamy nic więcej! Zostało 34 sekundy do przodu. Po kilku kilometrach dołączył drugi Maciek-zając (ten z Warszawiaków) - życiówka 2:45. Od tego czasu biegli razem. Na 20km czas 1:25:01 czyli już trochę tracimy - zostało 18 sekund nadróbki. Na półmetku 1:28:38 czyli 22 sekundy do przodu. Wtedy schodzi pierwszy zając a my jesteśmy w Łazienkach i dajemy po szutrze do przodu :)
Drugi zając zajmuje się omawianiem polskiej ligi i chyba nie patrzy na tempo. To siada na tyle że doganiam powoli tą grupę z zającem, mimo że widzę że zwolniliśmy po czasach. Na 25km 1:46:28 czyli już tylko 10 sekund zostało na plus. Zając moim zdaniem zwalnia jeszcze bardziej. Na 30km jestem już przed nimi, znalazłem nawet takie zdjęcie gdzie to właśnie widać:


Oglądam się za siebie a tam widać czerwony znaczek który zając miał przyczepiony z napisem "3:00". Mimo że ich wyprzedziłem to na 30km mam 2:07:55 czyli tylko 3 sekundy nadróbki. Oni muszą już mieć stratę bo na starcie byli przed mną a teraz są za mną. Mogą mieć już 15-20 sekund straty tutaj. Ciągnę teraz już sam, tempo udaje się utrzymać! Nadchodzi najtrudniejszy moment - zbliżam się do 35km. Tempo troszkę siada, ale jest to rzędy tylko 10sek/km - to jeszcze nie jest tragedia jak a zwykle mi się w końcówce maratonu przytrafiała. Na 35km mam 2:30:07 i nadal jestem przed zającami. A mam 49 sekund straty już! Oni moim zdaniem mieli tu już ponad minutę. Wyprzedził mnie zaraz potem zając, ale jeśli mam być szczery - taka taktyka to porażka. Najpierw 10km dużo za szybko - zagotowanie biednych biegaczy, potem odpuszczenie tempa i pogoń na ostatnich 7km na 3:00 - zające co mają super życiówki i biegną połowę dystansu na pewno dadzą radę, ale ich podopieczni moim zdaniem mieli małe szanse przy tej taktyce dobiec na 3:00...
Ja tymczasem walczę - przy placu Wilsona dostałem zamówioną wodę od Hani i jej męża którzy tam kibicowali (dzięki!). Wypiłem co nieco, reszta ochłodziła mi czuprynę i zaczął się prawdziwy maraton. Z plusów: nie odpadłem całkowicie, najsłabszy był tylko jeden kilometr nr 38: 4:46 i jeszcze 39-ty w 4:43, ale reszta to: 4 kilometry po ok. 4:34. To był najgorszy mój okres tego dnia, natomiast była jedna super rzecz: ostatnie 1200 metrów przed metą podniosłem się i pobiegłem naprawdę w dobrym tempie! Garmin pokazał że w 4:12/km a wg oficjalnych międzyczasów od 40km do mety miałem tempo 4:20/km (41-szy w 4:24 chyba a ostatnie 1195m szybciej niż średnia). Ostatnie metry endo pokazuje że były w tempie 3:18/km!!Z tego jak finiszowałem i jak się czułem po biegu to jestem bardzo dumny. Może trochę pomógł doping na ostatnich metrach - kolega z pracy wspierał mnie na rowerze (jechał po chodniku a nie po trasie więc w porządku ;) ) - dzięki Andrzej!

Za metą chwila na rozmowy z kolegami, medal, do samochodu żeby wrócić szybko do domu. Zasłużone gratulacje w domu i szybko przebrać się bo najstarsza córka o 14:30 zaczyna mszą przygotowania do pierwszej komunii. No a to co się potem stało to może już pominę, ale dalszej części dnia też długo nie zapomnę (szaleńcza jazda do szpitala z rozbitą głową córki - "atrakcje" do końca dnia zapewnione, na szczęście wszystko się dobrze skończyło, nawet szwów ani tomografii nie było). Tak to już jest u biegaczy-amatorów co mają rodzinę, pracę a gdzieś na końcu czai się hobby zwane bieganiem :)

Dzień był naprawdę wyjątkowy i ta życiówka - jak by to powiedzieć jak klamrą pięknie spina całą opowieść: skończyła się era bycia trzydziestolatkiem, zaraz pojawi się trzecia córka, miało być złamanie trzech godzin, a czas na mecie wyszedł - zobaczcie sami:

3:03:03


:)






ADs