Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Rzeźniczek 2020


Daleko te Bieszczady niestety od Warszawy, chociaż może nawet nie tak daleko dystansem tylko czasowo. Drogi nadal jeszcze w budowie i 6 godzin się tam jedzie. Ale i tak powiem Wam: warto się tam wybrać na festiwal Rzeźnika. W środę korzystając z tego że mamy "mały piątek" (bo następnego dnia Boże Ciało - więc wolne od pracy) wybrałem się po pracy w nasze Bieszczady. Nocleg mi zorganizował kolega-sąsiad z naszej grupy biegowej MILA (dzięki Tomek!) więc rano już tylko 30km dojechałem do Cisnej. Zaparkowałem pod szkołą, odebrałem pakiet i... w góry!
 

Plan miałem żeby pobiec jak najszybciej - mimo że w tym roku z racji koronawirusa nie było oficjalnie rywalizacji. Chociaż pomiar czasu był, jednak mieliśmy aż około tygodnia na przebiegnięcie tego dystansu. Trasa było oznakowana, nie było punktów odżywczych. Była też zupełnie inna trasa. Start i meta w Cisnej (zamiast tylko meta a start po wywiezieniu kolejką wąskotorową). Wziąłem ze sobą bukłak izotoniku, dwa żele (na 26km powinno starczyć) i po wizycie w krzakach (no bo z racji koronawirusa nie było toalet) wybiegłem na trasę!


Trasa zaczynała się strasznym błotem na podejściu do czerwonego szlaku, ale potem przez ponad 10km było co prawda pod górę, ale tak wygodną drogą że kilometry od 2-go do 12-go włącznie wchodziły średnio po 5 minut. Było nawet 4:26 i 4:34... w górach z plecaczkiem :)
A potem od 13-go kilometra zaczął się Rzeźniczek. Podejście jak na profilu powyżej, w dodatki było gorąco, duszno bo miała być burza po południu, wcześniej padało i błoto się zrobiło na podejściu. Kilometry weszły w 11 minut i 12,5 minuty (nawet tego nie kontrolowałem na trasie, teraz spisuję z endomondo). No i główna część zabawy - bieg granią a potem czerwonym szlakiem w dół. Zbieg dość trudny jak dla mnie (nie jestem doświadczony w biegach góskich). Wydaje mi się że trudniejszy niż rok wcześniej, ale dużo krótszu odcinek był taki trudny (bo 11km było po łatwym bardzo terenie) więc trudno mi jednoznacznie przyznać: czy było ogólnie łątwiej czy trudniej?
Zmęczyłem się okrutnie, nie oszczędzałem się (chociaż na początku nie cisnąłem na maksa bo chciałem mieć siły do końca biegu). Rok wcześniej miałęm 3:07, ale dystans był o kilometr dłuższy. Z drugiej strony rok wcześniej był prawdziwy wyścig - to dopinguje do większego wysiłku. W tym roku startowaliśmy w dużym rozproszeniu, chociaż mój termin - czwartkowy ranek (8:40) był całkiem obsadzony. Na trasie spotkałem co najmniej kilkudziesięciu biegaczy i biegaczek Rzeźniczka (i wielu turystów) i ponieważ nie oszczędzałem się to muszę się pochwalić że nikt mnie nie wyprzedził :)
Po tym strasznym podejściu (bo podbiegiem nie można nazwać tych dwóch kilometrów w tempie niecałych 3km/h) nie było wcale łatwo. Mimo że już przewyższenia nieporównywalnie małe (patrząc na to strome podejście) a końcówka przecież identyczna jak rok temu trasy, to tempo widzę teraz wolniejsze o 30 sekund chyba. Chociaż znowu - to zależy bardzo od podłoża a było błotko co nieco. Trudno porównywać. W dodatku łapały mnie chwilowo kurcze, na szczęście nic poważnego żebym się musiał zatrzymywać. Pod koniec prawie zgubiłem trasę, zatrzymałem się na chwilę, ale trafiłem na błotnistą ścieżkę powrotną i wbiegłem z czasem.... 3:00:09 :)
Chciałem co prawda złamać te 3 godziny, ale ja jestem ekspertem w nie-łamaniu trzech godzin przecież!





A to zdjęcie dobrze oddaje samopoczucie na mecie :)

niedziela, 3 maja 2020

Wings fol Life 2020

 
Na bezrybiu i rak ryba chciałoby się napisać, ale to nie byłoby całkiem uzasadnione. Zapisałem się na tegorocznego Wingsa trochę z takim nastawieniem, jednak wyszło całkiem fajnie. Wiadomo - w dobie koronawirusa wszystkie zawody odwołane, więc człowiek na głodzie nawet na taki zdalny bieg (no przecież nie wirtualny - biega się naprawdę!) chętnie się zapisuje.
Rozreklamowałem trochę w pracy i nawet dwie osoby ze Stanów ze mną razem się zapisały. Przygotowałem się do biegu: zrobiłem mniej kilometrów w ostatnim tygodniu i tylko jeden akcent z dużym wyprzedzeniem. Cztery lata temu w Poznaniu nie poszło mi tak dorze jak chciałem - z planowancyh 42km przebiegłem tylko 29 z małym hakiem. Nie byłem gotowy na tak szybki bieg, było też gorąco. Chciałem w tym woku tylko pobić tamten wynik. Założyłem sobie więc tempo z kalkulatora na ich stronie - wyszło 4:50/km i powinno to dać 30km na mecie. Dla nie wtajemniczonych: w tym biegu zaczyna się biec przed siebie a 30 minut potem rusza za nami samochód. Gdy nas dogoni - bieg się kończy. Więc im szybciej się biegnie tym dłużej i dalej się biegnie.
Przygotowałem się w niedzielę, żonka z córkami odwiozły mnie samochodem 30km od domu żebym nie musiał po pętli biegać i wyrzuciły mnie koło Centrum Olimpijskiego na północy Warszawy. Plan był pobiec wzdłuż Wisły tak długo jak się da, potem przez Wilanów, obiec Las Kabacki i dobiec przez Konstancin Jeziorną i Piaseczno do Nowej Iwicznej gdzie mieszkamy.
Na szczęście prognozy deszczu się nie sprawdziły. Było 12 stopni i trochę wietrznie - więc odczucie zimna było trochę nieprzyjemne. Ale nie padało i to było już dobre. Ubrałem się na krótko, tylko nie mogłem mojej wingowej koszulki nigdzie odnaleźć... Pożegnaliśmy się i za parę minut miałem start.
W tym roku wszyscy biegli z aplikacją, przygotowałem ją i działała dobrze, niestety z jednym mankamentem - źle liczyła dystans :) coś pokazywała że niby słaby sygnał GPS (ciekawe czemu - nie było dużego zachmurzenia, zegarek pokazywał bardzo dobrze dystans, telefon miałem większość czasu w kieszeni spodenek, ale z boku - był w większości wystawiony "do nieba"). Na początku odstawał niewiele, jakieś kilka procent tylko. Do końca biegu nazbierał jednak grubo ponad kilometr "niedoróbki".


A jak się biegło? Najpierw bulwary nad Wisłą, biegłem w miejscach z ludźmi w maseczce - to było trochę ciężkie, na szczęście najczęściej mogłem ją zdjąć gdy nikogo nie było w pobliżu (ciężko mi się biegło w niej). Z planowanego tempa 4:50/km jak to zwykle u mnie zrobiło się 4:40/km, nawet momentami szybciej i musiałem się hamować. Jakoś mi to wychodziło. Pierwsz 10km wzdłuż Wisły było przyjemne, potem Czerniakowska i kombinowanie jak były światła - raz mi tutaj nawet garmin zwariował i chyba połknął 20 sekund bo nie wierzę że 4:20/km jeden jedyny kiloment mi wyszedł - niby do świateł się spieszyłem żeby na zielonym przebiec, ale nie aż tyle! :)



Potem długa prosta przez Wilanów - i tutaj, i na bulwarach spotykałem ludzie w koszulkach z poprzednich edycji Wingsa, nawet pozdrawiałem i mówiłem że też biegnę ten bieg, ale oni wszyscy chyba w słuchawkach byli bo raczej nie odkrzykiwali.
Potem dobiegłem do Lasu Kabackiego i miałem już 20km na liczniku. Więc nie pobiegłem prosto na Konstancin, tylko przez Las Kabacki bo za długi dystans by wyszedł. W lesie trochę straciłem - wiadomo, nawierzchnia robi swoje, ale ciągle miałem troszkę nadróbki nad tempem 4:40/km. Martwiłem się tylko że z powodu błędów w aplikacji (która pokazywała już wtedy 1,2km mniej) będzie tak że ten wirtualny samochód mnie dogoni zanim stuknie mi wymarzone 30km. Zaczynałem przeliczać tempo i moim drugim zmartwieniem było żeby zrobić 30km w 4:40/km - to też zaczynało być nie do końca pewne. Szczególnie przez stratę w lesie (no i podbieg w Powsinie przecież). W końcu las się skończył, wybiegłem znowu na asfalt i było łatwiej, ale tempo chwilowe było troszkę wolniejsze niż 4:40/km. Przeliczam - będzie na styk, w aplikacji sprawdzam - jakoś chyba dam radę przed tym samochodem. Wbiegłem do Nowej Iwicznej, mam 30km w czasie 4:40/km z dokładnością do jakichś sekund. Ale cisnę dalej - samochód w aplikacji zaraz mnie dogoni. Udało się w końcu 31,42km zrobić! Przysiadłem przy sklepie już blisko domu i za chwilę pogadałem ze znajomymi wracającym z tej samej imprezy z Lasu Kabackiego (pozdrawiam!)


Podsumowując - bardzo fajnie to wyszło, utrzymałem równe tempo - jestem z siebie bardzo zadowolony :) !


A wynik wg aplikacji był taki:


czwartek, 16 kwietnia 2020

Trenowanie w czasach zarazy


Co można robić w czasach zarazy? Wszystkie biegi odwołane, nawet nie wiadomo kiedy będzie można pobiec w jakimś wyścigu... motywacja spada oczywiście. No trzeba oczywiście patrzeć na jasną stronę życia, taką mam filozofię życiową :)

Więc skoro 19-go kwietnia miałem biec maraton w Łodzi to znalazłem sobie cel: spróbuję tego samego dnia pobiec półmaraton w podobnym tempie. Miałem łamać trzy godziny (ale pewnie tak jak na jesieni w Brukseli dobrze by było jak bym zszedł poniżej 3:10 - tam się udało nawet 3:06:57) więc cel sobie wyznaczyłem żeby pobiec tempem na poniżej 1,5 godziny. To i tak bardzo ambitnie, 4:16/km przez ponad 21 kilometrów - będzie trudno!


Od 12 marca - czyli już dokładnie 5 tygodni nie mam planu treningowego. Zbiegło się to z lekką chorobą, ale jak widać po statystykach nie przeszkodziło mi to tak ogólnie w bieganiu (to była bardzo lekka choroba). Od 1,5 tygodnia natomiast rozpisałem sobie sam treningi pod mój zaplanowany na najbliższą niedzielę sprawdzian :) Biegam więc po okolicy unikając ludzi - odkrywam nowe miejsca, dwa razy już atakowały mnie gęsi - niezła adrenalinka - i przygotowuję się. Jak pójdzie - dam znać w niedzielę.



Ech żeby już można było wrócić do normalności, na razie jak widać na zdjęciach poniżej jedyny kontakt z naturą to włąsny ogródek.... oby jak najszybciej to minęło, czego Wam i sobie (razem ze zdrówkiem) mocno życzę!




sobota, 21 marca 2020

Bieganie w czasach zarazy



Co ma robić biegacz w czasach koronawirusa? Atmosfera jest naprawdę dołująca: miałem biec za tydzień półmaraton w Gdyni - szykowała się piękna impreza, pierwszy raz w Polsce mistrzostwa świata w półmaratonie i to praktycznie w moich rodzinnych stronach. Trzy tygodnie później miałem biec mój główny bieg tego sezonu: maraton w Łodzi. Wszystko zostało odwołane albo przełożone i nie widać za bardzo kiedy wrócimy do normalnego trybu życia.


Zdjęcie z dzisiejszego biegu

Co gorsza nawet trenowanie jest bardzo utrudnione. Na szczęście nie mamy jeszcze jako społeczeństwo wprowadzonej kwarantanny (a są już takie kraje w Europie), ale z racji zdrowego rozsądku nie powinno się biegać w miejscach gdzie są inni ludzie. Na szczęście ja mieszkam w domu na wsi, mogę wybiec z osiedla i po dosłownie kilkuset metrach mam takie widoki jak na zdjęciach. Mogę też wsiąść w moim garażu w samochód i podjechać w dowolne miejsce gdzie nie ma ludzi (czyli do lasu jeżdżę) i tam pobiegać. Skoro pracuję z domu to oszczędzam 90 minut dziennie na dojazdach - mogę ten czas spokojnie wykorzystać na bieganie przed albo po pracy. Ale w sumie nie wiadomo jak trenować - skoro nie wiadomo kiedy by miał być jakiś start to nie ma jak ułożyć planu treningowego. Więc tydzień temu przerwałem cykl treningowy i teraz tylko biegam spokojnie. W dodatku od paru dni miałem lekkie objawy jakiegoś wirusa (bardzo lekkie więc nie przerwałem biegania, tylko ograniczyłem - z 70-80km tygodniowo do 40km w tym tygodniu).

 Jest sobota, jutro dołożę dychę i będzie 40km w tym tygodniu

Więc siedzimy całą piątką w domu grzecznie i pracujemy, uczymy się i bawimy się. Dobrze że akurat teraz udało mi się wykończyć strych - śpimy tam teraz codziennie ze starszymi córkami, mają frajdę bo zrobiliśmy tam telewizor z konsolami do grania, łóżka i gwóźdź programu czyli domek dla lalek z większą liczbą pokoji niż ma nasz dom :) !


Trzymajcie się, jeszcze będzie pięknie - niech no tylko się z tym wirusem rozprawimy!

ADs