Jak nie wiadomo jak zacząć to najlepiej zacząć od początku - taki mam system ;) W sobotę położyłem się wcześniej - po cały dniu na nogach bolała mnie prawa łydka - dziwne to było. Spałem źle - trzy razy się budziłem w nocy i myślałem że to już. W końcu o 3 nad ranem miałem nawet myśl że może już wstanę bo męczy mnie to spanie :) ale policzyłem sobie że maraton za 6 godzin - to za długo i próbowałem dalej spać. W końcu wstałem o 6:00, ubrałem się w spodenki i koszulkę startową i poszedłem szybko zjeść śniadanie.
Odżywianie zasługuje na oddzielny akapit. W sobotę byłem na przyjęciu w ratuszu dla maratończyków - ten Kaiserschmarnn (omlet na słodko z rodzynkami, pokrojony w kosteczkę) jest bardzo dobry. Można było zamiast niego wziąć typowy makaron (ale wolałem ten omlet, super był). Wieczorem w restauracji włoskiej zjadłem sobie carbonarę i dużo piłem. Rano w niedzielę zjadłem dwie niewielkie pszenne bułki - jedna z kremem czekoladowym, druga z miodem, do tego płatki sniadaniowe czekoladowe z mlekiem i sok pamarańczowy. Na trasie tylko piłem wodę na każdym punkcie i nic nie jadłem. Godzinę przed biegiem zjadłem batona energetycznego, 10 minut przed startem żel Aptonia owocowy a na trasie miałem dwa żele płynne i jeden tradycyjny (te płynne mają mniej kalorii) - wszytkie isogel firmy high5. Po biegu nie byłem odwodniony, nie czułem się głodny jeszcze dość długo więc myślę że jedzienie i picie było dobrze zaplanowane.
Po śniadaniu toaleta, zakładanie zegarka, pulsometru itd i 8:20 poszedłem na start. Pogoda się szybko zmieniała. W sobotę było już naprawdę ciepło ale był mocny wiatr który zupełnie zmieniał odczuwalną temperaturę. Natomiast w niedzielę od rana było bez wiatru i było cieplej. W sumie takie były prognozy... Przeszedłem na start pierwsze 1,5km trasy maratonu - policja zabezpieczała już ruch, mnóstwo ludzi szło na start. Bardzo fajna jest ta atmosfera przed startem :) Podszedłem do swojej strefy (niebieska, firmowana przez BMW, która miała startować jako druga - na czas 3:00 - 3:30). Niestety można było wchodzić gdzie się chciało i w praktyce na starcie był tłok bo obok mnie widziałem sporo osób z kropkami na numerach startowych (oznaczających strefę startową) które pokazywały wolniejsze czasy. Jak w tym tłoku przecisnął się koło mnie starszy brzuchacz i pomaszerował na przód to nie wytrzymałem i spytałem się ludzi stojących obok w jakiej strefie jestem. Straciłem pewność czy dobrze stanąłem :) okazało się że dobrze stanąłem (za połową mojej strefy) tylko inni stanęli źle.
Wyskoczyłem szybko jeszcze raz do toalety i zdążyłem przed startem wrócić do strefy. Maraton ruszył - najpierw elita, potem my - plebs :) Na początku było tłoczno ale po zaprawie na Biegnij Warszawo nawet mi to nie przeszkadzało za bardzo. Wyprzedzałem i utrzymywałem założone tempo czyli 4:44/km. Po krótkim podbiegu pod most zaczął się duży zbieg na którym tempo mi wzrosło bo starałem się utrzymać ten sam wysiłek. Przebiegliśmy cały most Reichsbrucke, ulicę Lasallestrasse przy której mieliśmy hotel (i stała tam moja Żonka no ale nie widziałem jej bo po drugiej stronie ulicy była) i skręciliśmy w lewo na Prater. Miałem w nogach dopiero 3km i uświadomiłem sobie że jestem cały zlany potem - zdziwiłem się, tętno też wysokie, nie takie jak na treningach z taką prędkością! Powodem była temperatura i chyba moje małe problemy zdrowotne. Od dwóch dni pogarszało mi się - ból gardła, chrypa a w niedzielę rano obudziłem się zupełnie bez głosu (do tej pory się utrzymuje, nawet mi się pogarsza). W tym momencie powinienem był już zwolnić ale w szale bicia rekordów leciałem nadal na wynik 3:20. Jak to się mówi pewnie kroczyłem w kierunku przepaści :)
Bieg przez Prater był miły - pierwsza piątka jeszcze na Praterze. Już na tym etapie zbiegałem na lewo mimo że to nadkładało drogi ale wtedy biegłem w cieniu drzew. Czas na 5km: 23:12 czyli średnio 4:38,5/km. Za szybko ale de facto tylko na zbiegu z mostu biegłem szybciej, poza tym trzymałem założone tempo. Dobiegliśmy do Dunaju i skierowaliśmy się na północ. Na każdym punkcie odświeżania piłem trochę wody. Niestety często ludzie przy punktach z wodą po prostu STAWALI i się na nich wpadało. Potem się nauczyłem żeby zakładać że biegacz przede mną stanie sobie po wzięciu kubka przy stole i zacznie pić - próbowałem podbiegać do końcowych części stołów z piciem.
Druga piątka wzdłuż rzeki (pod koniec wypatrywanie mojego kibica, niestety znowu nieudane). Około 8-9 kilometra poczułem że super-hiper-sportowe spodenki do biegania Asics'a obcierają mi uda. Przypominam: 8-9km, wtedy wiedziałem już że mogę sobie załatwić mega-obtarcia. Sam jestem sobie winny bo podczas próby generalnej stroju (32km) miałem pod tymi spodenkami majtki do biegania a w niedzielę ich nie założyłem. To był strasznie głupi postępek, nie wpłynął na sam bieg ale bardzo mocno wpłynął na moje ogólne samopoczucie po biegu (do tej pory i jeszcze kilka dni będzie bolało, pierwszej nocy po biegu miałem problemy ze spaniem przez te rany). Czas drugiej piątki: 24:05 czyli w porządku - troszkę straciłem ale było już troszeczkę pod górę. Tymczasem przebiegliśmy przez rzekę i obiegamy starówkę od południa. Kibiców jest sporo, biegnie się przyjemnie (gdyby nie to słońce), chociaż robi się momentami konkretnie pod górę. Odbiegamy od starówki w kierunku Schoenbrunn - 15km kończy się jeszcze przed tym pałacem (nazywają to zamkiem nie wiem czemu). Czas trzeciej piątki 23:52 - zgodnie z planem (12 sekund wolniej ale tu jest cały czas podbieg). Pijemy na punkcie odświeżania, między 16 a 17 kilometrem pierwsza zmiana sztafety oddaje pałeczki - trochę z tym zamieszania, ja lubię biec z brzegu trasy bo mniejszy tłok i łatwiej w cieniu być a tutaj musiałem na środek zbiec bo po obu stronach drudzy biegacze sztafet wypatrują kolegów i można się władować na kogoś kto akurat skończył bieg.
Trochę żałuję że nie było widać samego Zamku Schoenbrunn, tylko stację kolejową o tej nazwie ale biegnę dalej. Pamiętam że zaraz będzie najwyższy punkt trasy - przy Mariahilferstrasse w okolicach 18km. Biegnę dalej równym tempem na 3:20 - mijam 20km który już jest na zbiegu. Troszkę chyba zwolniłem na podbiegu ale przyspieszyłem na zbiegu - niby sensownie bo średnia wyszła w porządku: czwarta piątka 23:57.
Zaraz potem - zbiegają do mety półmaratończycy a ja dzielnię pedałuję z lewej strony no bo "maratun-links" jak to mówią kierujący ruchem (tak wymawiają maraton po niemiecku :) ). Obiegamy starówkę od zachodu i północy i wracamy na Dunaj. Od dawna nie patrzę na tętno - było powyżej 170 prawie od początku, a to mi zupełnie nie pasowało. Dla przykładu dwa tygodnie przed maratonem robiłem 24km tempem maratońskim i średnio było 162 a warunki były też trudne bo marznący śnieg z wiatrem. Tak jak pisałem wcześniej - powinienem już na pierwszej piątce zrewidować moją szaleńczą taktykę na ten bieg i znacznie zwolnić. Może wtedy cieszyłbym się z połamania 3:30 a tak... no właśnie: piąta piątka była ostatnią sensownie przebiegniętą. Było w niej dużo zbiegu a ja starałem się utrzymywać poziom wysiłku. Problem w tym że ten poziom był na mnie za wysoki. Czas 20-25km wyszeł 23:13 - bardzo szybko. Zaczyna się bardzo długa "prosta" wzdłuż rzeki aż do Prateru i wtedy w połowie szóstej piątki zaczęły się schody. Nigdy jeszcze tak szybko nie miałem problemów na maratonie. Nawet to że akurat w tym czasie udało mi się wypatrzeć wreszcie Żonę i nawet uśmiechnąć się do zdjęcia nie pomogło mi. Po prostu nagle przestałem mieć siły na bieg. Tempo (i tętno) spadało a ja nie mogłem przyspieszyć. Ciężko mi powiedzieć czemu w tym momencie nie mogłem biec - nie miałem jeszcze kurczy, nie czułem że brakuje mi wody - domyślam się że skończył się glikogen a mój organizm nie nauczył się jeszcze tak efektywnie spalać tłuszczu żeby się przestawić i nadążać z podażem energii potrzebnej mięśniom. Czas tej szóstej piątku z której połowa była jeszcze normalnie przebiegnięta: 28:21.
Wbiegamy znowu na Prater. Tutaj za jakiś czas miał się zacząć kryzys a ten już dawno się rozgościł :) Biegnie się źle - tętno mi spadło, pojawiły się kurcze. Czuję że po zwolnieniu tempa mam już znowu siły, ale jak próbuję przyspieszyć to zaczynają się kurcze. Co ciekawe nie w udach gdzie zwykle miałem ale w łydce. I nie w tej prawej co wczoraj bolała po chodzeniu po Wiedniu tylko w lewej! No i tak wlekę się w żółwim tempie - wtedy myślałem że ponad 6min/km ale czas siódmej piątki pokazuje że było to 5:40/km (czas piątki 28:21)- i tak nieźle jak na to jak myślałem że moje tempo wygląda. Walczę ze sobą aby nie przejść do marszu. Pierwsza mała agrafka po Praterze, potem druga ogromna. Pojawiają się myśli typu "a jak by tutaj skrócić albo w ogóle usiąść na trawie?" ale jestem dzielny i nawet potem (poza Praterem) na zakrętach nie przebiegam po chodnikach tylko asfaltem cały czas. Po 36km wybiegamy z Prateru i jest najgorzej - najgoręcej, pod górę i w pełnym słońcu. Biegniemy znowu wzdłuż Dunaju. To znaczy ja biegnę, inni idą albo i gorzej. Jeden leży bez ruchu na trawie na boku, obok klęczy kilka osób, jedna dzwoni po pomoc. Za kilkadziesiąt metrów zawodnik klęczy, pośladki na piętach a ręce z przodu i bardzo energicznie żegna się ze śniadaniem. Ja wciąż truchtam, przeszedłem do marszu tylko na kilka momentów - dwa razy żeby się napić na punktach odświeżania (otworzyli ich więcej niż było na mapie - chyba ze względu na temperaturę). Raz na podbiegu chciałem spróbować czy marszem nie będzie szybciej niż tym świnskim truchtem, ale po kilku krokach okazało się że jednak truchtam szybciej. No i jeden raz musiałem się zatrzymać bo złapał mnie tak mocno kurcz w lewej łydce że nie byłem w stanie nawet iść. Porozciągałem łydkę kilka sekund i powoli zacząłem biec - udało się.
Ósma piątka wyszła najtragiczniej: 32:19 - to jest 6:28/km! Czułem że dałbym radę biec szybciej ale jak próbowałem to znowu wracały kurcze. W końcu wbiegliśmy na ostatnie 2,195km - kibiców naprawdę dużo. Nie dopingują tak żywiołowo jak w Paryżu ale w końcu jesteśmy w poukładanym poważnym niemieckojęzycznym mieście więc i tak doping jest duży. Ja mam o tyle lepiej że napis "POLSKA" na koszulce jest rozpoznawalny, rodaków biegło sporo a ich kibice dopingowali przy okazji i mnie :)
Może ostatnie 2 kilometry pominę - nic ciekawego poza osiołkiem ze Shrek'a (*cmok* daleko jeszcze?) się nie działo. Ostatnie 200 metrów przebiegłem "sprintem" czyli 4:13/km i zakończyłem te męczarnie.
Czasy piątek na wykresie
Dyplom - certyfikat ukończenia
Czas na wnioski: dlaczego tak źle poszło skoro miało być tak pięknie?
1. beznadziejna taktyka - po takiej udanej połówce (1:33) uwierzyłem że dam radę przebiec maraton w 3:20. Teraz wiem że daleka droga przede mną jeszcze do takiego wyniku.
2. zły plan treningowy - za mało długich wybiegań - mój organizm nie umie sobie poradzić z dostarczaniem energii z tłuszczów. Dlatego myślę że dopóki glikogenu starczy to lecę dobrym tempem a jak się skończy (tu się skończył szybciej bo tempo większe było) to tak drastycznie zwalniam.
Pozostałem punkty wymieniam dla porządku - te pierwsze dwa to główne powody, takie pra-przyczyny, ale i te mniejsze powody trzeba sobie w głowie poukładać żeby na przyszłość je pominąć:
3. pogoda - w tej temperaturze trudno było o bieg "po bandzie". Widać po wyniku najlepszego biegacza który rok temu ustanowił rekord trasy. W tym roku miał prawie 2 minuty więcej czyli skalując na moje wyczyny to wychodzi 3-4 minuty
4. szlachetne zdrowie - ta strata głosu z katarem i kaszel to chyba jakaś infekcja wirusowa, zapewne małą cegiełkę dorzuciło to do odcięcia zasilania po 27km
Jak by temu zapobiec na przyszłość? Następnym moim celem jest teraz maraton w Berlinie za 24 tygodnie (po drodze za 10 tygodni jest maraton w Lęborku ale nie jest on celem głównym). Przyznam się że miałem plan skorzystać z treningu według książki Danielsa, ale po maratonie w Wiedniu nie wiem czy to ma sens.
Biję się z myślami co zrobić - widzę dwie opcje:
1. Zacząć 24-tygodniowy plan Danielsa tak jak planowałem
2. Zrobić 10-tygodniowy mój własny plan treningowy pod maraton w Lęborku i jak zadziała to go kontynuować pod Berlin albo po nim zrobić skróconą wersję Danielsa (on opisuje jak skracać plan).
Za Danielsem przemawia to że jest on świetnym trenerem a w planie widzę bardzo ciekawe biegi które powinny pomóc na moją przypadłość - długie biegi i spokojne ale także takie w których najpierw jest spokojnie a potem przyspieszenie do maratońskiego tempa (czyli nauka spalania tłuszczów) albo takie długie biegi w których w środku jest kilka razy bieg w tempie progowym. Widzę że u kolegów z bieganie.pl ten plan znakomicie działa i skłaniam się do tej opcji.
Za moim planem przemawia to że zaadresuję w nim dokładnie to co chcę - czyli "wydłużenie się" - przeniesienie wyników z krótszych dystansów na dłuższe. Skompilowałem w nim wskazówki z Danielsa, forum bieganie.pl, gazet typu bieganie i RW - wstawiając różne rodzaje długich biegów. Minusem jest to że trener ze mnie żaden, plusem to że jakąś tam ufność w moją zdolność logicznego rozumowania i podstawową wiedzę z fizjologii to chyba mam.
Tak więc wszystkie uwagi i rady będą mile widziane, Numer audiotele do głosowania na obie opcje podam później ;)
Na koniec trochę optymizmu - co było fajnego w tym wyjeździe? Przede wszystkim dwie przebieżki poranne z Żonką - pierwszy raz w życiu mogliśmy razem pobiegać (tu podziękowania dla moich rodziców którzy wiem że czytają czasami - za zaopiekowanie się naszym narybkiem). Bardzo mnie martwiło moje kolano przed wyjazdem - ale nie wspomniałem o nim ani razu w całej relacji, trzeba więc to teraz napisać: kolano wcale nie bolało, ani trochę, czy to podczas maratonu czy po nim - po prostu jestem w siódmym niebie pod tym względem! Podobał mi się też wyjazd od strony turystycznej i od strony rodzinnej (rzadko możemy pojechać sami, właściwie to ja nawet wolę jechać z dziećmi). W końcu muszę przyznać że ten wynik z Wiednia zadziałał mi na ambicję i w moim mieście rodzinnym postaram się go znacznie poprawić!
Dziękowałem już rodzicom za pomoc, muszę podziękować Żonie za wielkie wsparcie podczas całego wyjazdu i na końcu wszystkim kibicom - internetowym którzy bardzo mnie mobilizowali i tym na trasie którzy krzyczeli czy to "Polska" czy z austriacka "Pou-len"!
1. beznadziejna taktyka - po takiej udanej połówce (1:33) uwierzyłem że dam radę przebiec maraton w 3:20. Teraz wiem że daleka droga przede mną jeszcze do takiego wyniku.
2. zły plan treningowy - za mało długich wybiegań - mój organizm nie umie sobie poradzić z dostarczaniem energii z tłuszczów. Dlatego myślę że dopóki glikogenu starczy to lecę dobrym tempem a jak się skończy (tu się skończył szybciej bo tempo większe było) to tak drastycznie zwalniam.
Pozostałem punkty wymieniam dla porządku - te pierwsze dwa to główne powody, takie pra-przyczyny, ale i te mniejsze powody trzeba sobie w głowie poukładać żeby na przyszłość je pominąć:
3. pogoda - w tej temperaturze trudno było o bieg "po bandzie". Widać po wyniku najlepszego biegacza który rok temu ustanowił rekord trasy. W tym roku miał prawie 2 minuty więcej czyli skalując na moje wyczyny to wychodzi 3-4 minuty
4. szlachetne zdrowie - ta strata głosu z katarem i kaszel to chyba jakaś infekcja wirusowa, zapewne małą cegiełkę dorzuciło to do odcięcia zasilania po 27km
Jak by temu zapobiec na przyszłość? Następnym moim celem jest teraz maraton w Berlinie za 24 tygodnie (po drodze za 10 tygodni jest maraton w Lęborku ale nie jest on celem głównym). Przyznam się że miałem plan skorzystać z treningu według książki Danielsa, ale po maratonie w Wiedniu nie wiem czy to ma sens.
Biję się z myślami co zrobić - widzę dwie opcje:
1. Zacząć 24-tygodniowy plan Danielsa tak jak planowałem
2. Zrobić 10-tygodniowy mój własny plan treningowy pod maraton w Lęborku i jak zadziała to go kontynuować pod Berlin albo po nim zrobić skróconą wersję Danielsa (on opisuje jak skracać plan).
Za Danielsem przemawia to że jest on świetnym trenerem a w planie widzę bardzo ciekawe biegi które powinny pomóc na moją przypadłość - długie biegi i spokojne ale także takie w których najpierw jest spokojnie a potem przyspieszenie do maratońskiego tempa (czyli nauka spalania tłuszczów) albo takie długie biegi w których w środku jest kilka razy bieg w tempie progowym. Widzę że u kolegów z bieganie.pl ten plan znakomicie działa i skłaniam się do tej opcji.
Za moim planem przemawia to że zaadresuję w nim dokładnie to co chcę - czyli "wydłużenie się" - przeniesienie wyników z krótszych dystansów na dłuższe. Skompilowałem w nim wskazówki z Danielsa, forum bieganie.pl, gazet typu bieganie i RW - wstawiając różne rodzaje długich biegów. Minusem jest to że trener ze mnie żaden, plusem to że jakąś tam ufność w moją zdolność logicznego rozumowania i podstawową wiedzę z fizjologii to chyba mam.
Tak więc wszystkie uwagi i rady będą mile widziane, Numer audiotele do głosowania na obie opcje podam później ;)
Na koniec trochę optymizmu - co było fajnego w tym wyjeździe? Przede wszystkim dwie przebieżki poranne z Żonką - pierwszy raz w życiu mogliśmy razem pobiegać (tu podziękowania dla moich rodziców którzy wiem że czytają czasami - za zaopiekowanie się naszym narybkiem). Bardzo mnie martwiło moje kolano przed wyjazdem - ale nie wspomniałem o nim ani razu w całej relacji, trzeba więc to teraz napisać: kolano wcale nie bolało, ani trochę, czy to podczas maratonu czy po nim - po prostu jestem w siódmym niebie pod tym względem! Podobał mi się też wyjazd od strony turystycznej i od strony rodzinnej (rzadko możemy pojechać sami, właściwie to ja nawet wolę jechać z dziećmi). W końcu muszę przyznać że ten wynik z Wiednia zadziałał mi na ambicję i w moim mieście rodzinnym postaram się go znacznie poprawić!
Dziękowałem już rodzicom za pomoc, muszę podziękować Żonie za wielkie wsparcie podczas całego wyjazdu i na końcu wszystkim kibicom - internetowym którzy bardzo mnie mobilizowali i tym na trasie którzy krzyczeli czy to "Polska" czy z austriacka "Pou-len"!
Trochę zdjęć na koniec:
Odbieranie pakietu
Koszulka była dodatkowo płatna (25 euro) ale jest tego warta.
Przyjęcie dla maratończyków w ratuszu - super klimat, szkoda że dość krótko tam byliśmy
Dzień przed startem a już na linii mety
27km - już wiedziałem że słabnę ale do Żony to miałem siłę się uśmiechnąć
Ostatnie 200 metrów po dywanie
Ręce do góry że niby tak dobrze poszło :)
A tu widać ładnie i zegar - różnica brutto-netto trochę ponad 4 minuty
Po biegu szybko doszedłem do siebie - najszybciej z wszystkich maratonów. Gdyby nie otarcia od spodenek to byłoby super.
Wykresy z endo - tętno od początku 170...
Wykresy z endo - tętno od początku 170...
Poniżej miniaturki zdjęć z maratonu które mogę kupić ale jakoś cena 19 euro za jedno (!) zdjęcie albo 39 euro za wszystkie troszkę mnie odstrasza :)





