Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton Berlin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton Berlin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

Berlińskie impresje



Mogłem się tego spodziewać - czytałem rok temu u Bartka że dostał dyplom i prospekt z wynikami, ale jakoś o tym zapomniałem i zostałem miło zaskoczony przesyłką w skrzynce pocztowej. W środku koperty A4 znalazłem widoczny powyżej dyplom z wynikiem z którego nadal jestem dumny, oprócz tego dwie kartki A4 ze statystykami mojego biegu i gruby (68 stron) kolorowy prospekt z wywiadami, tabelami z wynikami, zdjęciami i artykułami. Bardzo miła sprawa, nawet to że wysyłają te materiały po jakimś czasie - fajnie sobie przypomnieć ten bieg.

Pierwsza kartka przedstawia mój wynik na tle innych biegaczy, przetłumaczona wersja brzmiała by tak:

Miejsce: 7.129 z 36.474
W kategorii M35: 1.305 z 3959
Czas: 3:29:47 Brutto: 3:41:02
Pierwsza połowa: 1:40:00 Druga połowa: 1:49:47
Prędkość: 12,07km/h
Tempo: 4:58/km


Jak by to podsumować - pierwsza połowa idealnie co do sekundy według planu, druga połowa - tragicznie. A jak do tego doszło tłumaczy druga kartka z danymi:
 

Tu już nie ma co tłumaczyć - liczby są takie same u nas i za Odrą :)
5km: 9 sekund za szybko
10km: 2 sekundy za wolno (porównuję sumaryczny czas)
15km: 6 sekund za szybko (j.w.)
20km: 1 sekunda za szybko
21,1km: co do sekundy zgodnie z planem
25km: 4 sekundy za wolno
30km: 43 sekundy za wolno
35km: 3 minuty 6 sekund za wolno
40km: 8 minut 12 sekund za wolno
42,2km: 9 minut 47 sekund za wolno


Czyli jednak oklapnięcie zaczęło się jeszcze przed 30km :( wciąż ten sam problem i nadal nie wiem jak temu zaradzić. Próbuję temu zaradzić przyspieszają w końcówce długich treningów, spróbuję też zbić trochę wagę (na razie jeszcze kończę etap powrotu po roztrenowaniu do poprzedniej wagi).

A sam prospekt wygląda jak poniżej:

  Okładka

Jeden z wielu artykułów - wybrałem ten o Bogusławie Mamińskim który połamał tam trzy godziny (gratulacje!) :-O ! Są też inne, dużo dłuższe artykuły i wywiady - na kilka stron.


Jedna z impresji fotograficznych w środku. Wybrałem taką z Polakiem wbiegającym na metę :) ale i tak najwięcej tam było Duńczyków - istna inwazja, mam wrażenie że musiało ich być w granicach 4 tysięcy.

Co ciekawe jestem na 99% przekonany że na zdjęciu użytym jako tło do dyplomów widać kawałek mojej skromnej postaci. Drugi z lewej - widać tylko część głowy, ramię i rękę z garminem i opaską z międzyczasami. Zgadza się wszystko - kolor i krój stroju, fryzura i kształt głowy. No ale głowy nie dam - to może być kolejny Duńczyk w czerwonym stroju :)

wtorek, 1 października 2013

Maraton Berlin


Kulminacja mojego planu treningowego, prawie sześciu miesięcy treningów, odbyła się wczoraj. Zanim przejdę do podsumowań może najpierw relacja z tego sportowego wyjazdu. Dzięki najlepszej instytucji życia rodzinnego czyli babci i dziadkowi mogliśmy wyjechać już w piątek rano do Berlina nie martwiąc się o córeczki. Dojazd minął bardzo szybko - wliczając w to postoje 5,5 godziny wystarcza żeby ze stolicy Polski dojechać do stolicy Niemiec. Długo to trwało ale trzeba przyznać że polskie autostrady są znakomite. U nas wszystko nowe i otwarte a u Niemców A12 w stara i w przebudowie przez co były zwężenia i ograniczenia prędkości.
W piątek już za wiele nie dało się zrobić - zakupy, zakwaterowanie i próba spania. Z tym nie było łatwo - okazało się że w naszym pokoju ktoś kiedyś palił. Niby wywietrzone ale jak ktoś nie pali to ten smród od razu wyczuje. Poza tym miałem problemy chyba z powodu stesu ze spaniem. Koniec końców nie było źle z łącznym czasem snu, ale zdziwiło mnie to bo to mój szósty maraton i nie pamiętam żebym miał duże problemy ze snem wcześniej.
Sobota to oczywiście odbieranie pakietu na expo. Pojechaliśmy tam po śniadaniu i idąc na expo przez lotnisko Tempelhof zobaczyliśmy taki widok:


okazuje się że Berlińczycy używają teraz tego lotniska jako super miejsce do biegania, jeżdżenia na rolkach itp. Na środku są punkty do wynajmowania sprzętu sportowego - fajna sprawa. Poszliśmy do hangaru na samo expo i wchodząc tam... spotkaliśmy Pawła - maratoniarza :) Pogadaliśmy, ustatliliśmy plan na następny dzień (mieszkaliśmy w jednym hotelu) i poszliśmy odebrać pakiet. W środku budynku lotniska: hala a w niej trochę stoisk - koszulki z logo maratonu itp. Pytam Pawła czy to expo - a on mówi że skąd, to przedsionek. Rzeczywiście - przeszliśmy do drugiej, tym razem otwartej przestrzeni przed budynkiem lotniska, z której widać było płytę lotniska. Tutaj już dużo stoisk, jakieś punkty gastronomiczne też, pytam więc znowu czy to expo może? Ależ skąd, to drugi przedsionek. Żeby nie przedłużać - właściwe expo mieściło się w trzech dużych halach ustawionych szeregowo. Każda miała na oko 30x50 metrów. W pierwszej i drugiej same stoiska wystawców, w trzeciej (ostatniej w kolejności) w połowie stoiska a w połowie, na samym końcu punkt odbierania pakietów. Odbieranie mimo ogromnej ilości ludzi szło bardzo sprawnie. Jedyna kolejka była przy samym wejściu do tej strefy gdzie sprawdzano wejściówki (ja pokazałem tą w telefonie). Worek z ulotkami, potem w kolejkę po czip i numer startowy (dowolna kolejka bo drukowali każdy numer) i można już wyjść (przy wyjściu zakładali opaskę maratonu która była wejściówką razem z numerem startowym do strefy startu). Ja spróbowałem jeszcze przepisać się do wcześniejszej strefy. W punkcie informacyjnym nie chcieli - odesłali do ostatniego okienka. Tam już chcieli ale koniecznie trzeba było pokazać wynik z innego maratonu z lepszym czasem. Ja miałem najlepszy wynik 3:33:55 z Lęborka więc to nic zmieniało względem mojego wcześniejszego wyniku bo przydzielono mi strefę "F" czyli dla czasów 3:30-3:50. Uznawali jedynie już przebiegnięty maraton. Na szczęście było też mapowanie dla czasów z półmaratonów. Jako że wszystko poza maratonem mi całkiem sensownie wychodzi to moje 1:31:44 z Tarczyna wystarczyłoby i to nawet na strefę "D" czyli dla czasów 3:00-3:15. Niestety z powodu problemów technicznych nie udało mi się pokazać wyników z Tarczyna w telefonie temu panu (to by wystarczyło - kolega przede mną tak zrobił bo też biegł w Tarczynie i mu strefę zmienili). Jak się później okazało to chyba i dobrze że tak się stało i startowałem ze strefy F.
Potem wiadomo - zakupy na expo. W sumie bardzo skromne (spodenki, buff, czapka do biegania) a to ze względu na wysokie ceny. Dla przykładu koszulka techniczna z logo maratonu: 40 euro (ponad 170zł). O ile dobrze pamiętam dokładnie dwa razy więcej niż analogiczna w Wiedniu (a firma ta sama - też adidas). Przed wyjściem zahaczyliśmy o te punkty gastronomiczne. Za 6 lub 6,5 euro - porcja makaronu, w porównaniu z tą z Paryża była mała (dobra, tam był ryż ale porównanie ilościowe nadal aktualne). A porównując do Wiednia i pasta party w wiedeńskim ratuszu to już zupełnie słabo było. W Berlinie nie było gdzie usiąść ani stanąć nawet żeby zjeść. A to nie była najbardziej oblegana pora bo widziałem że jak my wychodziliśmy to kolejka po odbiór pakietu z długiej zrobiła się ekstremalnie długa. Trochę rozczarowani wyszliśmy z expo - jest ogromne jeśli chodzi o rozmiar i wybór produktów na nim. Organizacja nie jest zła bo przy takiej ilości osób kolejki są zrozumiałe, ale od maratonu który nazywa się "wielkim" oczekiwałbym zupełnie innego załatwienia sprawy z punktami gastronomicznymi czy z koszulkami dla uczestników maratonu. Zawsze będę tutaj stawiał Paryż za wzór: dobra koszulka techniczna Asics w cenie pakietu ale wydawana dopiero na mecie - tak jak medale, tylko dla tych co naprawdę dobiegli. A nie że w pakiecie (za 60,90 albo 120euro !) nie ma tej koszulki a jednocześnie każdy sobie może ją kupić za 40 euro na expo. Gdzie też każdy może wejść (płacąc 3 euro).
Reszta dnia upłynęła mi na unikaniu chodzenia ale szczerze przyznam że nie byłem w tym dobry - były jeszcze zakupy (prezenty dla dzieci rzecz święta), była druga wizyta na makaron - tym razem w jakiejś orientalnej wersji i to był błąd. Miałem problemy z żołądkiem tego wieczoru i to było moim zdaniem przez jakieś nieznane mi przyprawy w tym drugim makaronie.
Noc przebiegła dość dobrze - dużo szybciej niż zwykle się położyłem i w sumie około 7 godzin spałem. Rano obudziłem się zanim budzik zadzwonił. Start miał być o 8:45 ale nasz hotel serwował śniadania od 6:30 - mogłoby być pół godziny szybciej. Skoro było tak późnawo to zszedłem dokładnie na tą porę żeby jak najszybciej rozruszać żołądek. Na śniadanie zjadłem dwie pszenne bułki, jedną z miodem, drugą z nutellą, popiłem sokiem pomarańczowym i po obgadaniu z Pawłem (z którym jedliśmy razem śniadanie) o której i gdzie się spotykamy - poszedłem do siebie. Tam toaleta, przebieranie w ciuchy startowe, na to założyłem tylko wiatrówkę a do worka wziąłem rzeczy na przebranie i byłem gotowy. Na dole zaczęło się odkrywanie kto czego zapomniał. Najpierw ja: plastra na palec u nogi (nie wziąłem z domu w ogóle) - no to Paweł skoczył na górę i mi dał jeden swój zapasowy. Potem sobie przypomniałem że nie mam naklejki na worek do depozytu - skoczyłem i przyniosłem. Poszliśmy na kolejkę i wtedy Paweł odkrył że picia nie wziął ze sobą - na szczęście ja miałem cały izotonik i nie miałem zamiaru aż tyle wypić tuż przed startem więc "na dwa gardła" było w sam raz.
W kolejce od razu oprócz nas wsiadła grupa chyba z Meksyku, potem coraz więcej i więcej maratończyków. Wysiadając usłyszeliśmy od dziewczyny która siedziała przed nami "powodzenia!" - okazało się że to Polka była, widocznie mieszka tam. Ze stacji na strefę startu szła ogromna fala ludzi. W strefie startu tłok ogromny, wszystko szło bardzo wolno. Przez to późne śniadanie i moje zapominalstwo dojechaliśmy dość późno. Nie wiem jak Paweł (rozdzieliliśmy się w strefie startu bo różne namioty do depozytu i różne strefy startowe) ale mi długo zeszło i gdybym nie obszedł dwóch miejsc żeby nie stać w kolejce to chyba nie zdążyłbym na 8:45 na start. W sumie moja strefa startowała w drugiej fali więc miałem jeszcze (jak się okazało) 11 minut w rezerwie.
Na tak dużych imprezach moment startu ma odpowiednią oprawę - energetyczna muzyka, balony wypuszczane w momencie startu - można dać się temu porwać. Ja pamiętałem jednak z Wiednia jak to potem boli i starałem się od razu biec z głową. Bardzo mi w tym pomogło odpowiednie ustawienie Garmina: wyłączenie automatycznego zaliczania okrążeń co kilometr i ręczne łapanie międzyczasów. Na ekranie miałem: tempo okrążenia, tempo aktualne, tętno i dystans okrążenia. To ostatnie pozwalało mi zorientować się kiedy zacząć wypatrywać znacznika kolejnego kilometra a dwa pierwsze pola (te tempa) dają wyobrażenie czy jest mniej więcej za szybko, za wolno czy w sam raz. Piszę "mniej więcej" bo szczególnie w tak dużych biegach trzeba patrzeć przede wszystkim na znaczniki kilometrów bo zegarki biegawe liczą trochę więcej dystansu (bo nie biegniemy po linii atestacji tylko nadkładamy drogi z powodu innych biegaczy). Właśnie w Berlinie linia atestacji (mniej więcej) jest wyrysowana na trasie niebieskimi kreskami, jednak nie ma co marzyć o biegnięciu tą trasą - przy takim tłoku to nieralne. A skoro już o tłoku - to wyjaśni się teraz czemu start ze strefy "F" był całkiem dobrym pomysłem. Otóż wystartowałem w drugiej fali więc przed nami był wolny odstęp. Dodatkowo wystartowałem z biegaczami biegnącymi w większości na 3:30 (chyba, bo taka to strefa była). Nie było więc tak źle jak bym ruszył z końca strefy "E" bo wtedy od razu biegłbym w tłumie biegaczy.
Wracając do łapania międzyczasów: było to efektywne bo udało mi się złapać 34 z 42 międzyczasów i znakomicie mi pomagało kontrolować tempo. Wystarczy się pochwalić że połówkę przebiegłem w.... 1:40:00 :) w dodatku tempo nie było rwane. Po biegu jeden z biegaczy (Niemiec) podszedł mi nawet podziękować za bycie "punktem odniesienia" przez pierwszą połowę biegu :) Biegło mi się znakomicie - tętno nie było tak wysokie jak w Wiedniu, tempo nie było za szybkie, chociaż wymagające jeśli się pomyślało ile jeszcze tych ka-emów zostało do przebiegnięcia. Temperatura była idealna do biegania, nawet na początku było fajnie się dogrzać na słonku bo było trochę za chłodno ale to szybko minęło. Na starcie można było nieźle zmarznąć ale tutaj wielki plus dla organizatorów - w depozycie wydawano foliowe worki z otworami na ręce i głowę (i z logo maratonu oczywiście) - to bardzo pomogło podczas oczekiwania na start.
Wracając do biegu - na pierwszej dziesiątce miałem swój punkt dopingu który mnie złapał na zdjęciu ale jak już przebiegłem:


Potem był jeszcze taki punkt zaraz za 20km ale już byłem tak rozpędzony że nie dało rady mnie uchwycić na zdjęciu :)
Pierwsze oznaki że coś jest nie tak były już na 25km. Wtedy strata do mojej rozpiski wyniosła 6 sekund. Niby nic - na 13-tym kilometrze było 14 sekund i to się wyrównało w dwa kilometry. Ale tutaj po następnym, 26km strata wzrosła o kolejne 4 sekundy i było ich już 10. Z każdym kilometrem traciłem średnio te 8 sekund i tak to było do 32 kilometra. W sumie tych strat uzbierało się wtedy już 1'12". Starałem się nie denerwować tym i powtarzać sobie że maraton to taki wyścig na 10km z 32 kilometrową rozgrzewką. No więc jak przebiegłem te 32km to miałem zamiar przyspieszyć - nie wiem czy to było możliwe żeby te 72 sekundy odrobić ale chciałem dać z siebie wszystko.
Niestety jak to w polskiej piłce - miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle :) Ostatnie 10 kilometrów to walka o przyspieszenie która się nie powiodła. Tętno nie było wysokie - widać że wytrzymałościowo byłem w dobrej kondycji, ale mięśniowo nie dałem rady. Próby zmiany tempa biegu które spadało kończyły się kurczami w udach z tyłu nóg (blisko kolan). Dwa razy musiałem się zatrzymać i je rozciągnąć - na szczęśie pomogło. Tempo spadło do 5:30/km a na najgorszym kilometrze (chyba uwzględniając postój na rozciągnanie mięśni) był nawet 6:00/km. 3:25 było nierealne i to już wiedziałem w okolicach 34-35km. Co gorsza z wyliczeń zaczęło mi wychodzić że 3:30 żeby się udało wymagało sprężenia się i przyspieszenia! Jakoś się to udało, walcząc z sygnałami nadchodzących kurczy jeden z kilometrów (36) wyszedł nawet w 5:08. Końcówka nie była finiszem - nie dałem rady, jedyne co wyszło to przyspieszenie do tempa poniżej 5min/km na ostatnich 200m. Wiedziałem już że złamię 3:30 i bardzo mnie to ucieszyło. Dobiegłem w 3:29:47

Coś na kształt finiszu

Podsumowując: bardzo jestem zadowolony z tego maratonu. Wiem że nie takiego wyniku się spodziewałem, ale wiem też że po prostu nie byłem w stanie nic więcej w Berlinie osiągnąć. Widzę duży postęp od Wiednia - przede wszystkim tam poważne problemy się zaczęły od 26km. Tutaj tego typu problemy były dopiero od 33km. Rozmiar problemu (spadku tempa) też był zupełnie inny - tylko raz tempo spadło powyżej 6min/km a w Wiedniu było takich kilometrów aż siedem. Wtedy za szybko zacząłem, w Berlinie nie.
Widzę więc ogromny postęp od wiosny (3:38 -> 3:29) od lata jest to tylko 4 minuty lepiej ale to i tak moim zdaniem bardzo dużo.
Co moim zdaniem poprawiłbym w tym biegu gdybym miał go pobiec jeszcze raz? Teraz, gdy wiem że nie dałem rady to pewnie zacząłbym go tempem na 3:25 a może nawet 3:30, no ale to tak jak by po losowaniu lotto powiedzieć że gdybym wiedział jakie będą wyniki to bym te właściwe zaznaczył :) Z rzeczy które mogłem poprawić to tylko dwie widzę na razie:
- za mało siły biegowej (podbiegi, ćwiczenia) - pisałem o tym po Wiedniu i chyba po Lęborku, ale tylko jeden raz wybrałem się na podbiegi przez ostatnie pół roku
- za mało wytrzymałości w udach na zmęczeniu (właściwie prawie to samo co w punkcie powyżej) - to jeszcze można poćwiczyć danielsowkimi treningami typu: rozgrzewka, bieg progowy dwa razy a potem długi spokojny bieg. Tylko nie wiem czy ten spokojny bieg nie powinien być raczej z tą prędkością maratońską? To może być za mocny akcent ale z drugiej strony przy niskiej prędkości uda tak nie pracują.
Poza tym są dwie mniej ważne ale warte zaznaczenia sprawy: na jednym z punktów nie wziąłem wody bo go nie zauważyłem (i to mi trochę przeszkodziło) a po drugie - muszę kupić przed Rzymem opaski kompresyjne na uda. Według relacji Pawła pomagają w odsunięciu tego momentu gdy uda przestają współpracować i przyspieszają regenerację. Ja po używaniu tych na łydki mam odczucia że w regeneracji pomagają, co do pomagania w unikaniu kurczy i przedłużaniu czasu gdy uda "dają radę" na biegu to nie jestem pewny ale na chłopski rozum wydaje mi się to możliwe.

Na koniec co mi się udało w tym biegu: plan treningowy wykonałem prawidłowo (nie zrobiłem tych dodatkowych elementów które sam sobie dodałem - baseny, siłownia). Dobrze przygotowałem się do biegu: sen, posiłek przed, nawadnianie i odżywianie w trakcie biegu (poza jednym ominiętym piciem). Dobrze zaplanowałem tempo i go pilnowałem (no z połówki w 1:31:44 próbować biec na 3:20 to nie jest przecież skok z motyką na słońce?). Dobiegłem suma sumarum w dobrym stanie, nie miałem problemów z mięśniami w niedzielę ani następnym dniu. Wyjazd był bardzo udany i trochę mnie to dziwi bo mocno byłem nastawiony na wynik 3:19:59 ale naprawdę jestem bardzo zadowolony z tego niby dużo słabszego wyniku. Bądź co bądź złamałem 3,5 godziny!

Dziękuję wszystkim bardzo za życzenia i doping - najbardziej mojej Żonie która mnie mocno dopingowała, rodzinie i znajomym - też internetowym, jeszcze raz dzięki!!



wtorek, 24 września 2013

Ostatni tydzień

Jak pewnie wiecie prawie każdy szanujący się blogacz (bloger-biegacz) ma na swoim koncie wpis z poradami przedmaratońskimi. Jako że już coś w tym stylu popełniałem to tym razem postanowiłem podejść do tematu inaczej: opiszę po prostu jak ten ostatni tydzień wygląda u mnie. Nie chcę udawać najmądrzejszego i podawać "dobre rady" które mają pasować do wszystkich możliwych sytuacji bo zamiast jednego wpisu zrobiłaby się z tego książka :) więc zadanie domowe dla czytelników: przeczytać kilka innych wpisów (lista blogów po prawej stronie) i wyrobić sobie opinię co będzie MI potrzebne z tych wszystkich list :)

A więc zaczynamy!

Bieganie

W ostatnim tygodniu biegania jest już niewiele. Nie są to ilości homeopatyczne ale jest go dużo mniej niż w najcięższych tygodniach - u mnie będzie to połowa maksimum czyli 40km zamiast 80km. Poprzednie tygodnie już zawierały ograniczanie - oba miały po około 50km. A w tym tygodniu planuję: niedziela - 1,5h spokojnie, wtorek - 4x1200m progowo, środa 40' spokojnie + 4 przebieżki, piątek wieczorem albo sobota rano (Bieg Śniadaniowy na stadion olimpijski) spokojne pół godziny. No a w niedzielę - wiadomo!

Jedzenie

Ja nie jestem zwolennikiem teorii wypłukiwania glikogenu - obawiam się eksperymentowania przed tak ważnym dniem. Mimo że mój żołądek jest chyba bardzo odporny to nie ryzykuję i jem zupełnie normalnie w tym ostatnim tygodniu. Jedyna różnica to że w sobotę zjem więcej na obiad i kolację potraw makaronowych. W dniu startu wstanę wcześniej o niecałe 3 godziny i zjem jasną bułkę albo dwie z miodem czy nutellą albo inne łatwo przyswajalne węglowodany - zależnie co w hotelu będą serwować. Pół godziny przed startem zjem jakiś baton energetyczny. Bardzo ważne jest picie - dzień wcześniej postaram się pić więcej. W dniu startu tak do godziny przed biegiem trochę jeszcze. Nigdy nie musiałem zatrzymywać się na biegu do ubikacji (lata ćwiczeń pęcherza swoje dają ;) ) więc nie boję tego ale i tak przed startem to od rana zwykle jestem ze 4-5 razy w łazience.

Logistyka

W tym roku nie biegam maratonu za daleko - samolot nie ma za bardzo sensu. Z domu do hotelu dojedziemy poniżej 6 godzin, a samolotem by wyszło tak samo czasowo tylko drożej i mniej mobilnie. Więc jak tylko babcia z dziadkiem się pojawią a córki zaaklimatyzują to ruszamy w piątek do Berlina. Hotel jest poza zieloną strefą a jak poruszać się po Berlinie to już opisywałem kiedyś przy okazji raportów treningowych połączonych z berlińskimi ciekawostkami. Pozostaje ustalenie z jednoosobową drużyną wsparcia gdzie będzie możliwe żeby się spotkać na trasie (w sensie pomachać) i gdzie się spotkać po maratonie. Jeżeli weźmie się ze sobą telefon na bieg to nie ma z tym problemu ale ja zwykle nic nie biorę ze sobąi umawiamy się w jakimś charakterystycznym miejscu. W Wiedniu były punkty spotkań za metą i w Berlinie też tak ma być - są to tablice z literami - wystarczy umówić się pod jedną z nich i tam się spotkać.

Elektronika

Ja wybrałem opcję taką: biorę ze sobą zegarek biegowy. Wyłączam w nim automatyczne łapanie okrążeń co kilometr które stosuję na treningach. Włączam tylko dwa ekrany: na pierwszym dwa pola: czas i dystans. Na drugim cztery: tempo okrążenia, tempo chwilowe, dystans okrążenia i tętno chwilowe. W trakcie biegu ręcznie łapię okrążenia podczas mijania oznaczeń kilometrów i na tym polegam. W ten sposób uniezależniam się od kaprysów nawigacji satelitarnej i od tego że w tłumie biegaczy (a w Berlinie to będzie naprawdę TŁUM) nadkłada się drogi.

Zestaw na start

To w sumie najważniejsze - przed wyjazdem trzeba koniecznie to sprawdzić. Moja lista zawiera:
- buty - no chyba oczywiste ale najciemniej pod latarnią a tego nie ma jak naprawić jak biegnie się 700km od domu. Kupno nowych butów gdybyśmy swoich zapomnieli może nie być super rozwiązaniem bo buty muszą się do stopy ułożyć zanim przebiegniemy w nich maraton
- ubranie: gatki, spodenki, koszulka, skarpetki
- ja biorę też opaski kompresyjne na łydki
- odżywki: ja biorę baton energetyczny, żele energetyczne i izotonik w pastylkach
- elektronika czyli zegarek biegowy, czujnik tętna i ładowarka
- folia aterminczna - to bardzo ważne bo wejść do strefy trzeba wcześniej. Na maraton ubieram się kuso więc na starcie mógłbym przemarznąć - folia temu zaradzi
- biorę też drugi zestaw buty i ubranie bo chcemy zrobić przebieżkę dzień lub dwa przed maratonem na miejscu
- dokumenty do odbioru numeru startowego na expo
- farmakologia czyli plastry na stopy, sutki, mazidło na miejsca gdzie obawiacie się obtarć
- dobry humor
- silne przekonanie że jesteśmy najlepsi

Z takim wyposażeniem nie może pójść źle! Ja już żyję tym maratonem - jeszcze tylko dwa dni i przygoda się zacznie bo wtedy wyjeżdżamy. Berlinie, nadchodzimy!

A jak chcecie poczytać bardziej szczegółowe porady to polecam wpis u Marcina.

piątek, 26 kwietnia 2013

Mit Daniels nach Berlin


Po maratonie w Wiedniu nic na temat planu mojego biegania się nie pojawiało na blogu. Miałem co prawda wszystko już obmyślone i przygotowane ale niepowodzenie pod kątem uzyskanego wyniku w Wiedniu spowodowało że potrzebowałem czasu aby przemyśleć co zrobić żeby następnym razem było lepiej. Przed Wiedniem moim pomysłem było porzucenie biegania wg planu FIRST i spróbowanie planu Danielsa. Po Wiedniu zacząłem rozważać kilka opcji: plan Danielsa pod maraton (24 tygodni), własny plan treningowy na podstawie tego co myślę że u mnie szwankuje (np. najdłuższe jednostki treningowe, biegi progowe na zmęczeniu np. po godzinnym biegu spokojnym), myślałem też o modyfikowanym planie Danielsa (faza III plan maratońskiego). Tych rozważań, przeczytanych materiałów i wymienionych opinii z biegaczami było tak dużo że nie ma sensu ich tutaj wymieniać. Żeby nie zanudzać napiszę tylko jakie z tego wynikły dla mnie wnioski.

Zdecydowałem się na pełny plan Danielsa pod maraton, oznaczony literą "A" w książce "Bieganie metodą Danielsa". Robię tak bo plan ten zawiera z jednej strony dużo spokojnego biegania (nie lubiłem tego do tej pory) a z drugiej strony w fazie II i III mocne jednostki treningowe które powinny podnieść moje możliwości przestawiania się na spalanie tłuszczów w drugiej części maratonu. Te spokojne biegi natomiast powinny zapobiec kontuzjom (moje kolano będzie mi wdzięczne) - plan FIRST pod tym względem jest moim zdaniem kontuzjogenny. Można się tu zapytać dlaczego chcę realizować pełny plan treningowy a nie zacząć od późniejszej fazy. Pierwsza faza to tylko spokojne biegi a więc coś co ma wyrobić dobrą kondycję a ta można powiedzieć jest już na dobrym poziomie skoro niedawno skończyłem 16-tygodniowy plan treningowy. Pewnie tak jest ale ta pierwsza faza ma też inne zadania - przygotować spokojnymi biegami organizm do cięższych obciążeń, poprawić skład organizmu (mniej tłuszczu), trochę też te spokojne i niedługie biegi mają też dać mi odpocząć po maratonie w Wiedniu. Przez realizację całego planu mam nadzieję dobrze przygotować się do najważniejszej imprezy tego roku czyli maratonu w Berlinie. Po nim natomiast planuję prawdziwe roztrenowanie.

Po drodze do Berlina planuję kilka innych startów. Najbliższe to triathlon w Sierakowie (1/4 ironman), maraton w Lęborku i półmaraton na jesieni - najprawdopodobniej Tarczyn. Są to imprezy drugorzędne i nie mam nawet pewności czy w nich wystartuję a jeśli tak to nie wiem czy na 100%. Triathlon w Sierakowie nie jest problemem - niby niecałe trzy godziny wysiłku więc dość długo ale z tego co wiem o tri to poziom zmęczenia nie jest wysoki jak przy biegu o tej długości, poza tym mój udział będzie tylko na zaliczenie i sprawdzenie czy tri mi sie podoba. Półmaraton na jesieni też nie jest niczym dziwnym na drodze przygotowań do maratonu - w najgorszym przypadku mogę z niego zrezygnować albo przebiec w tempie które mi na ten dzień podyktuje Daniels. Największą moją rozterką jest maraton w Lęborku 23 czerwca. Długo rozważałem za i przeciw i jak na razie jestem zdecydowany go pobiec. Nie będę się do niego przygotowywać - pobiegnę go w środku planu treningowego, jedynie przed nim zmniejszę kilometraż jak to przed maratonami się robi. Nie będę go biegł na 100% jak w Wiedniu, jednak jest to duże obciążenie organizmu - może być znowu gorąco, trasa jest pagórkowata. Dlatego z punktu widzenia planu treningowego ten maraton tu nie pasuje, ale doszedłem do wniosku że priorytetem dla mnie nie jest to żeby mieć najlepszy z możliwych w moim przypadku wynik na mecie w Berlinie. Priorytetem jest moje zdrowie i dobra zabawa z powodu biegania. Zdrowie każe uważać z ilością maratonów w roku a zabawa każe nie omijać maratonu w rodzinnym mieście. Więc pobiegnę go uważając na zdrowie (mniejszy kilometraż przed, ostrożnie na trasie i regeneracja po biegu). Taki jest plan ale może on ulec zmianie - niektóre biegi wypadają mi czasami z kalendarza więc tak może być i z maratonem w Lęborku.

Mój plan drogi na Berlin wygląda więc następująco:


Parametry jakie przyjąłem podczas opracowywania tego planu: maksymalny kilometraż tygodniowy: 80km (większość tygodni ma mniejszy kilometraż, nawet tylko 70% więc średnio wyjdzie mniej). Do tej pory biegałem 60km tygodniowo. Pierwsza faza ma więc kilka zadań: rozruszanie po maratonie w Wiedniu, przejście na codziennie ale krótsze bieganie i zwiększenie kilometrażu. Druga faza to interwały - praca nad szybkością i tutaj mam nadzieję wskoczyć na wyższy poziom w słynnej tabelce Daniels'a Vdot. W tej chwili przyjąłem ten współczynnik na podstawie wyniku na 10km (42:00) i półmaratonu (1:33:00) jako 49. Wynik z 5km jest dość stary (20:43 - wyszłoby Vdot 48) a z maratonu nie jest miarodajny bo spuchłem na drugiej połowie straszecznie. Następnie będzie faza trzecia - tam będą te treningi które są dla mnie najwartościowsze - długie, z wielokrotnie powtarzanymi biegami progowymi na zmęczeniu - ciekawy jestem czy to da taki skutek jakiego oczekuję. Czwarta, ostatnia faza jest równie ważna moim zdaniem - długie biegi ale też i takie progowe jak w trzeciej.

Jak widać pierwsza faza zawiera codzienne biegi (ale są one krótkie i do tego spokojne). W tej fazie w każdym tygodniu mam zamiar być raz (na tydzień) na basenie. W kolejnych fazach również jedna wizyta tygodniowo na basenie ale ponieważ bieganie będzie bardziej intensywne i w dniach z treningami specjalistycznymi będzie go dużo więcej to aby zachować zalecany tygodniowy kilometraż to siłą rzeczy nie będę biegał codziennie a tylko 4-5 razy w tygodniu. Dlatego w tych trzech fazach jeden dzień w tygodniu zajmę się ćwiczeniami ogólnosprawnościowymi, rozciąganiem, treningiem siłowym.

Plan ten bardzo mi się podoba, postaram się wrzucać raz na tydzień informację jak mi idzie z jego realizacją, no i mam nadzieję że zajadę na nim daleko - do samego Berlina.

ADs