Zupełnie inaczej miał ten bieg wyglądać, ale jak zaraz sami zobaczycie - też się ładnie wszystko potoczyło. Bo plany były światłe: pierwszy raz we dwójkę z Żonką bieg górski i jeszcze w zimę, po śniegu. Zapisaliśmy się już dość dawno - skoro pierwszy raz razem to najkrótszy z dystansów, żeby zasmakować i nie zrazić mojej połowicy. Były do wyboru dystanse 16, 27 i 45km - wybraliśmy więc 16km. Niestety tuż przed tym biegiem okazało się że bieganie po śniegu nadwyrężyło organizm mojej lepszej połowy i nie dała rady ze mną pobiec. Pojechaliśmy jednak w Bieszczady razem (korzystając z tego że w ferie dzięki obozom można się wyrwać z domu, mimo trójki pociech), a jedyna zmiana planów dotyczyła tego, że pobiegłem sam - więc jak to ja - jak najszybciej.
Dojazd z Warszawy to wiadomo - droga przez mękę, około 5 godzin 45 minut w jedną stronę (zależnie od korków). W piątek jeszcze pracowaliśmy, więc wyjechaliśmy późno i ledwo zdążyliśmy odebrać pakiety przed zamknięciem biura zawodów. Śmiesznie trochę ta droga wygląda - do Rzeszowa droga ekspresowa cały czas od nas, więc trochę ponad 3 godziny na te prawie 350km. A potem trochę ponad 2 godziny na pozostałe 135km, czyli najpierw średnio około 110km/h, a potem około 60 km/h :) ale były momenty że w tej końcówce droga była biała i oblodzona (chyba nas źle nawigacja poprowadziła).
W ośrodku Wołosań B&B w Cisnej (ostatnie miejsce noclegowe, a rezerwowaliśmy z dużym wyprzedzeniem) udało się nam wyspać, chociaż łóżka mogłyby być lepsze. Za to było dobre śniadanie - oj objadłem się - i bardzo na plus to, że pozwolili po biegu wrócić i się wykąpać, mimo że to ponad 3 godziny po domyślnym wymeldowaniu się było.
Bieg startował o 11:00 ze Smerka, ale dojazdu tam miało nie być samodzielnego ze względu na brak miejsc parkingowych, poza tym bieg był do Cisnej. Więc z Cisnej odjazd był autobusami o 10:20 do Smerka i tam z zajazdu-hotelu był start. Był to też jednocześnie taki porządny i super wyposażony punkt odżywczy dla dłuższych dystansów. Zarówno 27km jak i 45km od tego miejsca razem z nami tą samą trasą zmierzały już do mety. Te dłuższe dystanse i marsz pieszy 16km (też ta sama trasa) wyruszały odpowiednio wcześniej. Na trasie więc było naprawdę sporo ludzi, których cały czas wyprzedzaliśmy - my biegliśmy krócej, więc szybciej i stąd te ciągłe mijanki.
Pogoda miała być słaba - lekko powyżej zera i deszcz, ale trochę się odmieniło i na szczęście był śnieg zamiast deszczu (no może troszkę momentami był śnieg z deszczem, ale jednak głównie śnieg - więc było przyjemnie). Było niestety pełne zachmurzenie, więc nie było słonka, które by bardzo poprawiło ogólną jakość pogody. Jednak ogólnie oceniam że było fajnie z tą pogodą - dużo śniegu, nie było mrozu mocnego, ale też nie było też odwilży - bardzo fajne warunki do biegania.
Nie miałem jakichś konkretnych planów na ten bieg - mieliśmy biec razem i miał to być bieg dla przyjemności. W ostatnim momencie była zmiana planów, więc chciałem po prostu pobiec na samopoczucie - oczywiście jak to ja: oznacza to że biegłem szybko, ale nie miałem planów na konkretny czas czy tempo. Wgrałem sobie trasę do zegarka, popatrzyłem na profil podbiegów, przebieg trasy, wyniki poprzednich edycji (ale nie znalazłem takiego samego dystansu) i po prostu biegłem na "czuja".
Początek był dość szeroki, udało mi się gdzieś w okolice powiedzmy miejsca 25-go się uplasować na tych ponad 200 osób - tak żeby nie było problemu jak się zrobi wąsko. Był taki odcinek, ale krótki i potem większość biegu prowadziła (aż do ostatniego podejścia) szeroką drogą. Przez pierwsze prawie 3km były podbieg, ale nie mogło być bardzo stromo, bo wyszło mi średnio tam 6 min/km (może jeszcze dużo pary miałem ;) ). Potem trochę ponad kilometr zbiegu i tam miałem najszybszy odcinek: 4:04/km (!) aż jestem w szoku jak tera patrzę na wyniki, bo nie pamiętałem żebym tak szybko biegł (nie kontrolowałem tego). Potem znowu podbieg ponad 2km, ale tempo średnie 5:40/km oznacza że mimo że człowiek stary to jeszcze daje radę. I potem dłuuuugi zbieg aż 7 kilometrów do jedynego punktu odżywczego i tutaj się starałem biec szybko - wyszło między 4:28/km a 4:52/km. Na trasie wyprzedzałem hordy ludzi z innych dystansów, fajne to było bo nie było nudno, można było coś zażartować, coś ciekawego zobaczyć (np. zawodników rozlewających sobie wysokoprocentowy trunek na postoju. albo innych palących e-papierosy albo nawet zwykłe, zawodniczkę ciągnącą córkę na sankach, dużo się działo :) ).
Na sam koniec jednak zaczęły się schody - to znaczy taki fajny podbieg (podejście raczej) i zaraz potem karkołomny zbieg.
Około 1200 metrów w poziomie i około 150 metrów w pionie - tempo ponad 13 minut na kilometr :) masakra, ale zbieg był gorszy - zjeżdżałem na tyłku bo buty (górskie altra, bardzo już zajechane) nie dawały rady. Zmęczyłem się sporo, ale nie było to zbyt długie i po krótkim odcinku w Cisnej wpadłem na metę.Żonka zrobiła mi ładne zdjęcia, coś tam zjadłem, wypiłem i poszliśmy do hotelu - na szczęście niewiele ponad kilometr na pieszo. Wchodziłem już do hotelu gdy kolega Damian wysłał mi sms'a z gratulacjami drugiego miejsca w kategorii M50. To mnie zaskoczyło, przecież jeszcze mam 49 lat (przez miesiąc)! Wiedziałem że przed mną było sporo ludzi, myślałem że jestem w M40 jeszcze, która jest najbardziej oblegana, więc nawet nie sprawdzałem wyników bo ja nigdy w takich biegach nie ocierałem się o podium w kategorii. Okazuje się jednak że wystarczy się zestarzeć i sytuacja diametralnie się zmienia ;) Na zawodach kategorie liczą według rocznika, a nie według wieku w dniu zawodów (przynajmniej tutaj), więc sklasyfikowali mnie jako M50 i byłem drugi w kategorii!
Gdybym był w M40 to z tym czasem byłbym.... jedenasty :) W klasyfikacji generalnej byłem 18-ty i co rzadko się zdarza - nie był przede mną żadnej kobiety.
To trzeba było szybko, bo pamiętałem z regulaminu że jak jest się nieobecnym na dekoracji to nagrody przepadają. Chodziło mi najbardziej o jakąś statuetkę czy dodatkowy medal - bo nigdy mi się coś takiego nie przydarzyło. Szybki prysznic, przebranie, wynieśliśmy torby do samochodu i podjechaliśmy na metę. Oddałem tam czujnik do mierzenia czasu (zapomniałem wcześniej!) i sprawdziłem w biurze - okazało się że dekoracja będzie o 14:00 czyli za niecałe pół godziny i zobaczyłem tam przygotowywane hordy statuetek - czyli coś na co miałem szansę, chociaż jeszcze nie byłem całkiem pewny czy to nie jakaś pomyłka. Podszedłem do namiotu firmy mierzącej czasy (b4sport) i potwierdziłem - rzeczywiście byłem drugi w kategorii! No to wróciłem do samochodu, podzieliłem się dobrą nowiną i poszliśmy do biura zawodów na dekorację. Naprawdę super sprawa, a ten (gipsowy) wilk to będzie od teraz zajmował bardzo ważne miejsce na moim biurku!
To był bardzo fajny bieg i tylko żałuję że nie mogliśmy razem go pobiec, wolałbym to niż to drugie miejsce w kategorii, ale co się odwlecze to nie uciecze - znajdziemy coś podobnego, tylko mam nadzieję że bliżej, bo 11 godzin w samochodzie żeby pobiegać półtorej godziny po górach to trochę masochizm.
Żeby się pocieszyć przed podróżą zjedliśmy w centrum Cisnej w karczmie Łemkowyna regionalne dania (super było) i wybraliśmy się w drogę powrotną. Jak by można było tam się szybciej przeteleportować to bywalibyśmy tam na pewno częściej na imprezach spod znaku Rzeźnika :)









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz