sobota, 18 kwietnia 2015

Rodzinnie i rekordowo - Wiedeń


Na wiedeński półmaraton jechałem pewny siebie. Dawno nie miałem tak dużej pewności siebie przed biegiem. Mimo że to przecież bardzo ciężki dystans i że wiele razy już próbowałem pobić moją półtoraroczną życiówkę z Tarczyna i nie wychodziło. Była Warszawa, Grudziądz, Liverpool, Tarczyn i zawsze niepowodzenie ... Z drugiej strony zawsze było coś co ją tłumaczyło, ale przede wszystkim: zimę przebiegałem porządnie: po 6 biegów nawet w tygodniu, waga spadła o jakieś 3kg do 78-79, a tempa na treningach wzrosły przy tym samym wysiłku o tyle że łatwo to było zauważalne.
Postawiłem więc sobie cel minimum: złamać wreszcie te 1,5 godziny, a plan maksimum: pobiec po 4:12/km czyli około 1:28:38.
Do Wiednia pojechaliśmy całą rodziną i jeszcze ze znajomymi. Hotel sprawdzony - ibis blisko startu (i w sumie mety też), wyjazd w piątek po pracy - z Warszawy to niecałe 7 godzin jazdy, nie licząc wyjazdu z miasta.
W sobotę część turystyczna: expo, Prater, pasta party i zwiedzanie. Expo mi się podobało, szkoda tylko że przy dwójce małych pociech nie można tam długo pochodzić. W Wiedniu ceny są rozsądne, wybór firm duży - można tam ciekawie (i owocnie) spędzić dużo czasu. Potem Prater czyli dla naszych córek gwóźdź programu :) kolejki, karuzele, samochody itd. W końcu pasta party - najlepsze moim zdaniem ze wszystkich maratonów na świecie. W zabytkowym budynku ratusza, z naprawdę świetnym makaronem i lokalnym daniem Kaiserschmarrn (podobno to omlet na słodko - ale nie zgadłbym po wyglądzie, takie kostki ciasta z sosem z jabłek albo śliwek) wyglądały i smakowały znakomicie. Szkoda ze na stojąco ale to wynika z pojemności ratusza. Do posiłku przygrywał oczywiście walc - nawet grany na żywo.
Po odpoczynku w hotelu - zwiedzanie starówki. Dla chętnych informacja - w katedrze na starówce (św. Szczepana czyli u nich to Stefansdom) w sobotę o 18 i 19 są msze niedzielne, nawet o 19 po angielsku).
Trochę się wyleczyłem tą sobotą i ciężko by mi było pobiec maraton nazajutrz. Cieszyłem się że następnego dnia czeka mnie tylko półmaraton. To naprawdę ogromna różnica - nawet zmęczenie nóg nie ma takiego wpływu na połówkę, przy maratonie to by było zabójcze...





Dobra to szybko spać i rano po cichutku wstać żeby dziewczyn nie pobudzić. Niestety obudziłem się około czwartej :( śniło mi się że zaspałem a co gorsza jakieś pościgi - ale udało się znowu zasnąć (znowu - przed maratonem stres by był za duży i już bym nie zasnął :) ). W sumie wyspałem się porządnie i mogłem zacząć procedurę startową jak na przylądku Canaveral :)
Śniadanie w hotelu - robią je szybciej w dniu maratonu, ja zjadłem tylko dwie średnie bułki z miodem. Potem ubrać się, po pobudce spakować co można i wynieść z hotelu do samochodu, po raz kolejny pójść do ubikacji, zbieramy się (rzecy do depozytu!) i na start. Acha, czipa wsznurować, numer startowy przypiąć, opaskę na rękę założyć (bo nie wpuszczą do stref startowych - okazało się że bujda, nikt niczego nie pilnował, nawet do której strefy się wchodzi), jeszcze spakować rzeczy na przebranie po biegu i nakleić na worek swój numer startowy. Wiadomo że nie wszystko się w takiej sytuacji zapamięta i zrobi. Największy mój błąd - za mało wypiłem rano, po drodze na start czułem że mam suche usta! Za późno trochę wyszliśmy ze Zbyszkiem (powtórka z Los Angeles) no i była znowu nerwówka z szukaniem gdzie są depozyty. Udało się wreszcie, to życzenia przed startem (bo ja tylko połówkę, ale kolega cały maraton)i do strefy startowej. Nie udało się dopchać na sam początek strefy (była na czasy od 1:30 do chyba 2:00 więc powinienem stać na samym początku) - za duży tłok, ale dość blisko miałem.
Czekamy, czekamy - w ramach energetycznej muzyki przed startem słuchamy oczywiście wiedeńskiego walca.
START!
Żeby się nie spalić, żeby się nie spalić. Ruszam bardzo wolno bo tłok, muszę wymijać, szczęście że nie za dużo - przebiłem się jakoś i mam ten podbieg pod most który dwa lata temu mnie zagotował. Teraz o tym pamiętam - tempo rośnie, ale z 4:45/km tylko do 4:20/km. Za wolno, ale to dobrze - jest podbieg (wg endo pierwszy km ma 13 metrów w pionie) a ja planowałem wystartować za wolno i potem się rozpędzać. Za mostem dostrzegłem moje kibicki - zakrzyczałem, pomachałem i pędzę dalej. Ten drugi kilometr to zbieg z mostu - nie wiem czy dobrze zrobiłem ale nie hamowałem i prawie nadrobiłem całą stratę z podbiegu. Na trzecim km, za rondem przy Praterze łączą się dwie fale biegaczy - z obu jezdni. Startowaliśmy jak co roku wszyscy razem: maratończycy, półmaratończy i sztafeta. Trochę to utrudnia trzymanie tempa bo ci z sztafety się zmieniają a maratończycy zwykle biegną wolniej. Wbiegamy na Prater - park gdzie jest zawsze pełno biegaczy wiedeńskich, kilometry 4, 5, 6 są bardzo przyjemne, w większości wśród drzew - to ważne bo w słońcu jest już za ciepło. No właśnie - pogoda wyglądało na to że będzie zła do biegania. Sobota była bardzo słoneczna i ciepła najpierw, na szczęście popsuła się i trochę ochłodziło i zachmurzyło :) wiem, to straszne, ale tak już biegacze myślą - w słońcu nie da się szybko ani przyjemnie biegać. No więc słonko wychodziło i było trochę za ciepło w niedzielę, ale nie było źle a nawet całkiem znośnie. Wybiegliśmy z parku i zaczynamy biec wzdłuż kanału Dunaju. Endo pokazuje bardzo słaby podbieg, ja miałem tam wrażenie że biegniemy pod górkę nie tak łagodnie i długo. Tempo (km 7,8,9,10) jednak nie spadło, chociaż odczuwany poziom wysiłku wzrósł. Na szczęście wbiegamy do centrum Wiednia. Tutaj ilość kibiców jest znacznie większa i chyba wielu z nich to turyści którzy dopingują swoje rodziny. Austriacy są bardziej powściągliwi, zwykle stoją i nie dopingują. chociaż zdarzały się takie sytuacje jak siostra zakonna w podeszłym wieku głośno dopingująca i klaszcząca w dłonie :) W centrum biegnie się łatwiej - kibice pomagają zwalczyć trudy biegu, zresztą szczerze mówiąc nie jest źle. Tak jak się czułem przed biegiem tak mi się biegnie. Wiem że dam radę i mimo że połowa biegu za mną to ja nadal jestem pewny że dam radę. Wiem też że będzie trudno, ale nie mam obaw że opadnę z sił jak to zwykle jest w końcówce maratonu.
Kilometry 11 i 12 są w tym centrum i ten drugi wychodzi bardzo szybko (wg endo 4:06) - to pewnie przez ten doping. To trzeci w kolejności najszybszy kilometr po finiszu i tym zbiegu z mostu na starcie. Dziwne bo tu jest podbieg! Od 10-go kilometra aż do 19-go jest cały czas pod górę i to nie łagodnie (widać na profilu który jest niżej). Przez ten podbieg i przez nadkładanie drogi (w sumie 260m - to bardzo dużo!) tempa nie wychodzą dokładnie według założeń. Różnice są znikome (rzędu 2 sek/km), ale nie udaje mi się przyspieszyć żeby nadrobić. Trochę to jest tak że wg wskazań zegarka biegnę nawet szybciej niż powinienem (tempo średnie mi wyszło 4:10/km wg zegarka który policzył 21,36km na mecie) - to też utrudniało, nawet mimo też że łapałem międzyczasy ręcznie wg oznaczeń kilometrowych.
My tymczasem biegniemy do zamku Schoenbrunn. Na 15-tym kilometrze znowu piję wodę - to też jakiś ma wpływ, zawsze jakieś sekundy się traci w tym tłoku, trzeba też choć troszkę zwolnić żeby złapać kubek. Na 16-tym przebiegam obok kompleksu pałacowego - tutaj jest pierwsza zmiana sztafety. Nauczony poprzednim moim startem w Wiedniu biegnę środkiem, bo po bokach stoją zawodnicy drugich zmian sztafet. Wtedy byłem tutaj później i był tłok, teraz skoro biegnę na poniżej 1,5 godziny to bardzo mało sztafet już tu dotarło.
Teraz następuje samo mięsko - czyli to co najważniejsze. Podbieg rozwija skrzydła i prawie do końca 19-go kilometra jest stromo. Na szczęście coraz więcej tu kibiców i co dziwne - daję radę!
Dwudziesty kilometr to największy kryzys - jest już trochę z górki a mimo to tempo najsłabsze (nie licząc podbiegu pod most) - wg endo 4:20. Wtedy jednak wbiegamy do ścisłego centrum, a tu już kibiców sporo. Grupa Włochów przede mną pokazuje typowo południowy temperament - jeden z nich zachęca ludzi do dopingu i to działa :) Za jego przykładem też krzyczę i przykładam dłonie do uszu - też działa :)) To naprawdę pomaga - 21-szy km wg endo to 3:55 a ostatnie 360 metrów (bo tyle endo naliczył) to już tempo 3:37/km.
Za wiele już do mnie nie dociera, wpadam na ten słynny dywan przed metą i finiszuję jeszcze wyprzedzając kilka osób i...

1:28:54



Fanfary, konfetti i medal. No dobra, tak na serio to medal, folia i pakiet na mecie z dobrociami :) Czuję się bardzo zmęczony, ale za chwilę czuję się świetnie. Odnajduję się z rodziną, biorę prysznic, przebieram się i robimy piknik na trawie. W Wiedniu jet fajna strefa na mecie - można tam odpocząć, zjeść i nawet poleżeć w parkach przy mecie. Po dobiegnięciu Zbyszka (poniżej 4 godzin czyli według założeń - gratulacje!) zbieramy się do hotelu i samochodami do Polski.


Podsumowanie: co nie wyszło?
1. za mało piłem poprzedniego dnia i z rana - strasznie prosty błąd.
2. byłem głodny! Dwie bułki rano, żel przed biegiem i jeden w trakcie - to za mało. Brakło drugiego żelu (pierwszy wziąłem wcześniej niż planowałem) i troszkę większego śniadania.
3. nie przygotowałem rozpiski kilometrowej - w sumie nie było to koniecznie, dokładnie 21 minut na każde 5km, 4:12 na kilometr, ale lepiej mieć bo trudno się to na 17 i kolejnych kilometrach liczyć.
Co wyszło? Na pewno wynik - zabrakło kilkunastu sekund do planu maksimum, ale ponad minuta szybciej niż plan podstawowy, a życiówkę poprawiłem o prawie 3 minuty! (1:31:44 -> 1:28:54). Bardzo dobrze się czułem po biegu (może to minus? za mało dałem z siebie?) no i w końcu - bardzo fajnie z rodzinnego punktu widzenia nam ten wyjazd wyszedł.

Jak by ktoś szukał fajnego półmaratonu niedaleko od nas to ja jak zwykle polecam Wiedeń. Tylko pamiętać trzeba że o rekord dość trudno (patrz profil), do tego dochodzi często za wysoka temperatura, ale jak widać po moim wyjeździe - powinno się udać :) !




poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Żniwa czas zacząć i podsumowanie marca


Jak bym wiedział że tak będzie wyglądać moje podsumowanie marca to bym te czterysta metrów na czworakach dokręcił :) Ale na serio - w marcu był przecież maraton a po nim całkiem normalne przecież odpoczęcie. W sumie przed maratonem też ograniczyłem kilometraż. Wykres w podziale na miesiące pokazuje że jestem w momencie w którym powinny się udać całkiem dobre dożynki:


 A czy tak będzie - zobaczymy! Sezon startowy jest dość kłopotliwym okresem - z jednej strony należy w momencie wyścigu być zregenerowanym (jakieś tajemnicze superkompensacje itd), a z drugiej strony nie można przez miesiąc odpoczywać i spodziewać się wyników. Plan który pokazałem poprzednio jest jakimś tam podejściem do pogodzenia mocnych akcentów odpowiednio wcześniej przed wyścigami i zluzowania tuż przed nimi. Sam jestem ciekawy jak to wyjdzie.

Ciekawą sprawę zauważyłem na widoku moich biegów w endo - otóż poniedziałek wyszedł mi mimo woli dniem odpoczynku - to chyba tak jest u prawie każdego biegacza :)


No dobra, to teraz trzy albo cztery treningi (spokojne, tylko jedne interwały i to w małej ilości już jutro) i znowu zawitam do miasta walca. I nie chodzi o maszynę do utwardzania dróg oczywiście :) Trzymajcie kciuki, mam kilka wyników kolegów do poprawienia :)


sobota, 28 marca 2015

Wiosna się wydłuży


Pamiętacie jeszcze wpis "Wiosna będzie moja"? Okazuje się po maratonie w Los Angeles że plan poprawienia się na czterech głównych dla mnie dystansach rozpoczął się od falstartu :) pogoda w Los Angeles i moje zdrowie nie pozwoliły mi nawet zbliżyć się do mojego rekordu życiowego. Czuję jednak w kościach (właściwie to w mięśniach :) ) że po tak przepracowanej zimie mam potencjał poprawić się i to znacznie. Nie lubię używać słowa "przepracowany" w odniesieniu do biegania - przecież to hobby a nie praca, ale jednak jakąś pracę w sensie treningowym wykonałem, więc można myślę mi to wybaczyć :)
Zdecydowałem że pobiegnę jeszcze na wiosnę ponownie maraton. Trochę to już tradycja - od początku mojej przygody z bieganiem koronny dystans pokonuję trzykrotnie w roku. Dowiedziałem się że podobno nie będzie w tym roku maratonu w Lęborku - szkoda, bo to bieg z dość długą tradycją... Z drugiej strony to znaczy że nie muszę się zastanawiać czy odpuszczać maraton w moim rodzinnym mieście żeby nie mieć czterech maratonów w roku.
Miałem nie lada łamigłówkę do rozwiązania: zapisany już jestem na półmaraton w Wiedniu trzy tygodnie po maratonie w LA, na 10km o kolejnych dwóch tygodniach i planuję 5km po kolejnym tygodniu. Gdzie tu wcisnąć maraton?
Pierwszy pomysł był oczywisty - zmienić połówkę na maraton w Wiedniu. Niestety organizatorzy sie nie zgodzili bo skończyły się miejsca na maraton. Dziwne, w Wiedniu wszyscy startują razem: maratończycy, półmaratończycy i sztafeta maratońska. Maratończycy mogą legalnie zbiec do mety w połowie dystansu i są wtedy sklasyfikowani w wynikach półmaratonu. Na pewno przy tylu tysiącach biegaczy wiele osób na to sie zdecyduje - umożliwienie kilku osobom zamianę w drugą stronę powinno nie być żadnym problemem... No ale dobra - nie to nie :) i tak  Wiedeń będzie super imprezą.
Druga opcja była trochę gorsza - zmienić orlenowską dychę na maraton. Znowu brak zgody orgów, ale tu mogłem po prostu zapisać się znowu (i stracić tylko 50zł za pakiet na 10km). Jednak tylko dwa tygodnie po połówce pobiegniętej na maksa to za mało dla mnie żeby się zregenerować. Nie było więc sensu drążyć tematu.
Potem za tydzień Bieg Konstytucji (5km) i też nie chcę go przekładać. No to poszukałem imprezy dwa tygodnie pózniej i... bingo! Jest maraton w Gdańsku :) też blisko stron rodzinnych i chociaż to pierwsza edycja to są szanse na dobrą imprezę. W końcu sponsor (PZU) ma doświadczenie w imprezach biegowych - mam nadzieję że przełoży się to na organizatora i poziom obsługi biegu. Trasa wygląda z opisu na stronie na ciekawą, a rodzinka w tym czasie pozwiedza Gdańsk który jest bardzo ładnym miastem.

No to plan ustalony:
12.04.2015 półmaraton Wiedeń
26.04.2015 10km Warszawa (Orlen)
03.05.2015 5km Warszawa (Bieg Konstutycji)
17.05.2015 maraton Gdańsk

Pozostał problem jak poukładać treningi żeby nie stracić formy z zimy. Wziąłem więc kartkę i ołówek i stworzyłem coś z niczego (czyli z głowy :) ). Skompilowałem kilka założeń: 6 (lub 5 gdyby było za cieżko) biegów w tygodniu, jedne interwały, jedna tempówka i jeden długi bieg w tygodniu. Tempa i dystanse z książki "Run lewe run faster". Trochę gimnastyki z dopasowaniem ograniczenia kilometrażu i z użyciem końcówek planów treningowych pod różne dystanse docelowe i wyszło mi coś takiego:


Podoba mi się ten plan - już za dwa tygodnie we Wiedniu zobaczymy jak działa :)

Opis:
BS - bieg spokojny
BD - bieg długi
HMP - tempo półmaratońskie - 4:13/km
ST - krótkie tempo - 4:00/km
MT - średnie tempo - 4:10/km
LT - długie tempo - 4:19/km
MP - tempo maratońskie - 4:30/km

poniedziałek, 23 marca 2015

Piękno i brutalność maratonu


Tygodnie i miesiące przygotowań, dziesiątki treningów i setki przebiegniętych kilometrów a tylko jedna, jedyna szansa aby się sprawdzić. To dla mnie kwintesencja tego dlaczego maraton jest taki wyjątkowy, a wynik który uzyskuję jest dla mnie wyznacznikiem poziomu zadowolenia. 
 
Wiele rzeczy na tą jedną szansę wpływa i o wszystkich trzeba pamiętać. Najważniejsze jest oczywiście to, co robimy przez ostatnie trzy do czterech miesięcy: jak i ile biegamy, ale to nie wszystko. Wiele jest osób (nawet zawodników profesjonalnych) którzy na treningach biegają super, tylko na zawodach słabo. A właśnie cały sekret tkwi w tym, aby na treningach biegać jak najwolniej się da żeby osiągnąć cel na zawodach. Na zawodach oczywiście wręcz odwrotnie - trzeba dać z siebie wszystko. Jednak oprócz tego całego cyklu przygotowań jest jeszcze wiele czynników: przygotowanie w ostatnich dniach - wysypianie się, dbanie o zdrowie, odżywianie przed zawodami (i słynne ładowanie węglowodanów), nawadnianie przed zawodami, przygotowanie taktyki biegu aby nie spalić się na starcie a z drugiej strony nie zacząć za wolno - bo potem już nie da się nadgonić. W końcu dzień startu: logistyka dojazdu i powrotu, odżywianie i picie na trasie, dobór stroju i butów - żeby nie stracić wszystkich paznokci ;) ale też nie zagotować się ani nie przemarznąć przed startem. Praca nad swoją siłą psychiczną aby wytrzymać do końca swoje założone tempo. I na pewno jeszcze o czymś zapomniałem.
 
Dlaczego to wszystko piszę? Żeby się podzielić tym dlaczego wynik akurat z maratonu jest dla mnie najważniejszy. Jest przecież wiele innych dystansów i wcale nie są łatwe. W dodatku akurat u mnie wyniki z wszystkich krótszych dystansów są według tabelek znacznie bardziej wartościowe, ale to wynik z maratonu cenię sobie najwyżej. To właśnie przez to jak trudno jest "nabiegać" dobry wynik w maratonie. Dlatego że nie można pobiec w roku więcej niż dwa, może trzy maratony na najwyższym poziomie (są wyjątki, ale nie warto ich naśladować jeśli chce się cieszyć bieganiem a nie leczeniem kontuzji). 
 
Gdzie ta brutalność? W tym jak bezdusznie weryfikuje nas na mecie zegar. Maraton nie patrzy na to ile sobie zaplanowaliśmy, mamy jedną szansę na kilka miesięcy i od nas zależy jak ją wykorzystamy. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to jest piękne.

środa, 18 marca 2015

Los Angeles Marathon


Dzień maratoński zaczął się jak zwykle: pobudka wcześnie rano - tym razem trochę szybciej niż zwykle bo przed czwartą. Wystarczyłyby dwie godziny do startu, ale nie da się zasnąć jak została godzina do pobudki w dniu maratonu :)
Mój biegowy kompan Zbyszek tez wstał za jakąś chwilę i pamiętam jak wyszedłem przed pokój (jak to w amerykańskim motelu - wychodzi się bezpośrednio z pokoju na zewnątrz - na taką werandę z której widać parking otoczony z trzech stron budynkiem motelu). Wyszedłem i nic nie powiedziałem żeby nie być zrzędliwym, potem Zbyszek wyszedł, postał pół minuty, wrócił i powiedział "ty, ale ciepło jest!". Bo rzeczywiście było ciepło - o piątej rano wyszliśmy na dwór w samych gatkach i było nam ciepło a zwykle to najchłodniejszy moment w ciągu doby... Musiało być 20 stopni myślę już wtedy.
Przygotowaliśmy się i poszliśmy do samochodu. Na start nie było daleko - ze 2km, ale chcieliśmy oszczędzać nogi. Sprawdziłem która brama jest otwarta na stadionie (tylko jedna z trzech) i pojechaliśmy. No tylko ze nasza ulica została zamknięta z powodu maratonu :) trasa tędy nie przechodziła, ale ulicą prostopadłą. Kluczyliśmy bo inne ulice dojazdowe też pozamykali.. Zaczęło się to robić niebezpieczne więc szybko wróciliśmy do motelu i poszliśmy na pieszo. Z tego powodu byliśmy spóźnieni na starcie. Najpierw nie mogliśmy znaleźć depozytów, jak je znaleźliśmy to było już po czasie oddawania toreb (do 6:15 a start o 6:55 - my byliśmy ok. 6:30). Dobra, oddaliśmy do ostatniego samochodu, potem drugi problem - strefy startowe zamknęli o 6:25 i nie chcieli nas wpuścić - staliśmy w tłumie ludzi bez przypisanej strefy startowej... Tutaj znalazła nas dwoje rodaków (pozdrawiamy!) i we czwórkę zaczęliśmy przeciskać się na start. Najpierw długo trwało żeby znaleźć się na ulicy z której był start a potem już nie dało rady dalej się przeciskać i stanęliśmy. Maraton ruszył a mu staliśmy w tłumie osób które nie biegły na wynik - oznaczało to duuużo przeciskania się na starcie. Pożyczyliśmy sobie wszystkiego najlepszego i rozdzieliliśmy się bo każdy miał biec na inne tempo. Ja przed startem gdy podchodziliśmy do linii startu dałem radę jeszcze co nieco się przesunąć na przód i przypadkiem, ale wyszło to całkiem fajnie. Organizatorzy z powodu upału wprowadzili start falami i akurat gdy byłem blisko startu zatrzymali wszystkich i wypuścili potem w drugiej fali. To mi bardzo pomogło, bo wystarczyło na starcie wyminąć tylko kilka rzędów biegaczy i miałem przed sobą sporo wolnego zanim dopadłem poprzednią falę. A nawet wtedy byli już oni nieźle rozciągniętą grupą i wymijanie nie było bardzo trudne, chociaż oczywiście trochę to kosztowało.
Pogoda była cały czas dobra. Temperatura oczywiście za wysoka na dobre bieganie, ale hormony buzowały i nie odczuwałem tego. Nawet w pierwszym komentarzu po biegu dalej tak myślałem. Start był o 6:55 a słońce wschodziło o 7:05. Przez długi czas nie było widać słońca - zasłaniały nas budynki. Potem jednak trasa po początkowym kluczeniu po LA skręcała w kierunku oceanu - na zachód i słońce świeciło z tyłu. Była na szczęście cienka warstwa chmur więc nie spaliło mnie na czerwono (to znaczy spaliło ale dopiero po biegu gdy znikły te cienkie chmury :) ).
Zaraz po starcie trasa prowadziła na zewnątrz stadionu - czyli ostry zbieg. Trudno w takim miejscu się upilnować i nie biec szybciej. Ja postanowiłem że zbiegam szybko a na podbiegach utrzymuję wysiłek na podobnym poziomie co po płaskim. Ale szczerze to tego płaskiego za bardzo nie było. Trasa była w większości z górki ale było też kilka stromych podbiegów. Zaraz po starcie i pierwszym zbiegu był naprawdę spory podbieg - aby wybiec z tej niecki w której jest stadion. W tym miejscu chyba dogoniłem ostatki pierwszej fali biegaczy. Potem był znowu zbieg i znowu podbieg itd. Tempo kontrolowałem według okrążeń które łapałem ręcznie na oznaczeniach mil organizatorów a pomiędzy nimi patrzyłem na tempo średnie okrążenia wg gpsu. Działało to bardzo dobrze: tempo średnie było jak w zegarku 4:30/km z tolerancja chyba jednej sekundy. Zaczęło mnie martwić tylko to że poziom wysiłku jaki odczuwałem był za duży jak na tak wczesny moment maratonu.
Kibice przy trasie wszystko wynagradzali. Amerykanie jak wiadomo są bardzo bezpośredni i otwarci. Krzyczeli, machali śmiesznymi transparentami i tablicami z których wiele wywoływało uśmiech na twarzy, np: (tłumaczę z angielskiego) "uśmiechnij się jeśli trochę się posikałeś", "Chuck Norris nigdy nie przebiegł maratonu", "uderz tu po trochę MOCY", chłopak trzymający tablicę "Stephanie jestem w ciąży!", "26.2 mili bo 26.3 to by była głupota", albo zaraz za linią startu: "jeszcze tylko 26 mil". Stało tych kibiców wielu, krzyczeli, klaskali i robili dużo hałasu. Były też zespoły (kilka), jakieś cheerleaderki, DJ-je, japońscy bębniarze i sam nie pamiętam co jeszcze.
Biegło się dobrze chociaż jak pisałem martwił mnie poziom wysiłku. Bardzo dobrze oceniam natomiast przygotowanie imprezy przez organizatorów. No może za szybko zamknęli depozyty i strefy startowe, ale przy takich prognozach pogody (33 stopnie w cieniu) zrobili wszystko co mogli: przesunęli start o pół godziny wcześniej, wzmocnili punkty z wodą i izotonikiem, dodali zraszacze na trasie no i była tez cała akcja informacyjna odnośnie nawadniania się i uważania na upał - nie tylko skierowana do biegaczy, ale też do kibiców. Dzisiaj rano (w Polsce, w środę) w radiu usłyszałem że w Kalifornii jest obecnie najgorsza od 40 lat susza, mają więc wprawę w ogłoszeniach w mediach na temat upałów - przebijają się nawet do Polski :)
Kilometry mijają, a właściwie to mile. Myślałem że trudno mi będzie się przestawić, ale wyszło to bardzo dobrze. Przeliczenie tempa 4:30 min/km daje 7:14 min/milę. Każda mila oprócz pierwszej (z powodu strasznie szerokiej ulicy) miała dmuchaną bramę którą łatwo było wypatrzeć. Łatwiej jakoś mi było biec według tych mili - 13 mil nie brzmi tak strasznie jak 21km na półmetku (chociaż to przecież taki sam dystans). Nie założyłem sobie paska do pomiaru tętna żeby się tym nie sugerować i biec według tempa. Biegłem więc, podziwiałem widoki, cieszyłem się dopingiem i trzymałem tempo. Wszystko szło dobrze poza tym trochę za wysokim wysiłkiem, no ale postanowiłem zaryzykować. Przez mój plan treningowy miał biegi tylko do 26km, a w tempie maratońskim tylko do 16km więc nie wiedziałem w sumie jak to jest po 20km w takim tempie. Czasy kolejnych mil były w bardzo dobrym przybliżeniu równe temu co planowałem, ale bestia już powoli podnosiła swój łeb (kto czytał uważnie wujka Danielsa ten wie o co chodzi :) ). Te podbiegi i zbiegi wcale się nie równoważyły - dawały mi w kość a ja pełen optymizmu biegłem dalej. Tempo nie było myślę za szybkie, ale były dwa powody które znacznie podwyższyły mój wysiłek żeby je utrzymać. Pierwszym oczywiście była temperatura - oblewałem się wodą i piłem jej dużo ale to tylko zmniejszało do minimum wpływ temperatury, który był i tak duży. Druga sprawa to było zdrowie. Przez ostatnie dwa tygodnie byłem na granicy choroby, ale cały czas byłem zdrowy. Był kaszel okazjonalny - nic więcej.  Niestety podróż 15 godzin w samolocie z klimą i różnica temperatur miedzy Polską a USA rozłożyły mnie - straciłem głos i pojawił się katar. Aspiryna w te 3 dni mnie nie wyleczyła i teraz gdy to piszę jest coraz gorzej. W niedzielę podczas biegu to też musiało mieć swój wpływ. Po około 29km tempo siadło mimo wysiłków. To bardzo szybko jak na mnie - we Frankfurcie udało się wytrzymać do około 35 i liczyłem tu na kolejną poprawę i dociągnięcie równym tempem do mety. Na 30km miałem ledwie 40 sekund straty, ale już wiedziałem ze jestem kompletnie na przegranej pozycji jeśli chodzi o rekordy. Mimo to nie poddałem się - nie mogłem przyspieszyć, bo wtedy łapały mnie skurcze, wyjątkowo szybko tym razem - pierwszy już na 27km! No nic, pogoda była super słoneczna, ja biegnę sobie bulwarem do oceanu, wkoło pełno kibiców - trzeba się cieszyć chwilą. Zacząłem więc biec tyle ile mogłem. Kilka razy podszedłem krótki odcinek - raz podczas picia i dwa razy częściowo zbyt strome podbiegi. Próbowałem też przyspieszać, ale tradycyjnie już u mnie złapały mnie takie skurcze że musiałem zatrzymać się i porozciągać.
W końcu bulwar się skończył, skręciliśmy w lewo przy oceanie i wzdłuż plaży z palmami biegłem do mety. Mety która była nagle bardzo daleko! Kibice po bokach krzyczą tak jak na całej trasie "you're looking great!" - wiem że kłamią, ale to miłe. Naprawdę nie mam siły przyspieszyć. Dobiegam swoim tempem z rękami w górze choć nie ma się przecież czym chwalić. Wynik na mecie

3:28:36
W porównaniu nawet do planu minimum 3:15 wygląda bardzo źle, ale nie wiem czemu jestem bardzo zadowolony z tego biegu. W sumie zająłem 686 miejsce na 22.333 biegaczy - tak wysoko nigdy jeszcze w maratonie nie byłem (3,08%), zwycięzcy mieli czas 2:10:36 i 2:34:10 co pokazuje trudność biegu. Najlepszy amerykański maratończyk Ryan Hall zszedł z trasy. Ja zaraz po odebraniu dobroci za metą i depozytu (poroznosili w czasie maratonu nasze torby z ostatniej ciężarówki do tych do których my powinniśmy zanieść) siadłem na ziemi i złapałem WiFi dzięki czemu mogłem zadzwonić do domu przez skypa i pogadać z Żonką. Na więcej sił już nie starczyło, zaraz dobiegł Zbyszek w czasie nawet lepszym niż planował bo 3:55 i poszliśmy nad ocean odpocząć. Kąpiel w oceanie była świetna chociaż krótka - mimo że wiele osób się kąpało to woda nie była dość ciepła dla mnie - to dopiero środek marca. Zmyłem więc tylko pot z siebie i odkaziłem w zimnej wodzie wszystkie małe otarcia ;)
Potem był spacer do autobusu i drugi autobus do centrum - na szczęście numer startowy działał jako bilet a przystanek był blisko hotelu. Potem było świętowanie - każdy po swojemu, ale ważne że udanie.
Zapamiętam ten maraton szczególnie - pierwszy raz byłem poza Europą. Ameryka to jednak inny świat, na pewno tam jeszcze wrócę ale w celach już ściśle turystycznych i całą rodziną. To trzeba zobaczyć, dla przykładu autostrady po siedem pasów w jednym kierunku, skrzyżowanie autostrad pięciopoziomowe (!!) a mimo to w godzinach szczytu wszystko zapchane :) w centrum budynki tak ogromne że zdjęcia nie oddają w ogóle tego wrażenia - brakuje efektu skali, porównania do innych, znanych obiektów. Z drugiej strony wszechobecny blichtr - całe to Hollywood to zwykła ulica tylko ze zbiorowiskiem przebierańców chcących zarobić na turystach. Drogie i luksusowe artykuły ale i żebracy na wielu skrzyżowaniach. Bezpośredni i otwarci ludzie pozdrawiający i pytający o maraton gdy widzą że mamy na sobie koszulki z napisem "LA marathon" i bardzo sztywni urzędnicy i policjanci na lotnisku. Kraj wielu kontrastów i zupełnie innych niż u nas zasad. Chociażby taka prosta u nas sprawa jak pójście na mszę w niedzielę urasta tam do problemu - bo kościołów tam jest sporo, ale różnych wyznań jeszcze więcej :)
To była wielka wyprawa żeby tylko pobiec maraton, chociaż byliśmy tam w sumie 4 dni więc oprócz tego pozwiedzaliśmy co nieco. W drodze powrotnej zdarzyła się kolejna przygoda - samolot z pasa startowego musiał wracać z powodu małej awarii i wylecieliśmy z Los Angeles do Amsterdamu z opóźnieniem ok. 5 godzin. Oczywiście samolot do Warszawy poleciał bez nas a następny dopiero wieczorem - w sumie więc dolecieliśmy 11 godzin później. Na liście rzeczy zwiedzonych możemy więc dopisać Amsterdam bo 2,5 godziny pochodziliśmy po starówce. Ale w końcu samolot wylądował na starym dobrym Okęciu i wreszcie byliśmy znowu w kraju!
Wytrwali czytelnicy otrzymują na koniec nagrodę: porcję zdjęć :)
A co do dalszych planów biegowych to będą małe zmiany ze względu na ten nieudany atak maratoński :) ale szczegóły wkrótce.































niedziela, 15 marca 2015

L.A. Marathon 18/18: LA Big 5 (znowu)


Co, LA Big5 znowu? Ano tak wyszło, tylko że tym razem już relacja z pierwszej ręki (nogi?) :) Dzisiaj rano - u was to już było popołudnie - pobiegliśmy piątkę po Parku Elizejskim przy stadionie Dodgers'ów. Pomysł podobny do innych sobotnich biegów przed dużymi maratonami, jednak kilka rzeczy można by zmienić dla pełni szczęścia. Formuła wyścigu zachęca jednak do tego żeby przycisnąć a to na dzień przed maratonem nie jest zalecane. Czyli takie biegi zupełnie na luzie, nawet bez medali, a np. ze śniadaniem to coś co moim zdaniem jest praktyczniejsze i fajniejsze w przedmaratońską sobotę. O ile wiem coś takiego jest w Paryżu, Frankfurcie i chyba w Amsterdamie (tam nie biegłem jeszcze). Druga sprawa to można by troszkę te medale jednak ładniejsze zrobić, ale to już marginalna sprawa. Poza tymi małymi uwagami to było bardzo fajnie. Mieliśmy możliwość zobaczyć miejsce startu na żywo, rozciągnąć trochę kości na trasie po parku - była zresztą strasznie pofałdowana. Ja miałem najpierw biec ze Zbyszkiem z którym jutro startujemy w maratonie i zrobić ten bieg bardzo wolno, rozdzieliliśmy się jednak bo mieliśmy inne pomyślane tempa i ja pobiegłem próbnie moim zakładanym tempem maratońskim. Skończyłem w 22:29 czyli z dokładnością do jednej sekundy się udało. Taki treningowy wynik dał mi 110 miejsce na 4098 startujących. Wynik 20:00 dawał miejsce... 35 z 4098 a 30:00 dawał miejsce 721 z 4098, no ale to był bieg rekreacyjny, były osoby które miały nawet 1 godzinę 59 minut.

Pogoda oczywiście "dopisała" znaczy było bardzo ciepło. Słońce wstaje tu teraz około 7:10 a bieg rozpoczynał się o 8:00, ale stadion jest w niecce i dopiero od niedawna słońce operowało. Natomiast jak już operowało to robiło się upalnie.

Trochę fotek:

Przed startem - widok do tyłu

W trakcie biegu

Zaraz za metą

 Wejście na stadion

Widać że się spociłem mimo że nie ścigałem się

Filmik zrobiony za metą - impreza się dopiero zaczyna bo jeszcze 4000 biegaczy się wkrótce tu pojawi

No to krótko podsumowanie tego ostatniego tygodnia:

Dzień Plan Realizacja Komentarz
Pn BS 13km 11,01km Trudno było się zmobilizować wieczorem ale udało się i było super
Wt BS 8km 10,01km Rano bo spać nie mogłem
Śr wolne 9,73km Znowu rano bo się obudziłem wcześniej
Cz BS 10km wolne Podróż do LA
Pt BS 10km 9,5km Spokojnie wczoraj po parku obok hotelu
So BS 5km 5km LA Big5
Nd maraton ???Zobaczymy jutro


Razem 89km 76km

To teraz wielki dzień, na który przygotowywałem się tyle miesięcy. Niestety nie mam za dobrych prognoz. I nie chodzi tylko o pogodę, chociaż głównie o pogodę. Zapowiadana jest temperatura rzędu 33-34 stopnie. Start został przesunięty przez organizatorów o pół godziny wcześniej (świetny ruch) - to może mnie uratować. Starujemy więc 6:55, powiedzmy że przekroczę linię startu (druga strefa) o 7:00. Temperatury według prognoz mają być takie:
7:00: 20 stopni
8:00: 21 stopni
9:00 24 stopnie
10:00 27 stopni
11:00 29 stopni
12:00 31 stopni
Współczuję tym którzy biegną 5,5 godziny - będą kończyć w 32 stopniowym upale :( Będą ekstra wzmocnione wszystkie punkty z wodą i izotonikiem (co milę od drugiej czyli 24 stacje), będą zraszacze na trasie, autobusy z klimatyzacją na punktach na trasie i wzmocniony personel medyczny. Jeżeli mi się jakoś uda dobiec w 3:10-3:15 to skończę o 10:10-10:15. Druga rzecz która mnie martwi to zdrowie - niby choroby nie ma, ale cały czas jakieś objway - a to katar był trochę, a to chrypa. Nie czuję żadnego osłabienia ale jutro może się okazać że jednak po 30-tym kilometrze padam z nóg. 
Biję się więc z myślami co zrobić i sam jeszcze nie wiem jak to rozegram. Opcje są trzy:
1) robię swoje i zaczynam na 3:10
2) biegnę z zającami na 3:15
3) biegnę spokojnie, nie na wynik
Rozważam najbardziej poważnie dwie pierwsze opcje - może się uda zdążyć przed upałem? No zobaczymy, na razie jeden makaron zjedzony, wody i izotoniku wypijam dużo. Teraz jedziemy zwiedzić okolice mety i zobaczyć ocean a potem drugi makaron (cały czas pijąc) i kładziemy się spać. Jutro będzie wielki dzień!