wtorek, 17 maja 2022

Memoriał Rosłona 2022


W niedzielę pobiegłem sobie na stadionie 5000m w Memoriale Rosłona. To bieg organizowany przez lokalny klub Kondycja z Piaseczna i całkiem się im on udaje. W tym roku na przykład były dwa biegi w randze Mistrzostw Polski - 5000m U20 i U23 (każdy oczywiście w podziale na kobiety i mężczyzn więc w sumie cztery biegi były). Zawody trwały od rana, były różne dystanse dla przeróżnych grup wiekowych - fajna rodzinna impreza bo nawet darmowe dmuchańce dla dzieci (ale tyle ludzi że straszna kolejka się zrobiła), piknikowe budy z jedzeniem itd.

Moje cele na ten bieg były jak poprzednio opisałem: poprawić się z ulicznego Biegu Konstytucji. Wtedy było 20:00 to teraz obstawiałem żeby choć te pół minuty urwać bo na stadionie biega się szybciej plus (przede wszystkim) tam był podbieg Książęcą (i zbieg Agrykolą). Ubrałem się ładnie i poszedłem się rozgrzać:


 Mieliśmy towarzystwo znajomych plus kolega z pracy z którym biegamy dość podobnie (no dobra, on jest szybszy, ale kiedyś było na odwrót a ja się nie poddaję!) więc poszliśmy razem się rozgrzać. Dobiegliśmy do Górek Szymona i z powrotem - wyszło razem z przebieżkami i ćwiczeniami w biegu w sumie jakieś ponad 5km. No tylko że była niezła obsuwa czasowa - zamiast o 20:15 bieg zaczął się po 21-szej. W sumie po rozgrzewce niewiele już zostało :) Dobra, ale ustaliłem sobie plan - chciałem trzymać tempo 23 sekundy na 100m - na stadionie sam kontroluję czas na znacznikach co 100 metrów. To by mi dało 19:10 na mecie, co wiedziałem że było za ambitne, ale chciałem spróbować.

Po starcie dwie koiety biegły przede mną, patrzyłem na tempo i nie wyprzedzałem ich na pierwszym kółku - bo widziałem że ruszyliśmy trochę za szybko (co jest normalne chyba u wszystkich). Miałem 3 sekundy nadróbki, ale nie rosła na kolejnych setkach więc tempo było stabilne. Po 500m jednak wyprzedziłem te dwie kobiety - akurat zdjęcie u góry pokazuje ten moment.
Zdjęcia oczywiście robiła moja grupa wsparcia - Żonka i dwie młodsze córki, zawsze jak przebiegałem to miałem gorący doping :)
A ja tymczasem spokojnie biegłem. To znaczy nie do końca spokojnie - tempo było równe: po 23 sekundy na 100m i szło naprawdę fajnie. Przebiegłem tam pierwszy, drugi i trzeci kilometr. Kolega (Maciek) wyprzedził mnie już dawno - na pierwszym kilometrze, ale spodziewałem się tego bo celował w 19:00-19:30.
Po trzecim kilometrze przychodzi zwykle czwarty kilometr, a ten jest u mnie najtrudniejszy - zauważyłem że nadróbka 3 sekund zaczyna topnieć. Zacząłem więc od czwartego kilometra doliczać 24 sekundy a nie 23 - czyli tempo z 3:50/km spadło na 4:00/km. Byłoby i tak dobrze jak bym to utrzymał - miałbym te planowane pół minuty poprawy od poprzedniego biegu. Starałem się więc jak mogłem i trudno było, ale to tempo 4:00/km udawało się utrzymać. Na przedostatniej prostej spróbowałem dogonić dwie osoby przede mną i sam się zdziwiłem że mi się udało, za to mnie na ostatniej prostej wyprzedziła nasza olimpijka Ania Jakubczak (i zajęła drugie miejsce wśród kobiet). Przez co moja średnia córka miała wrażenie że mi źle poszło :) a ta naprawdę to poszło mi bardzo dobrze, złapałem sobie czas:

19:30

 

Bardzo fajnie ten bieg mi wyszedł, wygląda na to że powoli coraz szybciej się poruszam - oby tak dalej i przede wszystkim zdrowo żeby mi to poruszanie się wychodziło :)



 

sobota, 7 maja 2022

Bieg Konstytucji 2022


Ten długi majowy week-end to mieliśmy całkiem na sportowo - najpierw Żonka przebiegła półmaraton Grudziądz-Rulewo, a potem ja Bieg Konstytucji w Warszawie. Patrzę teraz na moją historię startów w Warszawie i dla ciekawości ją tutaj wkleję:

2012 rok: 22:00
2015 rok: 19:19
2017 rok: 18:55
2018 rok: 19:53
2019 rok: 19:23

Jak widać to impreza na której chyba bywam najczęściej :) ale nie bez powodu: fajnie zrobiona, blisko, ważna okazja - same plusy. W tym roku czuję że powoli zaczynam wracać do żywych, może to złudzenie, ale będę się go trzymał. 

Postanowiłem sobie tym razem że pobiegnę zupełnie na wyczucie, przestawiłem się więc mentalnie w tryb "nie patrzę na zegarek", nie obróciłem tylko zegarka żeby był z drugiej strony ręki bo ma on czujnik tętna więc musi od góry dotykać nadgarstka. Z racji wyjazdu do Grudziądza nie miałem odebranego wcześniej pakietu, podjechałem więc na start około godziny wcześniej co było dobrym pomysłem bo zaparkowałem bez problemu niedaleko od startu a w dodatku na starcie spotkałem się z kolegą z którym szliśmy na start półmaratonu w Wiedniu kilka tygodni wcześniej. Niezły zbieg okoliczności. No i dobrze potwierdzić swoje odczucia odnośnie Wiednia - też miał kolega zdanie że było duszno i biegło się bardzo źle.
Dobra, odebrałem pakiet i poszedłem na rozgrzewkę: porządna bo wyszło 5 kilometrów w tym trucht 2km, potem ćwiczenia w biegu: krok dostawny, przeplatanka, skipy A i C, przebieżki i wyszło 5km. Wtedy na start do odpowiedniej strefy, odśpiewanie hymnu (czemu niektórzy łazili w trakcie jak hymn grali - nie wiem do tej pory). No i cóż - start!
Ruszyłem na samopoczucie i jak widzę statystykach oczywiście było trochę za szybko, ale nie patrzyłem na zegarek, tylko biegłem mniej więcej na wyczucie. Piszę "mniej więcej" bo jednak miałem w zasięgu wzroku zająców na czas 20 minut. Ja chciałem mieć trochę poniżej 20 minut, ale nie kontrolowałem tempa więc to tylko było myślenie życzeniowe. W praktyce na początku zacząłem doganiać zająców. Było ich dwóch - minąłem tego drugiego, potem wyprzedziłem tego pierwszego. Przy okazji - wielkie podziękowania dla niego bo świetnie prowadził. Krzyczał, zagrzewał co chwilę do biegu i było to niegłupio zrobione: na podbiegu przypominanie o postawie, pracy rąk - no bardzo fajnie to prowadził.
Właśnie - podbieg. Zaraz jak wyprzedziłem pierwszą grupkę biegnącą na 20 minut zaczął się podbieg ulicą Książęcą. Niby jest na początku, ale biegłem przecież tempem poniżej 4min/km więc to musiało dać w kość. Było ciężko i widzę że zwolniłem, ale (też dzięki dopingowanu przez zająca na 20 minut) udało się wbiec w jednym kawałku. Na górze miało być uspokojenie i to się też udało. Najpierw wróciłem do tempa poniżej 4:00 ale widzę teraz że końcówka tej długiej prostej zaczęła być problemem. Ale nic, mocny skręt w lewo i zbieg Agrykolą! Tutaj wiadomo - nie było trudno utrzymać dobre tempo. 3:45/min wchodziło bez problemu przez ponad 500m. Tylko wtedy nastąpiło to co musiało nastąpić: koniec zbiegu a do mety grubo ponad kilometr! No i tutaj widzę że tempo mi spadło, minęły mnie obie grupy zająców na 20 minut (ale na starcie też były przede mną przecież) a ja dałem radę tylko na ostatnie 250m zmobilizować się, za to średnie tempo tego odcinka to było 3:45/km więc nie ma wstydu.

Na mecie zatrzymałem zegarek i zobaczyłem:

Czyli bardzo fajnie jak na mój gust. Wiem że mogłoby być trochę lepiej, szczególnie ten podbieg pod Książęcą przecież sporo mnie kosztował. Nie tylko strata czasu na samym podbiegu, ale też zmęczenie które potem się przełożyło na wolniejsze tempo pod koniec.

No to z takim podbudowaniem patrzę optymistycznie na następny start: też piątka, tylko 5000m a nie 5km - czyli będę biegł na stadionie z okazji Memoriału Rosłona w Piasecznie. Spróbuję tam zejść poniżej 20 minut - może się uda nawet pół minuty, w końcu ten podbieg chyba tyle mi zabrał?

Acha, a pod koniec maja widzimy się na dyszce Piotrkowską w Łodzi!

Ładny medal dali w tym roku, już wisi u mnie w garażu na ścianie :)


Widać pierwszy pik - to podbieg Książęcą i drugi pik - to zmęczenie przy obieganiu ulicą Kawalerii, gdzie zresztą pracowałem ładnych parę lat :)

Widać podbieg a na czerwonym - że się nie obijałem (tętno wysokie)

Rozbicie na odcinki 250m

Kolor trasy pokazuje tempo, widać te niebieskie gdzie było najwolniej



niedziela, 1 maja 2022

Półmaraton Wiedeń

 Ech cały tydzień temu pobiegłem ten półmarato w Wiedniu i nie ma czasu opisać. No to trzeba się wziąć i szybko nadrobić! Pakiet dostałem od kolegi z grupy biegowej (dzięki Krzysiek!) który nie mógł pobiec i na szczęście można było oficjalnie przepisać. W Wiedniu jest o tyle ciekawie że można nawet w trakcie biegu zmienić sobie maraton na półmaraton i taki miałem zamiar bo sam pakiet był wykupiony na maraton. Zabraliśmy się więc całą rodziną samochodem do tego miłego i ładnego miasta. To był już mój czwarty start w tym mieście! To pokazuje jak bardzo się nam tam podoba, w innych zagranicznych miastach biegam tylko raz (jest jeszcze jeden wyjątek: w tym roku byłem drugi raz w Paryżu).

Pobiegłem w Wiedniu w 2013 maraton, w 2015 półmaraton, w 2019 maraton i teraz w 2022 półmaraton.

Nie braliśmy urlopu więc zaraz po pracy szybko w samochód i późnym wieczorem byliśmy w hotelu tym co zawsze - ibis Wien Messe, super lokalizacja bo zaraz po starcie się koło niego przebiega. Poza tym blisko z niego na Prater gdzie można sobie pobiegać a dzieci mają atrakcję - bardzo fajny park rozrywki.

W sobotę wiadomo - expo, potem zakupy ("niemiecka chemia" i słodycze ;) ) i coś dla najmłodszych - czyli atrakcje na Praterze. Niektóre atrakcje były na tyle straszne że nawet ja tam nie wszedłem, a co dopiero dzieci.

A w niedzielę rano bieg - na start doszedłem pieszo, po drodze pogadaliśmy z kolegą z którym się już kiedyś widzieliśmy.  Co do samego biegu to tak jak napisałem na gorąco na profilu mojego bloga na fb: chciałem się poprawić z Wiązowny, ale wyszło gorzej 🙂
Po 10km nie dałem rady przyspieszyć, za to tempo spadło - było mi duszno, tętno 177 to prawie jak przy wyścigu na dychę. Zacząłem tempem 4:21 /km czyli na 1:32, ale potem to już 4:40 wchodziły kilometry. To znaczy wtedy gdy powiny wchodzić po 4:16/km bo mój plan minimum i kasimum to było 1:30-1:32, średni który uznałbym za sukces to 1:31 na mecie. A z tego tempa co mi spadło to czas na mecie byłby 1:37... ale udało się jakoś ogarnąć i nawet ostatnie 1100m średniomi wyszły po 4:05/km. Niby wynik końcowy słaby 1:35:05, ale samopoczucie dobre bo kończyłem mocnym finiszem przez ostatnie 3km.

W trakcie biegu zwariowany kolega z https://drogadotokio.pl/ czyli Marek zagadał mnie i mimo że najpierw zostawiłem do z tyłu (biegł na spokojnie bo dopiero co złamał trójkę w maratonie) to i takmnie dogonił na mecie i dzięki temu mam parę ekstra zdjęć (chociaż chciał sknerus po 10 ojro za każde ;) ).

Ja po powrocie do hotelu byłem na tyle w dobrej formie że szybki prysznic, pakowanie się i od razu mogliśmy wyjechać żeby sobie zrobić dłuższy postój po drodze w Czechach.

W sumie bardzo fajny wyjazd - taki na szybko i trochę spontaniczny, ale cały weekend wyszedł bardzo miło i w niedzielę wieczorem byliśmy spowrotem w domu. 











wtorek, 5 kwietnia 2022

Maraton Paryż 2022

Jakiś czas wpadłem na pomysł żeby dokładnie dziesięć lat po moim maratońskim debiucie pobiec maraton w tym samym miejscu – czyli Paryżu. Ten mój debiutancki opis możecie przeczytać tutaj. Wtedy było to dla mnie coś wielkiego, nieznanego i coś czego się bałem. Sam pomysł przebiegnięcia maratonu gdzieś tam u mnie w głowie się pałętał, ale nigdy nie podejrzewałem że byłbym w stanie go zrealizować. Dopiero jakoś w 2011 czyli w wieku 35 lat zacząłem regularnie biegać. Wciągnęło mnie to na tyle że od wakacji gdy zacząłem od biegania 5km raz na dwa dni doszedłem powoli do przebiegnięcia Półmaratonu Warszawskiego na wiosnę i to w czasie 1:38:xx – teraz z perspektywy czasu widzę że było to wielkie osiągnięcie. Wtedy oczywiście apetyt rósł w miarę jedzenia. Żeby mieć motywację zapisałem się na maraton w Paryżu – motywację miałem ja do treningów i Żona do wyjazdu ze mną :) więc w kwietniu 2012 udało się nam załatwić opiekę mojej Mamy dla naszych dwóch córek i polecieliśmy na weekend do stolicy Francji. Pamiętam że było już wiosennie, chociaż nie było ciepło, ale w porównaniu z Polską i tak dużo cieplej. Pozwiedzaliśmy co nieco, a ja przebiegłem ten mój maratoński debiut w czasie troszkę poniżej 4 godzin: 3:59:xx. Przed maratonem złapałem jakieś gruypo-podobne coś, niby się wyleczyłem jeszcze przed wylotem, ale bałem się cisnąć mocno (plan był żeby pobiec w 3:45) więc taki czas mnie ucieszył. Z tego maratonu przywiozłem Żonę która się przekonała sama z siebie do biegania, stojąc ze mną w kolejce do wejścia na expo i patrząc na te tłumy starych Francuzów i Francuzek którzy byli tacy wysportowani i pełni życia mimo zaawansowanego wieku łatwo się przekonać do tego hobby. I dzisiaj dziesięć lat po tamtym wyjeździe mamy oboje takie fajne hobby: biegamy sobie regularnie oboje, czasami razem, częściej oddzielnie bo małe dzieci wymagają opieki. Przez ten czas przybyła nam trzecia córka, ale nadal mamy to hobby i bardzo to jest fajne. Wyjeżdżamy regularnie na biegi – najczęściej to ja biegnę, ale zdarza się że kibicuję a biegnie moja Żonka.


W Paryżu już kwitły drzewa, trochę je chyba zmroziło dzień wcześniej...

Do każdego maratonu jakoś tam się przygotowuję, zwykle to 16 do 18 tygodni realizacji planu treningowego z książki, ale bywa że mam przygotowywany plan pode mnie. I tak było tym razem – celem był przebiegnięcie w dobrej formie i nie odpadnięcie w trakcie. Po drodze był start kontrolny w Wiązownie i wyszedł całkiem dobrze: przebiegłem równo i w tempie nawet troszkę lepszym niż by wynikało z wcześniejszej piątki pobiegniętej w City Trail. Na papierze wyglądało więc dobrze, miałem opracowaną strategię na ten bieg: pobiec na około 3:17-3:18 przy czy zacząć wolniej o około 7 sek/km i po pierwszej dyszce przyspieszać stopniowo.


Pogoda była w piątek straszna, pojechaliśmy z dziewczynkami do Disneylandu (jednak komercja wygrała) i był śnieg (!) i strasznie zimno. Nawet za dużo tam nie użyliśmy atrakcji, zresztą nie polecam za bardzo bo głównym zajęciem w tym parku jest czekanie w kolejkach. Patrząc na maraton wyglądało to źle: prognozy mówiły że temperatura będzie rano blisko zera, udało mi się dokupić bluzę termiczną pod kolor – identyczną jak w Monachium zresztą :) skarpetki cieplejsze i bandanę na głowę, byłem więc dobrze przygotowany. 

 


 

Podjechałem rano na start komunikacją miejską, udało się wszystko dobrze ogarnąć – toaletę, picie, jedzenie. 


 

 

Na starcie było zimno ale nie zamarzłem. Zresztą atmosfera była super – tak samo jak zapamiętałem to sprzed dziesięciu lat!


Miałem blok startowy na czasy 3:15-3:30 więc ustawiłem się na samym końcu bo nie chciałem się przepychać na starcie i dobrze zrobiłem. Mimo że to strasznie masowa impreza na ponad 40 tysięcy ludzi to nie było tłoczno bo puściłem przodem ścigaczy a sam wybiegłem na samym końcu i jak ich wyprzedzałem to było już szeroko więc bez tłoku.


Starałem się biec około 4:44/km żeby zacząć wolniej. W planach maksimum myślałem o 3:15 a minimum 3:20. Więc zacząłem 4:44 co jest czasem na 3:20 na mecie i planowałem tak przebiec pierwsze 10km a potem postarać się przyspieszyć o ile organizm pozwoli. Ustawiłem zegarek na obserwację tempa okrążenia i łapałem czas z oznaczeń kilometrowych. Czasami były trochę przesunięte moim zdaniem, zegarek czasami wariował gdy biegliśmy między wysokimi budynkami, ale w większości bieg był przez bardzo szerokie paryskie bulwary albo przez dwa duże parki (lasy de Viscennes na wschodzie i buloński na zachodzie). Początek wyszedł bardzo fajnie – biegło mi się dobrze, nawet zaryzykuję że lekko. Start jak zwykle spod Łuku Triumfalnego, potem obok kolumny na Placu Zgody, pałac Garnier przy operze, Plac Bastylii i tak minęła pierwsze dycha gdy wybiegliśmy z miasta do lasku de Viscennes. Złapałem czas 47:18 co oznacza że średnie tempo wyniosło 4:43,8/km – idealnie! Teraz spróbowałem przyspieszać, najpierw do 4:37. Trochę tempo mi się rwało – miałem tu wrażenie że to z winy przesunięć znaczników kilometrowych albo wariowania momentami zegarka, w każdym razie patrząc na średnią całej drugiej dych to wyszło dobrze bo zameldowałem się na 20km w 1:33:34 czyli średnie tempo drugiej dychy było 4:37,6/km. A sama trasa to było dokładnie całe dziesięć kilometrów po lesie de Viscenennes – bardzo fajne miejsce i przyjemnie się tam biegło.

Teraz czekało mnie 15km przez miasto ze wschodu na zachód. Muszę wspomnieć o paryskich kibicach. Na pewno część z nich to byli turyści, ale sami paryżanie robili świetną robotę – krzyczeli „allez, allez” dopingowali, byli bardzo głośni. Robili przewężenia jak na Tour de France – bardzo to było fajne i nie widziałem aż tak żywiołowego dopingu w innych miejscach. To też jeden z powodów dla których warto tu pobiec i wrócić tutaj.

Po chwili był znacznik półmaratonu – chciałem tam wbiec ze stratą około 70 sekund do planu maksimum 3:15 czyli w 1:38:40 a wbiegłem w 1:38:30 – czyli było to tempo na 3:17 na mecie. Teraz plan był aby zacząć odrabiać te stratę o ile się da. Czyli przyspieszyć dl 4:34/km i tym tempem przebiec już do mety i wbiec z czasem 3:15. I w sumie najpierw jakoś to szło, powiedzmy przez 5 kilometrów, ale 26-ty kilometr już był w prawie 5 minut i jakoś w trybie awaryjnym z tempami średnio 4:55/km dobiegłem do końca 31-go kilometra. I wtedy po prostu nie miałem już sił. Jest tam podbieg na którym sporo ludzi przechodziło do marszu i niestety ja też nie dałem rady. Miałem jeden z najgorszych „zgonów maratońskich” w karierze – te ostatnie 11 kilometrów było często przeplatane marszem, średnie tempo 6:35/km pokazuje że sporo było marszu.

No generalnie tragedia, odpadłem jak jakiś niewytrenowany zawodnik i chyba to dlatego że jednak za mało miałem długich biegów. Tylko jeden powyżej 30km – u mnie tak to się kończy w takich sytuacjach – czas na mecie:

 3:39:26


A co do pozytywów – ten cykl treningowy dobrze mnie przygotował do krótszych dystansów bo to jak się poprawiłem od jego początku wygląda naprawdę dobrze. Nie był zbyt agresywny więc nie miałem żadnej kontuzji i nawet po tak męczącej końcówce maratonu nie mam bóli and żadnych innych uszkodzeń, a w sumie to jest najważniejsze w moim bieganiu. Chciałbym przebiec równo – tak jak mi się to udało w Brukseli ostatnim razem, ale pewnie trzeba będzie do biegania włączyć więcej takich trzydziestek – ze 4-5 minimum. 


To teraz pomyślę co by tu zaplanować, trzeba to zgrać z planami startowymi Żony, z obozami i innymi atrakcjami córek, z wyjazdami wakacyjnymi całej naszej piątki – nie jest to prosta sprawa logistyczna :) Ale na pewno coś fajnego wymyślę bo po tym wyjeździe, mimo że sportowo to była trochę tragedia :) to jednak nadal podoba mi się to bieganie i turystyka maratonowa :)

niedziela, 6 marca 2022

Półmaraton Wiązowski 2022

Wiązowna miała być startem kontrolnym przed maratonem w Paryżu. Byłem tam już dwa razy (plus raz zapisany ale w ostatniej chwili mi coś wypadło) i wtedy poszło tak:

2016 rok: 1:27:23 relacja tutaj

2019 rok: 1:28:46 relacja tutaj

Biegało się kiedyś szybko :) teraz jestem na zupełnie innym poziomie. Nie wiem czy to przez pandemię (mniej ruchu) czy po prostu już stary jestem, ale przed biegiem dostałem wytyczne na 1:34 na mecie czyli 4:26/km. Ciężko się do takich planów zastosować jak się biegało poniżej 1:25 czyli ponad 9 minut szybciej... 

Do Wiązownej wybraliśmy się we trójkę z kolegami z sąsiedztwa (Kazik i Tomek), byliśmy sporo wcześniej na miejscu i po odebraniu pakietów zostało prawie pół godziny zapasu, nawet licząc dłuższą rozgrzewkę. Oczywiście sporo było akcentów ukraińskich z powodu wojny - hasła, naklejki, szyldy, strasznie się przejmuję tym co się tam dzieje. W momencie jak to piszę już mamy prawie milion uchodźców w naszym kraju i dla przykładu spacerując dzisiaj z dwoma młodszymi córkami po osiedlu widziałem dwie grupy gości z Ukrainy którzy zamieszkali na naszym osiedlu. Ja wiem o 7 rodzinach a nasze osiedle ma niecałe 150 domów :(

Wracając do biegania - zrobiłem porządną rozgrzewkę - około 3-4km z przebieżkami na koniec i byłem gotowy. Było zimno, nawet bardzo więc miałem długi rękaw (koszulkę termiczną) i to był strzał w dziesiątkę. Po kilku km byłem rozgrzany i przestało mi być zimno, ale nie było mi za ciepło nawet pod koniec biegu.

Trasa w Wiązownie jest dość specyficzna - z pętlą pośrodku i co ciekawe nie jest płaska, w tym roku nie odczułem bardzo negatywnie tym podbiegów, ale widziałem je i nie było łatwo. Najważniejsze oczywiście jak zwykle zaraz po starcie jest aby nie zacząć za szybko. U mnie jest z tym zawsze duży problem a im wolniejszy jestem tym jest trudniej bo nie mam szacunku dla prędkości, w końcu był czas że cały półmaraton przebiegłem tempem po 4:01-4:02. Więc i tym razem ruszyłem za szybko, ale bardzo szybko się zorientowałem i pierwszy km wyszedł w 4:21. Nie jest to jeszcze tragedia bo miało być 4:26. Generalnie biegło się dobrze i prawie równo gdzieś około 4:24, wiało trochę i niektórzy narzekali, ale mi to nie przeszkadzało tak bardzo. Te podbiegi to jednak trochę jak patrzę na profil musiały dać w kość - prawie 70 metrów w pionie. Po nawrotce był podbieg troszkę niszczący, ale dałem radę. Najgorsze było na niecałe 3km przed metą: nagle i mocno zabolała mnie prawa łydka. Nie wiedziałem co się dzieje, wydawało mi się że to achilles i zwolniłem. Ale po jakichś 100-200 metrach pomyślałem że to chyba jakiś mocny kurcz jednak i przyspieszyłem. Trochę bolało, ale w sumie patrząc na dane teraz widzę że ostatnie 200m wyszło średnio po 3:42/km! Wpadłem na metę z czasem 

1:32:25

Reasumując: jestem naprawdę zadowolony - dałem radę to pobiec równo, nie podpaliłem się na starcie i trzymałem się mniej więcej założeń. Właściwie to biegłem troszkę za szybko cały czas, ale na szczęście dałem radę i skończyłem urywając 1,5 minuty z założonego czasu.

Jeszcze na marginesie jedna dobra wiadomość: wreszcie waga spada. Przez pandemię jakoś się udało z małymi stratami utrzymać wagę w ryzach, ale w czasei roztrenowania poszło w górę z tych powiedzmy 79 do 81,5 nawet. Teraz wziąłem się na sposób: zamówiłem jedzenie w pudełkach i po dwóch tygodniach spadło mi nawet 2,5kg. Co gorsza - spodobało mi się i po tygodniu przerwy znowu wziąłem te pudełka - może się zejść do 78 albo niżej? Fajnie by było na Paryż tak się przygotować :)

Na koniec garść zdjęć:








sobota, 15 stycznia 2022

City Trail 2022


  No i wyjątkowo nie mam żadnego własnego zdjęcia! Mimo to start trzeba opisać albo chociaż o nim wspomnieć. A więc tydzień temu stanąłem na starcie pierwszego biegu w tym roku. W listopadzie skończyłem roztrenowanie i zacząłem się co nieco ruszać. W sumie to próbuję wrócić do starego stylu czyli do biegania dość często. O planach jeszcze nie wspomniałem tutaj więc wypada to nadrobić: na wiosnę wypada dokładnie dziesiąta rocznica mojego maratońskiego debiutu. Żeby to uczcić zapisałem się na tą rocznicę na dokładnie ten sam bieg, czyli maraton w Paryżu. W tym roku jest 2-go kwietnia, więc po roztrenowaniu była odpowiednia ilość czasu żeby się przygotować. 

W tym sezonie moje przygotowanie do maratonu pilotuje Maciek Górzyński czyli ta opieka trenerska jest przez portal dla biegaczy: www.pokonamgranice.pl. Dla tych którzy nie wiedzą o co chodzi: jest to opieka trenerska przez specjalny portal na którym trener wpisuje zalecenia (taki plan treningowy na bieżąco wpisywany co tydzień) a zzawodnik opisuje realizację - podaje dane typu długość biegu, tętno, tempo, opis słowny, link do treningu w portalu typu garmin connect czy strava. Trener widzi, może wpisywać zalecenia, wiadomości, możecie się zdzwaniać, spotykać osobiście na jakieś treningu itp. Są nawet wyjazdy na obozy treningowe - pełny opis znajdziecie na tej stronie.

A wracając do tego jak mi idzie - na razie wracam do żywych po roztrenowaniu. U mnie zawsze to bardzo wolno idzie. W tej chwili jestem na etapie 4 treningów w tygodniu, myślę czy nie poprosić o dołożenie piątego. Kilometraż tygodniowy jest na poziomie 60km i zaczynać mam teraz pracę tempową już. Jutro mam mieć bieg długi (ale spokojny) 25km. Nie wiem zupełnie na co liczyć w Paryżu - sportowo jestem na słabym poziomie jeśli to porównać do wyników z przed kilku lat, ale jest jedna super ważna rzecz dla mnie która powoduje że jestem pewny że roztrenowanie to bardzo ważna i potrzebna rzecz: nie mam już praktycznie wcale tych dolegliwości z pobolewaniem w biodrze prawym i mięśni brzucha i podbrzusza. Coś tam jeszcze trohę odczuwam, ale już praktycznie minęło, a przed roztrenowaniem przez kilka miesięcy zaczynałem się mocno martwić tymi objawami. To jest najważniejsze w roztrenowaniu: nie można cały czas przykładać tych samych obciążeń do tych samych mięśni, ścięgien, przyczepów mięśniowych - bo coś może tam strzelić. 

A co do samego startu w City Trail - fajny bieg, fajna organizacja - zawsze miło wziąć udział w takiej imprezie. Co innego by tu robić w mroźny sobotni poranek :) ? Pojechaliśmy we czwórkę tylko bo najstarsza córka dostała matmę do zrobienia (ósma klasa to nie ma żartów) i stawiliśmy się w lasku młocińskim, gdzie trasa wyglądała tak:

Ustawiłem się w pierwszej strefie bo była do 20 minut, chciałem pobiec według wskazań zegarka, a ten oszacował mój stan wytrenowania na 19:58. No tylko że warunki nie były idealne - droga gruntowa, zmrożona a miejscami oblodzona (raz się wywróciłem na rozgrzewce). Mimo to chciałem pobiec poniżej 20 minut. Zrobiłem dobrą rozgrzewkę bo w sumie aż 5km wyszło w tym przebieżki i ustawiłem się na starcie. 

Po starcie ruszyłem za szybko. To częsty problem u mnie, po roztrenowaniu widzę że się nasilił bo nie czuję respektu przed szybkim tempem, jestem przyzwyczajony że biegałem nawet szybciej. Muszę następnym razem bardziej skupić się na reakcji organizmu a nie na wskazaniach zegarka. Zresztą zegarek też pokazywał że jest za szybko - włączyłem okrążenia automatyczne co 500m i 1:56 jasno wskazało że tempo jest 3:52/km - za szybko na otwarcie! Na tym pierwszym km wyprzedziła mnie koleżanka blogaczka i pamiętam że ja wtedy miałem już ciężki oddech a nie słyszałem żeby inni biegacze tak ciężko dyszeli. Już wtedy wiedziałem że będzie źle. Trudno jednak jest zwolnić na wyścigu na piątkę - no powinienem choć trochę do tych 4:00/km ale nie zrobiłem tak. Ciągnąłem tą grecką tragedię i tempo powoli spadało. W połowie dystansu miałem czas 9:59 - niby idealnie, nie? Ale nie do końca bo ostatnie 500m było już w tempie 4:10/km... a kolejne coraz wolniej nawet 4:21/km i dopiero ostatnie 500m jakoś dałem radę w tempie 3:55/km. Wbiegając na metę z czasem oficjalnym 20:22.


Podsumowując - słąby występ jeśli chodzi o styl. Wynik nie jest bardzo zły, pokazuje że powoli biegam coraz szybciej i ogólnie czuję to po moim bieganiu. Więc w sumie jest dobrze - w końcu przecież chodzi mi o to żeby mieć dobry czas (i nie chodzi oczywiście o cyferki na mecie :) ).

No to teraz skupiam się na tempie, wytrzymałości i zobaczymy co tam w Paryżu będę w stanie z siebie wykrzesać. A żeby to móc jakoś ocenić zapisałem się na start kontrolny w Wiązownej gdzie już raz biegłem.




sobota, 13 listopada 2021

Lament Świętokrzyski

 
Siedzę sobie spokojnie w czwartek wieczorem w domu i pomyślałem sobie że posprzątam na blogu.  Od jakiegoś czasu coś tam zmienili i nie mogłem edytować widgetów typu typu cel, najbliższe starty, zdjęcie z biegu itd. W końcu udało mi się znaleźć gdzie tą funkcjonalność przenieśli i wziąłem się za sprzątanie. Sprzątam element "najbliższe starty" - wywaliłem półmaraton w Rostocku, Ultra Mazury, Maraton w Monachium i... następny element jaki widzę to Lament Świętokrzyski który ma wpisaną datę 13-go listopada. Hmmm przecież dzisiaj jest 11-ty listopada! Przez tą pandemię przenieśli ten bieg z chyba marca na listopad no i zapomniałem!
Ja tu jestem w sytuacji że miesiąc nie biagałem, mam dopiero dwa biegi za sobą: jedne spokojne kilka kilometrów plus zdalnie Bieg Niepodległości który nawet nie znalazł się jeszcze na blogu. W sumie to zapisany byłem w Poznaniu, ale nie mogłem pojechać z powodu kwarantanny w szkole córek starszych. Pobiegłem więc tutaj te 10km i wyszło mi niecałe 44 minuty co pokazuje o ile teraz wolniej biegam.
Udało się jednak szybko zorganizować rodzinnie i załatwić logistycznie żebym pojechał na ten Lament. W dodatku okazało się że sąsiad z osiedla Kazik (pozdrawiam!) też jest zapisany! No to umówiliśmy się na 7 rano na wyjazd, spakowałem długą listę wyposażenia obowiązkowego i poszedłem spać. Rano cichutko żeby żadnej z czterej dziewczyn nie obudzić ewakuowałem się z domu i we dwóch przejechaliśmy samochodem do miejscowości "Sabat Krajno" jakkolwiek to śmiesznie by nie brzmiało.
Na miejscu odebraliśmy pakiety, trochę ponarzekam że na cały tłum w hali gdzie były odbiory pakietów byłem jedną z dwóch osób w maseczce (nie licząc obsługi), no ciekawe gdzie będziemy za tydzień skoro teraz mamy około 20tys. zakażeń dziennie. Ale wracając do tematu - przepak, życzenia przed startem i ruszyliśmy. Ja sobie jakoś wyliczyłem że po 5min/km bdę biegł (nie wiem skąd taka pomroczność mi się zrobiła) i chciałem 3 godziny łamać. Teraz to brzmi jak super żart, ale nie uprzedzajmy faktów. W sumie pierwsza połowa biegu by to umożliwiła (gdyby nie roztrenowanie) bo było prawie płasko i technicznie łatwo - po prostu bieg przez jesienny las. Przyjemnie, pogoda fajna bo mgła raczej opadła, chłodno było ale ubiór był odpowiedni więc biegło się fajnie. Całą tą prawie połowę zrobiłem w okolicach 5min/km i przyszedł podbieg. Właściwie to złe słowo - bo to było podejście: kamienie, potem schody i było tak stromo że nie sądzę żeby tam nawet czołówka nie przeszła do marszu. 
Na szczycie pierwszej tej górki stał klasztow z jedynym punktem odżywczym - wypiłem trochę wody i poleciałem dalej. Zbieg był po asfalcie więc dość komfortowy, ale już pierwsze podejście mnie zmasakrowało. Mimo to na zbiegu nawet jeden z kilometrów wyszedł w 4:21, ale reszta powiedzmy w granicach około 6min/km. Na 30km minął mnie Kazik - to było zdziwienie bo obiecywał że mam na niego czekać na mecie :) Ale ja już wtedy odpadłem z powodu braków kondycyjnych: taki miesiąc roztrenowania to jednak ma duży wpływ na kondycję.
I wtedy nadszedł drugi podbieg, to znaczy przepraszam: podejście. To było MA-SA-KRY-CZNE. Kamienie wielkości średniego psa oraz te mniejsze, za to z ostrymi krawędziami - nie dało się biec pod górę z racji nachylenia, ale też jeden niepoprawny krok i można było sobie coś poważnie uszkodzić. Właściwie wszyscy chyba tam szli, ja podbiegałem tylko na jakichś króciutkich odcinkach. Po wielu męczarniach dotarłem na drugi szczyt a jakimś chyba czarownicowym obeliskiem (w końcu Sabat ;) ) i wtedy mogłem sobie "odrobić na zbiegu". To oczywiście ionicznie było: zbieg ozanczał ostrożne schodzenie bo droga w dół miała te same rodzaje kamieni, a właściwie małych głazów, w dodatku było bardzo stromo, dużo bardziej niż na podejściu. Nie dałem rady tam biec, całą drogę szedłem bo miałem już takie kurcze, takie zmęczenie mięśni że nie byłem pewny własnych nóg. Widziałem jak biegacz przede mną się wywrócił i byłem przekonany że po takim czymś żebra nie mogą być całe. Poza tym to musiało nieźle boleć i bałem się że połamię (dosłownie) nogi.
Dopiero ostatnie niecałe 2km przed metą było płasko i mogłem biec - trudno było, ale udało się dobiec. Pozdrawiam przy okazji biegacz z dystansu 82km z którym końcowe 1,5km przegadaliśmy biegnąc do mety :)
A na mecie czekał Kazik, posiłek regeneracyjny, picie no i po ogarnięciu się wróciliśmy do naszych pełnych domów. W sumie więc nie było nas niecałe 10 godzin z czego 4 godziny było w biegu :)
Dzięki dla sąsiada - fajnie było razem pobiec (no i gratulacje za tak dobry wynik!). 
Acha no i nie napiszę że "odkuję się za rok" - ta trasa tak mnie zmasakrowała, końcówka była tak nie do biegania że mimo że bardzo lubię bieganie w terenie to jednak na Lament Świętokrzyski to się już nie zapiszę. Bałbym się o moje nogi na tym zbiegu - to nie jest przyjemne, no i dwa duże paznokcie niestety stracę przez te zbiegi, co pewnie dodatkowo mnie przekonuje że to była jednorazowa przygoda :)



 
 


ADs