Szósty już mój Półmaraton Warszawski za mną. Tak trochę śmiesznie się te półmaratony ułożyły - biegłem trzy razy pod rząd na samym początku mojej biegowej "kariery" czyli w 2012,13,14 roku i teraz też trzy razy pod rząd: 2024,25,26. Lubię tą imprezę - blisko, bardzo dobra organizacja, trasa. W dodatku ostatnio zaczęła się ta impreza robić całkiem międzynarodowa i... bardzo duża! Organizatorzy chwalili się aż 25 tysiącami zapisanych na półmaraton i podobno jeszcze 8 tysięcy na piątkę, organizowaną przy tej okazji. To wygląda mi na największą imprezę biegową w Polsce do tej pory!
W tym roku biegliśmy we trójkę, bo oprócz mnie i mojej żony udało się namówić jeszcze mojego chrześniaka (już od dawna dorosły chłop). Dzień wcześniej pojechaliśmy odebrać pakiety na expo - po raz pierwszy zorganizowane w nowym miejscu (centrum wystawiennicze o nazwie... EXPO :) obok stacji Warszawa Zachodnia). Moim zdaniem super pomysł, poprzednio w Pałacu Kultury zawsze i to było słabe ze względu na małą pojemność, trudniejszy dojazd samochodem, niezbyt rozplanowanie stoisk - nie było tam dość miejsca.
W sobotę trochę już raczej odpoczęliśmy i w niedzielę pojechaliśmy pociągiem na start. Ja trochę zmieniłem ostatni tydzień żeby dać nogom odpocząć, ale jednak był to start "z marszu" - główny cel to maraton trzy tygodnie później i nie odpuściłem treningów. Tutaj chciałem się z jednej strony sprawdzić, a z drugiej strony nie odpuścić treningów pod maraton. Patrząc na wyniki w tym roku (piątka w 20:01 w Wiązownie) to nie mogłem liczyć na złamanie półtorej godziny. Pomyślałem, pokombinowałem i ustaliłem sobie plan maksimum na 1:31 a plan minimum na 1:33. Miałem więc pobiec tempem na 1:32 pierwszą połowę i potem postarać się przyspieszyć i zbliżyć do wyniki maksimum.
Oczywiście nic z tego nie zrealizowałem poprawnie :) Na start przyjechaliśmy wcześniej - pociągiem z tej naszej Nowej Iwicznej. Toaleta, trochę picia. Przed startem pogadanki z kolegą z pracy z rodziną, znajomym biegowym Wasylem. Start był późno - moja strefa była pierwszą, ale i tak startowałem o 11:00 - to późno. Zjadłem więc rano jakieś bezpieczne jedzenie typu grzanki z chleba tostowego z masłem orzechowym albo zwykłym. Miałem też jakiś baton energetyczny a na sam bieg trzy żele: jeden zwykły do wzięcia przed startem i dwa uwodnione do wzięcia na 7km i 14km.
Sen o Warszawie i start! Troszkę tłoku przed startem, ale sam start bardzo płynny - nie miałem problemu z tłokiem albo ludźmi co by blokowali. Strefa startu była strasznie długa - była podzielona na chyba pięć stref i te ostatnie to startowały strasznie późno - to myślę może być problemem dla biegaczy który się do tych dalszych stref zapisali. Oni chyba półtorej godziny czekami na start! Ja natomiast wybiegłem od razu. Ustawiłem się w połowie między zającami na 1:30 a 1:35 - bo takie miałem plany.
Niestety tuż po starcie udzieliła mi się atmosfera biegu i zacząłem się zachowywać jak bym był nieśmiertelny. Tempo z zegarka było 4:15/km a ja nie zwalniałem. Oszukiwałem siebie że może mam dzień konia i biegłem tym tempem. Początkowe kilometry bardzo pomagały mi w tym przeświadczeniu - samo centrum, Starówka, mnóstwo kibiców, turystów - to podnosi morale (i tętno i tempo). Tutaj jakichś pięciu "Spartan" z dobrze znanej grupy biegaczy charytatywnych (biegli z wózkiem na czas około 1:30!!!), jakieś zespoły grające muzykę, dopingujące, nawet ksiądz z szyldem z napisem skaczący i krzyczący jakiś doping :) No dałem się ponieść i biegłem w tej samej odległości od tych zająców na 1:30 co była od początku (a powinni mi uciekać!).
Po siedmiu kilometrach wziąłem żel. Na wszystkich stacjach wodopojów piłem i polewałem się wodą. Niby marzec, ale było gorąco jak dla mnie (chociaż zwycięzca tego biegu miał dwie warstwy ubrań i całą trasę pokonał w dość grubej czapce naciągniętej na głowę :-O ). Jeszcze na starcie zawiązałem sobie koszulkę w supeł na brzuchu, żeby było lepsze chłodzenie brzuszka (sprawdziło się, jak zwykle). Podbiegi do tej pory jeszcze nie bolały, zresztą były małe, bo biegliśmy przecież na szczycie Skarpy Wiślanej. Po 10km zbiegliśmy na Wisłostradę i zaczęła się dłuuuga prosta. Pierwszą piątkę (liczoną wg zegarka) pokonałem w 21:13 co daje średnie tempo 4:14,6/km albo 4:16,3/km liczone wg atestu. Drugą piątkę zrobiłem w 21:16 co daje prawie te same tempa.
Jednak od tego miejsca zaczęło się powolutku zwalnianie. Całą Wisłostrada to było tempo w okolicach 4:21/km a na koniec, jeszcze w tej trzeciej piątce był podbieg na skarpę, żeby wbiec na most. I tam zanotowałem najgorszy kilometr - aż 4:48 (!). Co prawda kolejny wyszedł w 4:17 - więc nie odpadłem zupełnie, ale jednak wynik słaby. Trzecia piątka - w 22:21 czyli 4:28/km. Tutaj wyprzedził mnie brat kolegi z pracy (no ale on zamiast 1:35 o którym mówił to pobiegł około 1:30:30!). Walczyłem jednak do końca - nie było już potem tak strasznych podbiegów, ale jednak tak średnio wyszła ta czwarta piątka za wolno, mimo że szybciej niż trzecia - bo w czasie 22:12 czyli 4:26/km średnio. Nawet mnie tu chwilowo dogonili Spartanie z dzieckiem w wózku, ale im uciekłem :) Kibiców było tu na Pradze też sporo i bardzo fajnie się biegło, mimo że trudno było. Udało się jeszcze wykrzesać coś na miarę finiszu (ostatnie 250m po 3:56/km) i wpadłem na metę z czasem
1:32:24
Niby lepiej niż plan minimum, ale mogło oczywiście być lepiej. Przede wszystkim noty za styl słabe - trzeba było naprawdę pobiec tempem na 1:32 (czyli 4:21/km)
Tętno i tempo wyglądało dość równo patrząc obiektywnie, ale nie jestem zadowolony z tego rozłożenia sił. Trzeba było zacząć wolniej i muszę koniecznie taką taktykę mieć w Zurychu. Mam już ją obmyśloną, ale opiszę to w kolejnych wpisach.
Rozkład czasów kilometrów jest poniżej - na zielono są najwolniejsze kilometry (ten podbieg plus końcówka to już zmęczenie). Mam wrażenie że forma mi rośnie - zima była dość ostra i nie dałem rady wcześniej się z tą formą wyrobić, ale mam nadzieję że w Zurychu to uda się te moje plany minimum osiągnąć z zapasem.
Acha - zapomniałbym o ciekawym zakończeniu - za metą pogadałem trochę z bratem kolegi z pracy, spotkałem Radka - kolegę Blogacza (wynik stabilny: 1:25 :) ) i szybko cofnąłem się żeby pomóc żonce z moim chrześniakiem, którzy wystartowali pół godziny po mnie. Udało mi się cofnąć aż trzy kilometry i tam znalazłem żonę, ale oni się rozłączyli i krzyknęła mi żebym chrześniaka łapał i pomagał. No tylko że się nie zrozumieliśmy i ja go szukałem gdzieś z tyłu, a on przemknął jakoś bokiem tuż za nią. I stałem tam przez jakieś 10 minut wypatrując w tłumie ludzi i jak Kubuś Puchatek "im bardziej zaglądał do garnuszka tym bardziej tam nie było miodku". W końcu zrezygnowałem i zacząłem iść do mety wzdłuż trasy. Okazało się oczywiście że byli już oboje na mecie :) zresztą z kolegą mojego chrześniaka (miał super czas). Pogadaliśmy i trzeba było wracać do domu żeby córki nie rozniosły same tam domu.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz