Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiówka. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 czerwca 2020
Warsaw Track Cup 2020/1
W sobotę było już prawie jak przedd epidemią - pojechaliśmy całą rodziną na zawody! Na Warsaw Track Cup bywałem już nie raz, zacząłem w 2013 roku gdy jeszcze biegaliśmy na Agrykoli i nadal strasznie lubię tą imprezę. Tym razem moja Żonka wynalazła że WTC się odbywa (jakoś ja bym przegapił) i na szczęście udało mi się jeszcze zapisać. Z córek tylko średnia pobiegła ze mną, najstarsza jakoś nie miała ochoty a najmłodszej nie spytaliśmy. A szkoda bo były biegi nawet dla młodszych od niej czyli pociech poniżej 3 roku życia - na 20 metrów :)
Pogoda była jak to teraz zwykle bywa - burzowa. Przed imprezą lało tak mocno że po dojechaniu na miejsce przez chwilę nie wychodziliśmy z samochodu. Ale na szczęście jak to przy burzy - szybko też się poprawiło. Padało trochę czasami przelotnie, ale dało się przeżyć. Tym bardziej że na stadionie Orła gdzie odbywały się te zawody jest zadaszona trybuna.
Zapisałem się na 1000m więc startowałem dość wcześnie. Byłem w czwartej z pięciu serii, więc była to dość szybka seria. Najpierw pobiegła nasza Agatka na 200m i fajnie jej poszło (chociaż narzekała że to był za krótki bieg, z drugiej strony przed biegiem mówiła że to za długi dystans :) ). A potem ja. Rozgrzany byłem aż za nadto - 7km w sumie zrobiłem. Startowaliśmy po przeciwnej stronie bieżni bo dystans to oczywiście 2,5 okrążenia. W mojej serii było trochę harpaganów co było widać na pierwszy rzut oka. Wystartowałem szybko i nawet trzymałem się dość w przedzie. Chciałem pobiec na maksa po prostu i nie patrzyłem prawie na zegarek, chociaż jakieś tam plany oczywiście miałem. Takim planem minimum było poniżej 3:20 a planem maksimum było 3:00. Życiówkę miałem 3:13 z Warsaw Track Cup, ale to było 7 lat temu. Powinno być trochę lepiej teraz (no jednak z wiekiem nie zawsze się już pewnie będzie udawać żeby się poprawiać...).
Początek był więc dobry, ale w środkowej części dystansu nie dałem rady utrzymać tego tempa i bardzo spadłem w stawce zawodników. Na ostatnich 100m chciał mnie jeszcze jeden zawodnik wyprzedzić i tego było już za wiele ;) na wirażu odparłem atak i mimo że zwykle po takim przyspieszeniu nie wytrzymywałem tempa i odpadałem to tutaj dałem radę i nie dałem się wyprzedzić. Myślę że ten sprint na ostatnich 100m dał mi też nową życiówkę: 3:11.
Pełni szczęścia nie ma, fajnie by było pobiec szybciej - trochę czuję że jeszcze mogłem w środkowej części pobiec szybciej. Ale nie ma co narzekać za bardzo - jednak udało się zrobić tą życiówkę i jakiś malutki sukces w tym sezonie już jest :) Poza tym była to naprawdę fajnie spędzona sobota, my zostaliśmy tylko na piątą serię jeszcze, ale zawody trwały jeszcze jak zwykle do późnego wieczora.
Fajnie że można wreszcie już tak sobie pobiegać na zawodach, obyśmy już na stałe i jak najszybciej wrócili w pełni do normalności po tym wirusie!
niedziela, 29 września 2019
Bieg na piątkę
Za tydzień maraton, a ja kopiując trochę moje ostatnie tygodnie z życiówkowego maratonu zaplanowałem na ostatnią niedzielę sprawdzian. Chciałem tak jak wtedy pobiec dychę, ale nie mogłem nic w tym terminie znaleźć, więc zapisałem się na piątkę która jest biegiem towarzyszącym Maratonowi Warszawskiemu.
Z ciekawości wpiszę jak wyglądały moje biegi na piątkę:
2006.10.01 Run Warsaw (wyniku nie znam)
2007.10.09 Run Warsaw (znowu wyniku nie mam)
2012.05.03 Bieg Konstytucji 22:00
2013.06.15 Bieg Ursynowa 19:45
2014.06.14 Bieg Ursynowa 20:09
2014.11.23 Park Run 19:37
2015.05.03 Bieg Konstytucji 19:19
2016.05.07 Accreo Ekiden 21:09
2016.10.15 Bieg po dynię 19:23
2017.05.03 Bieg Konstytucji 18:55
2017.05.27 Piaseczyńska Piątka 20:36
2017.10.14 Bieg po dynię 18:56
2018.05.03 Bieg Konstytucji 19:53
2018.06.17 Bieg Józefosławia i Julianowa 19:46
2019.05.03 Bieg Konstytucji 19:23
2019.05.25 Piaseczyńska Piątka 19:21
Czyli jak widać życiówka stoi w miejscu przez dwa lata. Był co prawda start na 5000m w maju 2018 gdzie nabiegałem 18:38, ale to było na bieżni (gdzie wiadomo że jest szybciej). W sumie nie jest tak źle biorąc pod uwagę mój bananowy uraz to w tym roku nie było tak źle. Dwa razy udało się pobiec około 19:20! Ale nadal ciągnie się za mną ten uraz, jednak mięsień oderwany od kości, przerwa w treningach... Dobra ale minął już rok z małym ogonkiem - nie ma więc co się usprawiedliwiać!
Postanowiłem pobiec bez patrzenia na tempo. Trochę się tego boję, ale nie wiem czemu - bardzo dobrze mi takie biegi wychodzą przecież. Ale chyba przez mój ścisły umysł nie chcę tracić tych dokładnych informacji na temat tempa, czasu ostatniego kilometra i tak dalej.
Przyszykowałem się więc do biegu, obiecałem sobie że na zegarek nie będę patrzył i ruszyłem na bieg. Podjechałem samochodem do metra, potem metrem ale nie na sam start - wysiadłem na Świętokrzyskiej i 3km które zostały mi do startu na Knwiktorskiej potraktowałem jak rozgrzewkę. Po drodze złapałem kubek z punktu odżywiania na 22-gim kilometrze maratonu (zapytałem najpiew czy mogę!) i przed startem zrobiłem trochę ćwiczeń w biegu i krótkich szybkich odcinków.
Na początku rozgrzewki czułem się źle - wydawało mi się że nie dam rady za szybko pobiec, ale to było chwilowe, rozgrzałem się i już było lepiej. Na starcie stanąłem blisko zająców na 19 minut (ale za nimi) i pogadałem z kolegą z pracy który mnie zauważył. Zawsze się ścigamy i niestety w tym roku przegrywam :) Jeszcze krótkie zagrzanie do biegu przez konferansjerów i ruszyliśmy!
Bez zegarka jednak fajnie się biegnie. Co prawda widok zająców na 19 minut też mi pomógł - nie wyprzedziłem ich od razu bo przed biegiem myślałem że uda się 20 minut złamać, ale o 19 nawet nie myślałem. Bałem się że będzie raczej tuż poniżej 20. Więc nie spaliłem się na starcie bo mimo że zające na 19 minut troszkę wyprzedziłem to jednak nie za bardzo.
Przebiegliśmy w tym centum co nieco - fajnie bo sporo ludzi i skręciliśmy na północ. Trasa piątki jst naprawdę dobrze dobrana pod życiówki - jest regulaminowa, ale jednak jest spora różnica wysokości i bardzo to ułatwia. Nie jest to długi dystans więc czwórki wytrzymają taki zbieg (maratonu bym tak nie doradzał biegać na zbiegu), a pomaga to znacznie.
Pierwsze trzy kilometry weszły całkiem dobrze, połowa czwartego też, ale wtedy zaczęły się schody. Myśli że już nie dam rady, próby przeliczania ile stracę - to się na szczęście nie udało bo zgodnie z obietnicą nie kontrolowałem w ogóle tempa ani czasu. Widzę teraz po międzyczasach że od 3,5km do 4,5km było słabo, ale tylko 500m między 4 a 4,5km były zbyt wolnym tempem (4:00/km). Wtedy wyprzedził mnie zając na 19 minut... Jednak ostatnie 500m przyspieszyłem, wyprzedziłem całkiem kilku biegaczy a na ostatniej prostej tego zająca i wbiegłem na metę zatrzymując stoper. Nie wiedziałem kompletnie jaki miałem czas, spojrzałem więc na zegarek:
Zobaczyłem 18:40,9 i strasznie się ucieszyłem - przecież to nowa życiówka na ulicy! I to prawie taka sama jak wynik z bieżni na 5000m :)
A za jakiś czas doszedł czas oficjalny i ucieszyłem się jeszcze bardziej:
Okazuje się że wyrównałem na ulicy mój wynik z bieżni czyli od tej chwili mój rekord życiowy na 5km to
18:38
Tym samym mogę już oficjalnie myślę ogłosić że po bananowym urazie nie ma już śladu (chociaż i tak na usg chcę pójść do kontroli jeszcze) i mogę brać się za kolejne treningi! To teraz za tydzień maraton w Brukseli i muszę koniecznie złamać 3:10 a na wiosnę - wiadomo, gonię dalej króliczka z 2:59:59 wypisanym na ogonie :)
wtorek, 22 maja 2018
Memoriał Sławomira Rosłona - 5000m
Czym się różni 5km od 5000m? Jak zapytamy fizyka albo matematyka to powiedzą że to to samo, ale zapytajcie biegacza :) Biegacz od razu powie że 5km to zawody biegane po ulicy a 5000m na stadionie.
Fajnie jest czasami pobiec na stadionie - to dobrze wpływa na prędkość - na ćwiczenie tej prędkości. Gdy dowiedziałem się że pod bokiem - w Piasecznie będzie taka możliwość to szybko się zapisałem. Z okazji pierwszej rocznicy śmierci trenera który zbudował lekką atletykę w Piasecznie - Sławomira Rosłona odbył się w ostatnią niedzielę memoriał jego imienia.
Zawody zrobiono z niezłym rozmachem: stadion w Piasecznie jest naprawdę fajny, zaproszono całkiem mocne towarzystwo (w tym z zagranicy) i miło było popatrzeć na te zawody. Podjechaliśmy we trójkę (tylko z najmłodszą córką) odebrać numer startowy dla mnie i trochę pokibicować, niestety na krótko z racji wieku najmłodszej pociechy. Ja zapisałem się na jedyny dystans na który dopuszczono amatorów: 5000m. Startowaliśmy na koniec, zaraz po 20:00.
Wcześniej była seria 5000m zawodowców - mocno się ścigali Emil Dobrowolski, Yared Shegumo i Kamil Jastrzębski. Yared niby trochę odpadł od tej dwójki, ale tak się spiął na finiszu że skończył drugi za Emilem :) Czasy mieli 14:24-14:26.
Lokalna "nadzieja białych" czyli Krzysztof Wasiewicz był niedługo przed metą czwarty, ale jednak na samym końcu wyprzedził go Piotr Mielewczyk (obaj 15:07). A siódmy było "Nagor" znany z pisania do czasopisma "Bieganie" (15:30), ze znanych mi jeszcze na 11-tym miejscu Piotr Cypryański 16:10 - z nim możliwe że uda się zorganizować u nas w pracy sesję treningową :)
Jeszcze muszę się wytłumaczyć z kibicowania Piotrowi Mielewczykowi ("korporunner"), mimo że ścigał się z naszą lokalną gwiazdą z Piaseczna (Krzysztofem Wasiewiczem). Po prostu ten Piotr Mielewczyk jest jak ja z Lęborka i nawet chodziliśmy do liceum w tym samym budynku (chociaż ja do ogólniaka a on do ekonomika i w oczywiście ładnych kilka lat później ;) ).
Dobra, ale jak poszedł mi bieg - zrobiłem najpierw całkiem całkiem rozgrzewkę: 5 kilometrów po terenach zalesionych wokół stadionu, trochę było zamieszania bo myślałem że startuję w drugiej serii amatorów, a startowałem w pierwszej! Dobrze że mi się udało dowiedzieć na czas o tym i tylko nie zrobiłem przebieżek tyle co chciałem przed startem... ale ustawiłem się na starcie, była też tam wychowanka tego trenera - nasza olimpijka z Nowej Iwicznej - Anna Jakubczak. Przy okazji okazało się że wychowanką tego samego trenera jest np. mama przedszkolaka który z naszą środkową córką był w przedszkolu. Trochę tych wychowanków ten trener tu ma.
No to teraz sam bieg: pogoda była idealna, w ciągu dnia było gorąco, ale my startowaliśmy tuż po zachodzie słońca. Jeszcze było jasno, ale nie było już gorąco. Krótki instruktaż i... start! Wszystko profesjonalnie jak dla zawodowców, tylko my to oczywiście amatorzy. Wyrwałem jak głupi, od razu chyba piąty byłem, ale nie trzymałem tego tempa. Plan był żeby biec 22-23 sekundy każde 100 metrów. Ale nie miałem jak tego kontrolować bo nie wiedziałem gdzie dokładnie te setki się kończą. Zaczęliśmy po przeciwległej stronie mety - bo 5000m to 12 okrążeń po 400m i jeszcze pół okrążenia: 200m. Więc kontrolowałem tempo co 200m - na mecie a potem tam gdzie startowaliśmy.
Oczywiście zacząłem za szybko - po 200m było 41s zamiast 45-46. Starałem się nie przesadzać, ale tempo spadało powoli. Pierwszy km wyszedł w około 3:35, to tempo na 17:25 :) a moja życiówka to 18:55. Wiadomo było że padnę przy tym tempie. Starałem się nie cisnąć aż tak bardzo, ale nie wychodziło to zwalnianie. Stawka była stabilna, tylko na pierwszym km mnie wyprzedziło ze 3 osoby i biegłem jako 8-my. Drugi km wyszedł w 3:43 i to już było dobre tempo, troszkę jeszcze za szybkie, ale poczułem że powinienem dać radę tym tempem dobiec (nie wiem jak i skąd). Wyprzedziło mnie jakichś dwóch zawodników w zielonych koszulkach, ale odgryzłem się za jakiś kilometr czy półtora i wyprzedziłem ich. Trzeci km w 3:45 - super tempo. Gdyby to udało się utrzymać to rekord był w kieszeni!
W pewnym momencie zacząłem liczyć w głowie że utrzymując nawet 4:00/km będzie życiówka! A tempo 4:00/km wydawało mi się spokojnie do utrzymania. Podbudowany prułem więc dalej: czwarty kilometr w 3:47 - trochę już wolniej, ale nadal to tempo idealnie mojej życiówki. Na ostatnim km udało się nie odpaść, chociaż był najwolniejszy: 3:49, momentami spadło tempo do 3:51, ale sam finisz był po 3:35!
A na mecie zobaczyłem na zegarku:
18:38
Dokładnie w oficjalnych wynikach mam 18:38,84.
Super mi wyszedł ten bieg - wreszcie w tym roku zobaczyłem że jednak nie jest tak źle: mam rekord!
Dzięki transmisji na żywo rodzinka mogła mnie oglądać w domu (najmłodsza już spała o tej porze) i fajnie było mieć ich wsparcie, to naprawdę pomaga i muszę za to tutaj podziękować!
Miałem plan wrzucić parę zdjęć z samej imprezy, ale niestety youtube zablokował tą transmisję :( w tle słychać było muzykę i youtube wykrył to automatycznie i zablokował cały film... szkoda bo można było sobie wcześniej obejrzeć jak się biegło albo innych zawodników.
Podsumowując: super było, wielkie podziękowania dla Piaseczyńskiej Kondycji która to zorganizowała, szczególnie dla głowy całej operacji: Wiesława Paradowskiego i oby udało się za rok znowu taki memoriał zorganizować!
niedziela, 10 września 2017
Warszawa 2017 16/19: BMW Półmaraton Praski i Warsaw Business Run
Mało czasu na te podsumowania, więc tak szybko: przebiegłem kolejny tydzień przygotowań. Dystans wyszedł dużo krótszy niż planowany, ale częściowo t było z racji startu. A jak te starty wyszły: ten krótki niedzielny bieg charytatywny był fajny, chociaż pomiar czasu brutto spowodował u mnie stratę ponad minuty co na 4km robi dość dużą różnicę :) Zamias 15:22 podali mi grubo ponad 16 minut :)
A co do połówki - krótko mówiąc wyszła znakomicie! Temperatura, pora, trasa - wszystko zagrało. Z minusów: oznaczenia kilometrów były po prostu beznadziejne. Między 5km a 6km wyszedł mi międzyczas 3:03 - czyli biegłem tempem maratońskim Henia Szosta. Co gorsza na starcie był taki tłok (tragedia trochę organizacyjna) że ktoś mi łokciem garmina wyłączył! Zorientowałem się po kilkudziesięciu sekundach i przez cały bieg nie wiedziałem na ile biegnę. Trzymałem więc tempo tylko wg garmina i trochę zbyt optymistycznie zacząłem się trzymać zająców na 1:25. Ech byłem pewny że za to zapłacę w końcówce, ale krótko pisząc: udało się! Miałem wrażenie że na ostatnim kilometrze trochę osłabłem, ale endo pokazuje że wcale nie :) - 4:03 wyszło!
Razem:
1:24:59
Najpierw na tablicy wyników wyświetlili 1:25:00 ale potem w wynikach jeszcze mi sekundę urwali :)Generalnie było pięknie, teraz jadę do Tarczyna na połówkę, ale już treningowo - tempem maratońskim ma być, zobaczymy czy się uda bo słońce całkiem całkiem grzeje!
| Dzień | Plan | km | Realizacja | km |
|---|---|---|---|---|
| Poniedziałek | wolne | - | 0,0 | |
| Wtorek | BS 12km + SPR 10' | 12,0 | Brak czasu i siły | 0,0 |
| Środa | BS 3km + SPR 5' + WB2 6x2km @4:00-4:05/km p. 5' + BS 2km | 21,2 | Spokojnie rano i króko, ale potem do pracy i powrót rowerem - razem 37km | 9,4 |
| Czwartek | BS 8km | 8,0 | Do pracy z tempówkami z wczoraj | 19,4 |
| Piątek | BS 8km + SPR 10' + R10x100m/100m + BS 2km | 11,9 | Tylk o6km spokojnie dało radę | 6,0 |
| Sobota | BMW Półmaraton Praski | 21,1 | BMW Półmaraton Praski + rozgrzewka | 23,4 |
| Niedziela | BS 16-18km spokojnie | 16,0 | Warsaw Business Run | 4,1 |
| Razem | 90,2 | 62,2 |
BS - bieg spokojny
SPR - ćwiczenia sprawnościowe
R - rytmy
BD - bieg długi
TM - tempo maratońskie - 4:16/km
WB2 - drugi zakres
WB3 - trzeci zakres
poniedziałek, 8 maja 2017
Bieg Konstytucji - znowu na samopoczucie
Jakoś tak się złożyło że mimo wielu już wyścigów na 5km w moim życiorysie nie mam ani jednego w którym mógłbym sprawdzić na jakim właściwie tętnie ja taki wyścig biegnę.
Bieg po dynię - nie miałem pulsometru (chyba akurat bateria mi się rozładowała, a nowa była w przesyłce jeszcze).
Trening przed maratonem w Poznaniu - zapomniałem paska pulsometru wziąć :)
Bieg Konstytucji 2015 - to był mój słynny (dla mnie :) ) eksperyment zegarkowy, czyli specjalnie nie wziąłem ze sobą zegarka i dzięki temu cieszyłem się wypasioną życiówką 19:19 która przetrwała aż dwa lata!
Los Angeles Big 5K - to był dzień przed maratonem, więc nie ścigałem się, zresztą też pulsometru nie miałem ze sobą.
Bieg Ursynowa 2014 - tutaj miałem pulsometr (juhu!) no ale czas 20:09, minęło też prawie 3 lata od tego czasu, poprawiłem wyniki od tego czasu - więc takie dane nie byłyby całkowicie wiarygodne
Bieg Ursynowa 2013 - tutaj poszedłem na całość - zapomniałem nawet zegarka :)
Test na 5km Agrykola - podobnie jak z Biegiem Ursynowa - czas słabszy dużo (20:44) i daaawno temu, niemiarodajne dane odnośnie tętna (tylko do 182 doszło).
Bieg Konstytucji 2012 - nie wiem czemu, ale też pulsometru nie miałem... może jeszcze nie kupiłem bo to były same początki (wtedy miałem Garmina Forerunner 305 do którego pulsometr dokupiłem później).
Po analizie doszedłem do wniosku że spróbuję pobiec "na czuja". Ale żeby nie musieć znowu mieć tego samego problemu następnym razem, to wymyśliłem że wezmę pulsometr i zegarek, włączę i wyłączę, ale za Chiny ludowe na niego nie spojrzę!
Nie myślałem że mi się to uda - człowiek na dużym zmęczeniu przestaje już za bardzo kontrolować co się wokół dzieje, nawet i samego siebie przestaje kontrolować :)
Trzeciego maja zacząłem więc przygotowania - tym razem chyba wszystko mi zagrało: wstałem odpowiednio wcześniej, zjadłem startowe śniadanie (cztery tosty z masłem i dżemem), dojechałem na start i miałem dość czasu na porządną rozgrzewkę - aż 6,14km wyszło w 34 minuty. W tym trzy przebieżki, było też nawet trochę rozciągania. Zegarek włączyłem w tryb zaliczania okrążeń co 500 metrów żeby potem móc to sobie przeanalizować, przekręciłem go tak, żeby mając ręce wzdłuż ciała mieć blat zegarka przy ciele. W ten sposób nie jest za łatwo biegnąc spojrzeć na zegarek :) Ustawiłem się dość z przodu - oczywiście bez przesady bo chciałem dobiec poniżej 19 minut, a nie poniżej 15 minut jak ci na pierwszej linii :) Jeszcze trochę ogłoszeń, hymn i wreszcie - ruszamy!
Na samym początku trochę tłoczno, ale bardzo krótko i nie spowolniło to za bardzo. Jak teraz patrzę na endo to widać że ruszyłem tempem 3:40/km - nieźle! Mimo że to było przecież "na czuja" to wyszło dobrze na początku. Druga pięćsetka jeszcze szybcie - 3:32/km. A wcale tam nie jest z górki, po prostu niosła mnie rywalizacja - ludzi było sporo na początku biegu. Kolejny kilometr też tym tempem 3:40/km, dopiero podbieg pod Agrykolę mnie zmasakrował. Endo mówi że tempo tych 500m (wypadło mniej więcej między 2,5 a 3km) wyniosło 4:30/km! Niby dużo, ale biorąc pod uwagę nachylenie Agrykoli - to nie jest tak źle. Chociaż patrząc na kolegów biegowych to mam nad czym popracować - jeden taki wysoki triathlonista który biegł obok od startu odstawił mnie na tym podbiegu o 10 sekund. Po wbiegnięciu na górę było ciężko, ale świadomość że to już prawie koniec (trochę naciągane, wiem) pomogła utrzymać tempo 3:55 na czwartym kilometrze. Piąty to już też trochę zbieg i powrót do tempa poniżej 3:40/km. Jeszcze długa prosta i cierpienia Wertera na niej, jeszcze dwa zakręty i już widać metę - wpadam na nią, zatrzymuję zegarek i patrzę na niego:
Wreszcie się udało - zaciskam z radości pięść i idę się pocieszyć. Szybko do samochodu i do domu pochwalić się! :)
Super mi ten bieg wyszedł, fajnie że można się pocieszyć po nieudanych startach na dychę i maratońskim - udała się ta piątka no i życiówkowa połówka w Mediolanie!
Jeszcze zwyczajowo należą się jeszcze podziękowania - tym razem naprawdę muszę mojej Żonce podziękować, ona zawsze mi dobrze doradza (co zjeść, wyspać się, wcześniej pojechać żeby się rozgrzać itd). Czasami myślę że powinna sobie zrobić papier i trenować innych, ma talent :)
P.S. Oczywiście paska od tętna na bieg zapomniałem i znowu nie wiem na jakim tętnie biegłem tą piątkę :-D !
Bieg po dynię - nie miałem pulsometru (chyba akurat bateria mi się rozładowała, a nowa była w przesyłce jeszcze).
Trening przed maratonem w Poznaniu - zapomniałem paska pulsometru wziąć :)
Bieg Konstytucji 2015 - to był mój słynny (dla mnie :) ) eksperyment zegarkowy, czyli specjalnie nie wziąłem ze sobą zegarka i dzięki temu cieszyłem się wypasioną życiówką 19:19 która przetrwała aż dwa lata!
Los Angeles Big 5K - to był dzień przed maratonem, więc nie ścigałem się, zresztą też pulsometru nie miałem ze sobą.
Bieg Ursynowa 2014 - tutaj miałem pulsometr (juhu!) no ale czas 20:09, minęło też prawie 3 lata od tego czasu, poprawiłem wyniki od tego czasu - więc takie dane nie byłyby całkowicie wiarygodne
Bieg Ursynowa 2013 - tutaj poszedłem na całość - zapomniałem nawet zegarka :)
Test na 5km Agrykola - podobnie jak z Biegiem Ursynowa - czas słabszy dużo (20:44) i daaawno temu, niemiarodajne dane odnośnie tętna (tylko do 182 doszło).
Bieg Konstytucji 2012 - nie wiem czemu, ale też pulsometru nie miałem... może jeszcze nie kupiłem bo to były same początki (wtedy miałem Garmina Forerunner 305 do którego pulsometr dokupiłem później).
Po analizie doszedłem do wniosku że spróbuję pobiec "na czuja". Ale żeby nie musieć znowu mieć tego samego problemu następnym razem, to wymyśliłem że wezmę pulsometr i zegarek, włączę i wyłączę, ale za Chiny ludowe na niego nie spojrzę!
Nie myślałem że mi się to uda - człowiek na dużym zmęczeniu przestaje już za bardzo kontrolować co się wokół dzieje, nawet i samego siebie przestaje kontrolować :)
Trzeciego maja zacząłem więc przygotowania - tym razem chyba wszystko mi zagrało: wstałem odpowiednio wcześniej, zjadłem startowe śniadanie (cztery tosty z masłem i dżemem), dojechałem na start i miałem dość czasu na porządną rozgrzewkę - aż 6,14km wyszło w 34 minuty. W tym trzy przebieżki, było też nawet trochę rozciągania. Zegarek włączyłem w tryb zaliczania okrążeń co 500 metrów żeby potem móc to sobie przeanalizować, przekręciłem go tak, żeby mając ręce wzdłuż ciała mieć blat zegarka przy ciele. W ten sposób nie jest za łatwo biegnąc spojrzeć na zegarek :) Ustawiłem się dość z przodu - oczywiście bez przesady bo chciałem dobiec poniżej 19 minut, a nie poniżej 15 minut jak ci na pierwszej linii :) Jeszcze trochę ogłoszeń, hymn i wreszcie - ruszamy!
Na samym początku trochę tłoczno, ale bardzo krótko i nie spowolniło to za bardzo. Jak teraz patrzę na endo to widać że ruszyłem tempem 3:40/km - nieźle! Mimo że to było przecież "na czuja" to wyszło dobrze na początku. Druga pięćsetka jeszcze szybcie - 3:32/km. A wcale tam nie jest z górki, po prostu niosła mnie rywalizacja - ludzi było sporo na początku biegu. Kolejny kilometr też tym tempem 3:40/km, dopiero podbieg pod Agrykolę mnie zmasakrował. Endo mówi że tempo tych 500m (wypadło mniej więcej między 2,5 a 3km) wyniosło 4:30/km! Niby dużo, ale biorąc pod uwagę nachylenie Agrykoli - to nie jest tak źle. Chociaż patrząc na kolegów biegowych to mam nad czym popracować - jeden taki wysoki triathlonista który biegł obok od startu odstawił mnie na tym podbiegu o 10 sekund. Po wbiegnięciu na górę było ciężko, ale świadomość że to już prawie koniec (trochę naciągane, wiem) pomogła utrzymać tempo 3:55 na czwartym kilometrze. Piąty to już też trochę zbieg i powrót do tempa poniżej 3:40/km. Jeszcze długa prosta i cierpienia Wertera na niej, jeszcze dwa zakręty i już widać metę - wpadam na nią, zatrzymuję zegarek i patrzę na niego:
18:55
Wreszcie się udało - zaciskam z radości pięść i idę się pocieszyć. Szybko do samochodu i do domu pochwalić się! :)
Super mi ten bieg wyszedł, fajnie że można się pocieszyć po nieudanych startach na dychę i maratońskim - udała się ta piątka no i życiówkowa połówka w Mediolanie!
Jeszcze zwyczajowo należą się jeszcze podziękowania - tym razem naprawdę muszę mojej Żonce podziękować, ona zawsze mi dobrze doradza (co zjeść, wyspać się, wcześniej pojechać żeby się rozgrzać itd). Czasami myślę że powinna sobie zrobić papier i trenować innych, ma talent :)
P.S. Oczywiście paska od tętna na bieg zapomniałem i znowu nie wiem na jakim tętnie biegłem tą piątkę :-D !
sobota, 25 marca 2017
Półmaraton Mediolan
Już jutro następny weekend czyli jak to na wiosnę - będą następne półmaratony :) najwyższy czas żeby opisać mój ostatni start! W niedzielę zgodnie z planem pobiegłem w półmaratonie w Mediolanie. Impreza całkiem fajna, ale zacznijmy od początku. Pisałem już o certyfikacie medycznym, oprócz tego trzeba się oczywiście tam zapisać i zadbać o logistykę. Na szczęście mamy już dużo tanich lotów (dla Warszawiaków: są z obu lotnisk i lądujemy w Bergamo które jest lotniskiem głównym dla Mediolanu). Z Bergamo za 5 euro dojedziemy autobusem do samego Mediolanu w niecałą godzinę. Hotele są oczywiście drogie, ale skoro nocowałem tam tylko jedną noc, w dodatku koszt dzielił się na dwie osoby (byliśmy z kolegą) to nie było sensu oszczędzać. Za 50 euro na głowę mieliśmy pokój ze śniadaniem w świetnej lokalizacji: na start, metę czy do samego centrum miasta (tej pięknej katedry) mieliśmy bardzo blisko - po kilkaset metrów.
Żeby ograniczyć czas poza domem poleciałem w sobotę rano a powrót był w niedzielę wieczorem. Trudno było loty dopasować - musieliśmy wylecieć z Okęcia a wrócić do Modlina... na szczęście było nas dwóch to mogliśmy obstawić oba lotniska samochodami i w sumie nie było tak tragicznie :)
Pobudka w sobotę 4:30, wyjście z domu 5:00, na lotnisku 5:30, wylot 6:30 a w Bergamo 8:30. W Mediolanie byliśmy na tyle wcześnie że jeszcze biuro zawodów było zamknięte :) No to zamiast metrem z dworca do centrum miasta (gdzie było biuro zawodów) poszliśmy na pieszo. Trochę zobaczyliśmy miasta i byliśmy na miejscu zaraz po otwarciu biura.
Był to tylko jeden długi namiot na głównym placu przed katedrą. Ciężko powiedzieć nawet że to było expo - ze stoisk to tylko asics który był sponsorem imprezy, wybór artykułów bardzo mały. Kilka stoisk reklamujących inne biegi, kilka innego rodzaju (ser na przykład reklamowali :) ) i to tylko. Acha, jeszcze oczywiście miejsce odbioru pakietów startowych. I tutaj pierwsze zdziwienie - kolejka wychodziła z namiotu, zakręcała i wiła się jak stonoga po placu katedralnym :) chciałem zrezygnować i przyjść wieczorem, ale chyba dobrze że dałem się namówić koledze żeby odstać swoje - z czasem kolejka tylko rosła! Odbiór pakietu u mnie sprawnie, kolega miał certyfikat medyczny po polsku - okazało się że nagle Włosi zrobili się dokładni i nie przejdzie! Musieliśmy załatwiać certyfikat w wersji angielskiej takiej jak wymagali na swojej stronie - udało się za pomocą maila i telefonu i odebraliśmy drugi pakiet.
Wtedy do hotelu, do końca dnia zwiedzanie Mediolanu i szykowanie się na start! A właściwie to nie do końca bo pod wpływem impulsu kupiliśmy dzień wcześniej bilety na mecz ligowy AC Milan - Genoa na ogromny stadionie San Siro. Podobno mieści 80 czy 85 tysięcy widzów! Było fajnie, do hotelu wróciliśmy około północy..
Zrobiłem tego dnia 30 tysięcy kroków, gdybym miał biec następnego dnia maraton to byłoby ciężko! Na szczęście przy połówce to nie ma aż takiego wpływu, chociaż pewnie jakiś nadal ma...
Co do samego Mediolanu - fajne miasto, ale jeden dzień do dwóch maksymalnie moim zdaniem wystarczy żeby je zwiedzić. Na pewno warto zobaczyć katedrę i położony niedaleko zamek rodziny Sforza - robią wrażenie. Dla zakupowiczów - pasaż handlowy obok katedry. Poza tym są freski Leonarda (ostatnia wieczerza), ale są na tyle oblegane że nie udało mi się ich zobaczyć. Trzeba rezerwować przez internet z wyprzedzeniem. Jest też opera La Scala, ale tam warto pewnie tylko pójść jako widz, bo z zewnątrz budynek jest zupełnie zwyczajny. Dla kibiców piłkarskich warty zobaczenia jest stadion San Siro i moim zdaniem tyle starczy. Resztę czasu można spożytkować spacerując włoskimi uliczkami w centrum i przesiadując w restauracjach gdzie typowo włoskie jedzenie bardzo mi smakowało.
Rankiem śniadanie a ponieważ start dopiero o 11:00 to było tyle czasu że jeszcze na poranną mszę do katedry zdążyliśmy. Piękna w środku, chociaż msza była w kaplicy za ołtarzem głównym więc staliśmy plecami do tych najładniejszych witraży :))
W tym czasie zaczęły się zawody - najpierw te krótsze biegu: 5 i 10km. Co ciekawe były to biegi w zupełnie luźnej formule. Brak pomiaru czasu, trasa wyznaczona dość luźno, ludzie ogromnymi chmarami chodzili albo biegli powiedzmy według wyznaczonej trasy. Psy, wózki itd.
Natomiast półmaraton to już z wszelkimi szykanami ;) strefy startowe, trasa ograniczona taśmami, elita z Afryki (to podobno najszybszy półmaraton we Włoszech). Wziąłem jeden żel na drogę, udało się załatwić w hotelu żeby tam wrócić po biegu i wziąć prysznic więc nie musieliśmy korzystać z depozytu - to nam bardzo podwyższyło poziom komfortu! No i... start! Oczywiście po włosku - z obsuwą blisko 10-minutową. :) w ogóle jak miał być start to biegacz z Kenii jeszcze spokojnie się rozgrzewał - widać to nie pierwszy jego start w tym kraju :)
Moim planem było około 1:26 i tyle próbowałem biec. Tempo najpierw za szybkie, ale udało się powstrzymać te zapędy chociaż częściowo (miało być średnio 4:03 a tu zegarek pokazuje 3:45... w sumie po tym uspokojeniu tempa cały najszybszy kilometr był około 3:54. Był oczywiście rozjazd między czasem kolejnych kilometrów pokazywanym przez garmina a czasem na znacznikach kilometrowych. Jednak w tłumie zawsze się trochę nadkłada drogi więc garmin pokazuje że jest szybciej. Biegło mi się wspaniałe. Było niby trochę ze ciepło - słońce grzało na tyle mocno że spaliłem sobie ramiona i twarz. Udało się temu zaradzić - na każdym wodopoju nie tylko piłem ale też mocno polewałem się wodą (polecam!!!). Na hasło "akła" Włosi podają wodę (inni biegacze, jak się napiją). Tak podpatrzyłem i skorzystałem z tego, sam też chyba raz podałem chociaż już pewny nie jestem, zmęczenie nie sprzyja dobrej pamięci :)
Pierwsza dycha to super samopoczucie i trochę obawy - bo biegłem za szybko jednak.
Pierwsza piątka 20:14 a druga nawet 19:58! Wiedziałem że przesadzam, ale zaryzykowałem - chciałem przecież łamać życiówkę. Do dwunastego kilometra było dobrze, nawet przez jakiś czas biegłem obok jedynych dwóch Polaków którzy dobiegli przede mną, a oni biegli na czas 1:25... więc dużo szybciej niż moje plany.
Trzynasty kilometr wyszedł słabo: 4:12 a potem jeszcze tylko osiemnasty 4:14 (!) i dwudziesty 4:10 były za słabo. Reszta była ok, poza tym pięknie wyszedł mi finisz. Długi, szybki - no super! Patrząc na endomondo widać źe było tego finiszu z 800 metrów ze średnią około 3:40/km!
No i teraz typowy dylemat: czy to znaczy źe za słabo pobiegłem całość czy po prostu tak super się zmotywowałem na końcu :) ? Myślę że po pierwsze poszło mi bardzo dobrze - licząc to, że nadłożyłem wg garmina ponad 300 metrów to tempo średnie wyszło 4:03/km czyli dystans półmaratonu przebiegłem po czasie 1:35:20. Po drugie nie podobały mi się tylko te trzy kilometry w drugiej części biegu. Ogólnie czas oficjalny to
1:26:35
I jestem z niego zadowolony. Ten finisz mnie cały czas cieszy. Co ten wynik oznacza przed maratonem za dwa tygodnie w Lipsku? Hmmm No ciężko mi powiedzieć. Na pewno muszę poprawić swoją życiówkę 3:03:03 z Warszawy ostatniej jesieni. Szczytem marzeń byłoby to wyczekane 2:59:59 i myślę że jest w moim zasięgu. Będzie trudno, ale jest realne... z dwóch powodów: po pierwsze w ostatnim maratonie trochę zwolniłem na koniec a cały czas trenuję te długie biegi więc liczę że to znowu ulegnie poprawie. Po drugie porównując czas z Mediolanu i Helsinek widać poprawę o 28 sekund, ale w Helsinkach był 21,20km a w Mediolanie 21,41km więc uwzględniając to poprawa byłaby o 78 sekund. Prosto mnożąc przez dwa wychodzi już 2,5 minuty. Brakuje tylko pół minuty - to się da urwać tym lepszym troszkę trzymaniem tempa pod sam koniec biegu!
Certyfikat - jak widać cały czas wyprzedzałem! :)
No, tym optymistycznym elementem myślenia życzeniowego mogę zakończyć relację :) powodzenia jutro wszystkim w Warszawie i Poznaniu!!!
Na koniec trochę jeszcze zdjęć z Mediolanu.
La Scala
Pasaż handlowy Wiktora Emanuela II
Uliczka od katedry do zamku Sforzów - po lewej arkady handlowe w renowacji
Zamek Sforzów
Kościół Santa Maria della Grazie z freskiem "Ostatnia wieczerza" Leonarda
piątek, 17 czerwca 2016
Półmaraton Helsinki
Żeby nie podtrzymywać nie za dobrych tradycji, tym razem relacja trochę szybciej :) W sobotę pobiegłem półmaraton w Helsinkach. Najpierw parę słów o mieście - nie za duże, prawdę mówiąc nie jest też bardzo-bardzo ładne. Rozbudowane chyba gdzieś koło przełomu XIX/XX wieku (dopiero na początku XIX wieku zostało stolicą). Właściwie to Finlandia jako niepodległe państwo zaistniała dopiero po pierwszej wojnie światowej. Wcześniej była zwykle pod panowaniem szwedzkim a od początku XIX wieku rosyjskim. Generalnie to tak turystycznie nie myślę żeby był to najciekawszy kierunek. W lato jest dość fajna pogoda, podejrzewam że w zimę musi to być strasznie zimno. Poza tym od morza ciągle wieje a pogoda jest nieprzewidywalna. Bardzo szybko ze słonecznej kąpieli możemy się znaleźć w środku deszczu - nawet podczas tego pobytu dwa razy tak się stało. Kurtka jest konieczna bo inaczej człowieka przewieje, z drugiej strony w słońcu w tej kurtce robi się za gorąco :)
Wracajmy jednak do biegania. A więc doleciałem w piątek wieczorem do Helsinek ze stałym kompanem biegowym Zbyszkiem (pozdrawiam). Bieg miał być w sobotę i to wcześnie rano - o 8:45. Czas lokalny w Finlandii jest przesunięty względem nas o godzinę do przodu, więc dla nas to była godzina 7:45. W dodatku przylecieliśmy dość późno (w piątek po pracy wylot z Warszawy, dojazd z lotniska) i co najgorsze - musieliśmy być dużo wcześniej żeby odebrać pakiety. Jak się to wszystko posumuje to wychodzi że nie spałem za długo...
No nic, rano szybko coś przekąsić małego i lekkiego, potem w ciuchy jeszcze nie-startowe, skoro tyle czasu przed startem jeszcze było to można było się tam przebrać. Doszliśmy te około 3 kilometry na start i odebraliśmy pakiety. Potem przebranie, krótka rozgrzewka i w sektory startowe. Co mnie zdziwiło to że stanąłem w połowie między zającami na 1:25 i 1:30 i byłem strasznie blisko startu. Potem w wynikach okazało się że różnica między czasem netto i brutto była poniżej 8 sekund. Muszę też wspomnieć o największym zdziwieniu: wydawało się że jest dużo więcej kobiet niż mężczyzn na starcie. Sprawdziłem z ciekawości w wynikach potem: 1.242 kobiet i 1.136 mężczyzn! W trakcie pobytu widziałem trochę osób które biegały rekreacyjnie po mieście i tam różnica była jeszcze większa - prawie nie widziałem biegających Finów, za to Finki często.
Na starcie jeszcze chwilę porozmawialiśmy z rodakiem z Gdańska (znowu pozdrawiam) i za chwilę byliśmy gotowi. Plan był prosty: biec po 4:08 i złamać 1:27:00!
Profil trasy nie był idealny do bicia rekordów. Trasa biegła naokoło Helsinek, przy morzu więc była płaska, ale tylko w 2/3 długości. Potem przecinała półwysep na którym są Helsinki żeby zamknąć kółko i niestety musiała przejść przez cztery wzniesienia. Największe było 30 metrów powyżej startu (18-ty km) i jeszcze trzy pomniejsze z podbiegami rzędu 10-15 metrów w pionie.
Na co tu by jeszcze ponarzekać... ;) wiatr! Wiało jak to nad brzegiem morza - całkiem mocno. W dodatku było bardzo słonecznie, mimo że Helsinki to północna Europa to jednak słońce przygrzewało na tyle że oprócz picia wody wylewałem sobie trochę na czerep. Natomiast w porządku była jedna rzecz: temperatura. Nie było chłodno, raczej ciepło, ale nie na tyle żeby przeszkadzało to w bieganiu. Strzelam że było około 16 stopni (no tylko że to słońce... jak się dało to chowałem się w cieniu podczas biegu).
Na samym biegu jak zwykle spróbowałem podzielić półmaraton na trzy części: najpierw dbać żeby nie biec za szybko, potem spokojnie tym tempem część środkowa no i końcówka - na ile dyspozycja dnia pozwoli. Wybiegliśmy więc, na ulicach kibiców nie za wiele, turystów za to trochę a my biegliśmy kółko wokół miasta. Widoki przy morzu mi się bardzo podobały, chociaż trudno było je podziwiać biegnąc tak szybko. Zagadać do towarzyszy niedoli też nie ma jak - tempo nie było konwersacyjne :) W tej części peletonu w której byłem biegaczy było oczywiście niewielu, nie dało się zbijać w grupki żeby trochę przed wiatrem się osłonić. Niby w ogóle były na biegu w większości kobiety, to moim tempem biegło ich niewiele.
Półmaratony biega mi się bardzo dobrze - tempo jest trudne oczywiście, ale nie jest tak trudne jak przy dyszce ani nie mam problemów w końcówce typu ściana w maratonie. Wyliczyłem sobie że chciałbym pobiec na 1:27 czyli że muszę trzymać 4:08/km i tyle próbowałem biec. Początek oczywiście troszkę za szybko, ale szybko zwolniłem i pierwszy kilometr wyszedł w 4:04. Na początku trzymałem to tempo bez wielkich problemów i co ciekawe nikt mnie nie wyprzedzał a ja dość szybko zacząłem wyprzedzać innych. To strasznie pomaga - nie przyspieszałem i tempa kilometrów wychodziły równo, a mimo to zacząłem szybko wyprzedzać kolejnych biegaczy. W sumie też i biegaczki, na mecie było ich przede mną już tylko 6. Ogólnie w rankingu widzę że na 10km byłem 62 a na mecie 56 :)
Biegło się bardzo fajnie, końcówka to oczywiście walka, cały czas te górki pod koniec biegu miałem z tyłu głowy i zmęczenie było tak duże że nie dałem rady już w końcówce obliczać ile mam zysku czy straty do 1:27 na mecie. Wiedziałem że strata jest, ale dałem z siebie tyle ile mogłem i ostatni pełny kilometr przebiegłem poniżej 4 minut! A już finisz - ostatnie 200 metrów to poniżej 3:30/km!
Na mecie medal - bardzo praktyczny - można nim otwierać butelki :) woda i czekanie na kolegę. A przede wszystkim wielka radość - świetnie mi ten bieg wyszedł! Cieszy wynik 1:27:03, cieszy to że wytrzymałem tempo do końca, mimo podbiegów w końcowej części i to że były siły na finisz.
Wykres tętna też bardzo podbudowuje - mniej więcej równo, trochę rośnie w miarę czasu, oczywiście jest wyższe na podbiegach, ale nie ma osłabnięcia i spadku tętna (tak jest zwykle jak człowiek nie wytrzyma tempa i zwalnia). W sumie - naprawdę fajnie wyszło, nic tylko cieszyć się na taki start przygotowań do maratonu!
środa, 20 maja 2015
Maraton Gdańsk
Maraton w Gdańsku był dla mnie wyjątkowy. Zwykle łączę bieganie maratonów ze zwiedzaniem a tym razem wybrałem się prawie w domowe pielesze, w końcu to tylko 80 kilometrów od moich rodzinnych stron. Czy to wyszło mi na zdrowie - poczytajcie :) Podzieliłem relacje na kilka części.
Dojazd
Wyjechaliśmy całą rodziną do teściów więc z Borów Tucholskich musiałem te około 100km dojechać. Warto przestudiować mapkę trasy biegu i tak ustawić samochód żeby po biegu nie czekać aż całą trasa zostanie odblokowana - tak zrobiłem w niedzielę. Ale dojechałem na miejsce w sobotę bo najpierw był:
Nocleg
Pierwszy raz spałem na sali gimnastycznej - zwykle maratony organizują takie darmowe noclegi dla biegaczy i tym razem z tego skorzystałem. Ciekawe przeżycie i w sumie na zdrowie wychodzi bo o 22:00 gaszą światło i jest cisza nocna - można wyspać się przed biegiem.
Przed biegiem
Musiałem jeszcze odebrać pakiet - w Gdańsku można było rano przed biegiem (rzadko tak jest) no i musiałem... kupić skarpetki! Zapomniałem wziąć ich z domu i znowu na zdrowie mi wyszło bo kupiłem skarpetki kompresyjne Royal Bay które świetnie zdały egzamin.
Organizacja
Muszę napisać parę słów o organizacji. To był pierwszy maraton w Gdańsku, ale widać było że sponsor ma już duże doświadczenie w organizacji biegów masowych. Nie miałem żadnych problemów - strona z informacjami miał co potrzeba, wolontariuszy było dużo i wszystko było przygotowane: stanowiska na expo, samo expo, oprawa biegu, zabezpieczenie trasy, napoje i jedzenie na trasie, ilość i jakość toalet - nie mam żadnych uwag po prostu. No chyba że system do śledzenia zawodników który według kolegów padł i nie mogli zobaczyć mojego wyniku.
Bieg
Ilość zawodników nie była ogromna - ok. 1.850. Nie było tłoczno, ustawiłem się w mojej strefie na 3:10 i pobiegłem (info dla Bartka - Bosy Biegacz startował z flagą z pierwszej linii :) ). Prawie cały bieg zresztą razem z kolegą Andrzejem którego widać na zdjęciach (pozdrawiam!). Trasa była fajna, chociaż nie jestem przekonany do przebiegania przez budynek Europejskiego Centrum Solidarności, no ale rozumiem że chciano pokazać wszystko co jest fajnego w Gdańsku. Najpierw był ten ECS, potem Starówka, potem dłuuuga prosta, Ergo Arena, duża agrafka po mieście i zbiegliśmy do morza - to było fajne. Tam biegliśmy parkiem - znowu bardzo miłe i wracamy do PGE Arena i niestety jeszcze mała agrafka żeby nabić 42km, przebiegnięcie przez stadion i wbiegamy na metę na terennie hal targowych gdzie było też expo. Po drodze były podobno tereny stoczni (tego nie bardzo pamiętam ale na zdjęciach jest :) ). No i dochodzimy do najważniejszego - jak to nad morzem: wiało jak w kieleckiem. Gdy biegło się z wiatrem albo w miejscu osłoniętym to biegło mi się super (w tym parku było najlepiej) ale niestety większość czasu - tak przynajmniej zapamiętałem - biegliśmy pod wiatr albo przy bocznym wietrze co też dawało w kość. W kilku momentach miałem wrażenie że mnie prawie zatrzymuje - szczególnie na długich otwartych prostych pod wiatr i z podbiegiem.
Biegłem na 3:10 czyli tempem 4:30/km i było to trudne przy tym wietrze. Tętno powinno być niższe, było 168 potem zgodnie z dryfem tętna poszło do 172 - widać było że bieg kosztuje mnie więcej energii niż powinien. Ja oczywiście jak zwykle brnąłem w tą ślepą uliczkę, ale gubiłem kolejne sekundy aż uzbierało się ich razem w sumie 20, ale nie miałem możliwości przyspieszyć. Czekałem na nieuchronne odpadnięcie które zawsze mnie dopadało - czasami już na 28km a czasami później, ale zwykle sporo przed 35km i kończyłem z 10 minut wolniej niż plan. Tym razem jednak (tak mi się wydaje) plan maratoński Hansonów zrobił swoje. Biegłem równo i to odpadanie było znikome do 34km a potem troszkę większe, jednak mimo wszystko małe - widać na endo poniżej. 35km to musiał być podbieg bo kolejne 4km były szybsze i w sumie tylko 4km był powyżej 5min/km i to nieznacznie. Liczyłem to kolejne stracone sekundy i walczyłem żeby wyrwać 3:15. Jeszcze stadion, wybiegnięcie z niego, ciężko już było cokolwiek przeliczać w myślach a tu zaraz po wybiegnięciu ze stadionu taki wiatr w twarz że aż sobie coś nieparlamentarnego powiedziałem. Spiąłem się i wtedy zaatakowały mnie kurcze - dopiero do mnie dotarło że cały bieg było OK i ich nie było - to też nowość, na tych ostatnich 200 metrach nie mogło mi to już przeszkodzić, dobiegłem sprintem do mety i dopiero zamieniłem się w Pinokia.
Z przejęcia nie wyłączyłem zegarka tylko nacisnąłem okrążenie. Dopiero sms dużo później dał mi dokładną informację:
a endo pokazuje że czasy na kilometrach były jak na mnie bardzo dobre - cieszy mnie ta końcówka bo zaczynam wierzyć że na jesieni wreszcie przebiegnę całość równo albo z narastającym tempem - to moje marzenie.
Co do tych kurczy (właściwie to ich braku) to myślę że to dzięki mojej żonie która kupiła mi taką fiolkę z magnezem w płynie firmy ALE. Wypiłem to wieczorem przed maratonem, poza tym przez poprzednie dwa dni piłem izotonik (izostar). Na trasie miałem żele też ALE - jakoś bardzo mi się spodobały podczas próby na długim wybieganiu - konsystencja i smal dla mnie świetne (kiedyś przy pierwszej próbie mi nie podpasowały ale teraz uważam że są świetne no i o ile wiem to polskie). Te skarpetki Royal Bay też chyba świetnie zdały egzamin bo nie miałem za bardzo dolegliwości mięśniowych po biegu a w trakcie biegu też nic nie odcisnęło ani nie obtarło.
Słowem - wygląda to na jeden wielki sukces, może nie plan maksimum ale jestem bardzo zadowolony z tego biegu!
Zdjęcia poniżej są moje, kolegi,o darmowe z fotomaraton i zrzut tych co będą dostępne na fotomaraton jak je przerobią (nie wiem czemu jeszcze teraz w środę nie można ich kupić..).
To teraz w sobotę jeszcze jeden ostatni bieg a potem podsumowanie całe wiosny i niespodzianka która będzie na jesieni, ale o tym za kilka dni :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
ADs
wczytywanie..




































