Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyścig. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyścig. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2026

Półmaraton Manchester


Manchester powitał nas całkiem fajną pogodą - dość nietypowo jak na angielskie warunki :) Polecieliśmy rodziną, chociaż najstarsza córa już została - to był początek października, a ona zaczyna studia. Więc w takiej trochę zmniejszonej do czterech osób grupie rodzinnej zaatakowaliśmy Wyspy Brytyjskie. Na miejscu spotkaliśmy się też z rodziną, przez co na zwiedzanie Manchesteru to raczej czasu tak za bardzo to nie było. Udało się jednak wyjście do typowego angielskiego pub'u i spróbowałem jakiegoś lokalnego piwa (a co można innego robić w pub'ie, nie?):


Standardowego expo nie było - mimo że w biegu miało biec aż 31 tysięcy (!!) biegaczy, to oni po prostu wysłali numery startowe wszystkim pocztą przed biegiem, a ludzie jak my (z zagranicy) i inne wyjątkowe przypadki mogli odebrać same numery startowe w sklepie Asics'a w centrum, dzień przed biegiem. Tak też zrobiliśmy - "my" bo biegliśmy w Manchesterze razem z moją szacowną małżonką. Nocowaliśmy w typowym brytyjskim domu szeregowym:
 

W sobotę rano udało mi się dołożyć do mojej kolekcji Park Run kolejną lokalizację - Manchester (właściwie to miejscowość Wythenshawe to była, zaraz pod Manchesterem - tam gdzie jest lotnisko, tam się zatrzymaliśmy żeby było wygodniej - było tak blisko że na pieszo na lotnisko się dostawaliśmy).
 
W niedzielę rano wybraliśmy się na bieg dużo szybciej (ja to zawsze na ostatnią chwilę, ale skoro biegliśmy razem, a moja Żona to lubi być dużo szybciej - no to oczywiście kompromis był taki że pojechaliśmy tak jak ona chciała :) ). Na szczęście komunikacja w Manchesterze jest dobrze zrobiona - można użyć karty kredytowej zamiast biletu, system sam przelicza najtańszą opcję. Dojechaliśmy na start wcześniej i tam się rozdzieliliśmy - bo ja miałem strefę czerwoną, a Karolina żółtą. Co ciekawe był duży rozstrzał godzin startu:
 

Jak byśmy chcieli zdążyć na moją strefę to 55 minut ona musiała by czekać na start... to bez sensu - więc dojechaliśmy jakoś tak pośrodku - ja wystartowałem w sumie o 9:28, nie wiem jaka to była strefa, ale chyba brązowa. W każdym razie było jak najbardziej OK - bo strefa czerwona to była na czas rzędu 1:30. To miało sens gdy się zapisywałem - taki miałem wtedy poziom (1:32 w Warszawie i plany na łamanie 1:30 na jesieni), ale z powodu kontuzji moje plany na ten bieg były związane z łamaniem 1:40 (minimum) i 1:38 (maksimum). Więc na starcie jak dotarłem to moja strefa już wystartowała, ja się nie rozgrzewałem wyjątkowo - bo nadal boję się że odnowi się kontuzja - i podszedłem do startu (strasznie długo to trwało - długa trasa dojścia do startu została wyznaczona), gdzie od razu mogłem wystartować. Były tam dwie grupy zająców na 1:40 - to było dla mnie idealna. Ustawiłem się za nimi (tłok był za duży żeby się przepychać przed nich), ale zegarek ustawiłem na 4:40/km czyli szybciej (oni powinni biec 4:44/km) i.. ruszyliśmy!
Ulice były pełne kibiców, szerokie, poniżej zdjęcie z poprzedniego dnia (dlatego pusto, ale w dniu biegu był naprawdę duży doping - tłumy kibiców!)


Najpierw była mała pętla w kierunku centrum, można było widzieć tych szybszych, a potem wracając tych, co wybiegli później. Widziałem zająców na 1:30 - pewnie bym gdzieś tam biegł, gdyby nie te problemy z nogą w tym roku... 
Potem była druga część - też niby-pętla, ale dużo dłuższa. Kibiców było sporo, fajnie się biegło. Pogoda była też dobra, może troszkę za ciepło na najlepsze wyniki, ale było zachmurzenie - to pomagało biegaczom. Punktów odżywczych było sporo - brałem wodę w małych buteleczkach i piłem, a resztą polewałem siebie - bo jednak jak dla mnie, to było trochę za ciepło.
Biegłem ostrożnie - tempo 4:40/km ustawione na wirtualnym partnerze było z jednej strony niewymagające (bo życiówkę pobiegłem przecież w tempie 4:02/km), ale z drugiej strony było wyzwaniem - bo z powodu przerwy w treningach (kontuzja) moja wydolność mocno spadła. Więc biegłem tym tempem pierwszą połowę biegu i potem chciałem przyspieszyć.
Plan się w pierwszej połowie udał - łapałem okrążenia co milę (niestety w Anglii mają taki dziwny zwyczaj, dobrze że oprócz tego dawali oznaczenia co 5km) i udało się te pierwsze 7 mil (półmaraton ma około 13,1 mili) przebiec równo tempem 4:40/km. 
Potem spróbowałem przyspieszyć. Ósma mila wyszła w 4:30/km, potem dwie po 4:33/km, potem 4:35/km i 4:38/km. Więc co nieco urwałem - nawet więcej niż mój plan. Wtedy nadeszła ostatnia, trzynasta mila i to był jedyny moment tego biegu z którego nie jestem zadowolony. Tempo spadło aż do 4:46/km - straciłem więc na tej mili 10 sekund do planu. 
Ostatnie finiszowe metry (około 170m) to już ładnie - 4:10/km i na mecie zameldowałem się z oficjalnym wynikiem:

1:38:02 

Zanim ktoś zapyta "a nie mogłeś przyspieszyć o te dwie sekundy???" to szybko odpowiem: nie wiedziałem, przez te oznaczenia per milę nie miałem pojęcia jak (na takim zmęczeniu) przeliczyć ile dokładnie mi brakuje czasu do mety :)
Ale tak szczerze - bardzo ładnie to wyszło, dzień przed biegiem 1:38 było moim planem maksimum i udało się (jak prawie nigdy) ten plan maksimum (prawie) osiągnąć!
Po biegu dostałem koszulkę, napoje, jakiegoś batona i pod stadionem Old Trafford czekałem na Żonkę - dobiegła w dobrej formie, bardzo zadowolona z wyniku, stylu i samej imprezy. Bo rzeczywiście - przy takim ogromie biegaczy (pisali o 31K biegaczy, ja w wynikach widzę 23K, ale może doliczają jakieś inne dystanse) organizacja była bardzo dobra.
Samo miasto nie jest za duże, nie ma też chyba za dużo atrakcji do zwiedzania dla turystów - jeden dzień wystarcza na plan minimum. Pogoda dopisała, miejscowość warta myślę odwiedzenia i mogę spokojnie polecić na taką turystykę sportową jak to ja zwykle stosuję :) 
 
 


 
 










 

 

niedziela, 6 września 2026

Praska Piątka 2026

Oj dawno już nie startowałem w takim dużym, normalnym biegu ulicznym. Przez tą kontuzję uda miałem dość długą przerwę, zresztą były też wakacje po drodze. Ale trzeba szczerze przyznać że 2,5 miesiąca wypadło z treningów i to mnie cofnęło o lata świetlne. Oczywiście w sensie wyników, to nie jest tak że strasznie z tego powodu rozpaczam. Najważniejsze zawsze było biegać zdrowo - więc spokojnie robiłem swoje, żeby jak najszybciej ale przede wszystkim trwale wyjść z tego problemu. A jak wyszło? To może opiszę na koniec.

Ten bieg był jeszcze wyjątkowy z innego powodu - po raz pierwszy organizowałem w mojej nowej pracy bieg dla naszej firmy. Na razie udało się namówić 10 osób (dwie się wykruszyły niestety), mam nadzieję że kolejne biegi się jeszcze lepiej udadzą :) zdjęcie "rodzinne" mamy, ale na prywatnym blogu nie będę wrzucał :)

Na bieg bardzo próbowałem namówić kolegów i rodzinę (bo miałem dodatkowy pakiet z powodu tego wykruszenia), niestety za krótki czas był i sam pojechałem. Jak zwykle miałem za dużo czasu do wyjazdu, a jak w końcu wyszedłem z domu to się okazało że jest na styk. Szybko samochodem dojechałem w okolice ulicy Ludnej i (całe szczęście!) szybko znalazłem miejsce parkingowe przy samym moście Poniatowskiego. Przebiegłem się tym mostem w ramach rozgrzewki i mniej więcej udało się na czas spotkać z kolegami z pracy. Krótko pogadaliśmy, zdjęcie i szybko na rozgrzewkę musiałem uciekać. Zrobiłem w sumie 3km w tych ćwiczenia w biegu i przebieżki - nic nie skracałem bo naj(NAJ)ważniejszy cel tego biegu to dobiegnięcie w dobrym zdrowiu do mety i udowodnienie sobie że już mogę normalnie biegać jak zawsze do tej pory.

Zawsze mam jakiś plan na bieg (taki liczbowy), ale tym razem nie miałem pojęcia na co liczyć. Ostatnia piątka była miesiąc temu i nie była zbytnio szybka: 23:16. No ale to było w upalnym Tokio, poza tym już miesiąc biegam i to powinno podnieść sporo mój poziom sportowy. Zaplanowałem więc sobie że nie będę patrzył na zegarek wcale. Ustawiłem łapanie okrążeń co 500m i chciałem to po biegu dopiero przeanalizować, a sam bieg pobiec na wyczucie. Nie spodziewałem się poprawy ogromnej z Tokio, tak po cichu liczyłem na plan maksimum 20:59.

Atmosfera przed biegiem była super - tłumy biegaczy, bardzo fajna muzyka - brakowało mi tego. Poczułem się znowu jak ryba w wodzie :) Ale nie przedłużajmy - kilka energetycznych kawałków i... wystartowaliśmy! 

Bieg nie jest długi - w końcu to tylko piątka. Ruszyliśmy Zieleniecką, dwa skręty w lewo i długa prosta na Most Świętokrzyski. Most jak to most - pośrodku ma najwyższy punkt, co oznacza podbieg. Nie pamiętam żeby mi ten pierwszy podbieg sprawił problem, chociaż do poczułem. Jeszcze na rozgrzewce czułem że biegnie mi się ciężko, ale na samym biegu emocje to wygłuszyły i pierwsze dwa kilometry biegło się bardzo dobrze (chociaż dość trudno). Nie patrzyłem na zegarek zgodnie z umową (z samym sobą), ale zerkałem na samą górę cyferblatu na tętno - było 175. Nie było więc tak wysokie jak zwykle miewam na takich wyścigach (spodziewałem się raczej 180), ale nie było obijania się - było wysokie. Nie mogło chyba być wyższe bo jeszcze nie powróciłem do formy z wiosny.

Elita już była po nawrotce i miała jakieś 7 minut biegu za sobą gdy ich mijałem, ale jakoś nikogo nie poznałem. Ja też zaraz zawróciłem i po 2km była nawrotka. Czyli wracamy tym samym mostem czyli znowu podbieg! Co dziwne - spodziewałem się że będzie gorzej, ale nie było aż tak źle. Jeszcze trzymałem się jakoś. 

Za mostem skręt w prawo na Wybrzeże Szczecińskie i tutaj już było ciężko. Czułem że nie daję radę i że zwolniłem. Raz nawet po 3,5km gdy chciałem sprawdzić tętno wyświetlił mi się czas okrążenia 2:12 co mnie trochę podłamało - bo to tempo 4:24/km przecież czyli dużo wolniej niż moje nieśmiałe założenia (4:12/km musiałoby być). Na Wybrzeżu druga nawrotka (nie lubię) i już niby "tylko do mety". Oj było ciężko i czułem że nie jest dość szybko, natomiast szczerze przyznam - jakoś to wytrzymałem, nie było to duże odpadnięcie (ale było). Jeszcze tylko 4 zakręty (żeby nie było za łatwo) i wreszcie meta! Zatrzymałem zegarek i udało się odcyfrować wynik:

21:17

Nie jest to plan maksimum, ale na pewno jest to plan "środkowy" wypełniony. Co najważniejsze - nic nie boli! Mimo że to był szybki i nie za krótki bieg - nic się nie odezwało, nie ciągnie w mięśniach - no wreszcie mogę myślę wrócić w pełni do normalnych treningów! 


Analiza biegu poniżej - zaznaczyłem które odcinki były dużo za wolne. Nie ma w sumie zaskoczenia: pierwszy podbieg na most, a potem to jak zwykle końcówka biegu oprócz finiszu (500m) gdzie trochę przycisnąłem. Ale to był krótki finisz, bo naprawdę się zmęczyłem!

No dobrze to tak na koniec - super że wreszcie znowu sobie pobiegłem w takim dużym masowym biegu. Bardzo fajnie było stanąć znów w tłumie biegaczy na starcie i poczuć tą atmosferą. Cieszę się strasznie z tego że nic mnie nie pobolewało przed, w trakcie czy po biegu. Sam wynik to może tak na 85% jestem zadowolony - czyli całkiem-całkiem :) 

To teraz jutro bieg długi - w końcu start A sezonu to maraton, za trzy tygodnie dycha w Warszawie, potem już za tydzień połówka w Manchesterze, no i zostaną już tylko ostatnie (dokładnie pięć) tygodnie do maratonu w Nicei!


  

niedziela, 5 lipca 2026

Bieg Konstanciński 2026

 

Minął tydzień a ja zawsze mam mało czasu żeby wrzucić relację z Biegu Konstancińskiego. Więc będzie szybko i na temat! Było strasznie gorąco - chyba najgorętszy dzień tej wielkiej fali upałów z temperaturami prawie 40 stopni. W ostatnim dniu przesunięto start z godziny 10:00 na 7:00 rano! Podjechałem więc dzień wcześniej rowerem odebrać pakiet i przetrzeć szlak, bo w dniu biegu podjechałem też w obie strony rowerem. Plan był prosty: przeżyć. Chodzi mi oczywiście głównie o moją nogę, która od 12-go maja już nie działa jak powinna. W sumie ten odpoczynek to już niedługo będzie miał dwa miesiące. Fizjo mówił że jest dobrze - mogę biec, ale nie jest moim zdaniem jeszcze dobrze, więc plan był: dobiec w jednym kawałku.

Podjechałem więc po ten pakiet - zresztą bardzo bogaty co do zawartości. Organizacja tego biegu co roku jest bardzo dobra i mogę go bardzo polecić. Start z Parku Zdrojowego, dużo imprez towarzyszących - naprawdę godna polecenia impreza. Rozgrzewka, Robert Korzeniowski zagrzewał (no coś, było i tak strasznie gorąco) do biegu. Ale z racji temperatur to raczej można powiedzieć że starali się studzić emocje :) Ja ustawiłem się na końcu prawie - bo chciałem biec tempem rzędu 5 minut na kilometr. Nie rozgrzewałem się praktycznie (tylko pomalutku i rozciąganie) bo bałem się czy w ogóle dam radę przebiec całe 10 kilometrów z tą nogą - bałem się bólu. 

Zacząłem więc tempem 5:30/km pierwszy kilometr. Zadziałało dobrze to zacząłem troszkę przyspieszać - drugi już w tempie 5:00/km. Trzeci 4:42/km i chciałem to utrzymać. Udało się czwarty i piąty kilometr tym tempem. Po połowie dystansu pomyślałem że może trochę przyspieszę i szósty wyszedł w 4:30/km. to już naprawdę dobre tempo. Ale wtedy złożyły się dwie rzeczy - po pierwsze jednak noga zaczęła dokuczać a po drugie - no jednak temperatura była już wysoka i wydajnościowo też zaczęło nie być za dobrze. Ale przede wszystkim chodziło o nogę - jeszcze mięsień nie jest wyleczony jednak. Zwolniłem więc w okolice 4:50/km na ostatnie 4km i na metę wbiegłem z czasem:

49:00

Na mecie medal, rowerem szybko do domu, kąpiel i zaraz odwozić najmłodszą pociechę bo wyjeżdżała na obóz. 

Krótkie podsumowanie: strasznie mi żal że jeszcze nie mogę biegać zupełnie normalnie. Pocieszam się że to dobrze - organizm odpocznie od ciągle tych samych aktywności: jeżdżę do pracy w obie strony teraz rowerem (21km w jedną stronę czyli około 45-50 minut, trzy razy w tygodniu to wychodzi 120km), staram się na basen chodzić raz w tygodniu. Trochę chodzę na długie spacery. Waga troszeczkę urosła, ale jest pod kontrolą.

Plan teraz mam żeby pobiegać spokojnie - bo już raczej jest OK z nogą. Jak uda się tydzień czy dwa spokojnie pobiegać to zacznę coś też dodawać z akcentów. Najpierw tylko tempowe biegi (czyli nie za szybko) a potem jak po paru tygodniach będzie OK to też coś szybkościowego. 

Najważniejsze żeby zdrowo sobie biegać, a starty mam dopiero po wakacjach - zapisałem się na Praską Piątkę na początku września, potem połówka w Manchesterze no i maraton w Nicei! Na te trzy imprezy chciałbym już być w pełni zdrowy i w dobrej formie.
 


 

 






 

 

 

wtorek, 11 listopada 2025

Bieg Niepodległości

Czas na ostatni bieg tego sezonu, czyli Bieg Niepodległości. Pakiety odebrałem w pierwszym możliwym terminie - czyli w piątek (pakiety bo biegliśmy razem z Żonką), a termin był taki wczesny z powodu wyjazdu week-end'owego, zresztą całą rodziną. Który był całkiem fajny zresztą - bo udało się trochę zwiedzić w tym Wiedniu, córki miały atrakcje na Praterze, a my z Żoną pobiegaliśmy dwa razy po alejce w Praterze. Może nie tym tempem co Eliud gdy łamał dwie godziny w maratonie w tym miejscu, ale za to było uroczo. Mieliśmy mieszkanie tuż przy Praterze, po wbiegnięciu do niego cała prosta o długości 5km była do naszej dyspozycji :)

Pobiegaliśmy razem w sobotę rano i w niedzielę rano. Co ciekawe - tego dnia był tak jakiś półmaraton, który miał się niedługo zacząć. Trochę żałowałem że nie sprawdziłem tego przed przyjazdem, ale oryginalnie miałem zamiar w sobotę rano zrobić tam w Wiedniu Park Run, poza tym we wtorek przecież był Bieg Niepodległości - więc półmaraton dwa dni wcześniej i tak byłby średnio mądrym pomysłem :) ale zrobiłem sobie zdjęcie na tle rozstawianych ciągle bram i stanowisk do obsługi biegu.

 
 
W poniedziałek wróciliśmy do kraju, a we wtorek już ten główny start. Trochę ponarzekać muszę - waga mi troszkę urosła (no tylko do 78kg, ale patrząc na moje zapiski to rok wcześniej było półtora kilo mniej obywatela). Forma też troszkę się obniżyła i ostatnio ciężko było 20 minut na piątkę złamać. Biorąc to pod uwagę plan na bieg był taki żeby biec z wirtualnym partnerem nastawionym na tempo 4:05/km. To powinno dać wynik około 41 minut (mógł być potrzebny szybszy finisz do tego bo tempo z zegarka jest zawsze zawyżone względem tempa liczonego według atestu trasy). Podjechaliśmy samochodem razem na start, oczywiście problem z zaparkowaniem był, jak zwykle... ale przy budynku gdzie kiedyś razem pracowaliśmy udało się zaparkować. Pogoda była dość dziwna - niby około 7 stopni, ale pochmurno i co jakiś czas mżyło. Na szczęście na czas biegu było okienko bez opadów, zostawiłem więc dłuższe ubranie w samochodzie i "na krótko" wybrałem się na bieg.


Biegaczy było mnóstwo, kibiców też. Rodziny z dziećmi (szkoda że nasze trzy pociechy się nie wybrały). Bardzo lubię ten bieg, jego oprawę i atmosferę. Rozdzieliliśmy się (biegliśmy z różnych stref startowych) i ja po całkiem dobrej rozgrzewce (4km) z ćwiczeniami i krótkimi przebieżkami ustawiłem się na starcie. Wszedłem między zająców na czasy 40:00 i 42:30, w strefie odśpiewaliśmy hymn i zaraz ruszyliśmy. Ja specjalnie do strefy startowej wchodzę na krótko przed startem - żeby po rozgrzewce organizm nie wystygł. Ruszyliśmy więc w trasę. Był doping, dobra trasa i pogoda - było super. 
Mój plan działał dobrze, chociaż szczerze przyznam że już na początku biegu miałem odczucie że tempo jest za szybkie do utrzymania przez całe 10km... ale zwalczyłem to uczucie w sobie bo nie było za mocne ;) Okrążenia łapały się same co 1km, oznaczenia kilometrowe były chwilkę dalej niż mój zegarek pokazywał (czyli w porządku - tak powinno być). Tempo było w porządku. Pierwszy podbieg na wiadukt w alei Jana Pawła II zrobiłem wzorowo, czyli troszkę przyspieszyłem i na zbiegu też - dzięki temu nie straciłem na nim nic. Potem minęliśmy czołówkę biegu, która już wracał po nawrotce. Mieli tylko minutę przewagi w momencie mojego startu, więc blisko przed nawrotką ich widziałem. Pierwsza grupka chyba 4 zawodników, potem sprawdziłem że głównie zagranicznych, potem trójka i większa grupka w której pierwszy był Krzysiek Wasiewicz z klubu biegacza Kondycja z Piaseczna, więc powiedzmy sąsiad :) Udało mu się dowieźć tą 7-mą pozycję do mety zresztą. 
Tymczasem u mnie też się zaczynała druga połowa - na nawrotce było jeszcze dobrze z tempem. Szósty kilometr jeszcze też - 24:36 to dokładnie 4:06/km czyli tak jak planowałem. Niestety to już było troszkę wolniejsze tempo tak naprawdę bo biegłem przecież na 4:05/km. Trzy kolejne kilometry były za wolne - był tam oczywiście drugi raz wbieg na wiadukt, który swoje zabiera. Ale i tak średnie tempo z tych kilometrów to 4:16/km i to już spore spowolnienie. Dziesiąty kilometr wyszedł szybciej niż planowane średnie tempo - w 4:03 i na mecie zameldowałem się z czasem:

41:34


Tempa kilometrów do porównania za rok:
 


Mimo średniego wyniku po biegu byłem zadowolony. Chodzi mi o stronę sportową - czułem się dobrze po biegu, nie zajechałem się (zegarek zwariował z tym tętnem - na pewno było sporo wyższe). Miałem odczucie że mało zwolniłem. Teraz patrząc na te dane to myślę, że jednak nie powinienem być tak zadowolony, bo sporo straciłem na tych trzech kilometrach - po dziesięć sekund. No trudno - może się jeszcze uda poprawić w przyszłym sezonie. Skoro Konieczny (starszy chyba 3 czy 4 lata ode mnie) pobiegł dzisiaj 32:17 to i ja mogę, nie ;) ?
 


 

 

 

piątek, 31 października 2025

Maraton Drezno


Mój trzydziesty pierwszy maraton wypadł w Dreźnie. Wyjątkowo nie przygotowywałem się do niego według jakiegoś sztywnego planu treningowego. Właściwie to nie miałem żadnego planu treningowego :) ale próbowałem biegać jakoś z głową. To u mnie oznaczało: 5 biegów w tygodniu, 1 basen. We wtorki były interwały (zwykle 1000m albo 800m), w czwartki bieg tempowy (od kilku do nawet 10km) i w niedzielę bieg długi (od 25km do 32km). 

A jak wyszło? Kilometraż tygodniowy wychodził około 70km +/- 10km. Treningi wychodziły raczej dobrze, chociaż sam ustalałem sobie zakładane tempa - według obecnej formy, a nie pod jakiś konkretny czas. Początkowo miałem zamiar pobiec 3:15 w Dreźnie, pod koniec cyklu treningowego obniżyłem te oczekiwania do 3:20. Wyniki miałem w okolicy 20 minut na piątkę (ostatni test w Biegu po dynię wyszedł niby 20:46, ale było tam więcej dystansu i tempo było średnie było 3:59/km), półmaraton w Gdańsku jednak nie wyszedł kompletnie: 1:34:32... Mimo to obniżyłem tylko trochę planowane tempo na maraton z czasu 3:15 (4:37/km) do 3:20 (4:44/km) i liczyłem że tempo z piątki będzie lepszym "estymatorem".

Do Drezna pojechaliśmy całą rodzinką - na weekend. Mieliśmy fajny hotel w samym centrum i liczyliśmy na zwiedzanie przy okazji tego wyjazdu. Niestety pogoda nie była sprzyjająca. Czasami było ładnie, ale wiało i dużo padało i było cały czas zimno. Gdy wychodziło słońce można było się ciepło ubrać i wyjść, ale gdy zaczynało wiać i padać to nie dało się z hotelu wyjść.


W sobotę odebraliśmy rano pakiet i resztę dnia spędziliśmy na zakupach w centrum (tam nie padało) a w niedzielę - start! Poprzedniej nocy była zmiana czasu (śpi się godzinę dłużej), w dodatku start był dość późno, bo o 10:00. Dla mojego zegara biologicznego była to więc 11:00. Trochę późno, ciężko wtedy wymyśleć jakie powinno być śniadanie, ale zrobiłem je standardowo - czyli węglowodany (bułki, dżem, nutella itp.) tylko trochę większe. Na start miałem coś około 2,5km, na szczęście numer startowy działał jako bilet na komunikację miejską tego dnia. Podjechałem więc tramwajem spod hotelu aż na start.

Miałem trochę problem z ubraniem - bo było zimno (niby temperatura miała dojść do 8 stopni - to by było OK, ale z powodu wiatru i deszczu to odczuwalna była rzędu 2 stopni). Ubrałem się więc jak zwykle - na krótko (i czerwono), ale wziąłem na siebie koc termiczny, żeby nie zmarznąć na starcie i w drodze na start. To zadziałało bardzo dobrze. Był jeszcze jeden problem - zawieruszył mi się pas na żele! Potem się okazało że został w domu, mimo że był przygotowany do wzięcia ze sobą. Na szczęście udało się temu zaradzić - w dniu startu było jeszcze otwarte EXPO i kupiłem tam dobry jakościowo pas Salomona. Wpakowałem tam te moje 5 żeli na drogę i byłem gotowy. No tylko nie miałem ze sobą (wyjątkowo) telefonu - bo wychodząc z hotelu nie miałem gdzie go wcisnąć.

Na starcie za długo nie czekałem (czy wspominałem już że było zimno?) i dość szybko ruszyliśmy. Moja taktyka na ten bieg była taka: miałem trzymać tempo na 3:20 na mecie do połowy dystansu. Czyli zameldować się tam w czasie 1:40 i wtedy dopiero przyspieszyć, idealnie urwać ze dwie minuty i dobiec poniżej 3:18. To oczywiście w przypadku gdy będą siły, jak nie - to poniżej 3:20, a więc przeciec drugą połowę szybciej niż pierwszą. Zegarek ustawiłem na zaliczanie okrążeń co 2km (żeby nie było ich za dużo) a podczas biegu kontrolowałem tempo wg wirtualnego partnera. Tempo powinno być 4:44/km, ale zawsze trzeba troszkę doliczyć - zwykle na dystansie maratonu zegarki pokazuję około 300m więcej, więc trzeba prawie 2sek/km biec szybciej wg zegarka niż będzie potem oficjalny czas na mecie. To daje tempo 4:42/km, ale Garmin pozwala ustawiać tempo wirtualnego partnera co 5sek/km - ustawiłem więc 4:40/km i biegłem wg tego wskazania.

A jak wyszło? Tempo udawało mi się dobrze utrzymywać. Na początku było troszkę szybciej, ale to były minimalne różnice. Potem był jeden z kilku tuneli w który zegarek trochę zwariował i dodał od siebie trochę dystansu - przez co nagle byłem ponad 30 sekund przed wirtualnym partnerem (a nie przyspieszyłem oczywiście). Mimo to próbowałem i dalej biegłem zgodnie z zegarkiem. Tylko trzymałem się żeby nie zwiększać ani nie tracić tej przewagi na wirtualnym partnerem (która wynosiła 35 sekund). 

Na połówce byłem dokładnie w 1:39:00. To oznacza że minutę nadrobiłem względem planu, mimo że tempa pilnowałem. Niby to tylko niecałe 3sek/km, więc nie powinno to być ogromnym problemem. Od tego momentu miałem już trochę przyspieszać, ale niestety - nie było jak. Trochę za ciężko szło, jednak najgorsze miało dopiero się zacząć: pogoda z zimnej i wietrznej (ale słonecznej) zmieniła się diametralnie - zaczęło padać i jeszcze mocniej wiać. Na pierwszej pętli moi kibice byli w parku i mam takie fajne zdjęcia.


 


 

Ale potem była druga (podobna) pętla i w takich warunkach kibiców już prawie nie było. Nie dziwię się im wcale - naprawdę było bardzo słabo jeśli chodzi o pogodę i przebywanie na dworze było proszeniem się o rozchorowanie się na jesień. Ale my musieliśmy dobiec do mety... Widzę teraz po wynikach że do 24km tempo było super. Potem do 28km było akceptowalne - tylko minimalnie spadło. Do 32km było już za wolne, ale nie byłoby tragedii (bo średnia na 32km była 4:42/km z całości (to byłoby 3:18:30 na mecie plus różnica dystansu to powiedzmy około 3:19). Natomiast ostatnie 10km to była mordęga. Średnie tempo 5:52/km! Ręce mi zgrabiały od tego zimna i zacząłem myśleć o hipotermii. I oczywiście o tym "po co mi to było". Było zimno, wietrznie, deszczowo i nieprzyjemnie. Wymęczyłem się jednak i mimo że dwa czy trzy razy przeszedłem na chwilę do marszu to dobiegłem w czasie 

3:32:34

Miałem miejsce 429 z 1631 maratończyków. Byli jednak na trasie też półmaratończycy (3676 biegaczy) i sztafety (150x4=600 biegaczy). Doliczając 1,5 tysiąca biegnących 10km albo 5km i jakieś 350 dzieci to wychodzi że razem około 7 tysięcy biegaczy wybiegło na ulice Drezna.

Oj bolał ten maraton i muszę teraz dobrze odpocząć zanim pomyślę o kolejnym. Najpierw jeszcze Bieg Niepodległości, potem trochę odpocznę i wtedy zacznę myśleć co w nowym roku w bieganiu u mnie zaplanować :)


 


 

Zdjęć trochę mam bo kupiłem cały pakiet, to proszę bardzo :) :

 





 










 

ADs