niedziela, 20 listopada 2022

Bieg Niepodległości 2022

Planowo miał to być ostatni bieg sezonu po którym chciałem zrobić roztrenowanie, ale coś w prawym biodrze zaczęło mnie po maratonie po maratonie pobolewać. Z tego powodu roztrenowanie zacząłem szybciej, coś tam próbowałem basenem i pompkami ratować sytuację, ale i tak przybrałem na wadze około 3-4 kilogramy i nie biegałem około dwóch tygodni. 

Bieg Niepodległości jest jednak dla mnie na tyle ważny że zrobiłem wyjątek i na ten jeden bieg zrobiłem wyjatek od nie-biegania. Oczywiście z wcześniej wymienionych powodów nie nastawiałem się na żaden wynik, miałem pobiec na samopoczucie.

Na bieg podjechałem najpierw samochodem - do miejsca gdzie jest nawrotka, a potem wsiadłem w metro i te 5 kilometrów przejechałem komunikacją miejską. Metro nie staje tuż przy starcie, więc dobieg do startu posłużył mi za rozgrzewkę. Trochę się bałem bo nie przestało mnie pobolewać to biodro. A na imprezie - jak by pandemii nigdy nie było :) pełno ludzi, organizacja jak przed pandemią, słowem - wracamy do żywych! Fajnie to bardzo wyglądało. Wepchnąłem się na koniec strefy 40:00-45:00 bo nawet gdybym nie miał tego roztrenowania i większej wagi to i tak pobiegłbym w okolicach 41 minut. Tutaj byłem pewny że będzie sporo wolniej. 

To jeszcze hymn, trochę czekania na start i... poszły konie po betonie. A właściwie to najpierw pojechały osoby na wózkach a po kilku chwilach pierwsza strefa. Ja byłem na końcu strefy, udało się dzięki temu ominąć prawie całkowicie tłok na starcie (chwilkę odczekałem na końcu strefy i przez linię startu przebiegłem bez ścisku). 

Biegłem na wyczucie - trasa jest pewnie dobrze znana, bo od lat już to po prostu pięć kilometrów na południe aleją Jana Pawła II, nawrotka i znowu taki sam dystans w drugą stronę. Trasa szybka - równy asfalt i w sumie tylko jeden wiadukt który jest w dość denerwującym miejscu (gdy się wraca) - do wtedy akurat człowiek jest już najbardziej zmęczony, a do mety jeszcze ni tak blisko. Patrząc teraz na wynik i międzyczasy (w trakcie biegu starałem się nie patrzeć, chociaż coś tam trochę podejrzałem) widzę że zacząłem od około 4:03/km, na wiadukcie spadło do 4:30, ale potem wrócił o do około 4:10 i powoli od połowy dystansu zaczęło spadać - 4:20 było przez całą środkową część biegu. Potem ten wiadukt w drodze powrotnej nad Jerozolimskimi i znowu troszkę ponad 4:30 no i potem końcówka w jakieś około 4:15/km. Średnio całość wyszła 4:17/km i czas 

43:05

Podsumowując - no słabo strasznie, ale nie był to bieg na wynik (chociaż starałem się pobiec jak najszybciej, ale roztrenowanie nie pozwoliło na bicie rekordów). Mimo to bardzo mi się spodobała impreza - to że było nas tak wielu, czuć że bieganie wraca do swojej przed-pandemicznej formy. Teraz pora też na to żebym i ja wrócił do tej formy :)



sobota, 29 października 2022

City Trail 2022

Za długo nie będzie, ale też i sam bieg trochę bez historii. No może trochę przesadzam bo kilka rzeczy mogę ciekawych opisać :) Zacznijmy od tego że to miało być takie przetarcie przed ostatnim biegiem sezonu - Biegiem Niepodległości. Dopiero co pobiegłem maraton w Poznaniu i jak wiecie z poprzedniego wpisu - poszło mi bardzo dobrze. Ucieszyłem się naprawdę ogromnie że dałem radę pobiec prawie równo obie połowy, zrealizowałem swój plan minimum (poniżej 3:20) i pierwszy raz od prawie 3 lat miałem czas który nie był słaby. 

Na fali tego biegu chciałe zrobić też dobry wynik w City Trail, celowałem w 20 minut bo podłoże jest tam gruntowe więc te pół minuty wolniej od wyniku z tego roku na asfalcie byłoby pewnie podobnym poziomem wysiłku. 

City Trail w Warszawie odbywa się na Młocinach. Ja mieszkam na południu czyli całą Warszawę muszę objechać. Jazda przez miasto trochę nie ma sensu - zajmuje sporo czasu ze względu na światła. Sprawdziłem dojazd wieczorem poprzedniego dnia - około 32 minut to chciałem o 10 wyjechać (start o 11). No i tu się zaczęły schody, to znaczy dokładnie: wyjazdy z Warszawy na Wszystkich Świętych. Korki od rana mimo że to sobota i zamiast 32 dojazd rano mi nawigacja pokazała około 46 minut. W dodatku wyszedłem kilka minut po 10-tej i na miejscu miałem być 10:52. Niezbyt możliwe żeby zaparkować (bardzo ciężko o miejsce - pamiętam z poprzedniego startu) odebrać pakiet i dotrzeć na start jeszcze. Przycisnąłem więc trochę na drodze ekspresowej (najpierw w kierunku lotniska, potem na południowej obwodnicy Warszawy. I ciekawostka - jakieś czarne duże BMW jechało za mną gdy się włączyłem do ruchu, zjechałem bo już jechałem 20 km/h więcej niż przepisy to mnie wyprzedzili i pognali jakieś na oko 180 km/h. Trochę za nimi pojechałem, ale nie blisko bo jechali za szybko i uciekali. I wtedy włączyli sygnały bo gość przed nimi nie chciał zjechać :) to była okazało się policja która spieszyła się na akcję. Jak im zjechał ten przed nimi to pognali dalej - tak się śpieszyli. 

Ja już dalej grzecznie pojechałem i na szczęście nawigacja przekierowała mnie na drogę przez północne dzielnice a nie zapchaną i stojącą północną częścią obwodnicy Warszawy. To mi oszczędziło jakieś 7 minut, udało mi się zaparkować i dobiec do biura zawodów. Odbiór pakietu trochę zajął bo numeru nie znałem, potem postałem chwilę w kolejce, wreszcie dostałem numer startowy i czip na buta. Założyłem wszystko i pobiegłem na start. A start wcale nie jest blisko! Jeszcze musiałem do lasu zboczyć (w ramach toalety) i w końcu dobiegłem na start równo 11:00! Dosłownie w momencie wbiegana padł sygnał do startu. Zdążyłem wyzerować zegarek i uruchomić gdy przebiegałem przez start.

Z jednej strony rozgrzewka była całkiem-całkiem, z drugiej strony miałem trochę wrażenie że startuję od razu troszkę podmęczony. Mimo że to było mniej niż 2km tej rozgrzewki. Temperatura była rzędu 16-17 stopni. Jak na koniec października bardzo ciepło - za ciepło na szybkie bieganie. Po drugie podłoże nie sprzyja wyścigom - to jest alejka parkowa. Po trzecie po maratonie zaczęło mnie znowu pobolewać prawe biodro! Chciałem biec 4min/km przynajmniej przez 3km i potem zobaczyć czy dam radę przyspieszyć. Ale tutaj już pierwszy kilometr nie wychodził mi w tym tempie, a starałem się. Wyszło niestety 4:04/km wg zegarka, drugi to już 4:12/km i uczucie że jest źle - oddech od początku za głęboki, myśli że się tego nie da tym tempem, lepiej zejść - było ciężko. Trzeci km to już tragedia - 4:29/km toż to blisko tempa maratońskiego z Poznania zaczęło być! Czwarty to już zupełna degrangolada - 4:36/km! I co z tego że ostatni to już 4:17/km i jakiś tam sensowny finisz gdzie powyprzedzałem, skoro wbiegłem na metę z czasem 

21:13

Tam zawsze biega sporo harpaganów - mój wynik (nie taki strasznie zły patrząc na średnią czasów na piątkę wśród biegaczy - amatorów jak ja) dał mi tylko 159 z 570 którzy dobiegli. Czyli aż 27,9% a zwykle w pierwszych 10% się mieszczę. Tutaj musiałbym nabiegać 18:36 czyli pobić życiówkę ze stadionu biegnąc po alejkach parkowych :) To tylko pokazuje że City Trail to jednak jest taki bieg gdzie wymiatacze w dużych ilościach się pokazują.  No coś, na początku wyprzedził mnie gość z dzieckiem w wózku i patrząc na tempo to poniżej 20 minut musiał mieć na mecie :)

Podsumowując - było fajnie że pobiegłem, impreza bardzo fajna i dlatego też już drugi raz tam wpadłem. Polecam wszystkim. Z minusów moich osobistych - znowu mnie pobolewa prawe biodro. Czekam już tego roztrenowania jak kania dżdżu - jeszcze tylko do Biegu Niepodległości, zostało jakieś 12 dni tylko i mam zmiar biegać mniej i krócej a potem - myślę że 3 tygodnie, może 4 przerwy - zobaczymy :)



czwartek, 20 października 2022

Poznań maraton

Drugi raz zawitałem do Poznania na maraton. Zwykle nie odwiedzam tego samego miasta ponownie, ale zrobiliśmy wyjątek bo Poznań jest blisko (więc można całą rodziną bez problemu podjechać) a poza tym mam tam szwagra to można było się odwiedzić i co bardzo ważne jest tam dobra organizacja i całkiem dobra trasa. Ale o trasie to jeszcze trochę opowiem później!

Wypad do Poznania zrobiliśmy ograniczony czasowo - to znaczy w sobotę rano zebraliśmy się do naszego rodzinnego citroena i pojechaliśmy prosto na expo. Nie było może zbyt duże, ilość stoisk i wybór rzeczy nie powalał, ale odbiór pakietu i jego zawartość była całkiem fajna. W dodatku warto było wziąć koszulkę maratońską - spodobała mi się z wzoru i wykonania. Odbiór poszedł sprawnie, muszę tylko ponarzekać na brak miejsc parkingowych na terenie expo i straszne korki w Poznaniu. W Warszawie mimo że miasto znacznie większe łatwiej się poruszać samochodem. Na expo jeszcze spotkaliśmy się z rodziną (biegi dzieci były w sobotę) i zaraz wybraliśmy się do hotelu - polecam Novotel w centrum. Dla naszej pięcioosobowej rodziny trzeba było już dwa pokoje brać, ale za jedną noc nie zbankrutowaliśmy, a jakość tego hotelu i lokalizacja to wynagradzają. Dzięki tej lokalizacji mogliśmy zostawić samochód i bagaże w hotelu i wybrać się na pieszo do centrum. Nasza najmłodsza koniecznie chciała zobaczyć poznańskie koziołki - oczywiście zobaczyliśmy tylko skąd wyłążą, ale podobno tylko w południe to samych zwierzaków jak się trykają nie było nam dane zobaczyć. Pozwiedzaliśmy chwilę z rodziną w tym szwagrem - centrum strasznie rozkopane, szczególnie rynek i wybraliśmy się na obiad. Restaurację mogę polecić - Orzo. Bardzo dobre makarony, a to oczywiście w przeddzień maratonu ważna sprawa. Zjadłem swój, dojadłem pizze po córkach i byłem przejedzony - czyli w porządku!

Jeszcze chwila spaceru, lody, pączki, rogale świętomarcińskie i ładowanie węglowodanów było zaliczone. Nie zrobiłem też za wiele kroków bo jednak krótkie te spacery były - słowem wyglądało to dobrze. Prognozy pogodowe były raczej dobre - małe szanse na deszcz, temperatura trochę za wysoka, ale słaby wiatr - ogólnie wyglądało dobrze.

Maraton miał wystartować o 9:00 rano. Nastawiłem więc budzik na 7:00 i poszedłem spać jeszcze trochę przed północą. Rano zacząłem od gorącej herbaty (ważna sprawa żeby uruchomić żołądek jak najszybciej - żeby przed startem pozbyć się wszystkiego co można z układu trawiennego). Zjadłem kilka lekkich rzeczy i przygotowałem się - strój był taki że niebieska koszulka z maratonu w Chicago, czarne spodenki i nowe niebieskie skarpety uciskowe pod kolana. Czyli na niebiesko bo przecież biegnę w Poznaniu. Buty czarne adidasy rozbiegane już maksymalnie. No i jeszcze saszetka na pasku do której zapakowałem trzy żele a czwarty i butelka izotoniku do łapy przed wyjściem. Życzenia od żonki i najmłodszej córki i byłem gotowy do wyjścia (oczywiście starsze spały jeszcze!). 

Hotel jak pisałem był tak blisko że na start poszedłem na pieszo. Spokojnym marszem doszedłem, na miejscu nerwo-sik, dokończenie żelu i izotonika, wejście do strefy. Miałem możliwość wejścia do strefy A czyli najszybszej, na czasy chyba około 3:00 więc nie pchałem się tam. Miałem plan aby pobiec poniżej 3:20 więc ustawiłem się w strefie B, tam były zające na 3:15 (następne były na 3:30). Byłem przygotowany żeby powalczyć o bieg taki jak w Brukseli: czyli żeby skończyć w dobrym stanie i nie przeszarżować. Treningi mi mówiły że tempo na 3:15 byłoby dla mnie za szybkie, z drugiej strony zegarek mi podpowiadał że powinienem 3:17 z groszami pobiec, ale czas na dychę już mi trochę zaniżał względem mojego wyniku ze startu.
Dodatkowo popatrzyłem na moje ostatnie wyniki: aż trzy lata temu ostatnio pobiegłem poniżej 3:20, ostatnie pięć maratonów to masakra - zawsze wynik bardzo słaby z dużym odpadnięciem. Chciałem to wreszcie zmienić i dobiec w dobrym stanie, z dwiema równymi połowami albo drugą szybszą.
Ustawiłem więc sobie taktykę w ten sposób: pierwszą połowę pobiec tempem na 3:20 czyli w 1:40 a potem spróbować przyspieszyć jak będą siły i jeśli się uda to urwać trochę i zbliżyć się do 3:17.

Z taką myślą stanąłem na starcie, atmosfera była super - muzyka energetyczna i dobrze dobrana, naprawdę dużo biegaczy i kibiców. Oprawa startu bardzo fajna - czułem się bardzo dobrze i miałem naprawdę dobrze przeczucia. Najpierw wózkarze a dokładnie o 9:00 - my! 

Trasa w Poznaniu była podobna do tej którą biegłem poprzednio w 2015 roku. Były małe różnice z powodu remontów i trochę mnie to wybiło z rytmu na początku. Pierwszy km był źle oznaczony i to tak poważnie, ponad 200m dłuższy z tego co pamiętam. Natomiast potem były równo i chyba dopiero piąty był krótszy. To spowodowało że trudno mi było kontrolować tempo na tym początkowym odcinku. Troszkę było za szybko, ale w granicach akceptacji jeszcze. Pierwsza piątka wyszła w 23:23 zamiast 23:40 co oznacza około 3sek/km za szybko. Postarałem się zwolnić (to nie jest łatwe!) człowiek sobie myśli że już biegnie trochę szybciej to trzeba to tempo utrzymać zeby nie stracić tego co już "zarobił", poza tym są myśi że dobrze się biegnie przecież - a tutaj tak było. Tętno było 160 - to naprawdę nisko jak na bieg maratoński, zwykle 172 nawet było u mnie na maratonie. No ale oprócz kilku wyjątków moje maratony to zawsze odpadnięcie pod koniec - tego chciałem uniknąć. Udało się więc troszeczkę zwolnić - i na dyszce zameldowałem się w czasie 46:55.
Fajne było jak wyprzedzał mnie biegacz ze sklepu Jacek Biega z wózkiem w którym była pani Maria - słynna w Poznaniu biegaczka która z białą parasolką biegała maratony. Pamiętam ją na przykład z maratonu w Lęborku. Tutaj w Poznaniu widać jest znana - dostawała doping od wolontariuszy na trasie! Przy okazji co do kibiców to w Poznaniu nie było ich dużo, stali w niektórych miejscach i tam zdarzało się że było ich sporo, ale wiadomo że z Paryżem czy innymi wielkimi biegami to się nie da tego porównać.
Biegłem sobie dalej, starając się nie przyspieszyć. Bardzo mi się podobało to że mam ciągle takie niskie tętno, czuję się dobrze, nic nie dolega - no wszystko szło pięknie. 15km w 1:10:26 czyli ciągle to samo tempo 4:42/km. Potem 20km, różnica prawie żadna bo 4:41/km i prognozowany czas na mecie 3:17:37, zresztą taki jak po pierwszej piątce, czyli minimalnie przyspieszyłem. Nic dziwnego - pierwsza połowa maratonu jest z górki. Na półmetek wbiegłem z czasem 1:38:58 i ciągle niskim tętnem w okolicach 160-162. 

Teraz mogłem odetchnąć i przestać się ograniczać co do tempa. Tak sobie pomyślałem bo wstrzymywałem konie do tego półmetka. W myślach już zacząłem się zbliżać do 3:15 na mecie :) tym bardziej że zające na 3:15 ciągle gdzieś tam widziałem na horyzoncie. Jest tylko jedno małe ale - druga połowa maratonu to bieg w większości pod górę, a zmęczenie robi już swoje. Do 26km jest ciągle pod górkę, więc w efekcie mimo że przestałem się tak mocno ograniczać co do wysiłu to efekt był tak że do 25km utrzymałem tempo, ale wysiłek wzrósł i tętno zaczęło dobijać do 172. Potem po 26km są 4km zbiegu do 30km i w tym miejscu widzę w wynikach że przyspieszyłem i wbiegłem na 30km z czasem 2:19:36 co przekłada się na prognozowany wynik na mecie 3:16:12. To byłby super dobry wynik, jednak od tego miejsca jest 6km podbiegu - w sumie 35 metrów w pionie. Poza tym moje przyspieszenie niebezpiecznie podniosło mi tętno, a jak już raz wzrośnie w maratonie to zauważyłem że już nie chce spaść tak łatwo. To spowodowało że trochę się zakwasiłem i opadłem z sił. Mimo to było całkiem dobrze - cały ten podbieg udało się zrobić i na 35km wbiegłem z 2:43:50 co prognozowało na mecie znowu ten sam czas: 3:17:37 - dziwny zbieg okoliczności :) Ostatnie 6km to już prawie płaski odcinek, jednak czułem się już bardzo zmęczony i niestety tempo spadło. Nie było to jednak odpadnięcie - tylko 5km było w czasach powyżej 5:00/km i to tylko trochę, najwolniejszy 5:09. Liczyłem w myślach ile tracę i było trudno, ale udało się obronić założony plan 3:20 i wbiec na metę z czasem

3:19:29


 Byłem bardzo zadowolony - wreszcie po trzech latach miałem znowu bieg w którym pobiegłem prawie równo cały maraton. Różnica między pierwszą a drugą połową to tylko 1,5 minuty! Skończyłem w dobrym stanie - żadnych kurczy po drodze (żonka mi zawsze kupuje dwa płynne magnezy na dzień i dwa przed biegiem), żadnych otarć, problemów z paznokciami, żołądkiem, mięśniami. Słowem - super to wszystko wyszło i nadal mnie cieszy ten bieg.
Myślę co teraz - zapisany jestem na Bieg Niepodległości a potem przymusowo roztrenowanie - planuję ze trzy do czterech tygodni bez biegania. Pewnie przeproszę się z basenem i rowerem w tym czasie, to mi dobrze robi żeby nie mieć kontuzji, więc polecam wszystkim.


 
 

 

poniedziałek, 26 września 2022

Sztafeta Maraton Warszawski

 Już za trzy tygodnie start docelowy czyli Maraton Poznański a w tą niedzielę wypadł maraton w Warszawie. Chciałem pobiec ze znajomymi z naszej lokalnej grupy biegowej M.I.L.A. czyli Masters Iwiczna Life Athletics (trudno było tak dopasować nazwę z "Nowa Iwiczna" w środku żeby skrót wyszedł sensowny, nie :) ?). W tym roku sztafeta była podzielona tylko na trzy części: po około 14,10,18km, ja chciałem to jakoś zgrać z biegiem długim więc powiedziałem że mogę dowolny dystans i trafił mi si najdłuższy.

W tygodniu przyjąłem (czwartą już) dawkę szczepionki przeci covid i muszę przyznać że wywarło to na mnie duży wpływ. Wcześniej miałem zawsze Pfizera i albo zupełnie nic nie odczułem albo bardzo krótko typu jednego popołudnia. Tym razem Moderna i było może niezbyt mocno, za to dłużej: powiększone węzły chłonne, katar, lekkie osłabienie. Nic poważnego, ale jednak trudno biegać akcenty w takich warunkach (nie jest to w ogóle zalecane bo przy każdej infekcji wirusowej jest zagrożenie zapalenia mięśnia sercowego). Przy szczepionce mRNA nie ma infekcji wirusowej bo tam nie ma całego wirusa, mimo to nie jest zalecane bieganie przez co najmniej dzień po szczepieniu. Ja się szczepiłem w czwartek, zrobiłem dwa dni odpoczynku, w sobotę spokojnie i niedługo a w niedzielę była ta sztafeta.

Żeby mi się to jakoś zgrało z treningiem na trzy tygodnie przed maratonem wymyśliłem sobie że zrobię dłuższą rozgrzewkę na miejsce startu i potem tą moją zmianę 18km. Zwykle starałem się biegać 70km tygodniowo, tutaj z racji szczepienia wypadł mi jeden trening więc 10km mniej chciałem przebiec, z wyliczeń wychodziło więc że rozgrzewka około 8km powinna mieć. No to szybkie sprawdzenie na mapie - muszę dojechać do metra Wierzbno i stamtąd do mojej strefy zmian w okolicach Bonifraterskiej i Konwiktorskiej akurat tyle powinno wyjść. Tak więc zrobiłem - zaparkowałem samochód pod metrem i pobiegłem na start "na czuja" czyli tak trochę na azymut. Wyszło oczywiście nie tak idealnie najkrótszą trasą i zamiast niecałych 8km było 9,16km :) Chciałem sobie zrobić ten odcinek tempem 4:44/km a potem na trasie spróbować 4:30/km. Po drodze na start dołączyłem do trasy biegu w okolicach Kruczej i biegłem albo po trasie albo chodnikiem aż do strefy zmian.

W strefie zmian okazało się że jestem w sam raz. Chyba mniej niż 5 minut czekałem na Darka który biegł drugą zmianę. Pierwszą czyli 14km Kazik zrobił wcześniej. Na starcie pogadałem z Anią żoną Darka czyli naszą głową grupy biegowej, dzięki czemu mam zdjęcia z tej imprezy :) i już zaraz trzeba było ruszać.

Sam bieg był super, mimo że razo była naprawdę chłodno to w trakcie biegu zrobiło się aż za gorąco w słońcu - jakieś 18 stopni. Ja ubrałem się dla odmiany na niebiesko - dzień wcześniej na expo kupiłem nowe skarpety kompresyjne w tym kolorze, wziąłem koszulkę z półmaratonu praskiego w tym samym kolorze i to było trochę problematyczne bo ona jest dość gruba. Po jakimś czasie związałem dolny brzeg koszulki z boku na supeł żeby biec z odsłoniętym brzuchem bo było mi za gorąco. Wyglądało na pewno komicznie, ale wentylacja się sporo poprawiła i było to tego warte.

Na trasie spotkałem kolegę który mnie wyprzedził w Paryżu - tym razem się zemściłem (małe pocieszenie bo ja przecież sztafetę biegłem :) ), generalnie biegnąc sztafetę zaczynałem od 24km - wszyscy byli już nieźle zmęczeni a ja tylko niecała dyszka rozgrzewki. Z drugiej strony ta rozgrzewka była nieżły tempem więc zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Tempo które pamiętam zaczynałem od nieco ponad 4:05/km (ech ten doping kibiców zwodzi na manowce) powoli spadło do 4:30/km i to było jak najbardziej planowane, ale nawet to tempo było za szybkie i powoli spadało. Chciałbym w Poznaniu pobiec szybciej niż 3:20 więc tempo które muszę tam utrzymać do 4:44/km Tutaj udało się mieć średnie z odcinka sztafety 4:41/km czyli dobrze. Wliczając rozgrzewkę całość wyszła ponad 26km tempem 4:42/km. Biorąc pod uwagę że nadal jakiś wpływ szczepienia odczuwam (katar, czasami kaszlnę) i że było gorąco to myślę że powinno być dobrze w Poznaniu. Spróbuję pobiec pierwszą połową w 1:40 a potem jak się da to przyspieszyć i może trochę z 3:20 n mecie urwać. Ale na pewno nie zacznę szybciej - przecież w Paryżu na wiosnę miałem plany 3:15-3:20 a dobiegłem w 3:39 (!). 

Dzięki za wspólny bieg, fajnie bardzo wyszło - mieliśmy czas nett 16-ty na 129 drużyn (wg brutto wyszło 17-te miejsce): 

3:21:10









 

czwartek, 22 września 2022

Bieg Ursynowa 2022

Trochę z zaskoczenia pobiegłem Bieg Ursynowa w niedzielę. Oryginalnie biec miała moja żona, ale trochę gorzej się poczuła i spróbowaliśmy przepisać na mnie pakiet. Organizatorzy się zgodzili mimo że było po terminie w/g regulaminu i mogłem wystartować. Już tylko cztery tygodnie zostały do maratonu, więc nie chciałem pomijać długiego biegu - trochę mi ten start nie pasował tak do planu treningowego, ale zawodowcem nie jestem, więc ważniejsza jest dobra zabawa.

A zabawa była przednia - akurat na czas biegu rozpadało się całkiem porządnie :) Na start dojechałem pociągiem i dobiegłem jakieś 6km na start. Trochę za dużo, tak myślę teraz. Ale nie ma co się martwić - trzeba biegać! Plan miałem taki żeby pobiec między 19 a 20 minut. Oczywiście celowałem w 19 minut, patrząc na wyniki z tego roku czyli trochę poniżej 19,5 minut. Zacząłem więc ostro - około 3:46/km bo tyle wychodzi mniej więcej z czasu 19 minut.
Drugi kilometr wyszedł też sensownie, ale niestety trzeci już trochę za słabo, podobnie czwarty. Sama końcówka wyszła szybko - trochę sił zostało, ale jednak całość nie była zadowalająca. Nawet doping kolegi z pracy (dzięki Damian!) nie odwrócił w dużym stopniu końcowego wyniku. Wyszło w sumie:

19:45

Szału nie ma, ale wstydu też. Warunki nie były idealne: deszcz mocny, asfalt mokry i śliski, dwie nawrotki gdzie łatwo było się poważnie wywalić i pozdzierać. Ale to nie zmienia faktu że jednak nie poszło idealnie: nie był to mój start docelowy, był zrobiony z marszu więc na jakimś tam zmęczeniu.
A na koniec pobiegłem do domu (ponad 9km) więc w sumie wyszło troszkę ponad 20km.






sobota, 17 września 2022

Ultramaraton Wdzięczności Kijów-Warszawa


Informację o tym biegu znalazłem przypadkiem na jakis portalu z wiadomościami. Idea dość prosta, choć sam bieg naprawdę monumentalny: chodziło o to żeby przebiec z Kijowa do Warszawy w ramach wdzięczności za pomoc naszego kraju dla Ukrainy. Łatwiej napisać niż zrealizować - to jest ponad 840km!

Głównym aktorem czyli biegaczem był strażak-ratownik z Kijowa Volodimir Skovorodka, a bieg zaplanowany był na 14 dni. Wychodzi więc około 60-70km na dzień. Cała akcja miała sporą oprawę: ukraińska straż pożarna we współpracy z polską zapewniły logistykę, byli też sponsorzy, m. in. poczta ukraińska, mazda. Skontaktowałem się przez fb z Vovą żeby dołączyć na ostatni dzień biegu. Dojechałem więc rano do miejsca gdzie nocowali - w Józefowie pod Warszawą. Na szczęście ostatni etap był krótki bo tylko niewiele ponad 20km i wolny - bo zwykle Vova biegł te 60-70km tempem grubo poniżej 5min/km! Nie dałbym rady takiego etapu przebiec. Ale tutaj lan był na szczęście taki aby do dołączyli do niego etapami strażacy z Polski. Co ciekawe na ostatnie chyba 5km dołączył nawet szef (czyli komendant wg stopni) całej Polskiej Straży Pożarnej! Biegli też strażacy z różnych jednostek a nawet młode chłopaki i dziewczyna którzy dopiero uczą się na strażaków (czyli podchorążowie - ciekawe, nazwa jak w wojsku, ja też byłem podchorążym przez całe moje studia).

Tan ostatni dzień był taki bardzo spokojny - biegliśmy jakieś 5-8km od jednej jednostki strażaków do następnej, gdzie był zwykle krótki postój, zrobienie zdjęć i zmiana biegaczy-strażaków tych z Polski. Natomiast z Ukrainy biegło oprócz Vovy jeszcze dwóch biegaczy, poza tym w samochodach było całe wsparcie. W tym ostatnim dniu było ono wyjątkowe - dołączyły Vovy jego żona i córka (w wieku mojej średniej córki czyli około 11 lat chyba). Obie uciekły z kraju na samym początku wojny, a Vova jako strażak ratował ludzi - jak pewnie wiecie Kijów był i jest nadal ostrzeliwany rakietowo, na początku ataku tak do kwietnia wojska rosyjskie szturmowały nawet przedmieścia. Pracy dla strażaków było sporo i to niebzepiecznej bo bomby mogły i spadały w losowych momentach.
Historia pewnie typowa dla wielu uchodźców, ale pokazuje ogrom ludzkich nieszczęść jakie spotkały Ukraińców: rozłączenie rodzin, złamanie ludziom życia nawet jeśli to jest "tylko" ucieczka z kraju, a przecież dziesiątki tysięcy ludzi tam doznało śmierci kogoś bliskiego. 

Tym bardziej budujące było zobaczyć na własne oczy hart ducha tych ludzi. Ukraińcy wierzą w to że wygrają i powiem szczerze że ja też tak myślę. Nie będzie to łatwe, ale szczególnie teraz po ofensywie pod Charkowem widać że jest to możliwe. Czy będzie jak w wojnie zimowej z Finlandią że stracą jednak trochę terytorium czy jak w wojnie z Afganistanem gdzie Związek Radziecki wycofał się całkowicie (i zaraz potem rozpadł m. in. z powodu tej wojny) - to jeszcze zobaczymy. Mam nadzieję że to będzie ta druga opcja i na moje oko wszystko idzie w tym właśnie kierunku. 

Wracając do samego biegu - to był akurat Dzień Niepodległości Ukrainy (tak to było obliczone żeby tego dnia wbiec do Warszawy). Na ostatnim postoju gdzie dołączył komendant PSP był bardzo budujący moment - podbiegł do nas jakiś Anglik, dopytał czy jesteśmy z Ukrainy i zaczął wszystkiem gratulować i składać życzenia "Happy Independence Day" i dość wymownie dodał "and many, many more Independence Days" :)

Ostatni etap był do samej Warszawy, tam była impreza końcowa w jakiejś dużej jednostce straży pożarnej - scena, media, przedstawicielstwo Ambasady Ukrainy w Polsce a więc przemówienia itd. Acha no i bardzo ładny medal pamiątkowy dla każdego uczestnika, w tym dla mnie :) !

Bardzo się cieszę że udało mi się to pobiec. Zapamiętam ten hart ducha i okrzyki "Sława Ukrainie, Gierojam Sława" które ukraińscy strażacy wykrzyczeli. Cieszy mnie też że mogę być dumny z mojego kraju w tej sprawie - że np. prawie 500 polskich czołgów broni teraz Ukrainy, że polskie matki wystawiły na dworcach w pierwszych dniach wózki dla dzieci dla ukraińskich matek uciekających z dziećmi i jedną torbą w ręku. W trudnych czasach można (i tym bardziej trzeba) być człowiekiem.

Trzymaj się Ukraino!










środa, 24 sierpnia 2022

Półmaraton Reykjavik

Zastanawiałem się na czym się skupić w tej relacji - zwykle moje starty łączą zwiedzanie i bieganie, a w przypadku Islandii to zwiedzanie jest wyjątkowe. Kraj jest zupełnie inny niż pozostałe, przynajmniej ja nigdy takich krajobrazów jeszcze nie widziałem. Dlatego relację zrobię łączoną: zacznę od tego co było chronologicznie czyli zwiedzania a potem przejdę do samego biegu.
Pomysł na ten bieg urodził się w głowie Zbyszka z którym już wiele razy jeździliśmy na różne biegi. Było to już dawno, ale zawsze coś nie pasowało: bieg jest w wakacje więc albo wyjazdy rodzinne kolidowały albo potem pandemia pokrzyżowała wszystkie plany. Szczęśliwie w tym roku zagrało wszystko i udało się nam zapisać. Wybraliśmy obaj półmaraton i to jest dobry pomysł - dzięki temu można zwiedzać nie martwiąc się że zmęczymy nogi i nie damy rady dobiec. Poza tym dochodzi w Reykjaviku kwestia trasy, ale o tym później.
Bilety rezerwowaliśmy na początku czerwca (koszty wszystkiego opiszę na końcu). Raz mieliśmy sytuację podbramkową bo nam WizzAir przysłał informację że odwołano lot do Reykjaviku (a powrotny został bez zmian). Udało się jednak po prostu przesunąć termin wylotu i powrotu o dzień wcześniej i nie było tragedii. Mieliśmy trzy dni na miejscu - wylot środa wieczorem, przylot około północy, powrót w nocy z soboty na niedzielę.
Biegi były zaplanowane na sobotę rano, więc plan mieliśmy taki: czwartek i piątek zwiedzanie wyspy, sobota rano bieg, potem zwiedzanie stolicy i późnym wieczorem na lotnisko.
Miałem ogromne szczęście że udało mi się przez forum podróżnicze o Islandii na facebook'u znaleźć Tomka który zaczyna wynajmować mieszkanie i samochód turystom. Dzięki temu mieliśmy naprawdę super ofertę: mieszkanie w centrum Reykjaviku plus bardzo dobry na tą lokalizację samochód (roczna Dacia Duster) po bardzo dobrej cenie jak na warunki islandzkie. Poza tym z odbiorem i dowozem na lotnisko! Przylecieliśmy więc późno w środę na miejsce i po załatwieniu formalności poszliśmy spać w wygodnych warunkach własnego (wynajętego oczywiście) mieszkania z dwoma pokojami w centrum miasta.
Czwartek zaplanowaliśmy na zwiedzanie największej atrakcji - dwa tygodnie wcześniej wybuchł wulkan Reykjanes na Islandii w bliskiej (ok. 50km) odległości od stolicy. Dzień wcześniej zwiedzanie było niemożliwe z powody pogody, ale w czwartek otworzyli wejście więc to był nasz pierwszy punkt programu. Pogoda to oddzielny temat: w Polsce i większości Europy upały, u nas powyżej 30 stopni, a na Islandii maksimum dochodziło do 13 stopni. W dodatku często padało lub mocno wiało. Trzy warstwy w tym jedna wodoodporna to konieczność. Mile widziana czapka i rękawiczki nawet (ewentualnie kaptur i ręce w kieszeni). Samo wejście na wulka to ponad 6km w jedną stronę, które zajmuje 2-2m5 godziny w jedną stronę dla przeciętngo turysty. My szliśmy sprawnie więc zeszło nam poniżej 1,5 godziny w jedną stronę. I naprawdę warto było. Cała Islandia to w ogóle widok nie z tego świata. Pola lawy, pokruszone kamienie na których nic nie rośnie - widoki naprawdę jak z innych planet. Cała ta wyspa jest wynikiem działania wulkanów albo rozsuwających się płyt tektonicznych, ale tam gdzie ląd wynurzył się dawno oczywiście przyroda zajmuje się tym niegościnnym terenem, pojawiają się porosty, mchy, potem trawa, nawet trochę ziemi gdzie coś rośnie. Zależnie od części wyspy można spotkać: albo żadnych kompletnie zwierząt (często), albo owce gdzie jest mało roślinności, bardzo dużo koni tu hodują i tylko w jednym miejscu widziałem krowy (drugiego dnia).


 

 


Droga na wulkan to była oczywiście droga przez teren bardzo niegościnny: kamienie, pola zastygłej lawy (była tam obok erupcja rok temu po której zostały te pola lawy), prawie połowa trasy to przejście przez bardzo niewygodny teren z ostrymi kamieniami które usiały ogromny teren i nie da się tego obejść więc trzeba naprawdę mieć buty za kostkę z twardą podeszwą. A ja oczywiście w butach do biegania tam poszedłem :) ale uważając bardziej jakoś się udało dojść i obejrzeć z bliska wulkan. Fajna sprawa - taka gotująca się zupa (tylko troszkę bardziej gorąca) i wypluwająca w powietrze co chwilę pióropusze lawy.
Po zejściu na dół w planach była gorąca rzeka Reykjadalur. Nie daliśmy rady zrobić całej tej wędrówki (podobno godzina w jedną stronę) więc podszedłem tylko trochę. Zapamiętałem po pierwsze dużo owiec które się tam pasą mięszy ludźmi, hasając i skacząc nad strumykami, po drugie mnóstwo, ale to mnóstwo much które strasznie wkurzały, a po trzecie strumyki z których niektóre były zwykłe (czyli strasznie zimna woda), a niektóre gorące bo z pod ziemi wypływa ukrop śmierdzący zgniłymi jajami, to znaczy siarką. Te wody się mieszają więc podobno można się tam kąpać jak człowiek znajdzie odpowiednią temperaturę (wolałbym nie sprawdzać ;) ).
Następny krok szybkiej wycieczki po Islandii to był gejzer. Ale nie byle jaki tylko Geysir czyli gejzer od którego nazwy w wielu językach (w tym w polskim) wzięło się określenie tego typu naturalnej atrakcji. Krótko mówiąc: dziura w ziemi w której jest woda z której okresowo z powodu gorąca woda wytryskuje w górę na wiele metrów (bo zamienia się w parę jeszcze pod powierzchnią). Fajna sprawa - udało się nam zobaczyć na żywo i nawet nagrałem sobie na pamiątkę. Na nagraniu można spokojnie prześledzić jak pod powierzchnią robi się bąbel pary i wybucha.
Kolejny pujnkt programu to wodospad Gulfoss. Duży, piękny - zdjęcia tego nie oddają oczywiście, ale spróbujmy:
Następnie przejechaliśmy przez park Þingvellir (nie pytajcie mnie jak to się czyta), ale nie zatrzymywaliśmy się - to było podziwianie w ruchu, zresztą nie wiem za bardzo co mieliśmy tam zobaczyć, trochę krzewów, ale to pewnie dlatego że jestem laikiem w sprawach Islandii ;)
Na więcej nie starczyło czasu (miała być góra Esja jeszcze)  - wejście na wulkan kosztowało nas ponad trzy godziny, więc wróciliśmy do mieszkania około zmierzchu (a na Islandii dzień w lato jest dużo dłuższy niż u nas).

W piątek ruszyliśmy na drugą trasę: najpierw wodospady. Pierwszy to Seljalandsfoss i drugi zaraz obok niego (kilka minut pieszo): Gljufrabui. Znowu niech wystarczą zdjęcia.
Potem po około 30 minut był następny: Skogafoss. Nie będę za wiele się rozpisywał - to oczywiście wygląda najlepiej w rzeczywistości i trudno oddać to zdjęciami czy opisem.
Po wodospadach ruszyliśmy na czarne plaże, najpierw Dyrhoaley gdzie widać je z góry wielkiego klifu na którym stoi latarnia morska. Bardzo ładny widok, mimo surowości tego miejsca - szerokie czarne plaże, ale oczywiście zimny ocean nie umożliwia żadnych kąpieli.
Potem podjechaliśmy na dół na tą czarną plażę - w Reynisfjara. Piękne i podobno niebezpieczne miejsce. Skały wystające z morza, zastygłe w formie pionowych słupów wulkaniczne formacje skalne od których wziął się pomysł na projekt głównej katedry w Reykjaviku - symbolu tego miasta. Czarna plaża wzięła swoją nazwę od kamieni z który ch się składa - małe (2-3cm) otoczaki czarnego koloru tworzą tą plażę. Tutaj było naprawdę ładnie, a ta niebezpieczność tego miejsca wynika z silnych fal które niestety nie raz już zabrały nieostrożnych turystów w morze.
Ostatni punkt to Vík, ale powiem szczerze ta poprzednia plaża była ładniejsza więc nie spędziliśmy tu czasu prawie w ogóle. Oryginalnie mieliśmy w planach jeszcze kanion Fjaðrárgljúfur, ale to 1,5 godziny jazdy w jedną stronę a nawet jeszcze potem Diamentową Plażę (Diamond Beach) ale to jeszcze dalej - nie daliśmy rady, trzeb było wracać do stolicy.


W stolicy szybki wypad na expo żeby odebrać pakiety, a ja jeszcze dokupiłem sobie żel (bo zapomniałem z Polski, wstyd). I już był koniec dnia i trzeba było iść do mieszkania szykować się na zagraniczne występy :) Jak zwykle przyszykowałem moje czerwone wdzianko, przypiąłem numer startowy, spakowałem rzeczy i na szczęście mieliśmy umowę że wyjdziemy z mieszkania na sam koniec dnia więc mogliśmy nie korzystać z depozytów, a na sam start mieliśmy tak blisko że poszliśmy na pieszo.

Rano okazało się że pogoda jest maratońska jeśli chodzi o temperaturę, nawet chyba bardzo przelotnie pokropiło. Natomiast niestety strasznie, ale to strasznie wiało - wg prognozy około 30km/h. Założyłem pod moją czerwoną koszulkę jeszcze taką z długim rękawem termoaktywną. Poszliśmy na start ze Zbyszkiem, schowaliśmy się jeszcze żeby się ogrzeać (strasznie wyziębiał ten wiatr) do budynku gdzie były przebieralnie, a potem rozdzieliliśmy się i ja zrobiłem rozgrzewkę. Niecałe 2km, ale była porządna - dookoła fajnego jeziorka w centrum Reykjaviku, z ćwiczeniami, przebieżkami - byłem gotowy do startu. Plan był taki żeby zacząć na czas między 1:30 a 1:32 (taki był plan minimum i maksimum, garmin przewidywał 1:31:30). Na starcie było trochę Polaków, pogadałem z trzema biegaczami (dzięki!).
No i wreszcie - start! Ruszyliśmy z kopyta - najpierw troszkę kluczenia po mieście i wybiegliśmy na wybrzeże wzdłuż którego wiodła prawia cała trasa. Wiało niemiłosiernie, w pewnym momencie po prostu przesunęło mnie w bok w trakcie lotu i wpadłem na biegacza który biegł po mojej prawej stronie. Chowałem się za innych, dawałem zmianę żeby ich odciążyć - zrobiła się taka nieformalna grupa na półtorej godziny w połówce ewentualnie 3 godziny w maratonie (oba dystanse biegły razem). Początek wyszedł mi za szybko - pierwsza piątka po 4:12/km, udało się to ogarnąć i trzymałem tempo mając jakeś 20-25 sekund zapasu do planu maksimum. Druga piątka więc była zgodnie z planem po 4:17/km. Biegło mi się bardzo fajnie, chociaż był to oczywiście spory wysiłek. Najgorsze były podbiegi pod wiatr - wtedy naprawdę tempo spadało nawet do około 5 minut na kilometr. Mimo to niewiele odstawałem. Trzecia piątka po 4:21 i w tym momencie średnie tempo było idealnie na 1:30 na mecie. No ale wtedy właśnie zaczął się najgorszy odcinek - zawróciliśmy i wiatr zaczął dużo bardziej przeszkadzać. W ogóle nie wiał on jakoś ciągle tak samo z taką samą siłą czy z tej samej strony. My też dużo kluczyliśmy wzdłuż brzegu jak widać na mapie. Ale były momenty że było pod wiatr lub pod górę i to naprawdę stawiało momentami człowieka prawie w miejscu. Czwarta piątka więc wyszła po 4:22/km. Mimo to na samej końcówce 1,28km (bo zegarek mi więcej zliczył - co jest normalne bo zakręty na pewno nie biegłem po ścieżce atestacji) wyszło mi tempo 4:16! Poza tym ta czwarta piątka wcale nie była wolno - walczyłem tam i z górki potrafiłem biec 3:50/km! Było ciężko, ale wbiegłem w super nastroju z finiszem w czasie

1:31:29


Zbyszek który miał kontuzję achillesa dwa miesiące przed biegiem na szczęście chyba go wyleczył - bo wszedł na wulkan i przeżył, a sam półmaraton przebiegł w 2 godziny (a baliśmy się czy da ukończyć). Na szczęście wygląda że akurat tuż przed biegiem przeszło i pomogło to rozciąganie zalecone przez fizjoterapeutę (oprócz oczywiście odpoczynku, oziębiania i podnoszenia). Wróciliśmy więc w super humorach do domu i na wieczór jeszcze zaliczyliśmy spacer po stolicy Islandii z odwiedzinami katedry (ale tej katolickiej) a na koniec dnia nasz gospodarz zawiózł nas na miejsce połączenia płyt tektonicznych amerykańskiej i euroazjatyckiej a potem na lotnisko. Gdzie ze skromnym prawie 2-godzinnym opóźnieniem wylecieliśmy do Warszawy.

Sam wyjazd był naprawdę udany - jeden z najlepszych bo zagrało i zwiedzanie i sportowa część. Nie było za długo ani za krótko moim zdaniem - więcej takich wyjazdów :) !


Wiele osób pyta o koszty takiego wyjazdu, rzeczywiście Islandia jest bardzo droga. Więc wrzucam podsumowanie kosztów na osobę w sierpniu 2022:

Bilety WizzAir 923zł
Mieszkanie 3 doby 750zł
Samochód 3 doby 700zł
Paliwo (900km) 250zł
Jedzenie, parkingi - min. 200-300zł ale jak się kupuje w sieciówce produkty, obiad w restauracji to koszt 200zł od osoby za jeden posiłek.
Razem minimum za 3 doby 3000zł, ale uprzedzam że mieliśmy sporo szczęścia że znaleźliśmy bardzo  dobrej jakości mieszkanie i samochód w centrum Reykjaviku. Koledzy których spotkaliśmy na lotnisku płacili więcej za miejsca w hostelu (więc wspólny pokój i łazienka, nieporównywalnie gorszy standard).

ADs