czwartek, 12 kwietnia 2018

Hannover Marathon


Coś mi te wiosenne maratony nie leżą. Właściwie to leżą (i kwiczą) - bo jak łatwo sprawdzić:
  • rok temu Lipsk 3:24
  • dwa lata temu Rotterdam 3:26
  • trzy lata temu Los Angeles 3:28
Dopiero cztery lata temu mogę się dokopać do sensownie przebiegniętego maratonu (w Rzymie co prawda 3:25, ale to była życiówka wtedy). Następne starty na wiosnę to już masakra. Właściwie to wydaje mi się że na wiosnę powinno być lepiej - w zimę robienie długich wybiegań nie jest ograniczane zbyt wysoką temperaturą, jak w lato :) jednak tak na serio - to wygląda na to że to jesień jest najlepszą porą dla biegacza na żniwa.

Wróćmy jednak do tegorocznego startu. Do Hanoweru szykowałem się sporo czasu - dość standardowo jak na plan maratoński czyli około czterech miesięcy. Pomagał mi w tym Maciek Górzyński w ramach swojej działalności pokonamgranice.pl.

Jak ten mój cykl wyszedł? Najpierw trochę danych:


 Jak widać średnio 275km miesięcznie, czyli 65km tygodniowo. Trudno z tego nabiegać 3 godziny w maratonie moim zdaniem. Druga rzecz która mi nie pasowała - nie miałem dość czasu (a może zacięcia) żeby robić trening uzupełniający, a miałem go robić. Ostatnia rzecz z narzekań: 10 dni przed maratonem podziębiłem się :( no jak bym pierwszy raz miał biec a nie 17-ty... aż wstyd pisać. Starałem się wyleczyć, wydawało mi się że jest już dobrze więc pojechaliśmy do Hanoweru. Średnia córa się z nami zabrała (i naszymi znajomymi biegowymi) a najstarsza i najmłodsza pod opieką babci zostały w domu. Taką wesołą grupą dotarliśmy w piątek do Hanoweru i jeszcze wieczorem zdążyliśmy wyjść pobiegać po pobliskim parku. Nasza Agatka na hulajnodze całkiem dzielnie dotrzymywała nam tempa, a jak chcieliśmy szybciej to kręciliśmy pętle. Trochę mnie wtedy martwiło to że nadal nos zapchany i ciężej się oddychało podczas spokojnego biegu...

W sobotę rano poszliśmy odebrać pakiety do całkiem ładnego ratusza:


Jeszcze zdjęcie na tle trasy trójki która miała rano biec i można się szykować na bieg:


Nie dało się oczywiście siedzieć w hotelu, trochę pozwiedzać trzeba było. Więc gdzie się dało to samochodem, ale i tak około 12 tysięcy kroków się tego dnia zrobiło...
Spałem nie do końca dobrze - ogrzewanie w hotelu za mocno ustawiliśmy, wybudziłem się o czwartej i nie mogłem zasnąć przez godzinę przez to że nie mogłem przez nos oddychać, potem podsypiałem do siódmej na przemian z przebudzaniem się. Rano to już automatyzm: maratoński poranek :) Szybko śniadanie: jak zwykle biała bułka z miodem, gorąca herbata. Ubieranie się, toaleta, pakowanie się bo tego samego dnia powrót do domu. Na start poszedłem na pieszo bo to około 2km tylko. Jeszcze depozyt, toaleta i na start. A tam witają już naszego Henia Szosta jako jednego z elity plus Kenia i Etiopia w tym słynna Tola (zeszła niestety w połowie trasy). Kilku biegaczy z Polski było - zamieniłem parę słów i... ruszamy!

Taktyka na bieg była trochę nietypowa jak dla mnie, ale myślę że bardzo dobra: pierwsze 5km wolniej o 4-5 sekund na kilometr. Potem przyspieszenie do 4:15/km i tak trzymać do 32km. Potem wiadomo - zaczyna się walka i miałem wtedy jeszcze troszkę przyspieszyć o ile sił starczy.

Tak więc próbowałem robić. Biegłem około 4:20/km i zające na 3:00 powoli się ode mnie oddalali. To mi się podobało bo wolniejsza pierwsza połówka to myślę dobra taktyka bo krócej człowiek jest mocniej zmęczony (przyspieszając w drugiej połowie biegu). Po pięciu kilometrach jednak nie za bardzo mi wychodziło to przyspieszenie. Próbowałem i coś tam wychodziło ale zmęczenie było za duże. Trudno, starałem się więc utrzymać to tempo w granicach 4:20 żeby nie odpaść za szybko. Niestety już na 4-tym kilometrze poczułem że zaczynam kaleczyć dużego palce w prawej stopie.

Głównym problemem jednak była wytrzymałość - choróbsko ją obniżyło i zaczynało to bardzo szybko wychodzić na jaw. Na 15km już wiedziałem że jest beznadziejnie źle. W tym miejscu dopingowała mnie moja drużyna wsparcia. Wyglądałem jeszcze dobrze, ale już im powiedziałem że jest bardzo źle...


Spróbowałem coś uratować z tego biegu: postanowiłem dociągnąć do półówki sensownym tempem. Tempo jednak powoli, ale nieubłaganie spadało. Jeśli liczyć 5:00 jako granicę to udało mi się dociągnąć 25km. Ale jeśli 4:20 potraktujemy jako taką granicę to już tylko 14km zaliczyłem takim tempem.

Wtedy zaczęła się próba dotarcia do mety bez wyrządzania sobie za dużej krzywdy. Jednak byłem trochę chory i nie chciałem ryzykować. Dość często więc robiłem 100-metrowe marsze po 400 metrach biegu. W sumie więc tempo nie wyszło za ciekawe - te kilometry z marszem wychodziły w troszkę ponad 7 minut. Z tego powodu dotarłem do mety w dobrym stanie, za to z czasem 3:37:26.


Sportowo była to więc straszna porażka. Turystycznie i rodzinnie - bardzo fajny wyjazd. Polecam ten maraton bo organizacja bardzo mi się spodobała, były miejsca z bardzo dużą liczbą kibiców i nawet byli żywiołowi! Pogoda była niezbyt biegowa - bardzo ciepło, nawet upalnie. Kibice chowali się w cieniu bo w słońcu można było zasłabnąć. Natomiast mi osobiście pogoda aż tak się nie dała we znaki - nie zdążyła bo opadłem z sił z powodu choroby wcześniej.

Nauka więc na przyszłość (mam nadzieję że nie tylko dla mnie) jest taka: dwa tygodnie przed maratonem chuchajcie i dmuchajcie na siebie, bo nawet niezbyt groźna i silna infekcja może całkowicie przekreślić plany maratońskie. Będzie za mało czasu już na reakcję i wydobrzenie, nieważne jakimi sposobami (antybiotyk wyjaławia człowieka na tyle że nie myślcie o bieganiu w trakcie kuracji, też zaraz po).
Zresztą zaraz po maratonie jest podobnie - organizm wycieńczony jest dużo łatwiejszym łupem dla bakterii, zarazków i wirusów. I w moim przypadku to właśnie się stało - kończę teraz odchorowywać ten maraton...

Dobra, a czy można znaleźć jakieś pozytywy? Na pewno jedna rzecz mnie cieszy: nie boli mnie nic pomaratonie. Ostatnie dwa starty zapamiętałem z racji bolącego prawego stawu biodrowego, tym razem tego nie było. Poza tym nie miałem problemów z odżywianiem przed biegiem i na trasie, logistyka okołomaratońska jest już u mnie opanowana.

Żeby było trochę optymistycznie: teraz leczę się, a za 1,5 tygodnia: półmaraton w Madrycie, tam mam zamiar się odkuć! Oczywiście o ile najpierw całkowicie się wyleczę i to chociaż tydzień przed startem. Szanse są duże bo dzisiaj środa i już czuję się lepiej (wreszcie).

No to zobaczymy za 10 dni na jakim jestem poziomie - czy to tylko brak dyspozycji z powodu choroby czy też ogólnie może jednak brakuje mi do formy z przed 1,5 roku gdy nabiegałem moją piękną życiówkę maratońską 3:03:03 :) ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

ADs