środa, 14 lutego 2018

Plany na 2018




Plany, plany, plany - dobrze je robić, żeby potem można było się do czegoś odnieść no i żeby się zmobilizować do jakichś większych wysiłków. A że już trochę czasu minęło od kiedy się ten rok zaczął, to lepiej napisać krótko (ale napisać) niż odkładać aż w końcu będzie się miało więcej czasu.
Więc do rzeczy! Co bym chciał w tym roku osiągnąć? To w kolejności, tak z głowy czyli z niczego :)
1. Złamać tą trójkę w maratonie!
2. Poprawić życiówkę na dychę!
3. Biegać regularnie bo to fajne
4. Biegać zdrowo i nic sobie nie uszkodzić
5. Pozwiedzać trochę biegowo
6. Pobiegać choć trochę po górach

Chyba tyle wystarczy. Robię w sumie już kilka rzeczy, które mnie w kierunku tych celów prowadzą. Na przykład jestem już zapisany na dwa maratony (punkt 5):
  • wiosna: Hannower
  • jesień: Chicago
Pobiegłem już nawet w moim pierwszym w życiu biegu górskim (punkt 6):
  • Icebug Gorce Winter Trail
Opis zapewne za kilka dni się pojawi na blogu (fajnie było!).
Co do punktów 1 i 2 - nawiązałem współpracę z trenerem - zobaczymy jak się biega bez samodzielnego układania planu, o tym też niedługo napiszę.
Zostają punkty 3 i 4 - tutaj motywacja i to czego mi ostatnio brakuje czyli wysypianie się i ćwiczenia wzmacniające powinny być na tapecie :)

To chyba tyle, zobaczymy na koniec roku co z tego wyszło!



sobota, 3 lutego 2018

Półmaraton towarzyski Turek - Poroże



Drugi raz zawitałem u mojego biegowego kompana na organizowanym przez niego półmaratonie towarzyskim (bieg dwa lata temu opisałem tutaj). Super impreza - nie brałem udziału nigdzie poza tym miejscem w takim rodzaju imprezy. Całkowicie własnymi siłami zorganizowana, biorą udział biegowi znajomi (z Klubu Biegacza Turek i zaprzyjaźnionych). Forma się nie zmieniła: start z rynku w Turku, honorowa runda dookoła rynku i wybiegamy przez okoliczne pola i lasy do Poroża. Dlaczego akurat taki start i meta? Bo Wielki Organizator mieszka przy Turku a w Porożu ma hacjendę gdzie po biegu odbywa się feta :) a dokładnie: ognisko z pieczeniem kiełbasek, jest chleb ze smalcem i ogórkami itp, a biegacze przynoszą ciasta. Do picia naotmiast jest woda i nie tylko ;)

Biegło się super. Obawiałem się że grupa się porwie, są tam biegacze co biegają maratony poniżej trzech godzin (z zapasem i wcale nie tak mało ich jest) a oprócz tego osoby które w dwóch godzinach w półmaratonie nie zmieszczą się. Udało się jednak tak zorganizować ten bieg, że nie było takiego problemu. Biegliśmy razem tempem bardzo spokojnym (trochę powyżej 6 min/km) a dwa razy po drodze (ok. 7km i 14 km) były postoje. Na postojach z samochodu "technicznego" można było się napić, zjeść kawałek banana i chwilkę odpocząć. W ten sposób grupa się nam  nie porwała.

Ja miałem w planie biegowym dłuższy bieg, więc na postojach biegałem a pod koniec zrobiłem 3km szybko (około 4:10/km) i dogoniłem potem resztę. Zmęczyłem się więc porządnie i nadrobiłem trochę kilometrów - razem 25,5.


Wielkie podziękowania dla Zbyszka za organizację (to naprawdę dużo roboty i nawet mimo wpisowego to jednak praca charytatywna i nawet się do tego dokłada). No ale satysfakcja ogromna i miło było patrzeć jaką mu to przyjemność sprawiło że impreza się naprawdę udała. A było niebezpiecznie - rano lało, wiało i było bardzo nieprzyjemnie. Baliśmy się że się ludzie wykruszą, ale na szczęście przyszli - na starcie było niezbyt z pogodą, jednak zaraz potem się poprawiło i sam bieg był już w fajnych warunkach. Szkoda że nie po śniegu tylko, jak dwa lata temu.
Biegło się wesoło, pogadałem z dużą ilością biegaczy, trochę się zmęczyłem podbiegając szybsze odcinki, no a potem... impreza! Zjedliśmy, zapakowaliśmy się z moją średnią córą do samochodu i wróciliśmy do domu.

Wielkie podziękowania dla Zbyszka i Eli - którzy zorganizowali już kolejny raz ten bieg. Co roku frekwencja rośnie, tym razem zapisało się 100 osób! Nie wiem co będzie za rok - trzeba będzie zrobić dwa ogniska na mecie ;)

Na koniec parę zdjęć.


Medal



Przez pola i lasy (i kretowiska ;) )

Na mecie

Organizatorzy :)


piątek, 26 stycznia 2018

Podsumowanie roku 2017

No koniec stycznia to chyba najwyższy czas na jakieś podsumowanie, nie? No to jedziemy, szybko i treściwie, bo lepiej tak niż znowu odkładać!

Żeby podsumować to najpierw trzeba wiedzieć jakie były plany. No a tych... nie opisałem rok temu. Na szczęście jest obejście problemu, one się przecież nie zmieniły od poprzedniego roku, a były opisywane w podsumowaniu roku 2016:


1. zdrowo biegać
2. złamać 3h w maratonie
3. poprawić wyniki na 5km, 10km, półmaratonie adekwatnie do wyniku maratonu
4. obniżyć wagę


No to jak z tym poszło:
1. to się najlepiej udało. Jakieś bardzo małe delegliwości się zdarzały, ale biegałem praktycznie bez przerw. W tym roku już zrobiłem sobie nawet USG serca (i EKG wysiłkowe znowu)!
2. Tu niestety klapa, dwa podejścia i dwa spalone. Właściwie to dwa i pół bo jeszcze Toruń...
3. 5km - sukces w Biegu Konstytucji 18:55, 10km - słabo, dwa podejścia i dwa razy lekko poniżej 40 minut, półmaraton - tutaj wielki sukces: 1:24:59 w praskim!
4. Tutaj plateau, czyli ciągle 79kg... no ale nie jest też źle


A jak to wyglądało dokładnie? No to najpierw ile biegałem:



No nie jest źle - utrzymałem poziom z przed roku i trzech lat, tylko dwa lata temu naprawdę biegałem więcej (i wtedy to rekordowe maratońskie 3:03:03 mi się zdarzyło!).

A jak wyniki?

Dystans201520162017
5kmBieg Konstytucji 
19:19
Bieg po dynię
19:23
18:55
10kmEnergetyczna Dycha Kozienice 39:20 Biegnij Warszawo Nocą 39:36
39:45
PółmaratonPółmaraton Wiedeń 1:28:54Helsinki Half Marathon 1:27:03 BMW Półmaraton Praski 1:24:59
MaratonPoznań Marathon 3:08:28Maraton Warszawski 3:03:03Maraton Warszawski 3:09:34

Czerwone są aktualne życiówki - no nie wygląda to źle, chociaż najbardziej mnie martwi to że z maratonem tak nie wyszło.

Tak ogólnie to zadowolony jestem że biegam i sprawia mi to przyjemność. Mimo coraz większej ilości obowiązków (trochę szybko rodzina rośnie :) ) daję radę i chce mi się dbać też o to hobby.

To przy okazji może jeszcze plany na ten rok? Bądźmy konsekwentni - zostawiam te co były, ale dodam od siebie piąty punkt:

5. pobiegać więcej w terenie (np. góry) i sprawdzić jak to się podoba. Wystartować co najmniej w jednych zawodach w górach.

Na koniec lista zawodów w 2017 roku i trochę zdjęć :)

Kolor czerwony - rekord życiowy
Kolor pomarańczowy - rekord sezonu
Wytłuszczenie - maraton

2017
2017.11.11 Bieg Niepodległości 10km 39:45
2017.10.29 Maraton Toruń DNF
2017.10.14 Bieg po dynię 5km 18:56
2017.09.24 Maraton Warszawski 3:09:34
2017.09.10 Półmaraton Tarczyn - 1:32:13
2017.09.03 Warsaw Business Run 4,1km - 15:22
2017.09.02 BMW Półmaraton Praski - 1:24:59
2017.06.20 Warsaw Track Cup 800m - 2:33
2017.05.31 Warsaw Track Cup 3000m -  10:53
2017.05.27 Piaseczyńska Piątka 5km - 20:36
2017.05.03 Bieg Konstytucji 5km - 18:55
2017.04.23 Orlen 10km - 39:49
2017.04.09 Maraton Lipsk - 3:24:48
2017.03.19 Półmaraton Mediolan - 1:26:35











niedziela, 10 grudnia 2017

No i pobiegałem...


Kurczę nie ma czasu podsumować tego biegania na koniec sezonu a dni mijają. Lepiej napisać coś nic udawać że się nie biegało, "co nie"?
A więc krótko i na temat, będzie sporo nowego!

Bieg po dynię 14.10.2017

Jak co roku - o ile tylko dam radę - zawitałem w mojej gminie na ten super bieg jesienny. Dystans już od jakiegoś czasu zmieniony na 5km (z 1/10 maratonu czyli 4.210m). Główne cele na ten bieg to były: aktywizacja sportowa córek bo najstarsza ma problemy z w-f'em a co do mojego startu - chciałem się poprawić. Co prawda życiówka całkiem świeża, z przed kilku miesięcy, ale warto spróbować. Pierwsza część planu się udała - córy dobiegły, dostały medale i koszulki. A potem była moja kolej. Wystartowałem z zamiarem biegnięcia na tempo życiówki aby potem w końcówce przyspieszyć. Jak patrzę teraz na spokojnie na zapis biegu to wyszło dokładnie odwrotnie :) Jak to moja żonka mówi "zastosowałem odwrócony negative split" :D


Najpierw 3:31 (pewnie zakłamane, nie była aż tak szybko - na początku było kółko po stadionie  i pewnie trochę zawyżył dystans). A potem właściwie równo 3:46-3:47 do mety. Trochę dużo więcej dystansu mi naliczył zegarek - aż 100m na 5km to daje 2% (niby zegarki mają dokładność do 3% ale zwykle zawyżają w granicach 1%).
Biegło się fajnie, oczywiście nie za łatwo - wiało jak w Kieleckiem czasami (jak było w plecy to fajnie, no ale to była pętla więc i pod wiatr też się biegło). Jeszcze finisz


Mina jak zwykle - jak Zatopek na finiszu :) i wynik - zmierzony osobiście 18:55, oficjalnie 18:56. Czyli właściwie wyrównana życiówka (18:55) z Biegu Konstytucji w tym roku.
Słowem - forma jest, będzie dobrze!

Maraton Toruń 29.10.2017

Do Torunia jechałem z zamiarem pobicia wreszcie mojej życiówki z przed roku (3:03:03). W Warszawie nie wyszło, pomyślałem sobie że można jeszcze w tym samym roku spróbować. Wybrałem ostatni z maratonów w Polsce - miałem 5 tygodni. Zrobiłem dwa długie biegi, forma wyglądało na to że była.
Pojechaliśmy całą rodziną do miasta pierników. Dziewczynki zwiedziły planetarium, samo miasto tak w ogóle jest bardzo ładne - polecam do obejrzenia. Niestety pogodę mieliśmy słabą do zwiedzania - wiatr bardzo mocny (to był ten orkan Grzegorz czy jakoś tak), padało też momentami mocno. W takich warunkach zastanawiałem się czy w ogóle startować bo Rozum mówił że to nie ma najmniejszego sensu. Serce jednak jak zwykle podkusiło "a najwyżej zejdziesz w połowie" bo biegnie się tam dwie pętle i półmaratończycy w połowie trasy kończą - gdy przebiega się obok startu. Z takim nastawieniem wybiegłem. Samo zebranie się w sobie żeby w ogóle na dwór wyjść było już sukcesem - wiało i padało, zimno było - żal było psa na dwór wygonić. No ale poszedłem. Co dziwne - przestało padać na czas startu, zaczęliśmy maraton z toruńskiego toru żużlowego.
Biegło się dobrze, chociaż wiatr, temperatura i woda nie pomagały. W dodatku trasa to też jakaś pomyłka - to jest maraton w dużej mierze chodnikowy (!). Mimo to szło mi dobrze - tętno około 165 - tak powinno być! Po pierwszym kółku czułem się dobrze i nie zszedłem z trasy - pobiegłem na drugie kółko. Niestety tak fajnie było tylko do 25km. Gdy zaczął się 26-ty przypomniał sobie o nas Grzesiu (ten orkan w sensie) w dodatku wziął ze sobą kolegę od deszczu. Walczyłem przez dwa kilometry, ale mimo że dystans w nogach nie za długi a starałem się jak mogłem to tempo spadło mocno - z tych 4:15-4:20/km do 4:35-4:40/km. Próbowałem przyspieszać, pod taki wiatr nie dawałem rady. Zdecydowałem że nie będę biegł jeszcze 15km w takich warunkach - to by było głupie i wbrew własnemu organizmowi. Zawróciłem do startu, zdjąłem numer i po przebiegnięciu 32,7km wróciłem do rodziny.
Czy mi żal tego że pierwszy raz zszedłem z trasy maratonu? Sam nie wiem, drugi raz zrobiłbym to samo. Chociaż drugiego razu już nie będzie - bo nie zdecyduję się na taki dodatkowy maraton jeśli warunki pogodowe będą takie.


Bieg Niepodległości 11.11.2017

Kolejna próba pobicia mojej strasznie zakurzonej życiówki na dychę miała być zwieńczeniem tego sezonu. No i znowu "niestety" - tym razem przyplątało się lekkie podziębienie. Niby bez temperatury, bez mocnych leków, ale jednak kaszel, katar i jakiś Zyrtec mi przepisali. To pewnie jakieś pokłosie biegania w wietrze i deszcze po Toruniu (dobrze że tylko 32km a nie 42km...). Tak osłabiony nie chciałem się rzucać na mroczki przed oczami - postanowiłem pobiec po 4:00/km co i tak już samo w sobie jest dla mnie dużym wyzwaniem.
Tym razem bez wsparcia całej rodziny (dwie starsze zostały w domy), ale połowa moich dziewczyn pojawiła się na biegu :) Też trochę wiało i padało, ale to było nic w porównaniu do poprzedniego biegu, poza tym dycha to nie maraton. No i jak co roku hymn i poszły konie po betonie.
Trasa tego biegu przypomina mapę warszawskiego metra (no dobra, teraz jest już druga linia). Prosto i nazad :) poszło mi naprawdę fajnie jak na takie warunki:


Nie ma się czym martwić - gdyby nie podziębienie to te 29 minut czuję że bym złamał! No nic, co się odwlecze to nie uciecze.

A uprzedzają kolejne wpisy - będzie się u mnie dużo działo. Właściwie to już się dzieje od 3 tygodni, ale o tym następnym razem!







piątek, 13 października 2017

Jeszcze trochę pobiegamy


Niby sezon się kończy, główny start już mną: Maraton Warszawski, ale jakiś niedosyt pozostaje. Chciałem jak co roku się poprawić na czterech moich głównych dystansach: 5km, 10km, połmaraton i maraton. A jak to wyszło? Tak średnio na jeża:
5km - na Biegu Konstytucji wyszło fajnie i wreszcie złamałem 19 minut: 18:55
10km - ciągle niezbyt, te 39 minut jeszcze na mnie czeka (raz bez atestu złamane - tego nie liczę)
półmaraton - tutaj znowu bardzo dobrze: BMW Półmaraton Praski i superanckie 1:24:59
maraton - porażka na całej linii: na wiosnę w Lipsku kompletna porażka a na jesieni w Warszawie średnia, ale też porażka.

Krótko pisząc: piątka i półmaraton wyszły fajnie, ale dycha i maraton zupełnie nie wyszły. Wypadł mi z moich planów jeden start na dychę w wakacje (przez rodzinne sprawy) - Bieg Powstania Warszawskiego. Mam nadzieję że dychę poprawię pierwszym możliwym startem. Tradycyjnie już spróbuję ostatni raz w tym roku na Biegu Niepodległości. Oprócz tego już jutro (też tradycyjnie) startuję w mojej gminie. Bieg po dynię, bo tak nazywa się ten bieg, to fajna rodzinna impreza. Bieg główny na dystansie 5km a biegi dzieci na dystansach dużo krótszych. Nasze dwie starsze córki chciały wystartować więc są zapisane na 300m :) !





Pozostaje jeszcze kwestia maratonu - czy startować i poprawiać? Książki i zdrowy rozsądek mówią: nie powinno się. Trochę mi wstyd, ale jednak nie ma co się kryć - spróbuję! Znalazłem ostatni możliwy termin w tym roku (żeby było blisko - za mała jest jeszcze nasza najmłodsza córka żeby daleko ją ciągać tylko żeby Tata maraton poprawiał) czyli Maraton Toruń 29.10.2017. To tylko pięć tygodni po Maratonie Warszawskim - mało. Mimo to próbuję - zrobiłem sobie tydzień odpoczynku (rower, potem spokojne i krótkie biegi pod koniec tygodnia - razem biegu 28km). Potem już wszedłem powoli na obroty w drugim tygodniu (86km w tym 32km biegu długiego z końcówką 4km w tempie maratońskim). Teraz kończę trzeci i dalej przyciskam (wczoraj 4x4km po 4:00/km na przerwie 1km). Jutro start na 5km, pojutrze ostatni długi (jak najdłuższy) bieg - planuję dystans tygodniowy też około 85-90km. Zostaną wtedy dwa tygodnie - nie będę odpuszczał z intensywnością, ale będę odpuszczał z dystansem. Zauważyłem że oba dobre maratony miały pod koniec intensywne biegi, ale też inne ćwiczenia poza bieganiem (siłownia, podbiegi albo takie z ciężarem swojego ciała).

fot. wikipedia - autor: Karolina Osmańska



W Toruniu zobaczymy - bieg jest na pętli którą się biegnie dwukrotnie. Jeżeli po pierwszej pętli będę czuł tak jak w Warszawie że to nie mój dzień i biegnie się ciężko to odpuszczę i skończę tylko półmaraton (też jest taki dystans, muszę tylko dopytać czy jak się zapisałem na cały maraton to czy mogę w trakcie biegu zmienić decyzję i skończyć tylko połówkę). Nawet jak nie można to po prostu zejdę z trasy żeby nie obciążać organizmu niepotrzebnie. No i zobaczymy, myślę że mam duże szanse na sukces jednak: wszystkie wyniki mam lepsze niż rok temu. Poprawa na dystansie półmaratonu jest wręcz ogromna - ponad półtorej minuty. Urwanie więc trzech minut na maratonie powinno być spokojnie możliwe. Tylko zależy to nie od "silnika" tylko raczej od wytrzymałości materiału. To główny problem u mnie - pod koniec maratonu nie daję rady utrzymać tempa i chyba chodzi o te mięśnie głębokie a nie o to że na za wysokim tętnie biegnę.
Muszę w Toruniu pamiętać o dobrym odżywianiu podczas biegu - małe żele co 30 minut i o bardzo dobrym nastawieniu psychicznym. Ostatnie pół godziny musi boleć i musi być ciężko. Jak to przezwyciężę to będzie sukces.

Podsumowując plan na koniec jesieni się ustalił:

piątek, 29 września 2017

Maraton Warszawski 2017


Po 19 tygodniach przygotowań nadszedł moment próby. Jak to zwykle u mnie bywa: budzik nastawiłem na dość późno, chyba 2,5 godziny przed startem. Trochę się oczywiście potem musiałem sprężać - bo na start jechałem pociągiem i nie mogłem się spóźnić na pociąg. Poranne ablucje przebiegły dość typowo: lekkie i łatwostrawne śniadanie typu bułka z miodem popijana izotonikiem. Potem ostateczna decyzja odnośnie stroju - w sumie dzień wcześniej już przygotowałem czerwony zestaw z koszulką na ramiączkach. Zawsze za bardzo się grzeję podczas biegu - dlatego nie chciałem czarnej koszulki bo jest cieplejsza. Pakujemy się - worek do depozytu, do środka buty, żele, czip do buta (kto to jeszcze używa?) i na pociąg!
Po drodze na pociąg spotkałem znajomego (nasze dzieci w jednej klasie są) i mówiąc co do niego wszedłem z impetem w barierkę przy peronie. Udo mnie boli jeszcze teraz, po pięciu dniach... ale nic - jedziemy na start a deszcz siąpi i siąpi.
Na stacji Powiśle mam wrażenie że pada trochę mocniej. Idę na start - tam mam jeszcze trochę czasu, więc przebieram się, z kilkoma osobami zamieniam parę słów i oddaję worek do depozytu. Kolejka do toalety i idziemy do sektorów startowych! Po drodze na start okazuje się że w depozycie został mój pas z żelami :) Szybko do ciężarówki - uff udało się, jeszcze mi wydali.
Na starcie jestem więc już rozgrzany :) pada wciąż więc czapka z daszkiem się przydaje. Sen o Warszawie i ruszamy!

Część pierwsza - wyrywamy jak głupi

Najpierw typowy problem na maratonie - jakim tempem biec? Chmury nisko więc poleganie na GPS'ie co do sekundy nie ma sensu. Oznaczenia kilometrowe są delikatnie mówiąc z tyłka. Po czwartym kilometrze kilka osób ma różnicę prawie 300 metrów na tym jednym kilometrze (nie sumarycznie). No to co, może z zającami na 3 godziny trzeba biec? Tak zrobiłem i okazało się to największym błędem z trzech możliwych opcji do wyboru. Zające rok temu biegły bez sensu, ale w porównaniu do obecnego roku to było super dobrze! Tym razem było ich dwóch - jeden wyrwał jak by biegł na 2:55, drugi wyrwał trochę wolniej, ale też dużo za szybko. W efekcie po 5km miałem ponad 20 sekund nadróbki a szósty kilometr wyszedł w 4:01! Wtedy już dałem sobie spokój i z tych trzech opcji wybrałem to co już zawsze będę teraz wybierał - bieg na zegarek. Puściłem zająców przodem, ponarzekaliśmy sobie z innym biegaczem który tak samo zrobił i biegłem swoje od tego czasu. 

Część druga - biegnę sam
 
Tempo od razu wróciło do sensownych zakresów czyli 4:16/km plus minus kilka sekund. Mimo że niby wszystko wyglądało dobrze - tętno było w dobrym zakresie około 165 to od początku biegu czułem że coś jest nie tak. Biegło mi się za ciężko, na początku maratonu powinno być luźno, co najmniej do połowy. Tutaj jakoś nie szło i nie wiem ciągle czemu. Może tak jak można mieć "dzień konia" to możliwe jest też "dzień nie-konia" :) ?
Ten odcinek był długi - po Puławskiej przyszła kolej na Ursynów, zbieg do Świątyni Opatrzności (nie rozumiem czemu trasa wiedzie przez ten odcinek drogi jednokierunkowej o bardzo słabej jakości z progami spowalniającymi). Potem na dole już jest super - nowa droga, więcej trochę ludzi. Jednak pogoda była bardzo nie-kibicowa. Padało albo mżyło cały czas. Do biegania było nie tak źle, może trochę ta wilgotność przeszkadzała tylko - widać to zresztą po czasach elity i mężczyzn i kobiet - słabe były.
Wracając jednak na trasę - u mnie bez zmian - zwolniłem do 4:16/km i próbowałem tyle biec. W praktyce wychodziło troszeczkę wolniej i to było dziwne. Ale nie przejmowałem się - nadróbka po biegu początku z zającami była duża. Tracąc po kilka nawet sekund na kilometr i tak byłem dużo do przodu. Wracając po Wisłostradzie skręciliśmy w Gagarina i zaraz w prawo w Łazienki. To jest piękny odcinek, jednak bieg po żużlu nie jest tak łatwy jak po asfalcie. Tam też jest połówka biegu i miałem tam 1:29:14 - czyli 46 sekund nadróbki. Dużo niestety. No nic, teraz jeszcze powinno być spoko, a prawdziwa praca od 32-35km. Tak jednak nie było. Cały czas tracę po kilka sekund i nie wiem właściwie dlaczego. Chyba nie chciałem za mocno przyciskać bo to dopiero trzecia dycha i właściwy maraton przede mną - chciałem chyba pobiec szybciej końcówką i nie wypruć się z sił wcześniej. Przebiegamy na Pragę, robimy tam kółko i zaczyna się rzeźnia.

Część trzecia - dramat

Na 30km wbiegłem z czasem dokładnie na 3 godziny - już bez żadnego zapasu. W sumie to jeszcze nie jest problemem, teraz powinienem się zebrać w sobie i przycisnąć. Ale niestety zaczyna się dramat... a zaczyna się podbiegiem na Most Gdański. Orgi narysowały w profilu trasy że podbieg nieduży:


Co oczywiście nie ma związku z rzeczywistością - ten podbieg nie ma jak na profilu narysowano 10 metrów tylko około 25m - na trzech kilometrach. Spodziewałem się że tutaj stracę co nieco. I tutaj się nie pomyliłem :) Czasy wyszły 4:30 obu kilometrów i zniszczył mnie ten podbieg na tyle, że od niego zaczęło się nie walczenie o wynik w granicach 3 godzin, a walka o dobiegnięcie w jednym kawałku. Nie chciałem odpaść kompletnie i dojść do tempa rzędu 6min/km. Więc nie cisnąłem 4:16/km na tym 33 kilometrze bo miałem ich przed sobą jeszcze 10. Gdybym tak zrobił to może bym jeden kilometr jeszcze wytrzymał a potem spadł w otchłań i skończył w 3:20 albo wolniej... już tak było w Wiedniu, Lipsku i Los Angeles. Nauczony doświadczeniem zwolniłem trochę, ale nadal próbowałem biec sensownym tempem. I niestety nie udawało mi się - wyszło 4:50 przez 3km a potem zaczęło rosnąć: 5:00, 5:15, 5:30 (!) potem się trochę odbiłem i zeszło na końcówce do 5:00.
Zaczęły mnie łapać kurcze, trochę musiałem zadrobić nogami i udało się nie przejść do marszu ani nie zatrzymać nawet na rozciąganie. I w sumie z sukcesów to tyle :)
Moim głównym problemem była walka o dobiegnięcie poniżej 3:10. Nie wiem po co - żeby to lepiej wyglądało? Raczej tak. Naprawdę musiałem mocno walczyć żeby to się udało. Ta ostatnia pętla po Żoliborzu zawsze mnie dobija. Mimo że tam stała Żonka z najmłodszą córką i kolega ze studiów i kolega z pracy - ja już byłem tak wypompowany że nic mnie to nie zmobilizowało. To znaczy na chwilę tak, ale bardzo krótką niestety. A potem samotność długodystansowca. Wyprzedziło mnie trochę osób - wiadomo, odpadłem o prawie 10 minut.
Ostatnia prosta fajnie zrobiona: tunel z tlenem, pas do lądowania zrobiony z LOTem, jeszcze raz moja połowa rodzinki kibicująca mi i wreszcie jest - moja upragniona meta.
Na mecie byłem wyjątkowo wymęczony. Pogadałem chwilę z Wybieganym (złamał porządnie 3h - gratki!!!) i z Krasusem (tym razem sztafeta), a potem z Żonką poszliśmy na posiłek regeneracyjny, po drodze jeszcze Matka Biega ze swoją gromadką (nasza była trochę podzielona - dwie starsze w domu a kibicowała tylko najmłodsza). No i dłuuugi marsz do samochodu, ten marsz długo zapamiętam :)

Wnioski

Dobra, czas na wnioski - co właściwie poszło nie tak? Chętnie poczytam w komentarzach jak to z boku wygląda. Ja sam nie do końca wiem. Myślę że (jak zwykle) było kilka powodów, w kolejności od najważniejszych:
  • za mało długich biegów
  • za mały łączny kilometraż
  • za mocny trening dwa tygodnie przed maratonem (Półmaraton Tarczyn)
  • za mało ćwiczeń w domu (zakres ruchu, mięśnie głębokie, rozciągnięcie)
  • za mokra pogoda
  • uderzenie w udo przed biegiem (czuję jeszcze teraz, pięć dni po biegu)
Mimo to nie uważam tego biegu za całkowitą porażkę. Jednak wynik 3:09:34 pokazuje że nie jest tak źle. Sądząc po 1:24:59 w połówce warszawskiej - stać mnie (jak zawalczę odpowiednio też głową!) na te 2:59:59.
I mam zamiar jeszcze raz spróbować!














niedziela, 17 września 2017

Warszawa 2017 18/19

Głównym celem tego tygodnia było dla mnie rozpoczęcie odpoczynku. Ostatni półmaraton w Tarczynie nieźle mnie wymęczył. Na szczęście odpuściłem trochę ten bieg, inaczej pewnie bym się załatwił i w Warszawie za tydzień by mi słabo poszło. A tak to myślę że dam radę wypocząć.

Teraz już zostało tylko siedem dni. To będzie bardzo ważne siedem dni - najważniejsze teraz to wypocząć. Został mi już tylko jeden akcent - we wtorek 5km tempem maratońskim, poza tym w środę i czwartek jeszcze spokojne i raczej krótkie bieganie. Piątek odpoczynek, w sobotę lekki bardzo rozruch i MARATON :) !!!

W sobotę mam nadzieję na rodzinny piknik na warszawskim EXPO, ciekawe jaka będzie pogoda. Najważniejsze jednak żeby w niedzielę było optymalnie: około 13 stopni, bez wiatru i deszczu poproszę. No i żeby cały czas z górki było!

Super jest ten ostatni tydzień, lubię go bardzo. Najważniejsze to nie podziębić się, wysypiać się i odpowiednio jeść i pić (wodę oczywiście, jak to kiedyś trener z Wyzwania Runner's World powiedział). Trzymajcie kciuki, tym razem musi się wreszcie udać z tym wymarzonym wynikiem!

Acha, jeszcze jedno - znowu będzie klasyfikacja blogerów, rok temu byłem czwarty (trudno z warszawskim biegaczem oczywiście), ale w tym roku z pierwszej trójki nie widzę nikogo na liście startowej - czuję swoją szansę na pierwsze w życiu podium w kategorii ;) !


Jeszcze tylko zwyczajowy raport tabelkowy:

Dzień Plan kmRealizacja km
Poniedziałekwolne
-0,0
WtorekBS 4km + SPR 5' + WB2 5km
@4:10-4:15/km + BS 2km
11,0Tylko rower do i z pracy - razem 39km0,0
ŚrodaBS 8km + SPR 5' +
R 5x100m/100m + BS 1km
9,9Po drodze do pracy z wczorajszym WB29,3
CzwartekBS 8km8,0Znowu wolne0,0
PiątekBS 8km + SPR 10' +
R10x100m/100m
10,0Zaczynamy nadrabianie - po drodze do pracy16,9
SobotaBS 8km8,0Z wózkiem biegowym i najmłodszą córą10,9
NiedzielaBS 19km19,0Po lesie co nieco19,2
Razem
65,9
56,2

BS - bieg spokojny
SPR - ćwiczenia sprawnościowe
R - rytmy
BD - bieg długi
WB2 -drugi zakres

ADs