sobota, 31 maja 2014

Czerwcowe wyzwanie: w poszukiwaniu sześciopaka


Ech ci znajomi, tylko do złego namawiają. No ale może to i dobrze bo motywują :) Nowa akcja z zaplecza Blogaczy a dokładnie Krasusa i Runeat nazywa się Czerwcowe wyzwanie: w poszukiwaniu sześciopaka :) No chyba nazwa mówi wszystko. Kto żyw wpisuje się na stronie wydarzenia ze swoją deklaracją - z czego (żywieniowo) rezygnuje w czerwcu żeby na koniec miesiąca móc się pochwalić sylwetką jak w tle. Ja tam znam się na tyle że dobrze wiem że nic z tego nie wyjdzie w sensie efektów (za wiele lat sobie nie odmawiałem) no ale jeśli chodzi o wytrzymanie w wzywaniu to myślę że dam radę.
No więc się wpisałem:


a dodatkowo jeszcze mam zamiar regularnie ćwiczyć w ramach pĄpek i brzÓszków, ale o tym już nie raz pisałem.
No to powodzenia wszystkim chętnym - zapraszamy do wspólnej zabawy!

czwartek, 29 maja 2014

Rock'n'Roll Liverpool Half Marathon


Jak ktoś śledził profil mojego bloga na mordoksiędze to wie że tydzień przed tym biegiem nie wiedziałem czy pobiegnę, a nawet więcej - czy w ogóle dam radę polecieć do Anglii. Pogoda była piękna w Polsce, właściwie to były upały a u nas w domu jakiś dziwny wirus. Każdy odchorował i to poważnie, chociaż każdy miał trochę inne objawy. Nie wchodząc w szczegóły - przedszkole trochę od naszych córek odetchnęło, moja praca odetchnęła przez prawie 4 dni ode mnie a na koniec pochorowała się moja Żonka i z tego powodu całkiem realne było że nie polecę. Na szczęście poprawiło się nam wszystkim na tyle że się udało, ale jak się okaże później miało to wpływ na wynik...
Na Liverpool namówił mnie kolega (pozdrowienia Zbyszek!) któremu pomagałem się tam zakwaterować i pozwiedzać. Ja nigdy nie jechałem do tej pory sam za granicę na bieg, byłem tylko kilka razy i zawsze na maraton i z Żonką. Trochę smutno tak po prawdzie i na pewno już więcej sam nie polecę, mam nadzieję że teraz to już nawet i córki damy radę zabrać do Frankfurtu na następny bieg.
Wracając do samego miasta - nie jest ono moim zdaniem zbyt piękne. Miasto miało nawet około 850 tysięcy mieszkańców w zeszłym wieku. Potem znacznie spadła jego populacja i dopiero niedawno zaczęła znów rosnąć - do jakichś 450 tysięcy. Widać tą huśtawkę w mieście, dla przykładu niedaleko hotelu było kilka kościołów które były opuszczone - widać pobudowali jak było dużo ludzi a teraz nie ma kto tego utrzymywać. Z ciekawostek to wyczytałem jeszcze że oprócz Londynu było to miasto najmocniej zniszczone podczas wojny (przez naloty). Ciekawe bo Liverpool jest bardzo daleko od Niemiec, ale posiada drugi po Londynie najważniejszy port i to on był głównym celem ataków bo stanowił łącze z USA które wspierało wtedy Wielką Brytanię.
Właśnie te portowe nabrzeża były główną areną naszych zmagań. Start był w Dokach Alberta a meta tuż obok Echo Arena która też jest nad brzegiem. Gdyby nie to że strasznie lało w sobotę to byśmy pewnie dłużej pozwiedzali te tereny a tak tylko w piątek daliśmy radę pochodzić więcek po mieście.
W niedzielę rano wstałem wcześnie - o 6:00 bo musiałem coś zjeść, dojść do hotelu Zbyszka, razem dojechać na start i rozgrzać się przed zaplanowanym na 8:00 startem. Dziwny to trochę pomysł - maraton startował z tego samego miejsca ale o 9:00. W efekcie w trakcie naszego biegu niektóre kapele na trasie jeszcze się rozstawiały jak my już przebiegliśmy :-)
Udało się nam dojechać szczęśliwie, zostawić depozyt (z toaletą przed biegiem być problem duży, ja w końcu nie zdążyłem skorzystać :) ). No i poszliśmy na start - ja w pierwszym sektorze, Zbyszek w trzecim z dziesięciu. Pogoda zrobiła się piękna - idealna do biegania: nie za zimno, nie za ciepło, nie padało i co najważniejsze: przestało wiać jak w kieleckim. Nic tylko biec!
Po starcie było niestety troszkę tłoku przy wybieganiu z doków, ale to bardzo krótki odcinek i od tego momentu biegło się super: wygodnie, bez ścisku. Na samym początku pozdrowiła mnie jedna biegaczka z Polski (też pozdrawiam) i to była jedyna osoba z naszego kraju którą na tym biegu spotkałem. Trochę dziwne - podobno w Anglii jest nas bardzo dużo, ale może Polacy nie biegają aż tak :) ?
Trasa wiodła przez miasto, potem dość długi odcinek przez park. W pewnym momencie trzeba było zrobić kilka zakrętów o 180 stopni bo trasa przebiegała pod ulicą i zbiegało się chyba podjazdem dla inwalidów. Oprócz tego miejscami w parku było trochę błota i kałuż na trasie, ale poza tym prawie cała trasa była dobrej jakości.
Gdzieś w połowie trasy przebiegaliśmy przez chińską dzielnicę - podobno najstarsza w Europie społeczność chińska tu mieszka (z czasów świetności Liverpoolu jako portu dalekomorskiego). Co mniej więcej 1,5km przy trasie grały kapele. Niektóre jak pisałem jeszcze się rozpakowywały, inne grały całkiem energetycznie - to mi się bardzo podoba podczas biegu - a czasami jak w chińskiej dzielnicy kapela to był młody chłopak grający na flecie (chyba gamę grał :) ).
Sportowo biegło mi się bardzo dobrze, jednak były dwa problemy - po pierwsze jak to się pisze "noga nie podawała" a po drugie pogoda momentami była za dobra i było za gorąco. Najważniejsze jednak było to że nie dawałem rady utrzymać tempa którym chciałem biec czyli 4:20/km. Kilka tygodni wcześniej w Grudziądzu dałem przecież radę dobiec w 1:32:09 a tutaj jak widać po obrazu u góry wyszło półtorej minuty więcej! W dodatku pogoda i warunki do biegania była w Liverpoolu lepsza. Trasa też łatwiejsza bo podbiegi mniejsze. Oczywiście powód jest łatwy do odgadnięcia: we wtorek jeszcze myślałem że nigdy nie wyzdrowieję i dopiero we środę czułem się dobrze a w niedzielę biegłem na maksa półmaraton. Wynika z tego że się nie da - ja się jak widać dość długo regeneruję.
Dobiegłem końcówkę w ślamazarnym tempie, poczekałem chwilę na Zbyszka który dla odmiany pobiegł znakomicie (gratki!). Potem przebraliśmy się i poszliśmy na koncert. Pogoda była słoneczna, humory dopisywały - tym bardziej że jeszcze tego samego dnia wylądowałem wieczorem w Warszawie i wróciłem do rodzinki!
Dziękuję Zbyszkowi i Eli za wspólkny wyjazd, następnym razem to gdzieś w Warszawie proponuję :)

A co teraz? No teraz będzie Bieg Ursynowa, potem Maraton Lębork i zaczynamy najważniejszy plan sezonu jesiennego czyli plan pod maraton we Frankfurcie!

Troszkę multimediów na koniec:

Numer startowy

Brama chińska - podobno najstarsza i największa poza Chinami:

Na tle karuzeli - zaraz po skończeniu biegu:

Trasa połówki i maratonu:

Piękna angielska trawa - nic dziwnego że taka ładna jak tam cały czas leje!

Stadionik wielkością jak 1/10 naszego Narodowego, ale grają tam trochę lepiej :)

Piękna, angielska pogoda

W tle doki Alberta - stamtąd startowaliśmy

Zwiedzanie z poziomu piętra autobusu


Na koniec filmik zza linii mety - oddaje nastrój jaki panował po biegu :) gra akurat zespół The Christians - bardzo fajny utwór i chyba nawet to ich jest, ale ekspertem nie jestem.



wtorek, 20 maja 2014

Kultura biegowa

Tak jak podczas każdej masowej działalności, tak i podczas biegów masowych trzeba umieć się zachować. Z powodu bardzo prozaicznego: żeby i nam i innym bieg upłynął bez niepotrzebnego stresu i dał nam tyle radości ile się spodziewaliśmy.
W tym celu opracowaliśmy (kompilacja ogólnie znanych i stosowanych rad) w ramach Blogaczy zasady kulturalnego biegania, poniżej one:
Zasady kulturalnego biegania wg Blog@czy
  1. Nie startuj w zawodach jeśli nie jesteś do tego uprawniony. Organizatorzy muszą zapewnić przestrzeń, bezpieczeństwo i inne świadczenia każdemu uczestnikowi. Właśnie temu służą zapisy i opłaty startowe.
  2. Respektuj strefy startowe przygotowane przez organizatora.
  3. Jeśli nie wyobrażasz sobie biegania bez muzyki, słuchaj jej po cichu, by słyszeć co się dzieje wokół.
  4. Jeśli biegnąc w tłumie chcesz zmienić „pas ruchu”, zasygnalizuj to ręką. Jeśli ktoś inny chce zmienić, zrób mu miejsce. Biegaj w miarę możliwości prawą stroną, lewą zostawiając dla szybszych od siebie.
  5. Jeśli w trakcie biegu musisz się zatrzymać – najpierw zbiegnij do krawędzi jezdni, nigdy nie zatrzymuj się nagle na środku drogi.
  6. Zachowaj ostrożność na punktach odżywczych. Jeśli z nich nie korzystasz, obiegnij je po zewnętrznej. Jeśli korzystasz – nie zatrzymuj się nagle, bo ktoś z tyłu może na Ciebie wpaść.
  7. Nie śmieć. Odpadki wyrzucaj tylko w miejscach do tego przeznaczonych, a jeśli takowych nie ma, schowaj do kieszeni. Nie rzucaj kubeczków/butelek pod nogi innych biegaczy.
  8. Nie pluj i nie wydmuchuj nosa bez upewnienia się, że Twoja wydzielina nie trafi w kogoś innego.
  9. Nie ścinaj zakrętów, nie skracaj sobie trasy.
  10. Na zawodach uśmiechnij się (choć czasem!) do kibiców i wolontariuszy. Dzieci kochają przybijanie piątek!
  11. Nie rzucaj się na darmowe – niech napojów na mecie wystarczy dla wszystkich.
  12. Prysznic i pralka przyjaciółmi biegacza. Perfumy lepiej zostawić na inne okazje niż bieg.
  13. Jeśli na treningu inny biegacz Cię pozdrawia – odpowiedz. Podniesienie ręki nic nie kosztuje.
  14. Jeśli biegasz z psem pamiętaj, że nie każdy kocha czworonogi. Trzymaj go na smyczy tak, by inni czuli się bezpiecznie.
  15. Trenując na stadionie pamiętaj, że do truchtania, schłodzenia i odpoczynku między odcinkami bieganymi szybciej służą zewnętrzne tory. Nie blokuj wewnętrznego toru.
  16. Dziel się doświadczeniem, ale nie próbuj leczyć ani trenować nie mając odpowiednich kompetencji.
  17. Szanuj innych biegaczy bez względu na poziom jaki reprezentują.
Te nasze zasady są dość oczywiste - myślę że nie ma co za wiele wyjaśniać. Zastosowanie się do nich powinno każdemu z nas pomóc, szczególnie podczas imprez masowych gdzie biegną tysiące albo i ponad dziesięć tysięcy biegaczy.
Jeśli o czymś zapomnieliśmy - dodajcie w komentarzach.

czwartek, 15 maja 2014

300 i Monte Cassino czyli nie zawsze wszystko wychodzi


Już blisko rok temu, bo w lipcu pisałem o wyzwaniu zrobienia 300 ćwiczeń z okazji wejścia do kin nowej części filmu o Spartanach. Termin miał być taki jak wejście tego filmu czyli o ile pamiętam coś około dwóch miesięcy temu. Wypadałoby się z tego rozliczyć i szczerze przyznać że nic z tego nie wyszło. Zwlekałem z tym tylko dlatego, że chciałem jednak pójść na siłownię choć raz i spróbować ocenić ile moje ćwiczenia w domu dały. Tylko że skoro przez dwa miesiące się nie udało, to już pewnie się nie uda i nie ma sensu dłużej czekać. 
Same ćwiczenia to jednak wykonuję - niezbyt urozmaicone, bo tylko pompki i brzuszki (na początku były jeszcze podciągnięcia na drążku), za to dość regularnie:


Na wykresie widać ćwiczenia z kategorii "Inne" bo tak w endo wpisujemy pompki i brzuszki w Smashing Pąpkings - zabawie motywującej do ćwiczeń. Zasady do poczytania pod linkiem (jak ktoś jeszcze nie zna - są w ogóle tacy ;) ?), tak krótko przypomnę że jedna pompka lub brzuszek to 0,1km w kategorii "Inne" na endo. czyli ja przez te 7 miesięcy trzasnąłem 5.050 pompko-brzuszków. Właściwie podział jest w stosunku 1:2 więc można to łatwo przeliczyć: około 1700 pompek i ok. 3350 brzuszków. Na miesiąc to już nie wygląda tak optymistycznie: 240 pompek i niecałe 500 brzuszków. No dobra, skoro zwykle robię 100 pompek albo 200 brzuszków to wychodzi marna średnia 5 ćwiczeń na miesiąc! Jedyne pocieszenie jest takie że trochę się za siebie wziąłem i w maju te wyniki są już dwa razy lepsze - bo mamy połowę maja a ja już średnią wyrobiłem :)

Druga sprawa która nie wypaliła to bieg na Monte Cassino. To już w tą niedzielę, ale ja niestety ze względów logistycznych nie dam rady wziąć w nim udziału mimo zapisania się. Bardzo tego żałuję, ale dojazd tam z Polski jest bardzo zły. Myślałem że dolecę samolotem gdzieś blisko i dam radę bez brania urlopu i przy niedużych kosztach wziąć udział w tym biegu. Niestety jak ma być tanio to musi być autokar a to oznacza ładnych parę dni poza domem (nie da rady). Jak ma być samolotem to też nie da się tego bardzo skrócić bo nie ma lotów bezpośrednich - trzeba do Rzymu a potem pociągiem, nie wychodzi wiele szybciej (w Cassino nocleg?) - generalnie mimo wielkich chęci i prób zorganizowania tego wyjazdu nie dałem rady.

A co teraz? Za tydzień wyjazd który wpadł nieoczekiwanie a o którym już pisałem czyli Liverpool (opcja bardzo budżetowa, jeszcze tak po kosztach nigdy nie leciałem i nie spałem :) ciekawe jak to wyjdzie). Ćwiczę więc mocno aby zrobić kolejne podejście do złamania 90 minut na tym dystansie. No a potem - bardzo ważna decyzja nad którą cały czas się głowię - czyli wybór planu treningowego pod jesienny maraton we Frankfurcie. Bez planu biega mi się źle i widzę też że źle to wpływa na moje wyniki. Muszę też się przyłożyć do planowania samych startów i treningów przed nimi. Dla przykładu w ekidenie mój czas był tak słaby że dzisiaj wracając z pracy biegiem (19km) na pierwszy 10km miałem czas prawie taki sam jak na ekidenie - gdzie niby ścigałem się na maksa! Dlatego podjąłem decyzję że Liverpool poprzedzę analizą i przygotowaniem się - od zaplanowania ograniczenia wysiłku w ostatnim tygodniu (przed połówką więcej nie ma sensu), przez odżywianie, wysypianie się, profil trasy itd. Trochę jak przed maratonem - zobaczymy jaki to da efekt. 

Jeszcze zrzut z maja - pochwalę się jeszcze że trochę roweruję wykorzystując na to dojazdy do pracy - i z dzisiejszego powrotu z pracy do domu. Statystyki z maja wyglądają słabo pod kątem biegania: ok. 80km czyli po 40km tygodniowo ledwie za każdym razem trzy biegi w tygodniu, za to rower już ładnie: ponad 180km czyli po 90km tygodniowo. Do tego ćwiczenia w ilościach jak wyżej opisane.





wtorek, 13 maja 2014

Accreo Ekiden

Źródło: www.biecdalej.pl
Mówi się że łańcuch jest tak mocny jak jego najsłabsze ogniwo. No to my wczoraj udowodniliśmy że to nieprawda :) Bez kręcenia muszę się od razu przyznać że pobiegłem moją zmianę poniżej wszelkich oczekiwań, a mimo to udało się i wreszcie nasza sztafeta Blogaczy złamała zaczarowaną od lat granicę trzech godzin!

Niestety z racji małego szpitalu w domu (córki chore i nie mogły wychodzić) musiałem podjechać sam. Szkoda bo pogoda bardzo się poprawiła. Nawet więcej - gdy była moja zmiana to słońce przygrzewało aż za mocno - co widać na zdjęciu z mojej zmiany:


Sztafeta w tym roku zmieniła trochę trasę - kółko było dość małe (2,5km) czyli dwa razy mniejsze niż rok wcześniej. Samo miejsce pozostało to samo - Kępa Potocka. Plus takiego rozwiązania to... w sumie nie wiem, minusy są takie że trochę większy tłok na trasie i trzeba wiele razy wyprzedzać. Nie było to dużym problemem, ale jednak jakimś było (bo trochę ludzi maszerowało). 

Impreza jak zwykle fajna - najlepsze oczywiście jest towarzystwo. Nasi Blogacze w tym roku wystawili dwa składy (linkami a nie nazwiskami żeby nie podpaść pod ochronę danych osobowych ;) ):

Blogacze szybcy:

Blogacze wściekli:
3. www.domety.blogspot.com (a właściwie to Staszek - mąż Hani, ale bloga o ile wiem nie ma :) )

No i nie można zapomnieć o naszej pani kapitan która wszystko ogarnęła, zapisała, opłaciła, pozbierała składki i jeszcze załatwiła super koszulki do testów ze spersonalizowanymi nadrukami czyli Kasia rusz-sie.pl. Pięknie dziękujemy za to wszystko - było trochę (nomen omen) biegania za tym :) !

Przy okazji koszulek - jak jeszcze w niej pobiegam to napiszę więcej, na razie jedyne zdjęcie które mam:


Wracając do samej sztafety - zaczął Marcin i po jego zmianie mieliśmy trochę zapasu do złamania tych zaczarowanych trzech godzin. Niestety potem przyszła kolej na mnie :) Ruszyłem z wielkim planem pobicia życiówki (41:22) i chciałem biec po 4:03. Udało się... przed dwa kilometry. Potem kompletnie opadłem z sił i nie męcząc już was opisem kolejno wymęczonych kilometrów - dobiegłem w 44:37 (!). W tym momencie mieliśmy już ogromną stratę, ale na szczęście na trasę wybiegł Krasus. Machnął od niechcenia dyszkę w 38:49 i już było wszystko na dobrej drodze! Poprawił jeszcze Wojtek który zawsze szybko biega (20:57 na 5km) i wszystko było w rękach, to znaczy w nogach Hani i Przemka. Oboje stanęli na wysokości zadania: 22:22 i 22:34 i wreszcie, wreszcie zobaczyliśmy to na mecie:


Piękny widok i nagroda za naszą już czwartą (trzecią z moim udziałem) próbę złamania trójki w ekidenie. Drug drużyna Blogaczy była siedmioosobowa (Emilia biegła z własną drużyną wsparcia :) ) i dobiegli w czasie szybszym niż większość maratończyków: 3:43:47!

Jeszcze kilka uwag (żeby było co za rok poprawiać orgom): szarfa to straszny pomysł. Podobno są jakieś filmiki instruktażowe po japońsku na youtube jak to zakładać (szarfa w sztafecie a nie pałeczka to japońska tradycja). Jako że ja po japońsku ani w ząb to przez pierwsze kółko się męczyłem z tą spadającą szarfą, wreszcie podpatrzyłem u kogoś i przełożyłem tak dziwnie jak na zdjęciu widać - mało wygodnie, ale przynajmniej nie zsuwała się. Druga sprawa - brak prysznicy (trzeba było iść ok. 10 minut) a jak się czeka tyle czasu na resztę drużyny to by się przydały kabiny jak to było na Orlenie. Trzecia sprawa łączy się z drugą - opłata startowa jest za wysoka (bieg po parku - bez opłat za zamknięcie ulic, pakiet startowy zawiera tylko koszulkę, nawet wody w nim nie ma, nie ma czipa w numerze tylko trzeba sznurować go na bucie, na mecie 0,5l wody i medal). Rozumiem że firmy i tak zapłacą bo to dla nich mały koszt, ale naprawdę przydałoby się dodać w pakiecie startowym izotonik czy wodę, dodać na mecie izotonik, nie zmuszać zmęczonych biegaczy do wysznurowywania czipów na mecie.

Z pozytywów to na pewno dla mnie podoba się bardzo formuła - integracja ze znajomymi dzięki sztafecie. Na miejscu było trochę atrakcji dla dzieci - na pewno byśmy przyjechali całą rodziną gdyby nie choróbsko i myślę że dzieci by się nie nudziły. Prozaiczna ale ważna sprawa - toalet było dość :) Miejsce na Kępie Potockiej jest fajne, chociaż nie liczyłbym na bicie rekordów na tej trasie - biegnąc szybko na zakrętach wyrzucało, w dodatku dużo osób się wyprzedza które idą albo biegną całkowicie zasłuchawczeni. No i były dwa podbiegi całkiem dające w kość. No ale słabej baletnicy to sami wiecie :) Jak bym nie pobiegł na maksa w piątek 3000m na Agrykoli to na pewno inaczej by ten bieg wczoraj wyglądał. 

Dziękuję jeszcze raz wszystkim Blogaczom za świetną zabawę i do następnej sztafety!

niedziela, 11 maja 2014

Warsaw Track Cup 1/2014

 Źródło: festiwalbiegowy.pl

Trochę tych startów się skomasowało - przedwczoraj Warsaw Track Cup a już dzisiaj za parę godzin Ekiden z Blogaczami. Tym bardziej nie ma co odkładać na później opisywania, bo się tyły narobią :)

Co to jest Warsaw Track Cup to pewnie już wiele osób wie. A jak ktoś nie wie to pod wpisem z zeszłego roku trochę opisałem. W tym roku znowu zacząłem tak jak poprzednio - czyli od 3000m. Trochę dlatego że jeszcze nie byłem do końca pewny mojej formy po zimie a im dłuższy dystans tym lepiej się czuję (do pewnej granicy oczywiście :) ). Na zawody podjechałem rowerem z pracy - musiałem tylko najpierw przeczekać ogromną ulewę.

Na zawodach dałem się zbadać przez klinikę Ortoreh - wyniki mają przyjść mailem. Jak przyjdą to opiszę coś więcej, na razie tylko napiszę że było trochę ćwiczeń i nagrywanie kamerą dwóch przebiegów po bieżni wzdłuż stadionu.

Druga z ciekawostek - do tych testów trzeba było wypożyczyć buty Nike Free, ale za mało w nich przebiegłem żeby coś sensownie oceniać. Na pierwszy rzut oka (a raczej kontakt ze stopą) to nie czułem się w nich komfortowo. Więc po testach oddałem i biegłem w moich startówkach  adizero Boston.

Była też trzecia ciekawostka - w moim starcie biegł Emil Dobrowolski (aktualny wicemistrz Polski w maratonie). Biegł na 12 minut czyli po 4:00/km co pozwoliło mi nie chwaląc się z nim "wygrać" :)

Ostatnia ciekawostka to nowy system zapisów - powiedzmy że musi się jeszcze dotrzeć :) Zapisałem się i opłaciłem tydzień wcześniej, mimo to mojej karty nie było w biurze zawodów i musiałem ręcznie wypisywać, za to na wszystkich listach startowych byłem prawidłowo ujęty.

Sam bieg był jak to zawsze przy krótkich dystansach: ciężki, za to dość krótki. Po tych testach miałem za mało czasu na rozgrzewkę - przebiegłem tylko około 5 kółek. Po starcie niestety wystrzeliłem za szybko i zająłem czwartą pozycję. Powinienem był bardziej kontrolować tempo... Po kilku okrążeniach dostałem osobiste wsparcie od Mariusza Giżyńskiego który organizuje i tą serię i Półmaraton Grudziądz - Rulewo w którym niedawno brałem udział (więc się przywitałem przed biegiem). Wtedy udało mi się spiąć w sobie i wyprzedzić jednego biegacza. Utrzymałem tempo do końca, a w samej końcówce na wszelki wypadek przyspieszyłem żeby mnie już nikt nie dogonił.

Tempa kilometrów wyszły mniej więcej (wg endo): 3:34, 3:50, 3:53. Gdybym tak bardzo nie przesadził na starcie (pierwsze 300m było po 3:10/km!) to wynik mógłby być dużo lepszy myślę. A tak wyszło 11:17 wg garmina a wg organizatorów 11:19.

Jak zwykle impreza była super, polecam bardzo wszystkim kto chce spróbować czegoś nowego!

Endo:

 I jeszcze dwa zdjęcia z tego samego źródła: festiwalbiegowy.pl



wtorek, 6 maja 2014

Półmaraton Grudziądz

Tuż przed przybiciem piątki z moją sporą grupą wsparcia.
Źródło: zbiory własne

Trzeciego maja jak zwykle miałem pobiec Bieg Konstytucji w Warszawie. Moja żonka miała jednak  inny pomysł na majówkę - półmaraton w Grudziądzu plus odwiedziny rodzinne. Chętnie się zgodziłem - w końcu ten bieg zaczyna się w Grudziądzu a potem trasa wiedzie przez Michale i Dolną Grupę, czyli miejsca gdzie moja połowica ma sporo cioć, wujków, kuzynów i kuzynek a w dodatku babcię i dziadka. Tak, czyli nasze córki mają tam prababcię i pradziadka - taki bieg to była świetna okazja na połączenie odwiedzin i biegania.

W biurze zawodów pojawiłem się ze szwagrem, który debiutował w półmaratonie, w sobotę rano. No właśnie - super że w sobotę był ten bieg, a nie w niedzielę, kiedy to mamy zwykle inne rodzinne plany. W biurze tłoku brak, odebraliśmy szybko pakiety i do szatni. Tu było jedno małe zdziwienie - przychodziły co chwilę kobiety w poszukiwaniu szatni i ubikacji (nie wiem - wygląda na to że nie było oddzielnej damskiej?). Przebraliśmy się, spakowaliśmy nasze łupy czyli pakiety startowe i zanieśliśmy je do depozytu. Przy okazji - fajne jest to że w pakiecie był kubek i to dość spory - lubię takie i na pewno nikt się w pracy już nie pomyli!

Poszliśmy na stadion na rozgrzewkę. Potruchtaliśmy trochę, ja wykorzystałem okazję żeby pogratulować Beacie Sadowskiej fajnej książki (też biegła w tym półmaratonie). Z oficjalnej rozgrzewki próbowaliśmy skorzystać, ale to nie była rozgrzewka dla biegaczy - nawet truchtu w miejscu nie było, za to były ćwiczenia typu: podnieś nogę, złap ręką za palce u stopy, wyprostuj nogę w kolanie :) No to poszliśmy jeszcze potruchtać wokół stadionu.

Pogoda była piękna - słonecznie, bardzo mało chmur i tylko trochę zimny wiatr. Tylko że biegnącym ten wiatr ratował skórę. Ja już na rozgrzewce zauważyłem że pot spływa mi po twarzy! Tak więc nie spełniły się prognozy, które mówiły o temperaturze 11 stopni a odczuwalnej 9 stopni.

Jeszcze żółwik na powodzenie i ustawiliśmy się na trasie - szwagier około zająca na 2 godziny, a ja trochę przed pierwszym, na 1:40. Plan na ten rok (a nawet ambitnie - na wiosnę) mam taki aby złamać wreszcie 1:30, ale biorąc pod uwagę profil trasy wiedziałem że to nie wyjdzie. W rozmowie z zającem na 1:40 który biegł rok wcześniej dowiedziałem się nawet że jak mam życiówkę około 1:32 to mam biec na 1:34 a koło 15km przyspieszyć. W sumie sam bym tak innym powiedział :) ale oczywiście nie posłuchałem. Chciałem więc pobiec na 1:31 żeby za trzy tygodnie na chyba płaskiej trasie w Liverpool'u złamać te półtorej godziny. 

Z takim nastawieniem ruszyłem w trasę. Jak zwykle podzieliłem ją sobie w myślach na trzy "siódemki". Ten sposób naprawdę działa! Polecam wszystkim. 
Plan na pierwszą siódemkę: nie spalić się czyli nie biec szybciej niż zakładane tempo średnie (a nawet troszkę wolniej, szczególnie na pierwszych dwóch km). 
Plan na drugą siódemkę: pilnować tempa i biec zakładanym średnim tempem. 
Plan na trzecią siódemkę: nie oszczędzamy się czyli ile fabryka dała i może już być szybciej niż nasze zakładane tempo. 

Pierwsza siódemka
Zaczynaliśmy ze stadionu i robiliśmy dwie pętelki po Grudziądzu. Biegło się dobrze, doping był mały, mimo że w mieście byliśmy, ale najbardziej zapamiętałem kostkę brukową. Biegacze (prawie wszyscy) biegli gdy tylko można było chodnikiem zamiast ulicą żeby oszczędzać stopy. Na mnie po Rzymie nie robiło to już za wielkiego wrażenia :) i biegłem ulicą. Na jednym zakręcie gdy prawie wszyscy ścinali zakręt po chodniku nawet nie wytrzymałem i stwierdziłem na głos że to chyba nie jest trasa atestacji :) Co tak po prawdzie nie miało sensu - przecież trasa nie była atestowana, no ale z drugiej strony na pewno była zmierzona (i nie po chodnikach na zakrętach).
Na piątym kilometrze był most przez Wisłę (imienia patrona naszego biegu). W miejscu gdzie zginął w wypadku samochodowym, obok krzyża który tam zawsze jest umieszczone były kwiaty i koszulka biegu - bardzo dobry pomysł na zaznaczenie tego miejsca... A na następnym kilometrze: moja silna grupa dopingująca - córki, Żonka, teście, rodzina z okolic Grudziądza. Przybiłem wszystkim piątkę (kto zdążył rękę wystawić) i popędziłem dalej. Na razie sytuacja wyglądała bardzo dobrze - pierwsze 5km w 21:30 czyli pi razy drzwi poprawnie. Nawet na pierwszym kilometrze ani na zbiegu nie biegłem szybciej niż 4:10 (tempo całego kilometra). Pilnowałem też tempa na 6. i 7. km. 

Druga siódemka
Tutaj starałem się trzymać tempo - czyli w granicach do 4:20/km. Chyba po raz pierwszy doświadczyłem fajnego uczucia: że nie spaliłem startu i czuję że trzeba przyspieszyć bo wszyscy zwolnili. I rzeczywiście tak było. Dłuuuuga prosta obok Michala do Dolnej Grupy potrafi dać w kość. Nie było chyba pod górę, ale wybiegliśmy z miasta gdzie było więcej kibiców i za mostem zaczęła się otwarta przestrzeń. Na horyzoncie skrzyżowanie z krajową "jedynką" które wcale się nie przybliża, w nogach 6,7,8 kilometrów i tempo biegaczy trochę siadło. Postanowiłem więc trochę przyspieszyć. Jak teraz patrzę na międzyczasy to widzę że oprócz 10-go km gdzie było mocniej pod górkę to utrzymałem zakładane tempo. Czyli to nie ja przyspieszyłem, tylko wszyscy zwolnili. I to naprawdę wszyscy, bo w tym czasie nie pamiętam aby ktokolwiek mnie wyprzedził a ja za to wyprzedziłem wiele osób. To daje dodatkowe siły, gdyby tylko tak udało się aż do mety.

Trzecia siódemka
Oczywiście najtrudniejsza z racji przebiegniętego dystansu, ale tutaj doszła jeszcze charakterystyka trasy. Jak widać na endomondo i na profilu trasy opublikowanym na stronie biegu od 8-go kilometra do mety biegnie się pod górę - 75 metrów w pionie plus zbiegi pomiędzy podbiegami, więc pewnie około 100 metrów w pionie było. W dodatku część trasy jest po drodze gruntowej po której rowerem szosowym nie dałoby się jechać z racji dziur a na samej końcówce był nawet odcinek po kopnym piasku. Na tym najgorszym kilometrze tempo miałem 4:45/km! Straciłem więc na nim 26 sekund do planowane tempa. Generalnie jeszcze po przebiegnięciu 18 kilometrów biegłem na życiówkę i spokojnie by ona była, nawet mimo że do tego momentu już wbiegłem w pionie ponad 40m (nie licząc zbiegów i ponownych podbiegów). Jednak następne 35m podbiegu na ostatnich 3km nie pozwoliły mi na dobiegnięcie w te zakładane 91 minut (strata na tych ostatnich 3km była 50 sekund). Wbiegłem więc na metę z wynikiem 1:32:09.

Podsumowanie
Czy bieg jest fajny? Bardzo! Każdy z nas może mieć inne priorytety co do rzeczy które fajny bieg ma mieć, dla mnie fajne było:
  • kameralność biegu
  • szybka obsługa w biurze zawodów
  • bardzo malownicza trasa - i ta otwarta przestrzeń do 10-go km i ten las potem
  • punkty nawadniania dla mnie były super
  • pan z pokrojonymi pomarańczami i bananami na trasie :)
  • darmowe zdjęcia z fotomaratonu - aż 19 moich w tym sporo udanych
Polecam więc wam ten bieg na "za rok". To była już druga edycja, mam nadzieję że Mariusz Giżyński będzie kontynuował  tą serię.

Na koniec zrzut z endo i trochę zdjęć żeby oddać wam ten klimat - wiem że w większości kraju było brzydko, ale w Grudziądzu pogoda była piękna!



Zdjęcia z fotomaraton.pl (darmowe dzięki organizatorom):
 Na moście im. B. Malinowskiego - czyli około 5-go kilometra

 Finisz

Na moście

Chyba około 8-go kilometra - przyspieszam :)

A tutaj popisowe pokazanie jak NIE należy biegać - ramiona krzywo, głowa do tyłu, dobrze że chociaż za mocno piętą nie atakuję asfaltu :)

I parę zdjęć z innych źródeł:
Źródło: www.mmgrudziadz.pl

Źródło: picassaweb

Filmik od marathonfilm

ADs