wtorek, 3 lutego 2026

3-6/16 Zurych: śnieg, mróz panie


Oj mroźno panie jest, mroźno bardzo! Gdzie te czasy gdy się chwaliłem na blogu bieganiem w mróz, jak chociażby tutaj gdy mi zamarzło picie w bidonie w 2012 roku :) Pamiętam że wtedy mnie to kręciło - wyjść biegać gdy jest coś około -20 stopni. Teraz już nie - jak się robi bardzo zimno to idę na siłownię, albo korzystam z nowego nabytku - kupiliśmy bieżnię elektryczną do domu. Nic profesjonalnego, ale podobno do 16km/h ma wytrzymywać. No nic, spróbuję to dzisiaj sprawdzić. Najstarsza córka też ją używa i żonka - więc nie będzie się marnować. 

Biegam więc jak się da. Biegi szybkie staram się na siłowni, tempowe różnie - albo na dworze, albo na taśmie. A biegi długie to zwykle na dworze, jednak jak jest strasznie zimno to też pod dachem się zmusiłem w ostatnią niedzielę. 

Szybko opiszę te ostatnie cztery tygodnie:

Tydzień 3/16

Poniedziałek - wolne
Wtorek - na bieżni elektrycznej 6x1km @3:50 - mocny trening i się udał
Środa - wolne, za zimno było
Czwartek - powrót z pracy więc na dworze, ale bez akcentów, za to sporo, prawie 18km
Piątek - spokojne 8km - ale śnieg i mróz robi swoje, to nie był spokojny bieg
Sobota - zaległy akcent z czwartku, czyli 8km @4:35
Niedziela - niby tylko trochę ponad 22km, za to po lesie w śniegu

Tydzień 4/16

Poniedziałek - tradycyjnie wolne
Wtorek - 6x1000m @3:50 na siłowni - trudny trening
Środa - spokojnie na dworzu po drodze do pracy (czy muszę przypominać że po śniegu?)
Czwartek - śnieg, Las Kabacki a mimo to 8km było po 4:35/km
Piątek - basen 1000m
Sobota - dyszka po Lesie Kabackim z rytmami
Niedziela - tylko 15,6km ale dla odmiany po lesie w Magdalence

Tydzień 5/16

Poniedziałek - wolne
Wtorek - na siłowni 10x800m @3:50 - też trudny trening
Środa - znowu śnieg, mróz - spokojny bieg z pracy do domu
Czwartek - pogoda nie odpuszcza - więc bieg spokojny zamiast akcentu (ale na dworze)
Piątek - wolne przed zawodami
Sobota - Zimowy Maraton Bieszczadzki i drugie miejsce w kategorii!
Niedziela - pętla po Lesie Kabackim z kolegą Damianem (więc było dość żwawo :) )

Tydzień 6/16

Poniedziałek - wolne oczywiście
Wtorek - 6x800m @3:50 na dworze wyjątkowo 
Środa - spokojnie w drodze z pracy
Czwartek - po drodze do pracy i aż 10km @4:35
Piątek - wolne bo następnego dnia impreza 18-tka naszej najstarszej córki (!) :)
Sobota - rano udało się po Lesie Kabackim choć trochę pobiegać (straszny mróz ciągle)
Niedziela - BNP na siłowni 21km do 4:35/km (ostatni 4:15/km)

Szczegóły poniżej:

Tak krótko podsumowując - pogoda naprawdę nie rozpieszcza - dawno nie było tak długiego okresu takich mrozów. Nie da się biegać interwałów na stadionie, trudno robić tempówki i bardzo trudno biegi długie w tych warunkach. Cierpi ten mój plan treningowy na tym, najbardziej boję się o te biegi długie, one są bardzo ważne żeby pobiec sensownie maraton. No zobaczymy za niecałe trzy tygodnie w Wiązownie na 5km na czym stoję. A miesiąc temu to już poważny test na Półmaratonie Warszawskim. Oby tylko pogoda się poprawiła, bo dzisiaj w nocy prognozy mówią że będzie -20 stopni, a w ciągu dnia najcieplej -9... oby się sprawdziło że za dwa dni ma dojść do +1. Trzymajmy kciuki :)

 



niedziela, 25 stycznia 2026

Zimowy Maraton Bieszczadzki 16km

 

Zupełnie inaczej miał ten bieg wyglądać, ale jak zaraz sami zobaczycie - też się ładnie wszystko potoczyło. Bo plany były światłe: pierwszy raz we dwójkę z Żonką bieg górski i jeszcze w zimę, po śniegu. Zapisaliśmy się już dość dawno - skoro pierwszy raz razem to najkrótszy z dystansów, żeby zasmakować i nie zrazić mojej połowicy. Były do wyboru dystanse 16, 27 i 45km - wybraliśmy więc 16km. Niestety tuż przed tym biegiem okazało się że bieganie po śniegu nadwyrężyło organizm mojej lepszej połowy i nie dała rady ze mną pobiec. Pojechaliśmy jednak w Bieszczady razem (korzystając z tego że w ferie dzięki obozom można się wyrwać z domu, mimo trójki pociech), a jedyna zmiana planów dotyczyła tego, że pobiegłem sam - więc jak to ja - jak najszybciej.

Dojazd z Warszawy to wiadomo - droga przez mękę, około 5 godzin 45 minut w jedną stronę (zależnie od korków). W piątek jeszcze pracowaliśmy, więc wyjechaliśmy późno i ledwo zdążyliśmy odebrać pakiety przed zamknięciem biura zawodów. Śmiesznie trochę ta droga wygląda - do Rzeszowa droga ekspresowa cały czas od nas, więc trochę ponad 3 godziny na te prawie 350km. A potem trochę ponad 2 godziny na pozostałe 135km, czyli najpierw średnio około 110km/h, a potem około 60 km/h :) ale były momenty że w tej końcówce droga była biała i oblodzona (chyba nas źle nawigacja poprowadziła).

W ośrodku Wołosań B&B w Cisnej (ostatnie miejsce noclegowe, a rezerwowaliśmy z dużym wyprzedzeniem) udało się nam wyspać, chociaż łóżka mogłyby być lepsze. Za to było dobre śniadanie - oj objadłem się - i bardzo na plus to, że pozwolili po biegu wrócić i się wykąpać, mimo że to ponad 3 godziny po domyślnym wymeldowaniu się było.

 

Bieg startował o 11:00 ze Smerka, ale dojazdu tam miało nie być samodzielnego ze względu na brak miejsc parkingowych, poza tym bieg był do Cisnej. Więc z Cisnej odjazd był autobusami o 10:20 do Smerka i tam z zajazdu-hotelu był start. Był to też jednocześnie taki porządny i super wyposażony punkt odżywczy dla dłuższych dystansów. Zarówno 27km jak i 45km od tego miejsca razem z nami tą samą trasą zmierzały już do mety. Te dłuższe dystanse i marsz pieszy 16km (też ta sama trasa) wyruszały odpowiednio wcześniej. Na trasie więc było naprawdę sporo ludzi, których cały czas wyprzedzaliśmy - my biegliśmy krócej, więc szybciej i stąd te ciągłe mijanki. 

Pogoda miała być słaba - lekko powyżej zera i deszcz, ale trochę się odmieniło i na szczęście był śnieg zamiast deszczu (no może troszkę momentami był śnieg z deszczem, ale jednak głównie śnieg - więc było przyjemnie). Było niestety pełne zachmurzenie, więc nie było słonka, które by bardzo poprawiło ogólną jakość pogody. Jednak ogólnie oceniam że było fajnie z tą pogodą - dużo śniegu, nie było mrozu mocnego, ale też nie było też odwilży - bardzo fajne warunki do biegania. 

Nie miałem jakichś konkretnych planów na ten bieg - mieliśmy biec razem i miał to być bieg dla przyjemności. W ostatnim momencie była zmiana planów, więc chciałem po prostu pobiec na samopoczucie - oczywiście jak to ja: oznacza to że biegłem szybko, ale nie miałem planów na konkretny czas czy tempo. Wgrałem sobie trasę do zegarka, popatrzyłem na profil podbiegów, przebieg trasy, wyniki poprzednich edycji (ale nie znalazłem takiego samego dystansu) i po prostu biegłem na "czuja". 

 

Początek był dość szeroki, udało mi się gdzieś w okolice powiedzmy miejsca 25-go się uplasować na tych ponad 200 osób - tak żeby nie było problemu jak się zrobi wąsko. Był taki odcinek, ale krótki i potem większość biegu prowadziła (aż do ostatniego podejścia) szeroką drogą. Przez pierwsze prawie 3km były podbieg, ale nie mogło być bardzo stromo, bo wyszło mi średnio tam 6 min/km (może jeszcze dużo pary miałem ;) ). Potem trochę ponad kilometr zbiegu i tam miałem najszybszy odcinek: 4:04/km (!) aż jestem w szoku jak tera patrzę na wyniki, bo nie pamiętałem żebym tak szybko biegł (nie kontrolowałem tego). Potem znowu podbieg ponad 2km, ale tempo średnie 5:40/km oznacza że mimo że człowiek stary to jeszcze daje radę. I potem dłuuuugi zbieg aż 7 kilometrów do jedynego punktu odżywczego i tutaj się starałem biec szybko - wyszło między 4:28/km a 4:52/km. Na trasie wyprzedzałem hordy ludzi z innych dystansów, fajne to było bo nie było nudno, można było coś zażartować, coś ciekawego zobaczyć (np. zawodników rozlewających sobie wysokoprocentowy trunek na postoju. albo innych palących e-papierosy albo nawet zwykłe, zawodniczkę ciągnącą córkę na sankach, dużo się działo :) ).

Na sam koniec jednak zaczęły się schody - to znaczy taki fajny podbieg (podejście raczej) i zaraz potem karkołomny zbieg.

Około 1200 metrów w poziomie i około 150 metrów w pionie - tempo ponad 13 minut na kilometr :) masakra, ale zbieg był gorszy - zjeżdżałem na tyłku bo buty (górskie altra, bardzo już zajechane) nie dawały rady. Zmęczyłem się sporo, ale nie było to zbyt długie i po krótkim odcinku w Cisnej wpadłem na metę. 


 

 

Żonka zrobiła mi ładne zdjęcia, coś tam zjadłem, wypiłem i poszliśmy do hotelu - na szczęście niewiele ponad kilometr na pieszo. Wchodziłem już do hotelu gdy kolega Damian wysłał mi sms'a z gratulacjami drugiego miejsca w kategorii M50. To mnie zaskoczyło, przecież jeszcze mam 49 lat (przez miesiąc)! Wiedziałem że przed mną było sporo ludzi, myślałem że jestem w M40 jeszcze, która jest najbardziej oblegana, więc nawet nie sprawdzałem wyników bo ja nigdy w takich biegach nie ocierałem się o podium w kategorii. Okazuje się jednak że wystarczy się zestarzeć i sytuacja diametralnie się zmienia ;) Na zawodach kategorie liczą według rocznika, a nie według wieku w dniu zawodów (przynajmniej tutaj), więc sklasyfikowali mnie jako M50 i byłem drugi w kategorii!

Gdybym był w M40 to z tym czasem byłbym.... jedenasty :) W klasyfikacji generalnej byłem 18-ty i co rzadko się zdarza - nie był przede mną żadnej kobiety.


To trzeba było szybko, bo pamiętałem z regulaminu że jak jest się nieobecnym na dekoracji to nagrody przepadają. Chodziło mi najbardziej o jakąś statuetkę czy dodatkowy medal - bo nigdy mi się coś takiego nie przydarzyło. Szybki prysznic, przebranie, wynieśliśmy torby do samochodu i podjechaliśmy na metę. Oddałem tam czujnik do mierzenia czasu (zapomniałem wcześniej!) i sprawdziłem w biurze - okazało się że dekoracja będzie o 14:00 czyli za niecałe pół godziny i zobaczyłem tam przygotowywane hordy statuetek - czyli coś na co miałem szansę, chociaż jeszcze nie byłem całkiem pewny czy to nie jakaś pomyłka. Podszedłem do namiotu firmy mierzącej czasy (b4sport) i potwierdziłem - rzeczywiście byłem drugi w kategorii! No to wróciłem do samochodu, podzieliłem się dobrą nowiną i poszliśmy do biura zawodów na dekorację. Naprawdę super sprawa, a ten (gipsowy) wilk to będzie od teraz zajmował bardzo ważne miejsce na moim biurku!


To był bardzo fajny bieg i tylko żałuję że nie mogliśmy razem go pobiec, wolałbym to niż to drugie miejsce w kategorii, ale co się odwlecze to nie uciecze - znajdziemy coś podobnego, tylko mam nadzieję że bliżej, bo 11 godzin w samochodzie żeby pobiegać półtorej godziny po górach to trochę masochizm.

Żeby się pocieszyć przed podróżą zjedliśmy w centrum Cisnej w karczmie Łemkowyna regionalne dania (super było) i wybraliśmy się w drogę powrotną. Jak by można było tam się szybciej przeteleportować to bywalibyśmy tam na pewno częściej na imprezach spod znaku Rzeźnika :)
 

 


 

  

poniedziałek, 5 stycznia 2026

1-2/16 Zurych: plan i zaczynamy!

Właśnie sobie uzmysłowiłem że ten maraton, to w sumie już nie tak za daleko od dzisiaj :) W sumie to zostało (niecałe) 14 tygodni tylko! Czekałem z wrzuceniem planu trochę ze względu na coroczne podsumowanie i wrzucenie planów na ten rok. Ale teraz to już się udało, więc wypada też opisać co i jak będzie biegane przez Zurychem. 

Nie ukrywam - poszedłem na łatwiznę. To znaczy wybrałem plan treningowy który zrobiłem ostatnio i zadziałał dobrze - czyli przed Hamburgiem. Przygotowałem sobie rozpiskę - po prostu mój plik z tym jak biegałem wtedy, czyli dokładnie dwa lata temu i będę próbował robić to samo, mimo że jestem dwa lata starszy i kategoria wiekowa będzie już M50 :) 

W pliku mam na czarno planowany trening, na czerwono są stare zapiski z planu pod Hamburg (bo nie zawsze się udało zrobić dokładnie ten sam trening, poza tym czasami wychodził gorzej albo lepiej) i poprawiam sobie na bieżąco w tym pliku jak mi to wychodzi w tym roku - zmieniając opisy. Te nowe wpisy są na zielono. 


Mam jeszcze na drugiej zakładce dokładny opis każdego dnia - taki powiedzmy dzienniczek biegowy. Krótko więc jak wyszły te dwa pierwsze tygodnie:

Tydzień 1/16

Zacząłem jak zwykle od odpoczynku w poniedziałek, za to we wtorek udało się pojechać z żonką na stadion w Piasecznie i zrobiłem porządnie interwały 5x1000m - wyszły średnio po 3:52/km, trochę pod koniec zwolniłem, bo planowałem 3:50/km biegać i miało być ich 6. Ale i tak było to dużo mocniejsze niż planowane oryginalnie sześć rytmów po 30 sekund :) Zaraz po tym zresztą szybko wybraliśmy się całą rodziną aż do Koszalina - bo to był dzień przed Wigilią. W środę (czyli w Wigilię) rano szybko zrobiłem pętlę z podbiegami na wiadukcie nad ekspresówką S11. W czwartek to powolne bieganie w celu wypalenia choć trochę ze świątecznych dań (których wchłonąłem duuużo, w tym ciasta oczywiście!) - zrobiliśmy ten bieg razem z żonką. W piątek dalszy ciąg wypalania kalorii - tym razem sam, więc zrobiłem zaległy z wczoraj tempowy bieg: 8km @4:35 i bardzo lubię takie treningi. Też bardzo dobrze działają na to wypalanie kalorii :) W sobotę znowu spokojny bieg z żoną i potem już niestety przejazd do domu w niedzielę, więc żeby cokolwiek się poruszać to wstałem bardzo wcześnie (6:30) i udało się zrobić chociaż 14km zamiast typowego dla tego dnia biegu długiego. Acha i wplotłem tam 15 pompek co kilometr, to wyszło ich razem 225. Tak żeby trochę nadrobić brak basenu w piątek. Jednak było tego biegania dużo - aż 6 dni i 65km w tygodniu.

Tydzień 2/16

Aura się całkowicie zmieniła - we wtorek jeszcze się udało pobiegać interwały, ale nie na stadionie, a po chodnikach (po zostawieniu samochodu w myjni). Wyszło nie do końca dobrze, bo 5 i pół interwału po 1000m i średnio 4:05/km tylko. Natomiast od środy to już śnieg, śnieg, śnieg. Więc zamiast planowanych podbiegów na środę po prostu w tym kopnym śniegu zrobiłem 10km. W czwartek też odpuściłem planowany bieg tempowy i zrobiłem 12km po śniegu (to był Nowy Rok zresztą, trochę niewyspany człowiek zawsze wtedy jest :) ). W piątek zgodnie z planem był basen i coraz fajniej mi się tam udaje pływać. Nadal wolno, ale już zszedłem poniżej 30 minut na kilometr, a przede wszystkim - przepływam teraz ten kilometr bez odpoczynków! W sobotę i niedzielę zrobiłem sobie biegi po Lesie Kabackim - w sobotę z podbiegami w Powsinie, a w niedzielę prawie 19km z pompkami co kilometr (razem 200 sztuk). I cały tydzień znowu zakończyłem z kilometrażem 65km (chociaż w pięciu treningach tylko).



 
 


Pogoda ma być nadal bardzo mroźna - dzisiaj (w poniedziałek) nawet dostałem ostrzeżenia z gminy że ma być -17 stopni. Więc zobaczymy - chyba jutrzejszy trening zrobię na siłowni po raz pierwszy od bardzo dawna.

Generalnie - idzie dobrze, waga mimo Świąt nie poszła w górę (jest 77kg), tempa podczas treningów wyglądają dobrze, więc szansa na powtórzenie dobrego wyniku z Hamburga powinna być. I tego sobie będę życzył :) !



 

 
 

 

niedziela, 4 stycznia 2026

Plany na 2026 rok



Rok się dopiero zaczął, a u mnie w kajeciku już się nieźle zapełniło startami. Tak już mam, że starty mnie interesują i to łączenie biegania, zwiedzania i wyjazdów rodzinnych najbardziej mi się podoba. Zacznijmy więc od najważniejszych dwóch punktów sezonu, czyli jak zwykle - maratonów:

Maraton wiosenny: Zurych 12.04.2026 

Do tej pory biegłem raz w Szwajcarii - półmaraton w Lozannie i było bardzo fajnie. Piękna przyroda, zadbany i rozwinięty kraj - bardzo dobrze ten wyjazd wspominam. Tym razem będzie inaczej, bo zamiast wysoko-górskich francuskich regionów będziemy w niemiecko-języcznej stolicy i pewnie całą rodziną. Impreza też inna, bo dużo większa i typowo miejski wyścig. Ale przygotowania już zacząłem - kończę właśnie drugi tydzień - za kilka dni wrzucę mój plan na ten maraton i pierwszy raport!

 Maraton jesienny: Nicea-Cannes 8.11.2026

Wiem, że już tam biegłem i raczej nie powtarzam biegów. Ale robię wyjątki - Wiedeń był kilka razy, Paryż był dwa razy i Nicea z Cannes też dołączą do tego grona. Trochę dlatego, że bieg jest w fajnej okolicy, ale może nawet jeszcze bardziej z tego względu, że w listopadzie wylot z zimnej Polski nad Lazurowe Wybrzeże to niesamowita zmiana klimatu - świetna sprawa. 
Ostatnio te biegi masowe zrobiły się znowu tak bardzo popularne, że trudno jest się zapisać! Na szczęście ustawiłem sobie powiadomienie w telefonie i od razu po otwarciu zapisów rzuciłem się na ten bieg. Nie trzeba było aż tak się spieszyć, ale nie można było czekać, bo w zeszłym roku (sprawdzałem) pakiety skończyły się dość szybko. Nie wiem czy po miesiącu czy po trzech, ale dużo przed terminem startu. W każdym razie udało się - lecimy na jesieni znowu całą rodziną!

Bieg górski: Zimowy Maraton Bieszczadzki 24.01.2026

Takie biegi to uwielbiam - w śniegu, w górach - no super sprawa. W dodatku pobiegniemy razem z żonką, więc wybraliśmy najkrótszy dystans i mam nadzieję że to będzie najfajniejsze z możliwych kilka godzin biegania w śniegu :)

Półmaraton wiosenny: Warszawa 22.03.2026

I znowu Warszawa. Co ja poradzę że tu mieszkam, a impreza jest dobrze zrobiona, ma fajną trasę i organizację? W dodatku udało się zmontować rodzinną ekipę bo oprócz mnie i małżonki to jeszcze chrześniak się zapisał :) Będzie super!

Półmaraton jesienny: Manchester 4.10.2026

To ostatni bieg na który się zapisałem ostatnio - miasto podobno robotnicze, ale od jakiegoś czasu chodzi za mną żeby tam pobiec. Znam tam ze dwie osoby przez internet które może też pobiegną. Chcieliśmy też pozwiedzać Anglię poza Londynem, gdzie już byliśmy wiele razy odwiedzając rodzinę. Więc liczymy na kolejny fajny rodzinno-biegowy wyjazd!

Poza tymi głównymi startami zapisaliśmy się już też na piątkę w Wiązownie 22-go lutego i na pewno jeszcze jakieś mniejsze biegi wskoczą w trakcie roku.  

Zapomniałbym jeszcze o jednym - zawsze jakieś sobie cele stawiam na rok biegania, więc i tym razem opiszę (bo za rok będę tu patrzył i próbował się tłumaczyć jak wyszło :) ). Więc cele na 2026 są:
1. biegać zdrowo i z przyjemnością
2. pozwiedzać rodzinnie przy okazji zwiedzania co nieco
3. trenować bez ogromnej presji, ale starać się biegać szybko. Chciałbym pobiec maraton poniżej 3:20, połówkę poniżej 1:30, dychę w 40:xx i piątkę poniżej 20 minut

No dobra, to można teraz już spokojnie zaczynać Nowy Rok! Przy okazji - wszystkiego najlepszego dla wszystkich w tym 2026 roku. Oby się nam udało żyć spokojnie i zdrowo - w pokoju, zgodzie i miłości. I w naszych domach i na poziomie kraju i świata. Ech wielkie słowa wyszły, ale to dla mnie najważniejsze, jak widzę na co dzień że tych wojen to coraz więcej i więcej ostatnio. 

 

środa, 31 grudnia 2025

Podsumowanie 2025

Dawno nie pisałem, a tu wypada podsumować rok - więc super okazja do aktywizacji. Od kilku lat regularnie podsumowuję poprzedni rok i podoba mi się ta tradycja, więc do dzieła!

Jakie tam były plany rok temu? Można sobie w sumie samemu zajrzeć:

Plany na 2025

Były tam trzy punkty: 

1. biegać zdrowo - bo jak pisał wieszcz "ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie" itd.
2. mieć radość z biegania - bo w sumie oprócz bycia zdrowym to jest główny powód mojego hobby
3. poprawić swoje wyniki na głównych moich dystansach

Rozprawmy się z nimi po kolei.

Ad. 1. Tutaj pełny sukces: żadnej kontuzji, choroby nawet nie pamiętam w tym całym roku. Nie robię typowego roztrenowania (jeśli nie liczyć krótkich przerw od biegania, ale tylko po maratonach) i dobrze mi z tym. Jak bym się miał koniecznie do czegoś przyczepić to ostatnio czasami lekko czuję prawe biodro po jakichś długich albo ciężkich biegach. Ale to nawet nie jest ból, więc nie wiem czy jest sens o tym pisać.

Ad. 2. Radość była jak najbardziej. Był bieg górski na początku roku (świetna zabawa), były w sumie aż 22 starty i wiem że to dużo, ale to mi daje frajdę. Były biegi w Japonii podczas wakacji. Były inne biegi zagraniczne - półmaraton w Kownie, maratony w Sztokholmie i Dreźnie. Była sztafeta maratońska z kolegami z pracy i nocna piątka w Warszawie w której pierwszy raz biegłem z moją średnią córką. Radość była na tyle duża, że już mam bardzo podobne plany na 2026 (ale o tym będzie więcej w styczniu).

Ad. 3. Wyniki lubię opisywać, ale nieprzypadkowo są na ostatnim miejscu listy. Chciałbym je poprawić, ale nie będę rwał szat jak się nie uda. Ważniejsze sa te dwa punkty powyżej. Ale już do rzeczy - wyniki były takie:

2025.11.11 Bieg Niepodległości 10km 41:34 
2025.10.26 Maraton Drezno 3:34:32 
2025.10.12 Bieg po Dynię 5km 20:46
2025.09.28 Półmaraton Gdańsk 1:34:32 
2025.09.20 Park Run 5km 20:09 
2025.07.26 Bieg Powstania Warszawskiego 10km 42:35 
2025.07.19 Park Run Tokio 5km 21:29 
2025.07.12 Park Run Osaka 5km 20:21 
2025.06.21 Memoriał Rosłona 5000m 19:47
2025.06.15 Bieg Konstanciński 10km 41:45 
2025.06.06 Warsaw Night Run 5km 20:37 
2025.05.31 Maraton Sztokholm 3:22:15
2025.05.24 Ekiden 10km  42:53 czas drużyny NatWest 3:40:38
2025.05.04 Wings For Life 30,21km
2025.05.03 Bieg Konstytucji 5km 19:58
2025.04.27 Półmaraton Kowno 1:30:18
2025.04.19 Park Run 5km 20:26
2025.03.30 Półmaraton Warszawski 1:30:59
2025.02.23 Wiązowna 5km 19:34
2025.02.16 Bieg Chomiczówki 15km 1:04:52
2025.02.02 Bieg Wedla 9km 37:21
2025.01.18 Biała trzydziestka 31km 4:18:10
 
Idąc po kolei dystansami:
5km - co prawda dawno temu, bo na wiosnę w Wiązownie, ale wynik całkiem przyzwoity: 19:34. Czy udało się poprawić? Niby nie, to jest dokładnie ten sam wynik co rok temu na tym dystansie (bo niby było 19:18 w Biegu Ursynowa, ale tam był krótszy dystans z powodu błędu organizatorów). Czyli tutaj remis.
10km - najlepszy był Bieg Niepodległości z 41:34, a rok temu podobna historia (brak dystansu na Biegnij Warszawo, więc tamto 39:39 nie można zaliczyć i drugi najlepszy wynik to było 40:27 na Biegu Niepodległości). Tak czy siak - dużo słabiej, ponad minutę.
Półmaraton - bardzo chciałem złamać półtorej godziny w Kownie,  było blisko: 1:30:18. Rok wcześniej w Dublinie się udało (1:29:55). Blisko, ale troszkę gorzej.
Maraton - tutaj dużo słabiej, bo aż o 5 minut w Sztokholmie było słabiej od Hanoweru rok wcześniej.
 
Podsumowując - ja jestem osobiście zadowolony z wyników na piątkę i półmaratonu, a niezadowolony z dychy i maratonu. Jednak te wyniki nie są dużo odstające - jest całkiem-całkiem.
 
Co by tu jeszcze podsumować - może kilometraż w 2025 roku - było tego prawie 3350km czyli średnio 64km tygodniowo. Bardzo dobry wynik i praktycznie identyczny jak rok temu.
 

Może jeszcze jak tam z wagą. Po maratonie w Walencji przestałem kontrolować kalorie i tylko ważyłem się - powolutku waga wzrosła z 76,5kg do 78kg przez dwa miesiące. Wtedy wróciłem do tego liczenia kalorii i spadła do 76kg do maratonu. Po maratonie znowu przestałem kontrolować i to aż na 5 całych miesięcy - wtedy urosła z 76kg do 78kg. Moim zdaniem to mało - nawet waga 78kg przy moich 185cm wzrostu jest bardzo dobra. Ale teraz od początku listopada znowu liczę kalorie i już spadło do 76,5kg (no powiedzmy że po Świętach u rodziny jest 77kg :) ). Tak ogólnie to chyba te 77-77,5kg jest wartością średnią za cały rok.


A jak inne rzeczy niż bieganie? Pływanie całkiem dobrze wychodziło - 25 razy w roku to wychodzi co drugi tydzień (ale plan jest co tydzień, tylko nie zawsze się udaje - dobrze że z kolegą wychodzę - to pomaga w motywacji). Był też powrót do pompek - zrobiłem ich ponad 2,5 tysiąca! Mam zamiar to kontynuować i dojść do 100 pompek w jednym podejściu (na razie mam maksimum 45).
 
Tak ogólnie - bardzo udany to był rok. Na szczęście nie tylko biegowo - bo rodzinnie i nawet zawodowo. O planach będzie więcej za kilka dni, a jest tych planów już w tej chwili sporo (5 biegów już w tej chwili mam wykupionych!). Ale o tym - następnym razem, a na razie - wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

wtorek, 11 listopada 2025

Bieg Niepodległości

Czas na ostatni bieg tego sezonu, czyli Bieg Niepodległości. Pakiety odebrałem w pierwszym możliwym terminie - czyli w piątek (pakiety bo biegliśmy razem z Żonką), a termin był taki wczesny z powodu wyjazdu week-end'owego, zresztą całą rodziną. Który był całkiem fajny zresztą - bo udało się trochę zwiedzić w tym Wiedniu, córki miały atrakcje na Praterze, a my z Żoną pobiegaliśmy dwa razy po alejce w Praterze. Może nie tym tempem co Eliud gdy łamał dwie godziny w maratonie w tym miejscu, ale za to było uroczo. Mieliśmy mieszkanie tuż przy Praterze, po wbiegnięciu do niego cała prosta o długości 5km była do naszej dyspozycji :)

Pobiegaliśmy razem w sobotę rano i w niedzielę rano. Co ciekawe - tego dnia był tak jakiś półmaraton, który miał się niedługo zacząć. Trochę żałowałem że nie sprawdziłem tego przed przyjazdem, ale oryginalnie miałem zamiar w sobotę rano zrobić tam w Wiedniu Park Run, poza tym we wtorek przecież był Bieg Niepodległości - więc półmaraton dwa dni wcześniej i tak byłby średnio mądrym pomysłem :) ale zrobiłem sobie zdjęcie na tle rozstawianych ciągle bram i stanowisk do obsługi biegu.

 
 
W poniedziałek wróciliśmy do kraju, a we wtorek już ten główny start. Trochę ponarzekać muszę - waga mi troszkę urosła (no tylko do 78kg, ale patrząc na moje zapiski to rok wcześniej było półtora kilo mniej obywatela). Forma też troszkę się obniżyła i ostatnio ciężko było 20 minut na piątkę złamać. Biorąc to pod uwagę plan na bieg był taki żeby biec z wirtualnym partnerem nastawionym na tempo 4:05/km. To powinno dać wynik około 41 minut (mógł być potrzebny szybszy finisz do tego bo tempo z zegarka jest zawsze zawyżone względem tempa liczonego według atestu trasy). Podjechaliśmy samochodem razem na start, oczywiście problem z zaparkowaniem był, jak zwykle... ale przy budynku gdzie kiedyś razem pracowaliśmy udało się zaparkować. Pogoda była dość dziwna - niby około 7 stopni, ale pochmurno i co jakiś czas mżyło. Na szczęście na czas biegu było okienko bez opadów, zostawiłem więc dłuższe ubranie w samochodzie i "na krótko" wybrałem się na bieg.


Biegaczy było mnóstwo, kibiców też. Rodziny z dziećmi (szkoda że nasze trzy pociechy się nie wybrały). Bardzo lubię ten bieg, jego oprawę i atmosferę. Rozdzieliliśmy się (biegliśmy z różnych stref startowych) i ja po całkiem dobrej rozgrzewce (4km) z ćwiczeniami i krótkimi przebieżkami ustawiłem się na starcie. Wszedłem między zająców na czasy 40:00 i 42:30, w strefie odśpiewaliśmy hymn i zaraz ruszyliśmy. Ja specjalnie do strefy startowej wchodzę na krótko przed startem - żeby po rozgrzewce organizm nie wystygł. Ruszyliśmy więc w trasę. Był doping, dobra trasa i pogoda - było super. 
Mój plan działał dobrze, chociaż szczerze przyznam że już na początku biegu miałem odczucie że tempo jest za szybkie do utrzymania przez całe 10km... ale zwalczyłem to uczucie w sobie bo nie było za mocne ;) Okrążenia łapały się same co 1km, oznaczenia kilometrowe były chwilkę dalej niż mój zegarek pokazywał (czyli w porządku - tak powinno być). Tempo było w porządku. Pierwszy podbieg na wiadukt w alei Jana Pawła II zrobiłem wzorowo, czyli troszkę przyspieszyłem i na zbiegu też - dzięki temu nie straciłem na nim nic. Potem minęliśmy czołówkę biegu, która już wracał po nawrotce. Mieli tylko minutę przewagi w momencie mojego startu, więc blisko przed nawrotką ich widziałem. Pierwsza grupka chyba 4 zawodników, potem sprawdziłem że głównie zagranicznych, potem trójka i większa grupka w której pierwszy był Krzysiek Wasiewicz z klubu biegacza Kondycja z Piaseczna, więc powiedzmy sąsiad :) Udało mu się dowieźć tą 7-mą pozycję do mety zresztą. 
Tymczasem u mnie też się zaczynała druga połowa - na nawrotce było jeszcze dobrze z tempem. Szósty kilometr jeszcze też - 24:36 to dokładnie 4:06/km czyli tak jak planowałem. Niestety to już było troszkę wolniejsze tempo tak naprawdę bo biegłem przecież na 4:05/km. Trzy kolejne kilometry były za wolne - był tam oczywiście drugi raz wbieg na wiadukt, który swoje zabiera. Ale i tak średnie tempo z tych kilometrów to 4:16/km i to już spore spowolnienie. Dziesiąty kilometr wyszedł szybciej niż planowane średnie tempo - w 4:03 i na mecie zameldowałem się z czasem:

41:34


Tempa kilometrów do porównania za rok:
 


Mimo średniego wyniku po biegu byłem zadowolony. Chodzi mi o stronę sportową - czułem się dobrze po biegu, nie zajechałem się (zegarek zwariował z tym tętnem - na pewno było sporo wyższe). Miałem odczucie że mało zwolniłem. Teraz patrząc na te dane to myślę, że jednak nie powinienem być tak zadowolony, bo sporo straciłem na tych trzech kilometrach - po dziesięć sekund. No trudno - może się jeszcze uda poprawić w przyszłym sezonie. Skoro Konieczny (starszy chyba 3 czy 4 lata ode mnie) pobiegł dzisiaj 32:17 to i ja mogę, nie ;) ?
 


 

 

 

piątek, 31 października 2025

Maraton Drezno


Mój trzydziesty pierwszy maraton wypadł w Dreźnie. Wyjątkowo nie przygotowywałem się do niego według jakiegoś sztywnego planu treningowego. Właściwie to nie miałem żadnego planu treningowego :) ale próbowałem biegać jakoś z głową. To u mnie oznaczało: 5 biegów w tygodniu, 1 basen. We wtorki były interwały (zwykle 1000m albo 800m), w czwartki bieg tempowy (od kilku do nawet 10km) i w niedzielę bieg długi (od 25km do 32km). 

A jak wyszło? Kilometraż tygodniowy wychodził około 70km +/- 10km. Treningi wychodziły raczej dobrze, chociaż sam ustalałem sobie zakładane tempa - według obecnej formy, a nie pod jakiś konkretny czas. Początkowo miałem zamiar pobiec 3:15 w Dreźnie, pod koniec cyklu treningowego obniżyłem te oczekiwania do 3:20. Wyniki miałem w okolicy 20 minut na piątkę (ostatni test w Biegu po dynię wyszedł niby 20:46, ale było tam więcej dystansu i tempo było średnie było 3:59/km), półmaraton w Gdańsku jednak nie wyszedł kompletnie: 1:34:32... Mimo to obniżyłem tylko trochę planowane tempo na maraton z czasu 3:15 (4:37/km) do 3:20 (4:44/km) i liczyłem że tempo z piątki będzie lepszym "estymatorem".

Do Drezna pojechaliśmy całą rodzinką - na weekend. Mieliśmy fajny hotel w samym centrum i liczyliśmy na zwiedzanie przy okazji tego wyjazdu. Niestety pogoda nie była sprzyjająca. Czasami było ładnie, ale wiało i dużo padało i było cały czas zimno. Gdy wychodziło słońce można było się ciepło ubrać i wyjść, ale gdy zaczynało wiać i padać to nie dało się z hotelu wyjść.


W sobotę odebraliśmy rano pakiet i resztę dnia spędziliśmy na zakupach w centrum (tam nie padało) a w niedzielę - start! Poprzedniej nocy była zmiana czasu (śpi się godzinę dłużej), w dodatku start był dość późno, bo o 10:00. Dla mojego zegara biologicznego była to więc 11:00. Trochę późno, ciężko wtedy wymyśleć jakie powinno być śniadanie, ale zrobiłem je standardowo - czyli węglowodany (bułki, dżem, nutella itp.) tylko trochę większe. Na start miałem coś około 2,5km, na szczęście numer startowy działał jako bilet na komunikację miejską tego dnia. Podjechałem więc tramwajem spod hotelu aż na start.

Miałem trochę problem z ubraniem - bo było zimno (niby temperatura miała dojść do 8 stopni - to by było OK, ale z powodu wiatru i deszczu to odczuwalna była rzędu 2 stopni). Ubrałem się więc jak zwykle - na krótko (i czerwono), ale wziąłem na siebie koc termiczny, żeby nie zmarznąć na starcie i w drodze na start. To zadziałało bardzo dobrze. Był jeszcze jeden problem - zawieruszył mi się pas na żele! Potem się okazało że został w domu, mimo że był przygotowany do wzięcia ze sobą. Na szczęście udało się temu zaradzić - w dniu startu było jeszcze otwarte EXPO i kupiłem tam dobry jakościowo pas Salomona. Wpakowałem tam te moje 5 żeli na drogę i byłem gotowy. No tylko nie miałem ze sobą (wyjątkowo) telefonu - bo wychodząc z hotelu nie miałem gdzie go wcisnąć.

Na starcie za długo nie czekałem (czy wspominałem już że było zimno?) i dość szybko ruszyliśmy. Moja taktyka na ten bieg była taka: miałem trzymać tempo na 3:20 na mecie do połowy dystansu. Czyli zameldować się tam w czasie 1:40 i wtedy dopiero przyspieszyć, idealnie urwać ze dwie minuty i dobiec poniżej 3:18. To oczywiście w przypadku gdy będą siły, jak nie - to poniżej 3:20, a więc przeciec drugą połowę szybciej niż pierwszą. Zegarek ustawiłem na zaliczanie okrążeń co 2km (żeby nie było ich za dużo) a podczas biegu kontrolowałem tempo wg wirtualnego partnera. Tempo powinno być 4:44/km, ale zawsze trzeba troszkę doliczyć - zwykle na dystansie maratonu zegarki pokazuję około 300m więcej, więc trzeba prawie 2sek/km biec szybciej wg zegarka niż będzie potem oficjalny czas na mecie. To daje tempo 4:42/km, ale Garmin pozwala ustawiać tempo wirtualnego partnera co 5sek/km - ustawiłem więc 4:40/km i biegłem wg tego wskazania.

A jak wyszło? Tempo udawało mi się dobrze utrzymywać. Na początku było troszkę szybciej, ale to były minimalne różnice. Potem był jeden z kilku tuneli w który zegarek trochę zwariował i dodał od siebie trochę dystansu - przez co nagle byłem ponad 30 sekund przed wirtualnym partnerem (a nie przyspieszyłem oczywiście). Mimo to próbowałem i dalej biegłem zgodnie z zegarkiem. Tylko trzymałem się żeby nie zwiększać ani nie tracić tej przewagi na wirtualnym partnerem (która wynosiła 35 sekund). 

Na połówce byłem dokładnie w 1:39:00. To oznacza że minutę nadrobiłem względem planu, mimo że tempa pilnowałem. Niby to tylko niecałe 3sek/km, więc nie powinno to być ogromnym problemem. Od tego momentu miałem już trochę przyspieszać, ale niestety - nie było jak. Trochę za ciężko szło, jednak najgorsze miało dopiero się zacząć: pogoda z zimnej i wietrznej (ale słonecznej) zmieniła się diametralnie - zaczęło padać i jeszcze mocniej wiać. Na pierwszej pętli moi kibice byli w parku i mam takie fajne zdjęcia.


 


 

Ale potem była druga (podobna) pętla i w takich warunkach kibiców już prawie nie było. Nie dziwię się im wcale - naprawdę było bardzo słabo jeśli chodzi o pogodę i przebywanie na dworze było proszeniem się o rozchorowanie się na jesień. Ale my musieliśmy dobiec do mety... Widzę teraz po wynikach że do 24km tempo było super. Potem do 28km było akceptowalne - tylko minimalnie spadło. Do 32km było już za wolne, ale nie byłoby tragedii (bo średnia na 32km była 4:42/km z całości (to byłoby 3:18:30 na mecie plus różnica dystansu to powiedzmy około 3:19). Natomiast ostatnie 10km to była mordęga. Średnie tempo 5:52/km! Ręce mi zgrabiały od tego zimna i zacząłem myśleć o hipotermii. I oczywiście o tym "po co mi to było". Było zimno, wietrznie, deszczowo i nieprzyjemnie. Wymęczyłem się jednak i mimo że dwa czy trzy razy przeszedłem na chwilę do marszu to dobiegłem w czasie 

3:32:34

Miałem miejsce 429 z 1631 maratończyków. Byli jednak na trasie też półmaratończycy (3676 biegaczy) i sztafety (150x4=600 biegaczy). Doliczając 1,5 tysiąca biegnących 10km albo 5km i jakieś 350 dzieci to wychodzi że razem około 7 tysięcy biegaczy wybiegło na ulice Drezna.

Oj bolał ten maraton i muszę teraz dobrze odpocząć zanim pomyślę o kolejnym. Najpierw jeszcze Bieg Niepodległości, potem trochę odpocznę i wtedy zacznę myśleć co w nowym roku w bieganiu u mnie zaplanować :)


 


 

Zdjęć trochę mam bo kupiłem cały pakiet, to proszę bardzo :) :

 





 










 

ADs