Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zurych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zurych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2026

Maraton Zurych

   
 
Zurych przywitał nas piękną pogodą - dolecieliśmy w piątek późnym wieczorem, ale w sobotę od rana było tak pięknie jak na zdjęciach powyżej i poniżej. Poszliśmy najpierw na expo odebrać pakiet. W sumie to trochę za szerokie pojęcie "expo" - bo było to tylko stoisko w sklepie sportowym. Trochę nam zabrakło takiego typowego expo - lubimy obejrzeć i co nieco kupić z takich typowo biegowych rzeczy: żele, ale też ubrania, obejrzeć stoiska innych biegów i poszukać inspiracji do nowych kierunków naszych biegowych wycieczek. No trudno - zapakowałem mój pakiet (z koszulką techniczną szwajcarskiej firmy on - w sumie tanio wyszło bo pakiet kosztował tylko 159 franków czyli 740zł :) a kupiony był w listopadzie czyli 5 miesięcy wcześniej). 
Po odebraniu pakietu była najfajniejsza część wyjazdu - czyli zwiedzanie miasta. Naprawdę udało się nam z tą pogodą. Samo miasto bardzo mi się spodobało - świetnie skomunikowane (mimo braku metra) - są tramwaje, autobusy, pociągi i statki pływające po jeziorze Zurych, które klinem wbija się aż do samego centrum. Właściwie to miasto obrosło to jezioro po prostu - dzięki stateczkom można szybko się przedostać na drugą stronę jeziora. Przyroda jest świetna po prostu - zielono, woda, a naokoło Alpy. Widoki były super - skorzystaliśmy nawet z przejażdżki diabelskim młynem - z góry było jeszcze ładniej. 
 
  
 
Mimo zwiedzania udało się nie przesadzić ze zmęczeniem nóg - miałem w sumie chyba tylko 12 tysięcy kroków. Wieczorem nawet udało się pójść na mszę - okazało się że coś tam jeszcze z niemieckiego pamiętam :) ale poza tym to odpoczywałem (i rozgrzeszony ładowaniem węgli jadłem więcej niż zwykle :) ). Prognoza pogody wskazywała że będzie około 10 stopni i będzie padało. Dla kibiców niezbyt, ale ja się cieszyłem - zawsze w takich warunkach mi się najlepiej biegało maratony. Trasa też wyglądała na dobrą - płaska, mimo że samo miasto Zurych jest położone na bardzo pagórkowatym, nawet górzystym terenie. W końcu to są Alpy! Ale poprowadzili trasę najpierw (pierwsza dycha) po centrum - ale po płaskim, a potem wzdłuż jeziora po prostu, nawrotka i ostatni odcinek też po tych samych okolicach w centrum.
 

Rano postarałem się wstać cicho - start był już o 8:00, więc nie chciałem budzić rodziny. Udało się szybko ogarnąć - zjeść coś małego, wypić izotonik (od rana do samego startu jedna sztuka wyszła), ubrać w swój czerwony kubraczek i bez żadnych toreb - już na krótko - wyjść na start. Mieszkanie mieliśmy dość blisko startu, chyba 3,5km ale podjechałem pociągiem do centrum i tam już trzeba było na pieszo bo ulice były zamknięte ze względu na nasz bieg.
Na start zostało mi mniej niż kilometr ze stacji głównej. Doszedłem, spokojnie się lekko rozgrzałem (przed maratonem nie biegam, tylko rozciąganie, najwyżej dosłownie 2-3 minuty truchtu). Miałem strefę startową A, czyli pierwszą i to chyba było na czasy do 3:15. Ja chciałem biec na 3:20 więc stanąłem na jej końcu, za zającami na 3:15 i też przed, bo była druga para, już w strefie B o ile dobrze pamiętam.
 

Ulice były mokre, ale nie padało. Była fajna atmosfera - muzyka, prowadzący coś tam nas zagrzewał do biegu. Nie byłem jakoś sporo przed startem, ale wyszło w sam raz. Jeszcze raz szybko do toalety i byłem gotowy. Przed startem wziąłem jeden żel - taki zwykły (firmy Dzik bo taki akurat miałem, a są dość dobre), natomiast na sam bieg wziąłem moje ulubione: High5 uwodnione - 5 sztuk. One mają mniej węgli, ale łatwiej się je przyjmuje, nawet można bez popijania. Plan był brać je co 7 km.
W końcu ruszyliśmy. Ustawiłem sobie zegarek na ręczne łapanie okrążeń, a ekran ustawiłem tak, żeby pokazywał trzy pola: tempo średnie biegu, tempo bieżącego okrążenia i dystans okrążenia. To pierwsze do kontroli czy ogólnie jest OK, to drugie do kontroli aktualnego tempa, a to trzecie do łapania ręcznego okrążeń - jak się zbliżało 1000 metrów to wiedziałem że powinno być oznaczenie kilometrowe.
 
 
Prognozy się sprawdziły, nawet było trochę więcej deszczu. Kibiców nie było więc jakoś dużo - w samym centrum i w mieście gdzie była nawrotka było trochę, ale na trasie - jak to zwykle na maratonach (oprócz tych największych) - było raczej pustawo albo zupełnie pusto.
 
 
Ja starałem się biec równo - kontrolowałem to tempo. Chciałem biec około 4:43/km - bo zegarek nalicza troszkę więcej dystansu niż ma atest trasy, więc tempo (nominalnie powinno być 4:44/km żeby ukończyć maraton w 3:20:00) musi być troszkę szybsze. Udawało się tak prawie - to znaczy było minimalnie wolniej i to od początku. Bardzo dziwne, zwykle tempo maratońskie nie jest problematyczne przez pierwsze 25-30km nawet. Ale nie było źle - było to tempo naprawdę prawie jak w zegarku. 
 
 
Na każdym punkcie z wodą trochę piłem, raczej wodę, chociaż też izotonik. Mimo tego że lekko padało to ja prawie zawsze polewałem się też wodą (jakoś ja się za bardzo grzeję podczas biegu). Oczywiście raz też sobie izotonikiem w oko polałem. Co 7km brałem żel. 
 
  
Pierwsza część po mieście była fajna - tu było najwięcej kibiców, biegło się najprzyjemniej. Trasa trochę kluczyła i widać było innych biegaczy na mijankach - to mi się podoba. Polaków nie było za dużo, ale czasami jakiś kibic coś krzyknął w naszym rodzimym języku. 
 
  
Po tej pętli po mieści wyrzuciło nas wzdłuż Jeziora Zurych na południe - to była niby dość prosta trasa, jednak nie była płaska. Profil trasy wygląda  płasko, ale droga właściwie przez większość czasu trochę była w górę lub w dół. Przez to że często zmieniał się kierunek to na profilu wygląda to dość płasko, ale szczególnie na tej ogromnej agrafce - bo od 8-9 do 22 kilometra było prosto wzdłuż jeziora i wtedy nawrotka i ta sama trasa do 36km - było często pod górę i to było czuć. Mimo to, tak z doświadczenia to muszę przyznać że tych podbiegów było dużo mniej niż przeciętnie. 
 

Fajna była atmosfera w tym miasteczku przy nawrotce (Meilen) - sporo kibiców, to było miłe. Jeszcze przed tą nawrotką, około 17km minęliśmy czołówkę - 6 biegaczy z Afryki, długo długo pusto i dopiero Europejczycy. Nawet bardzo wysoko jeden Polak - Michał Wendland który skończył w 2:24:14 na 13-tym miejscu! Krzyknąłem mu oczywiście "dajesz Michał" bo na numerach startowych były imiona.
 
Moje zmagania z czasem biegu szły całkiem dobrze - taka malutka strata działa bardzo motywująco. Dystansu mi zegarek liczył trochę więcej (wyszło w sumie 42,48km czyli prawie 300 metrów więcej) i z tego powodu moje trzymanie 4:43/km było troszkę za wolnym tempem. Ale na półmetku zameldowałem się z czasem 1:40:10 czyli w granicach błędu - tylko 10 sekund wolniej niż planowałem. Od tego momentu zwykle sobie troszkę luzuję pilnowanie tempa i pozwalam sobie troszkę przyspieszyć. Tym razem jednak nie przyspieszyłem - nie czułem się dość silnie, ale jednocześnie było OK żeby biec tym samym tempem (i liczyłem że w końcówce przycisnę i te sekundy urwę). 
 

Po nawrotce dalej realizowałem więc mój plan - utrzymać równe tempo i po raz pierwszy w życiu pobiec drugą połowę maratonu szybciej niż ta pierwsza. Myślałem sobie że zacznę tak leciutko przyspieszać już od półmetka i pomalutku nadrobić, tak żeby wreszcie się udało z tym tempem narastającym. Ale w praktyce - nie wychodziło to. Natomiast biegłem równo. 
 
 
Długa prosta  do miasta była znowu dość trudna. Pamiętam znowu te długie, choć mało strome podbiegi. W sumie to normalne - wracaliśmy tą samą trasą, więc było identycznie (chociaż w odwróconej kolejności). Żele brałem regularnie co 7km, piłem na każdym wodopoju - troszkę izotoniku, troszkę wody i jeden kubek wody "na łeb". 
 
 
 
Pogoda była chyba głównie taka typu pochmurno, trochę mżawki - do biegania dla mnie idealnie. Czułem się dobrze, chociaż odczuwałem zmęczenie. Troszkę jak by kurcze chciały mnie łapać, ale na szczęście nie doszło do tego. Chyba ten magnez w płynie co mi małżonka kupiła (3 sztuki - do brania jeden na dzień) dobrze zadziałał. 
 
 
Wbiegliśmy wreszcie na ostatnią dychę z powrotem do centrum Zurychu. Starałem się od 30-go km myśleć tylko o tej ostatniej dyszce (bo potem to już tylko 2km) ale nie do końca mi to wyszło. Już od 32-go km leciutko zwolniłem - ale tylko jakieś 10 sek/km - czyli do około 4:55/km. Wreszcie w trakcie 38-go km spotkałem moje dziewczyny, stąd mam takie fajne zdjęcia:  
 
 
 
 
 
Trochę mnie to kosztowało - bo musiałem przebiec przez całą szerokość drogi do nich i kilka sekund na przytulanie i gadanie. A ja pilnowałem tego tempa cały czas! Tempo mi po raz pierwszy mogło spaść powyżej 5 min/km - więc trochę przycisnąłem i udało się uratować - wyszło 4:59/km :) ! Potem to już była walka - bo chciałem po raz pierwszy w życiu przebiec każdy kilometr poniżej tych 5 minut. Starałem się i było ciężko, na końcówce wyprzedzałem, choć i mnie wyprzedzano z rzadka. Najgorszy był jeden gość co w trakcie biegu wrzeszczał (bez artykulacji, po prostu wrzeszczał), ale to chyba dobrze bo mnie zmobilizował żeby przyspieszyć i mu uciec :)
 
 
Sama końcówka to już finisz - chciałem poprawić chociaż ten wynik ze Sztokholmu i.. udało się! Końcówka w tempie 3:57/km i na metę wbiegłem z czasem:
 

3:21:42 

 
 A na mecie wywiady, autografy, to znaczy nie do końca, ale radość była. 
 
 
  
 
  
 
 
Jak się dobiegnie w dobrej formie to człowiek nawet nie jest zbytnio zmęczony. Szybko udało się wrócić do mieszkania, wykąpać i popłynęliśmy rodzinką stateczkiem do Muzeum Czekolady Lindt (mogłem sporo zjeść po takim wydatku energetycznym, nie?), potem jeszcze sporo chodziliśmy szukając miejsca żeby zjeść i wracając do mieszkania. 

Jak by ten bieg podsumować? No nie udało się w 100% zrealizować planów, ale czułem się i fizycznie i psychicznie bardzo dobrze. Ten pierwszy raz w życiu gdy wszystkie kilometry były poniżej 5 minut na kilometr robi na mnie wrażenie. Myślę że to się udało po pierwsze dlatego że naprawdę odrobiłem biegi długie w planie treningowym - były 4, myślę że lepiej jednak gdyby było ich 5. Poza tym zagrała pogoda - ja w takiej biegam najlepiej. W Brukseli tak było i tam udało się równie dobrze (nawet lepiej) pod względem rozłożenia sił.


  

Tutaj podział na odcinki wg danych organizatora:
 

No i te czasy kilometrów - ten co miał 4:59 miał przerwę na pogadankę z rodzinką, pewnie te 5 sekund tam straciłem. Więc efektywnie biegłem najwolniejsze kilometry po 4:55 a średnia była 4:45/km. Odpadnięcie maksimum 10 sek/km to jest dla mnie prawie w granicy błędu na maratonie.

Zrobiłem sobie taką analizę jak biegałem moje wszystkie maratony (sporo mi zajęło odgrzebanie tych danych dla wszystkich moich maratonów). To był drugi po względem równego tempa w obu połowach biegu maraton dla mnie. Tylko w tej Brukseli było lepiej (tam było tylko 7 sekund różnicy!). Tutaj było 1:22 różnicy między połówkami. To naprawdę mnie cieszy. 

Podsumowując - maraton w Zurychu był bardzo fajny. Mogę polecić jak macie za dużo kasy (strasznie tam jest drogo). Samo miasto piękne, można zwiedzić starówkę w jeden dzień, w drugi trochę okolice, popływać stateczkiem, bardzo jest tam przyjemnie. Wypad z rodziną bardzo się udał - mam nadzieję że jesienny wypad na maraton będzie równie udany (pakiet mam już kupiony :) ).

To teraz co w planach? Na pewno Bieg Konstytucji i chciałbym potrenować pod 5km i 10km. Maraton mam dopiero w listopadzie, więc trening pod niego zacznę później - i jeszcze pomyślę czy będę się żyłował mocnym planem, czy raczej jednak będzie to mniej ważny start.

 

sobota, 11 kwietnia 2026

15-16/16 Zurych: wyostrzanie i plan na bieg


Jestem już w Zurychu, pakiet odebrany - wypada więc wrzucić ostatni odcinek z raportem z treningów pod ten maraton. Te dwa tygodnie to było już wyostrzanie, to chyba najprzyjemniejsza część całego cyklu treningowego. Niektórzy podobno jej nie lubią - bo ich nosi, a biegać trzeba mniej. Ja zupełnie nie mam takich problemów - fajnie że można mniej biegać i to jest część treningu! Ale dobra, to krótko i na temat:
Tydzień 15/16:
Poniedziałek - wolne
Wtorek - na stadionie w Piasecznie 4x1200m, miało być po 4:15/km a wyszło... po 4:03/km - za szybko!
Środa - spokojnie 9,5km
Czwartek - BC2 9,5km w planowanym tempie maratońskim 4:45/km
Piątek - miał być basen, ale to już Wielkanoc i goście mieli przyjechać - za dużo obowiązków rodzinnych i nie wyszło
Sobota - święta świętami, ale pobiegać trzeba. Poprzednio w tym momencie cyklu treningowego zrobiłem sobie test na 5000m na stadionie, tu też próbowałem, ale nie dałem rady - zamiast 5000m wyszło 2x2500m zakładanym tempem czyli 4:00/km
Niedziela - trzeba mazurka wypocić, więc poszedłem rano na spokojny bieg po lesie - wyszło 19,5km
Tydzień 16/16:
Poniedziałek - wolne
Wtorek - znowu 4x1200m na stadionie (wracając z pracy więc Skra w Warszawie obok Pola Mokotowskiego) tylko tym razem dużo spokojniej - po 4:45/km
Środa - spokojnie 8km
Czwartek - planowałem basen, ale było wolne
Piątek - spokojnie już tylko miało być, ale zrobiłem tempem maratońskim 6km 4:45/km, a wieczorem przelot do Szwajcarii
Sobota - już na miejscu, więc bez biegania. Rano odbiór pakietu, trochę zwiedzania
Niedziela - no to będzie jutro, ale zakładam że będzie tu maraton :)


Sam pobyt w Zurychu to już opiszę po biegu, teraz tylko jeszcze jaki jest plan. Szczerze przyznam że forma jest słabsza niż rok temu (a wtedy maraton wyszedł w Sztokholmie w 3:22:15). To nie świadczy za dobrze. Chciałbym w tym roku pobiec lepiej, zaczynając ten plan treningowy myślałem o 3:15-3:20 z naciskiem na ten lepszy czas. Ale widzę po wynikach że nie ma na to szans. Rok temu piątka była w 19:34 a teraz w 20:01. Półmaraton był 1:30:18 a teraz 1:32:24... Dlatego moim celem na ten bieg będzie jednak 3:19:59 i mam nadzieję że to się uda. Nastawię sobie więc zegarek na tempo 4:45/km i będę kontrolował znaczniki kilometrowe (bo wg zegarka to tempo będzie musiało być 4:43/km żeby się w 3:19:59 wyrobić na mecie) i na połówce muszę być w 1:40:00, a potem troszkę przyspieszyć. Zobaczymy - czy uda się (po raz pierwszy w życiu!) zrobić drugą połowę szybciej niż pierwszą!
Profil trasy wygląda na bardzo płaski - to powinno pomóc:


Dziwne że tak wygląda ten profil - zwiedzaliśmy dzisiaj i było bardzo dużo różnic poziomów, ale może to dlatego że maraton jest prawie cały czas wzdłuż Jeziora Zurych. Może mapkę wrzucę już po biegu, a na razie tylko wrzucę numer startowy i idę odpoczywać przed jutrzejszym biegiem :) !
 


 

 

 

 

czwartek, 2 kwietnia 2026

11-14/16 Zurych: główna część

 


No to najważniejsza część planu za mną. Ostatnio narzekałem na brak długich biegów i trochę się tłumaczyłem że to z powodu pogody. Pisałem że plany miałem wtedy: poprawić sytuację z biegami długimi, mieć też biegi tempowe i poprawić też kilometraż tygodniowy. A jak to się udało?

1. Biegi długie - no świetnie wyszło, bo na cztery tygodnie były aż trzy biegi po 32km! W tym czwartym tygodniu był Półmaraton Warszawski, zresztą i tak bym tam nie wciskał czwartego :)
Same te biegi długi zawsze robiłem narastającym tempem. Końcówkę starałem się tempem maratońskim i robić ten ostatni odcinek coraz dłuższy. W poprzednim wpisie pisałem o pierwszym takim biegu - tam zrobiłem ostatnie 8km tak szybko, w tej części zrobiłem najpierw 12km, potem 16km i znowu 16km. Natomiast to tempo nie było na samym końcu (tak jak za pierwszym razem) 4:30/km, tylko około 4:44/km

2. Biegi tempowe - aż 6 takich biegów - super! Dokładnie to takie: 2x5km @4:25, 4+4+2km @4:23, 3x3km @4:15, 3x4km @4:23, 13km @4:44, 3x4km @4:23

3. Kilometraż tygodniowy - średnia wzrosła aż o 10km (a był jeden tydzień trochę słabszy - planowo, bo oszczędzałem się przed startem w Półmaratonie Warszawskim). Średnio było prawie 74km tygodniowo!

Z jednej strony widzę że nie jest tak dobrze jak rok temu. Tempa są trochę wolniejsze, wyniki ze sprawdzianów też słabsze wychodzą (półmaraton, ale też 20:01 w Wiązownie na piątkę). Czuję na biegach że nie jest lepiej, więc myślę że nie będę wyskakiwał zbyt optymistycznie z planem na Zurych. Jescze to dokładnie opiszę, ale mam nadzieję że już teraz na wiosnę wyrobię mój plan minimum na maraton w tym roku i chciałbym bardzo potem skupić się na szybkości. Tak dla zabawy oczywiście, bo nie sądzę żebym się jeszcze do moich życiówek zbliżył. Nie każdy jest MKonem :-)

niedziela, 1 marca 2026

7-10/16 Zurych: pierwszy bieg długi

W sumie to nie ma się czym chyba chwalić - już 10 tygodni z 16-tygodniowego planu maratońskiego za mną, a ja dopiero pierwszy bieg długi mam w swojej kolekcji! Dobrze że się jakoś ogarnąłem, bo słabo by było na tym maratonie. Ale może po kolei, bo aż cztery tygodnie muszę opisać, a ten bieg długi to na samym końcu raportu będzie - czyli był dzisiaj :)


Tydzień 7
Poniedziałek - wolne
Wtorek - na bieżni elektrycznej, bo pogoda taka - 5x1000m @4:00
Środa - wolne
Czwartek - powrót z pracy, więc kombinatoryka: 5km a potem jeszcze 2km @4:42 czyli nie za szybko
Piątek - spokojnie 9,4km po pracy przez Las Kabacki z metra
Sobota - spokojna dyszka blisko domu
Niedziela - spokojnie po Lesie Kabackim - śniegu sporo - 17km
Razem 61km

Tydzień 8
Poniedziałek - wolne
Wtorek - odstawiłem Żonkę i wróciłem do domu: 12km @4:30!
Środa - powrót z pracy biegiem w tym 8 rytmów
Czwartek - do pracy chciałem a tu nagle ostry ból mięśnia! Niepotrzebnie dobiegłem mimo to - 7km
Piątek - wolne, bałem się naderwania mięśnia, nawet basenu nie było
Sobota - spokojnie spróbowałem i.. udało się! Spokojna dyszka wyszła
Niedziela - żeby nie ryzykować po tym śniegu i lodzi urazu - spokojnie 15km na bieżni elektrycznej
Razem 58km

Tydzień 9
Poniedziałek - wolne
Wtorek - znowu bieżnia elektryczna 4x2km @4:15 żeby nie ryzykować urazu
Środa - spokojnie po pracy przez Las Kabacki - widziałem dziki! Najgorsze że warchlak był :)
Czwartek - rano do pracy 5+3km @4:35 miało być 10km ciągle, ale nie poszło
Piątek - wreszcie się basen udał! Ale coś wolniej pływałem i tylko 950m było
Sobota - Las Kabacki spokojnie bo dzień przed startem
Niedziela - Wiązowska Piątka 20:01
Razem 54km

Tydzień 10
Poniedziałek - wolne
Wtorek - w drodze po samochód do myjni 2x3km @4:15 + 2x2km @4:10 super wyszło!
Środa - spokojnie po pracy - metrem do końca i potem przez Las Kabacki do domu
Czwartek - rano do pracy - w tym 10km @4:26!
Piątek - basen, już lepiej bo wyszło 1000m
Sobota - podbiegu koło domu bo w lesie śnieg, lód i błoto topniejące
Niedziela - super bieg długi się udał: 32km narastająco do 4:30/km!
Razem 80,65km

W sumie to zaczęło się słabo - widać że kilometraż niezbyt maratoński był: 61km, 58km, 54km. Ten ostry ból mięśnia bardzo mnie przestraszył, już myślałem że to kontuzja i na wiele dni uniemożliwi mi biegania. Nie wiem skąd to się wzięło - wysiadłem z pociągu, chciałem spokojnie zacząć biec i od razu mnie złapało z tyłu lewego uda. Na szczęście odpocząłem w piątek, a w sobotę wyszedłem później w ciągu dnia - były ponad dwie doby odpoczynku - i udało się że tylko troszkę to czułem, a po kilku dniach zginęło to zupełnie. Ale kilometraż jeszcze mniejszy wyszedł w tym tygodniu. 

Na szczęście ten ostatni tydzień wyglądał już super: wtorek i czwartek to mocne akcenty, a niedziela to pierwszy w tym sezonie bieg długi. I co najważniejsze - świetnie wyszedł! Pogoda się bardzo zmieniła - pierwszy raz w tym roku wyszedłem na bieg w krótkich spodenkach i nawet okulary przeciwsłoneczne były konieczne! Świetnie ten bieg wyszedł - podzieliłem sobie go na odcinki po 8km i przyśpieszałem od 5:15/km do 4:30/km. Zmęczyłem się, ale też i podbudowałem - że w Zurychu powinno się to 3:20 udać złamać. 




To teraz ostatnie 6 tygodni, a w połowie wielki test, czyli Półmaraton Warszawski :) ciekawe jak pójdzie. Plan mówi że teraz będą już biegi tempowe królować - myślę że to mnie dobrze przygotuje. Ale na jakie tempo to będzie - sam jeszcze nie wiem. Mam nadzieję że pogoda będzie już taka wiosenna teraz - biega się dużo przyjemniej niż po śniegu (już mi się znudziło, ale za rok znowu zatęsknię :) ).


wtorek, 3 lutego 2026

3-6/16 Zurych: śnieg, mróz panie


Oj mroźno panie jest, mroźno bardzo! Gdzie te czasy gdy się chwaliłem na blogu bieganiem w mróz, jak chociażby tutaj gdy mi zamarzło picie w bidonie w 2012 roku :) Pamiętam że wtedy mnie to kręciło - wyjść biegać gdy jest coś około -20 stopni. Teraz już nie - jak się robi bardzo zimno to idę na siłownię, albo korzystam z nowego nabytku - kupiliśmy bieżnię elektryczną do domu. Nic profesjonalnego, ale podobno do 16km/h ma wytrzymywać. No nic, spróbuję to dzisiaj sprawdzić. Najstarsza córka też ją używa i żonka - więc nie będzie się marnować. 

Biegam więc jak się da. Biegi szybkie staram się na siłowni, tempowe różnie - albo na dworze, albo na taśmie. A biegi długie to zwykle na dworze, jednak jak jest strasznie zimno to też pod dachem się zmusiłem w ostatnią niedzielę. 

Szybko opiszę te ostatnie cztery tygodnie:

Tydzień 3/16

Poniedziałek - wolne
Wtorek - na bieżni elektrycznej 6x1km @3:50 - mocny trening i się udał
Środa - wolne, za zimno było
Czwartek - powrót z pracy więc na dworze, ale bez akcentów, za to sporo, prawie 18km
Piątek - spokojne 8km - ale śnieg i mróz robi swoje, to nie był spokojny bieg
Sobota - zaległy akcent z czwartku, czyli 8km @4:35
Niedziela - niby tylko trochę ponad 22km, za to po lesie w śniegu

Tydzień 4/16

Poniedziałek - tradycyjnie wolne
Wtorek - 6x1000m @3:50 na siłowni - trudny trening
Środa - spokojnie na dworzu po drodze do pracy (czy muszę przypominać że po śniegu?)
Czwartek - śnieg, Las Kabacki a mimo to 8km było po 4:35/km
Piątek - basen 1000m
Sobota - dyszka po Lesie Kabackim z rytmami
Niedziela - tylko 15,6km ale dla odmiany po lesie w Magdalence

Tydzień 5/16

Poniedziałek - wolne
Wtorek - na siłowni 10x800m @3:50 - też trudny trening
Środa - znowu śnieg, mróz - spokojny bieg z pracy do domu
Czwartek - pogoda nie odpuszcza - więc bieg spokojny zamiast akcentu (ale na dworze)
Piątek - wolne przed zawodami
Sobota - Zimowy Maraton Bieszczadzki i drugie miejsce w kategorii!
Niedziela - pętla po Lesie Kabackim z kolegą Damianem (więc było dość żwawo :) )

Tydzień 6/16

Poniedziałek - wolne oczywiście
Wtorek - 6x800m @3:50 na dworze wyjątkowo 
Środa - spokojnie w drodze z pracy
Czwartek - po drodze do pracy i aż 10km @4:35
Piątek - wolne bo następnego dnia impreza 18-tka naszej najstarszej córki (!) :)
Sobota - rano udało się po Lesie Kabackim choć trochę pobiegać (straszny mróz ciągle)
Niedziela - BNP na siłowni 21km do 4:35/km (ostatni 4:15/km)

Szczegóły poniżej:

Tak krótko podsumowując - pogoda naprawdę nie rozpieszcza - dawno nie było tak długiego okresu takich mrozów. Nie da się biegać interwałów na stadionie, trudno robić tempówki i bardzo trudno biegi długie w tych warunkach. Cierpi ten mój plan treningowy na tym, najbardziej boję się o te biegi długie, one są bardzo ważne żeby pobiec sensownie maraton. No zobaczymy za niecałe trzy tygodnie w Wiązownie na 5km na czym stoję. A miesiąc temu to już poważny test na Półmaratonie Warszawskim. Oby tylko pogoda się poprawiła, bo dzisiaj w nocy prognozy mówią że będzie -20 stopni, a w ciągu dnia najcieplej -9... oby się sprawdziło że za dwa dni ma dojść do +1. Trzymajmy kciuki :)

 



poniedziałek, 5 stycznia 2026

1-2/16 Zurych: plan i zaczynamy!

Właśnie sobie uzmysłowiłem że ten maraton, to w sumie już nie tak za daleko od dzisiaj :) W sumie to zostało (niecałe) 14 tygodni tylko! Czekałem z wrzuceniem planu trochę ze względu na coroczne podsumowanie i wrzucenie planów na ten rok. Ale teraz to już się udało, więc wypada też opisać co i jak będzie biegane przez Zurychem. 

Nie ukrywam - poszedłem na łatwiznę. To znaczy wybrałem plan treningowy który zrobiłem ostatnio i zadziałał dobrze - czyli przed Hamburgiem. Przygotowałem sobie rozpiskę - po prostu mój plik z tym jak biegałem wtedy, czyli dokładnie dwa lata temu i będę próbował robić to samo, mimo że jestem dwa lata starszy i kategoria wiekowa będzie już M50 :) 

W pliku mam na czarno planowany trening, na czerwono są stare zapiski z planu pod Hamburg (bo nie zawsze się udało zrobić dokładnie ten sam trening, poza tym czasami wychodził gorzej albo lepiej) i poprawiam sobie na bieżąco w tym pliku jak mi to wychodzi w tym roku - zmieniając opisy. Te nowe wpisy są na zielono. 


Mam jeszcze na drugiej zakładce dokładny opis każdego dnia - taki powiedzmy dzienniczek biegowy. Krótko więc jak wyszły te dwa pierwsze tygodnie:

Tydzień 1/16

Zacząłem jak zwykle od odpoczynku w poniedziałek, za to we wtorek udało się pojechać z żonką na stadion w Piasecznie i zrobiłem porządnie interwały 5x1000m - wyszły średnio po 3:52/km, trochę pod koniec zwolniłem, bo planowałem 3:50/km biegać i miało być ich 6. Ale i tak było to dużo mocniejsze niż planowane oryginalnie sześć rytmów po 30 sekund :) Zaraz po tym zresztą szybko wybraliśmy się całą rodziną aż do Koszalina - bo to był dzień przed Wigilią. W środę (czyli w Wigilię) rano szybko zrobiłem pętlę z podbiegami na wiadukcie nad ekspresówką S11. W czwartek to powolne bieganie w celu wypalenia choć trochę ze świątecznych dań (których wchłonąłem duuużo, w tym ciasta oczywiście!) - zrobiliśmy ten bieg razem z żonką. W piątek dalszy ciąg wypalania kalorii - tym razem sam, więc zrobiłem zaległy z wczoraj tempowy bieg: 8km @4:35 i bardzo lubię takie treningi. Też bardzo dobrze działają na to wypalanie kalorii :) W sobotę znowu spokojny bieg z żoną i potem już niestety przejazd do domu w niedzielę, więc żeby cokolwiek się poruszać to wstałem bardzo wcześnie (6:30) i udało się zrobić chociaż 14km zamiast typowego dla tego dnia biegu długiego. Acha i wplotłem tam 15 pompek co kilometr, to wyszło ich razem 225. Tak żeby trochę nadrobić brak basenu w piątek. Jednak było tego biegania dużo - aż 6 dni i 65km w tygodniu.

Tydzień 2/16

Aura się całkowicie zmieniła - we wtorek jeszcze się udało pobiegać interwały, ale nie na stadionie, a po chodnikach (po zostawieniu samochodu w myjni). Wyszło nie do końca dobrze, bo 5 i pół interwału po 1000m i średnio 4:05/km tylko. Natomiast od środy to już śnieg, śnieg, śnieg. Więc zamiast planowanych podbiegów na środę po prostu w tym kopnym śniegu zrobiłem 10km. W czwartek też odpuściłem planowany bieg tempowy i zrobiłem 12km po śniegu (to był Nowy Rok zresztą, trochę niewyspany człowiek zawsze wtedy jest :) ). W piątek zgodnie z planem był basen i coraz fajniej mi się tam udaje pływać. Nadal wolno, ale już zszedłem poniżej 30 minut na kilometr, a przede wszystkim - przepływam teraz ten kilometr bez odpoczynków! W sobotę i niedzielę zrobiłem sobie biegi po Lesie Kabackim - w sobotę z podbiegami w Powsinie, a w niedzielę prawie 19km z pompkami co kilometr (razem 200 sztuk). I cały tydzień znowu zakończyłem z kilometrażem 65km (chociaż w pięciu treningach tylko).



 
 


Pogoda ma być nadal bardzo mroźna - dzisiaj (w poniedziałek) nawet dostałem ostrzeżenia z gminy że ma być -17 stopni. Więc zobaczymy - chyba jutrzejszy trening zrobię na siłowni po raz pierwszy od bardzo dawna.

Generalnie - idzie dobrze, waga mimo Świąt nie poszła w górę (jest 77kg), tempa podczas treningów wyglądają dobrze, więc szansa na powtórzenie dobrego wyniku z Hamburga powinna być. I tego sobie będę życzył :) !



 

 
 

 

ADs