niedziela, 6 września 2026

Praska Piątka 2026

Oj dawno już nie startowałem w takim dużym, normalnym biegu ulicznym. Przez tą kontuzję uda miałem dość długą przerwę, zresztą były też wakacje po drodze. Ale trzeba szczerze przyznać że 2,5 miesiąca wypadło z treningów i to mnie cofnęło o lata świetlne. Oczywiście w sensie wyników, to nie jest tak że strasznie z tego powodu rozpaczam. Najważniejsze zawsze było biegać zdrowo - więc spokojnie robiłem swoje, żeby jak najszybciej ale przede wszystkim trwale wyjść z tego problemu. A jak wyszło? To może opiszę na koniec.

Ten bieg był jeszcze wyjątkowy z innego powodu - po raz pierwszy organizowałem w mojej nowej pracy bieg dla naszej firmy. Na razie udało się namówić 10 osób (dwie się wykruszyły niestety), mam nadzieję że kolejne biegi się jeszcze lepiej udadzą :) zdjęcie "rodzinne" mamy, ale na prywatnym blogu nie będę wrzucał :)

Na bieg bardzo próbowałem namówić kolegów i rodzinę (bo miałem dodatkowy pakiet z powodu tego wykruszenia), niestety za krótki czas był i sam pojechałem. Jak zwykle miałem za dużo czasu do wyjazdu, a jak w końcu wyszedłem z domu to się okazało że jest na styk. Szybko samochodem dojechałem w okolice ulicy Ludnej i (całe szczęście!) szybko znalazłem miejsce parkingowe przy samym moście Poniatowskiego. Przebiegłem się tym mostem w ramach rozgrzewki i mniej więcej udało się na czas spotkać z kolegami z pracy. Krótko pogadaliśmy, zdjęcie i szybko na rozgrzewkę musiałem uciekać. Zrobiłem w sumie 3km w tych ćwiczenia w biegu i przebieżki - nic nie skracałem bo naj(NAJ)ważniejszy cel tego biegu to dobiegnięcie w dobrym zdrowiu do mety i udowodnienie sobie że już mogę normalnie biegać jak zawsze do tej pory.

Zawsze mam jakiś plan na bieg (taki liczbowy), ale tym razem nie miałem pojęcia na co liczyć. Ostatnia piątka była miesiąc temu i nie była zbytnio szybka: 23:16. No ale to było w upalnym Tokio, poza tym już miesiąc biegam i to powinno podnieść sporo mój poziom sportowy. Zaplanowałem więc sobie że nie będę patrzył na zegarek wcale. Ustawiłem łapanie okrążeń co 500m i chciałem to po biegu dopiero przeanalizować, a sam bieg pobiec na wyczucie. Nie spodziewałem się poprawy ogromnej z Tokio, tak po cichu liczyłem na plan maksimum 20:59.

Atmosfera przed biegiem była super - tłumy biegaczy, bardzo fajna muzyka - brakowało mi tego. Poczułem się znowu jak ryba w wodzie :) Ale nie przedłużajmy - kilka energetycznych kawałków i... wystartowaliśmy! 

Bieg nie jest długi - w końcu to tylko piątka. Ruszyliśmy Zieleniecką, dwa skręty w lewo i długa prosta na Most Świętokrzyski. Most jak to most - pośrodku ma najwyższy punkt, co oznacza podbieg. Nie pamiętam żeby mi ten pierwszy podbieg sprawił problem, chociaż do poczułem. Jeszcze na rozgrzewce czułem że biegnie mi się ciężko, ale na samym biegu emocje to wygłuszyły i pierwsze dwa kilometry biegło się bardzo dobrze (chociaż dość trudno). Nie patrzyłem na zegarek zgodnie z umową (z samym sobą), ale zerkałem na samą górę cyferblatu na tętno - było 175. Nie było więc tak wysokie jak zwykle miewam na takich wyścigach (spodziewałem się raczej 180), ale nie było obijania się - było wysokie. Nie mogło chyba być wyższe bo jeszcze nie powróciłem do formy z wiosny.

Elita już była po nawrotce i miała jakieś 7 minut biegu za sobą gdy ich mijałem, ale jakoś nikogo nie poznałem. Ja też zaraz zawróciłem i po 2km była nawrotka. Czyli wracamy tym samym mostem czyli znowu podbieg! Co dziwne - spodziewałem się że będzie gorzej, ale nie było aż tak źle. Jeszcze trzymałem się jakoś. 

Za mostem skręt w prawo na Wybrzeże Szczecińskie i tutaj już było ciężko. Czułem że nie daję radę i że zwolniłem. Raz nawet po 3,5km gdy chciałem sprawdzić tętno wyświetlił mi się czas okrążenia 2:12 co mnie trochę podłamało - bo to tempo 4:24/km przecież czyli dużo wolniej niż moje nieśmiałe założenia (4:12/km musiałoby być). Na Wybrzeżu druga nawrotka (nie lubię) i już niby "tylko do mety". Oj było ciężko i czułem że nie jest dość szybko, natomiast szczerze przyznam - jakoś to wytrzymałem, nie było to duże odpadnięcie (ale było). Jeszcze tylko 4 zakręty (żeby nie było za łatwo) i wreszcie meta! Zatrzymałem zegarek i udało się odcyfrować wynik:

21:17

Nie jest to plan maksimum, ale na pewno jest to plan "środkowy" wypełniony. Co najważniejsze - nic nie boli! Mimo że to był szybki i nie za krótki bieg - nic się nie odezwało, nie ciągnie w mięśniach - no wreszcie mogę myślę wrócić w pełni do normalnych treningów! 


Analiza biegu poniżej - zaznaczyłem które odcinki były dużo za wolne. Nie ma w sumie zaskoczenia: pierwszy podbieg na most, a potem to jak zwykle końcówka biegu oprócz finiszu (500m) gdzie trochę przycisnąłem. Ale to był krótki finisz, bo naprawdę się zmęczyłem!

No dobrze to tak na koniec - super że wreszcie znowu sobie pobiegłem w takim dużym masowym biegu. Bardzo fajnie było stanąć znów w tłumie biegaczy na starcie i poczuć tą atmosferą. Cieszę się strasznie z tego że nic mnie nie pobolewało przed, w trakcie czy po biegu. Sam wynik to może tak na 85% jestem zadowolony - czyli całkiem-całkiem :) 

To teraz jutro bieg długi - w końcu start A sezonu to maraton, za trzy tygodnie dycha w Warszawie, potem już za tydzień połówka w Manchesterze, no i zostaną już tylko ostatnie (dokładnie pięć) tygodnie do maratonu w Nicei!


  

ADs