niedziela, 19 kwietnia 2026

Maraton Zurych

   
 
Zurych przywitał nas piękną pogodą - dolecieliśmy w piątek późnym wieczorem, ale w sobotę od rana było tak pięknie jak na zdjęciach powyżej i poniżej. Poszliśmy najpierw na expo odebrać pakiet. W sumie to trochę za szerokie pojęcie "expo" - bo było to tylko stoisko w sklepie sportowym. Trochę nam zabrakło takiego typowego expo - lubimy obejrzeć i co nieco kupić z takich typowo biegowych rzeczy: żele, ale też ubrania, obejrzeć stoiska innych biegów i poszukać inspiracji do nowych kierunków naszych biegowych wycieczek. No trudno - zapakowałem mój pakiet (z koszulką techniczną szwajcarskiej firmy on - w sumie tanio wyszło bo pakiet kosztował tylko 159 franków czyli 740zł :) a kupiony był w listopadzie czyli 5 miesięcy wcześniej). 
Po odebraniu pakietu była najfajniejsza część wyjazdu - czyli zwiedzanie miasta. Naprawdę udało się nam z tą pogodą. Samo miasto bardzo mi się spodobało - świetnie skomunikowane (mimo braku metra) - są tramwaje, autobusy, pociągi i statki pływające po jeziorze Zurych, które klinem wbija się aż do samego centrum. Właściwie to miasto obrosło to jezioro po prostu - dzięki stateczkom można szybko się przedostać na drugą stronę jeziora. Przyroda jest świetna po prostu - zielono, woda, a naokoło Alpy. Widoki były super - skorzystaliśmy nawet z przejażdżki diabelskim młynem - z góry było jeszcze ładniej. 
 
  
 
Mimo zwiedzania udało się nie przesadzić ze zmęczeniem nóg - miałem w sumie chyba tylko 12 tysięcy kroków. Wieczorem nawet udało się pójść na mszę - okazało się że coś tam jeszcze z niemieckiego pamiętam :) ale poza tym to odpoczywałem (i rozgrzeszony ładowaniem węgli jadłem więcej niż zwykle :) ). Prognoza pogody wskazywała że będzie około 10 stopni i będzie padało. Dla kibiców niezbyt, ale ja się cieszyłem - zawsze w takich warunkach mi się najlepiej biegało maratony. Trasa też wyglądała na dobrą - płaska, mimo że samo miasto Zurych jest położone na bardzo pagórkowatym, nawet górzystym terenie. W końcu to są Alpy! Ale poprowadzili trasę najpierw (pierwsza dycha) po centrum - ale po płaskim, a potem wzdłuż jeziora po prostu, nawrotka i ostatni odcinek też po tych samych okolicach w centrum.
 

Rano postarałem się wstać cicho - start był już o 8:00, więc nie chciałem budzić rodziny. Udało się szybko ogarnąć - zjeść coś małego, wypić izotonik (od rana do samego startu jedna sztuka wyszła), ubrać w swój czerwony kubraczek i bez żadnych toreb - już na krótko - wyjść na start. Mieszkanie mieliśmy dość blisko startu, chyba 3,5km ale podjechałem pociągiem do centrum i tam już trzeba było na pieszo bo ulice były zamknięte ze względu na nasz bieg.
Na start zostało mi mniej niż kilometr ze stacji głównej. Doszedłem, spokojnie się lekko rozgrzałem (przed maratonem nie biegam, tylko rozciąganie, najwyżej dosłownie 2-3 minuty truchtu). Miałem strefę startową A, czyli pierwszą i to chyba było na czasy do 3:15. Ja chciałem biec na 3:20 więc stanąłem na jej końcu, za zającami na 3:15 i też przed, bo była druga para, już w strefie B o ile dobrze pamiętam.
 

Ulice były mokre, ale nie padało. Była fajna atmosfera - muzyka, prowadzący coś tam nas zagrzewał do biegu. Nie byłem jakoś sporo przed startem, ale wyszło w sam raz. Jeszcze raz szybko do toalety i byłem gotowy. Przed startem wziąłem jeden żel - taki zwykły (firmy Dzik bo taki akurat miałem, a są dość dobre), natomiast na sam bieg wziąłem moje ulubione: High5 uwodnione - 5 sztuk. One mają mniej węgli, ale łatwiej się je przyjmuje, nawet można bez popijania. Plan był brać je co 7 km.
W końcu ruszyliśmy. Ustawiłem sobie zegarek na ręczne łapanie okrążeń, a ekran ustawiłem tak, żeby pokazywał trzy pola: tempo średnie biegu, tempo bieżącego okrążenia i dystans okrążenia. To pierwsze do kontroli czy ogólnie jest OK, to drugie do kontroli aktualnego tempa, a to trzecie do łapania ręcznego okrążeń - jak się zbliżało 1000 metrów to wiedziałem że powinno być oznaczenie kilometrowe.
 
 
Prognozy się sprawdziły, nawet było trochę więcej deszczu. Kibiców nie było więc jakoś dużo - w samym centrum i w mieście gdzie była nawrotka było trochę, ale na trasie - jak to zwykle na maratonach (oprócz tych największych) - było raczej pustawo albo zupełnie pusto.
 
 
Ja starałem się biec równo - kontrolowałem to tempo. Chciałem biec około 4:43/km - bo zegarek nalicza troszkę więcej dystansu niż ma atest trasy, więc tempo (nominalnie powinno być 4:44/km żeby ukończyć maraton w 3:20:00) musi być troszkę szybsze. Udawało się tak prawie - to znaczy było minimalnie wolniej i to od początku. Bardzo dziwne, zwykle tempo maratońskie nie jest problematyczne przez pierwsze 25-30km nawet. Ale nie było źle - było to tempo naprawdę prawie jak w zegarku. 
 
 
Na każdym punkcie z wodą trochę piłem, raczej wodę, chociaż też izotonik. Mimo tego że lekko padało to ja prawie zawsze polewałem się też wodą (jakoś ja się za bardzo grzeję podczas biegu). Oczywiście raz też sobie izotonikiem w oko polałem. Co 7km brałem żel. 
 
  
Pierwsza część po mieście była fajna - tu było najwięcej kibiców, biegło się najprzyjemniej. Trasa trochę kluczyła i widać było innych biegaczy na mijankach - to mi się podoba. Polaków nie było za dużo, ale czasami jakiś kibic coś krzyknął w naszym rodzimym języku. 
 
  
Po tej pętli po mieści wyrzuciło nas wzdłuż Jeziora Zurych na południe - to była niby dość prosta trasa, jednak nie była płaska. Profil trasy wygląda  płasko, ale droga właściwie przez większość czasu trochę była w górę lub w dół. Przez to że często zmieniał się kierunek to na profilu wygląda to dość płasko, ale szczególnie na tej ogromnej agrafce - bo od 8-9 do 22 kilometra było prosto wzdłuż jeziora i wtedy nawrotka i ta sama trasa do 36km - było często pod górę i to było czuć. Mimo to, tak z doświadczenia to muszę przyznać że tych podbiegów było dużo mniej niż przeciętnie. 
 

Fajna była atmosfera w tym miasteczku przy nawrotce (Meilen) - sporo kibiców, to było miłe. Jeszcze przed tą nawrotką, około 17km minęliśmy czołówkę - 6 biegaczy z Afryki, długo długo pusto i dopiero Europejczycy. Nawet bardzo wysoko jeden Polak - Michał Wendland który skończył w 2:24:14 na 13-tym miejscu! Krzyknąłem mu oczywiście "dajesz Michał" bo na numerach startowych były imiona.
 
Moje zmagania z czasem biegu szły całkiem dobrze - taka malutka strata działa bardzo motywująco. Dystansu mi zegarek liczył trochę więcej (wyszło w sumie 42,48km czyli prawie 300 metrów więcej) i z tego powodu moje trzymanie 4:43/km było troszkę za wolnym tempem. Ale na półmetku zameldowałem się z czasem 1:40:10 czyli w granicach błędu - tylko 10 sekund wolniej niż planowałem. Od tego momentu zwykle sobie troszkę luzuję pilnowanie tempa i pozwalam sobie troszkę przyspieszyć. Tym razem jednak nie przyspieszyłem - nie czułem się dość silnie, ale jednocześnie było OK żeby biec tym samym tempem (i liczyłem że w końcówce przycisnę i te sekundy urwę). 
 

Po nawrotce dalej realizowałem więc mój plan - utrzymać równe tempo i po raz pierwszy w życiu pobiec drugą połowę maratonu szybciej niż ta pierwsza. Myślałem sobie że zacznę tak leciutko przyspieszać już od półmetka i pomalutku nadrobić, tak żeby wreszcie się udało z tym tempem narastającym. Ale w praktyce - nie wychodziło to. Natomiast biegłem równo. 
 
 
Długa prosta  do miasta była znowu dość trudna. Pamiętam znowu te długie, choć mało strome podbiegi. W sumie to normalne - wracaliśmy tą samą trasą, więc było identycznie (chociaż w odwróconej kolejności). Żele brałem regularnie co 7km, piłem na każdym wodopoju - troszkę izotoniku, troszkę wody i jeden kubek wody "na łeb". 
 
 
 
Pogoda była chyba głównie taka typu pochmurno, trochę mżawki - do biegania dla mnie idealnie. Czułem się dobrze, chociaż odczuwałem zmęczenie. Troszkę jak by kurcze chciały mnie łapać, ale na szczęście nie doszło do tego. Chyba ten magnez w płynie co mi małżonka kupiła (3 sztuki - do brania jeden na dzień) dobrze zadziałał. 
 
 
Wbiegliśmy wreszcie na ostatnią dychę z powrotem do centrum Zurychu. Starałem się od 30-go km myśleć tylko o tej ostatniej dyszce (bo potem to już tylko 2km) ale nie do końca mi to wyszło. Już od 32-go km leciutko zwolniłem - ale tylko jakieś 10 sek/km - czyli do około 4:55/km. Wreszcie w trakcie 38-go km spotkałem moje dziewczyny, stąd mam takie fajne zdjęcia:  
 
 
 
 
 
Trochę mnie to kosztowało - bo musiałem przebiec przez całą szerokość drogi do nich i kilka sekund na przytulanie i gadanie. A ja pilnowałem tego tempa cały czas! Tempo mi po raz pierwszy mogło spaść powyżej 5 min/km - więc trochę przycisnąłem i udało się uratować - wyszło 4:59/km :) ! Potem to już była walka - bo chciałem po raz pierwszy w życiu przebiec każdy kilometr poniżej tych 5 minut. Starałem się i było ciężko, na końcówce wyprzedzałem, choć i mnie wyprzedzano z rzadka. Najgorszy był jeden gość co w trakcie biegu wrzeszczał (bez artykulacji, po prostu wrzeszczał), ale to chyba dobrze bo mnie zmobilizował żeby przyspieszyć i mu uciec :)
 
 
Sama końcówka to już finisz - chciałem poprawić chociaż ten wynik ze Sztokholmu i.. udało się! Końcówka w tempie 3:57/km i na metę wbiegłem z czasem:
 

3:21:42 

 
 A na mecie wywiady, autografy, to znaczy nie do końca, ale radość była. 
 
 
  
 
  
 
 
Jak się dobiegnie w dobrej formie to człowiek nawet nie jest zbytnio zmęczony. Szybko udało się wrócić do mieszkania, wykąpać i popłynęliśmy rodzinką stateczkiem do Muzeum Czekolady Lindt (mogłem sporo zjeść po takim wydatku energetycznym, nie?), potem jeszcze sporo chodziliśmy szukając miejsca żeby zjeść i wracając do mieszkania. 

Jak by ten bieg podsumować? No nie udało się w 100% zrealizować planów, ale czułem się i fizycznie i psychicznie bardzo dobrze. Ten pierwszy raz w życiu gdy wszystkie kilometry były poniżej 5 minut na kilometr robi na mnie wrażenie. Myślę że to się udało po pierwsze dlatego że naprawdę odrobiłem biegi długie w planie treningowym - były 4, myślę że lepiej jednak gdyby było ich 5. Poza tym zagrała pogoda - ja w takiej biegam najlepiej. W Brukseli tak było i tam udało się równie dobrze (nawet lepiej) pod względem rozłożenia sił.


  

Tutaj podział na odcinki wg danych organizatora:
 

No i te czasy kilometrów - ten co miał 4:59 miał przerwę na pogadankę z rodzinką, pewnie te 5 sekund tam straciłem. Więc efektywnie biegłem najwolniejsze kilometry po 4:55 a średnia była 4:45/km. Odpadnięcie maksimum 10 sek/km to jest dla mnie prawie w granicy błędu na maratonie.

Zrobiłem sobie taką analizę jak biegałem moje wszystkie maratony (sporo mi zajęło odgrzebanie tych danych dla wszystkich moich maratonów). To był drugi po względem równego tempa w obu połowach biegu maraton dla mnie. Tylko w tej Brukseli było lepiej (tam było tylko 7 sekund różnicy!). Tutaj było 1:22 różnicy między połówkami. To naprawdę mnie cieszy. 

Podsumowując - maraton w Zurychu był bardzo fajny. Mogę polecić jak macie za dużo kasy (strasznie tam jest drogo). Samo miasto piękne, można zwiedzić starówkę w jeden dzień, w drugi trochę okolice, popływać stateczkiem, bardzo jest tam przyjemnie. Wypad z rodziną bardzo się udał - mam nadzieję że jesienny wypad na maraton będzie równie udany (pakiet mam już kupiony :) ).

To teraz co w planach? Na pewno Bieg Konstytucji i chciałbym potrenować pod 5km i 10km. Maraton mam dopiero w listopadzie, więc trening pod niego zacznę później - i jeszcze pomyślę czy będę się żyłował mocnym planem, czy raczej jednak będzie to mniej ważny start.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

ADs