środa, 24 sierpnia 2022

Półmaraton Reykjavik

Zastanawiałem się na czym się skupić w tej relacji - zwykle moje starty łączą zwiedzanie i bieganie, a w przypadku Islandii to zwiedzanie jest wyjątkowe. Kraj jest zupełnie inny niż pozostałe, przynajmniej ja nigdy takich krajobrazów jeszcze nie widziałem. Dlatego relację zrobię łączoną: zacznę od tego co było chronologicznie czyli zwiedzania a potem przejdę do samego biegu.
Pomysł na ten bieg urodził się w głowie Zbyszka z którym już wiele razy jeździliśmy na różne biegi. Było to już dawno, ale zawsze coś nie pasowało: bieg jest w wakacje więc albo wyjazdy rodzinne kolidowały albo potem pandemia pokrzyżowała wszystkie plany. Szczęśliwie w tym roku zagrało wszystko i udało się nam zapisać. Wybraliśmy obaj półmaraton i to jest dobry pomysł - dzięki temu można zwiedzać nie martwiąc się że zmęczymy nogi i nie damy rady dobiec. Poza tym dochodzi w Reykjaviku kwestia trasy, ale o tym później.
Bilety rezerwowaliśmy na początku czerwca (koszty wszystkiego opiszę na końcu). Raz mieliśmy sytuację podbramkową bo nam WizzAir przysłał informację że odwołano lot do Reykjaviku (a powrotny został bez zmian). Udało się jednak po prostu przesunąć termin wylotu i powrotu o dzień wcześniej i nie było tragedii. Mieliśmy trzy dni na miejscu - wylot środa wieczorem, przylot około północy, powrót w nocy z soboty na niedzielę.
Biegi były zaplanowane na sobotę rano, więc plan mieliśmy taki: czwartek i piątek zwiedzanie wyspy, sobota rano bieg, potem zwiedzanie stolicy i późnym wieczorem na lotnisko.
Miałem ogromne szczęście że udało mi się przez forum podróżnicze o Islandii na facebook'u znaleźć Tomka który zaczyna wynajmować mieszkanie i samochód turystom. Dzięki temu mieliśmy naprawdę super ofertę: mieszkanie w centrum Reykjaviku plus bardzo dobry na tą lokalizację samochód (roczna Dacia Duster) po bardzo dobrej cenie jak na warunki islandzkie. Poza tym z odbiorem i dowozem na lotnisko! Przylecieliśmy więc późno w środę na miejsce i po załatwieniu formalności poszliśmy spać w wygodnych warunkach własnego (wynajętego oczywiście) mieszkania z dwoma pokojami w centrum miasta.
Czwartek zaplanowaliśmy na zwiedzanie największej atrakcji - dwa tygodnie wcześniej wybuchł wulkan Reykjanes na Islandii w bliskiej (ok. 50km) odległości od stolicy. Dzień wcześniej zwiedzanie było niemożliwe z powody pogody, ale w czwartek otworzyli wejście więc to był nasz pierwszy punkt programu. Pogoda to oddzielny temat: w Polsce i większości Europy upały, u nas powyżej 30 stopni, a na Islandii maksimum dochodziło do 13 stopni. W dodatku często padało lub mocno wiało. Trzy warstwy w tym jedna wodoodporna to konieczność. Mile widziana czapka i rękawiczki nawet (ewentualnie kaptur i ręce w kieszeni). Samo wejście na wulka to ponad 6km w jedną stronę, które zajmuje 2-2m5 godziny w jedną stronę dla przeciętngo turysty. My szliśmy sprawnie więc zeszło nam poniżej 1,5 godziny w jedną stronę. I naprawdę warto było. Cała Islandia to w ogóle widok nie z tego świata. Pola lawy, pokruszone kamienie na których nic nie rośnie - widoki naprawdę jak z innych planet. Cała ta wyspa jest wynikiem działania wulkanów albo rozsuwających się płyt tektonicznych, ale tam gdzie ląd wynurzył się dawno oczywiście przyroda zajmuje się tym niegościnnym terenem, pojawiają się porosty, mchy, potem trawa, nawet trochę ziemi gdzie coś rośnie. Zależnie od części wyspy można spotkać: albo żadnych kompletnie zwierząt (często), albo owce gdzie jest mało roślinności, bardzo dużo koni tu hodują i tylko w jednym miejscu widziałem krowy (drugiego dnia).


 

 


Droga na wulkan to była oczywiście droga przez teren bardzo niegościnny: kamienie, pola zastygłej lawy (była tam obok erupcja rok temu po której zostały te pola lawy), prawie połowa trasy to przejście przez bardzo niewygodny teren z ostrymi kamieniami które usiały ogromny teren i nie da się tego obejść więc trzeba naprawdę mieć buty za kostkę z twardą podeszwą. A ja oczywiście w butach do biegania tam poszedłem :) ale uważając bardziej jakoś się udało dojść i obejrzeć z bliska wulkan. Fajna sprawa - taka gotująca się zupa (tylko troszkę bardziej gorąca) i wypluwająca w powietrze co chwilę pióropusze lawy.
Po zejściu na dół w planach była gorąca rzeka Reykjadalur. Nie daliśmy rady zrobić całej tej wędrówki (podobno godzina w jedną stronę) więc podszedłem tylko trochę. Zapamiętałem po pierwsze dużo owiec które się tam pasą mięszy ludźmi, hasając i skacząc nad strumykami, po drugie mnóstwo, ale to mnóstwo much które strasznie wkurzały, a po trzecie strumyki z których niektóre były zwykłe (czyli strasznie zimna woda), a niektóre gorące bo z pod ziemi wypływa ukrop śmierdzący zgniłymi jajami, to znaczy siarką. Te wody się mieszają więc podobno można się tam kąpać jak człowiek znajdzie odpowiednią temperaturę (wolałbym nie sprawdzać ;) ).
Następny krok szybkiej wycieczki po Islandii to był gejzer. Ale nie byle jaki tylko Geysir czyli gejzer od którego nazwy w wielu językach (w tym w polskim) wzięło się określenie tego typu naturalnej atrakcji. Krótko mówiąc: dziura w ziemi w której jest woda z której okresowo z powodu gorąca woda wytryskuje w górę na wiele metrów (bo zamienia się w parę jeszcze pod powierzchnią). Fajna sprawa - udało się nam zobaczyć na żywo i nawet nagrałem sobie na pamiątkę. Na nagraniu można spokojnie prześledzić jak pod powierzchnią robi się bąbel pary i wybucha.
Kolejny pujnkt programu to wodospad Gulfoss. Duży, piękny - zdjęcia tego nie oddają oczywiście, ale spróbujmy:
Następnie przejechaliśmy przez park Þingvellir (nie pytajcie mnie jak to się czyta), ale nie zatrzymywaliśmy się - to było podziwianie w ruchu, zresztą nie wiem za bardzo co mieliśmy tam zobaczyć, trochę krzewów, ale to pewnie dlatego że jestem laikiem w sprawach Islandii ;)
Na więcej nie starczyło czasu (miała być góra Esja jeszcze)  - wejście na wulkan kosztowało nas ponad trzy godziny, więc wróciliśmy do mieszkania około zmierzchu (a na Islandii dzień w lato jest dużo dłuższy niż u nas).

W piątek ruszyliśmy na drugą trasę: najpierw wodospady. Pierwszy to Seljalandsfoss i drugi zaraz obok niego (kilka minut pieszo): Gljufrabui. Znowu niech wystarczą zdjęcia.
Potem po około 30 minut był następny: Skogafoss. Nie będę za wiele się rozpisywał - to oczywiście wygląda najlepiej w rzeczywistości i trudno oddać to zdjęciami czy opisem.
Po wodospadach ruszyliśmy na czarne plaże, najpierw Dyrhoaley gdzie widać je z góry wielkiego klifu na którym stoi latarnia morska. Bardzo ładny widok, mimo surowości tego miejsca - szerokie czarne plaże, ale oczywiście zimny ocean nie umożliwia żadnych kąpieli.
Potem podjechaliśmy na dół na tą czarną plażę - w Reynisfjara. Piękne i podobno niebezpieczne miejsce. Skały wystające z morza, zastygłe w formie pionowych słupów wulkaniczne formacje skalne od których wziął się pomysł na projekt głównej katedry w Reykjaviku - symbolu tego miasta. Czarna plaża wzięła swoją nazwę od kamieni z który ch się składa - małe (2-3cm) otoczaki czarnego koloru tworzą tą plażę. Tutaj było naprawdę ładnie, a ta niebezpieczność tego miejsca wynika z silnych fal które niestety nie raz już zabrały nieostrożnych turystów w morze.
Ostatni punkt to Vík, ale powiem szczerze ta poprzednia plaża była ładniejsza więc nie spędziliśmy tu czasu prawie w ogóle. Oryginalnie mieliśmy w planach jeszcze kanion Fjaðrárgljúfur, ale to 1,5 godziny jazdy w jedną stronę a nawet jeszcze potem Diamentową Plażę (Diamond Beach) ale to jeszcze dalej - nie daliśmy rady, trzeb było wracać do stolicy.


W stolicy szybki wypad na expo żeby odebrać pakiety, a ja jeszcze dokupiłem sobie żel (bo zapomniałem z Polski, wstyd). I już był koniec dnia i trzeba było iść do mieszkania szykować się na zagraniczne występy :) Jak zwykle przyszykowałem moje czerwone wdzianko, przypiąłem numer startowy, spakowałem rzeczy i na szczęście mieliśmy umowę że wyjdziemy z mieszkania na sam koniec dnia więc mogliśmy nie korzystać z depozytów, a na sam start mieliśmy tak blisko że poszliśmy na pieszo.

Rano okazało się że pogoda jest maratońska jeśli chodzi o temperaturę, nawet chyba bardzo przelotnie pokropiło. Natomiast niestety strasznie, ale to strasznie wiało - wg prognozy około 30km/h. Założyłem pod moją czerwoną koszulkę jeszcze taką z długim rękawem termoaktywną. Poszliśmy na start ze Zbyszkiem, schowaliśmy się jeszcze żeby się ogrzeać (strasznie wyziębiał ten wiatr) do budynku gdzie były przebieralnie, a potem rozdzieliliśmy się i ja zrobiłem rozgrzewkę. Niecałe 2km, ale była porządna - dookoła fajnego jeziorka w centrum Reykjaviku, z ćwiczeniami, przebieżkami - byłem gotowy do startu. Plan był taki żeby zacząć na czas między 1:30 a 1:32 (taki był plan minimum i maksimum, garmin przewidywał 1:31:30). Na starcie było trochę Polaków, pogadałem z trzema biegaczami (dzięki!).
No i wreszcie - start! Ruszyliśmy z kopyta - najpierw troszkę kluczenia po mieście i wybiegliśmy na wybrzeże wzdłuż którego wiodła prawia cała trasa. Wiało niemiłosiernie, w pewnym momencie po prostu przesunęło mnie w bok w trakcie lotu i wpadłem na biegacza który biegł po mojej prawej stronie. Chowałem się za innych, dawałem zmianę żeby ich odciążyć - zrobiła się taka nieformalna grupa na półtorej godziny w połówce ewentualnie 3 godziny w maratonie (oba dystanse biegły razem). Początek wyszedł mi za szybko - pierwsza piątka po 4:12/km, udało się to ogarnąć i trzymałem tempo mając jakeś 20-25 sekund zapasu do planu maksimum. Druga piątka więc była zgodnie z planem po 4:17/km. Biegło mi się bardzo fajnie, chociaż był to oczywiście spory wysiłek. Najgorsze były podbiegi pod wiatr - wtedy naprawdę tempo spadało nawet do około 5 minut na kilometr. Mimo to niewiele odstawałem. Trzecia piątka po 4:21 i w tym momencie średnie tempo było idealnie na 1:30 na mecie. No ale wtedy właśnie zaczął się najgorszy odcinek - zawróciliśmy i wiatr zaczął dużo bardziej przeszkadzać. W ogóle nie wiał on jakoś ciągle tak samo z taką samą siłą czy z tej samej strony. My też dużo kluczyliśmy wzdłuż brzegu jak widać na mapie. Ale były momenty że było pod wiatr lub pod górę i to naprawdę stawiało momentami człowieka prawie w miejscu. Czwarta piątka więc wyszła po 4:22/km. Mimo to na samej końcówce 1,28km (bo zegarek mi więcej zliczył - co jest normalne bo zakręty na pewno nie biegłem po ścieżce atestacji) wyszło mi tempo 4:16! Poza tym ta czwarta piątka wcale nie była wolno - walczyłem tam i z górki potrafiłem biec 3:50/km! Było ciężko, ale wbiegłem w super nastroju z finiszem w czasie

1:31:29


Zbyszek który miał kontuzję achillesa dwa miesiące przed biegiem na szczęście chyba go wyleczył - bo wszedł na wulkan i przeżył, a sam półmaraton przebiegł w 2 godziny (a baliśmy się czy da ukończyć). Na szczęście wygląda że akurat tuż przed biegiem przeszło i pomogło to rozciąganie zalecone przez fizjoterapeutę (oprócz oczywiście odpoczynku, oziębiania i podnoszenia). Wróciliśmy więc w super humorach do domu i na wieczór jeszcze zaliczyliśmy spacer po stolicy Islandii z odwiedzinami katedry (ale tej katolickiej) a na koniec dnia nasz gospodarz zawiózł nas na miejsce połączenia płyt tektonicznych amerykańskiej i euroazjatyckiej a potem na lotnisko. Gdzie ze skromnym prawie 2-godzinnym opóźnieniem wylecieliśmy do Warszawy.

Sam wyjazd był naprawdę udany - jeden z najlepszych bo zagrało i zwiedzanie i sportowa część. Nie było za długo ani za krótko moim zdaniem - więcej takich wyjazdów :) !


Wiele osób pyta o koszty takiego wyjazdu, rzeczywiście Islandia jest bardzo droga. Więc wrzucam podsumowanie kosztów na osobę w sierpniu 2022:

Bilety WizzAir 923zł
Mieszkanie 3 doby 750zł
Samochód 3 doby 700zł
Paliwo (900km) 250zł
Jedzenie, parkingi - min. 200-300zł ale jak się kupuje w sieciówce produkty, obiad w restauracji to koszt 200zł od osoby za jeden posiłek.
Razem minimum za 3 doby 3000zł, ale uprzedzam że mieliśmy sporo szczęścia że znaleźliśmy bardzo  dobrej jakości mieszkanie i samochód w centrum Reykjaviku. Koledzy których spotkaliśmy na lotnisku płacili więcej za miejsca w hostelu (więc wspólny pokój i łazienka, nieporównywalnie gorszy standard).

sobota, 6 sierpnia 2022

Bieg Powstania Warszawskiego

Dzisiaj będzie krótko bo i sam bieg mi tak naprędce poszedł. Miał być sprawdzian formy przed półmaratonem w Reykjaviku (to już za dwa tygodnie!), ale nie wyszło. I nie chodzi o to że (jak to zwykle u mnie) nie poszedł mi sam bieg względem planów :) tylko po prostu miałem problemy zdrowotne. W poprzednią niedzielę tak mocno mnie coś chyba wirusowego zaatakowało że cały dzień spędziłem w łóżku. Nie zdarzyło mi się to od wielu lat - dziwne to było, ale chyba przeszło na mnie z naszej najmłodszej córki która miała wirusa z przedszkola kilka dni wcześniej. Nie wchodząc w szczegóły odwiedziłem kilkadziesiąt razy naszą toaletę i praktycznie 1-1,5 doby miałem wyjęte z życiorysu. 

Organizm po czymś takim jest oczywiście osłabiony, straciłem jeden trening całkowicie (niedzielny długi bieg), po odpoczynku w poniedziałek spróbowałem pobiec we wtorek szybciej i nie dałem rady zrobić na stadionie kilometrówek - odpuściłem w połowie sesji bo nie miałm siły. W sobotę wieczorem był Bieg Powstania Warszawskiego, więc już akcentów nie planowałem. 

Sam bieg nie miał za dobrej pogody - padało, na szczęście nie za mocno, ale oprawa i sam bieg jak zwykle mi się bardzo podobał. Było duszno mimo deszczu, wciąż temperatura była za wysoka. Najchętniej pobiegłbym bez koszulki :) Zacząłem gdzieś tuż powyżej 4min/km żeby dobiec wg obecnych moich możliwości czyli poniżej 41 minut, ale z racji osłabienia organizmu nic z tego nie wyszło... po połowie już tempo siadło i mimo że tętno było nadal wysokie to biegłem już wolniej. Starałem się, ale wiedziałem że przez chorobę nie dam rady tych 41 minut złamać i jak widać po wyniku - wyszło dokładnie 42:30. Końcówka pod górę Konwiktorską - to jest wyzwanie! Widać że mam jeszcze zapas bo dałem radę przyspieszyć i finiszować całkiem ładnie.

Podsumowując - było moim zdaniem na tyle szybko na ile stan zdrowia pozwolił, ale trzeba by teraz jeszcze jeden test chyba zrobić przed startem w Reykjaviku żeby oszacować jakim tempem mam tam spróbować pobiec - czy jest szansa na łamanie 1,5 godziny w Islandii? Oczywiście o ile w ogóle tam polecę bo kilka dni temu wybuchł tam wulkan i boję się teraz czy nie odwołają wszystkich lotów jak kilka lat temu... :-O trzymajcie kciuki ;)

 


 

czwartek, 14 lipca 2022

Greckie bieganie


Wracam z dwóch tygodni spędzonych na Krecie więc jak zwykle podsumuję jak można tam biegać. Tak krótko to trzeba napisać że jest ciężko, ale da się. Ciężko głównie z powodu pogody - upały straszne, ale też z powodu ukształtowania terenu. Kreta to wulkaniczna wyspa więc ma praktycznie wszędzie bardzo pagórkowate tereny. Praktycznie to tylko wzdłuż morza można liczyć na jakieś względnie płaskie odcinki. Oddalenie się od morza to od razu podbieg i to nawet rzędu 30 stopni. Nic dziwnego że w takich warunkach trudno trenować na wysokim poziomie i nie pamiętam za bardzo najlepszych biegaczy o greckich korzeniach.
Dobra, ale na poziomie biegania dla zdrowia, czyli to co ja robię, to nie jest to aż tak blokujące. Najważniejsze to dopasować godziny wyjścia na bieg do pogody. Skoro jest powyżej 30 stopni to mamy dwa wyjścia: wcześnie rano albo późno wieczorem.
Wyjście rano ma prawie same zalety: po całej nocy jest wtedy jeszcze nie tak gorąco, za to już jasno. Człowiek po takim porannym biegu nabiera sił na cały dzień, na pewno jest się już porządnie obudzonym i w dodatku ma się już trening za sobą i cały dzień na leniuchowanie na plaży albo aktywne zwiedzanie wyspy. No dobra, jest jedna ważna wada: trzeba się jednak wcześniej obudzić i wyjść na ten bieg :)
Wyjście wieczorem jak łatwo się domyśleć ma odwrotne wady i zalety. Czyli zaletą jest to że można dłużej pospać, za to cała reszta to już wady: po pierwsze wychodzi się gdy jest jeszcze gorąco - bo temperatura nie spada szybko, nagrzana ziemia oddaje ciepło przez dłuższy czas. Po drugie trzeba pilnować godziny bo wyjścieza późno oznacza końcówkę bigu po ciemku, a im bliżej równika tym w lato dzień krótszy. Teraz na początku lipca w Grecji słońce zachodziło już około 20:40. Zakładając godzinny bieg trzeba wyjść 19:40 a nie jest wtedy wcale chłodno, ani nawet "mało gorąco".


Mając to na uwadze dokonaliśmy w rodzinie specjalizacji: żonka biegała rano, ja wieczorem :) raz tylko udało się nam razem pobiegać - pojechaliśmy na stadion w Chanii. Jedyne miejsce w promieniu pewnie 100km na którym można pobiegać po bieżni (i zgaduję że jedno z dwóch na całej wyspie bo zakładam że w Keralionie jeszcze jest też stadion). Ale przygoda z tym biegiem była ciekawa: według google'a miał być otwarty do 20:00, byliśmy zaraz po 19:00 i był już zamknięty, ale po bieżni biegało ze 3-4 biegaczy. Obiegliśmy cały stadion dokoła - wszystko zamknięte, starszy Grek w budynku głównym przy wejściu tylko rozkładał ręce (chociaż nie był zbytnio zdecydowany w tym) i mówił że jest zamknięte. W końcu udało się dokrzyczeć przez płot do jednego biegacza który szczerze przyznał że stadion jest zamknięty i mamy przez płot przeskakiwać bo oni tak robią żeby pobiegać. No cóż, kolejny argument czemu w Grecji nie ma za wielu biegaczy - płot dookoła stadionu miał tak ostre końcówki że zrezygowaliśmy z przeskakiwania i zrobiliśmy bieg dookoła stadionu po chodniku, więc jedna pętla wychodziła mi 700m zamiast 400m :) Na koniec wskoczyłem przez płot w miejscu gdzie nie było kolców i zrobiłem 10 przebieżek po 100m (ale sam). 


To tak ogólnie ja to wyszło z tym bieganiem w Grecji - byliśmy dwa tygodnie, tak samo jak poprzednio zrobiłem w każdym tygodniu 70km. Mój obecny plan wygląda więc tak że sam sobie układam tak z głowy na bieżąco co biegam. Mam kilka prostych zasad:
1. kilometaż tygodniowy: 70km
2. ilość wyjść w tygodniu: 5
3. jeden bieg długi około 25km z szybszą końcówką
4. dwa akcenty w tygodniu
a) jeden zwykle to kilometrówki na stadionie 6x1000m po 3:50
b) drugi to zwykle tempo 3x3km @4:15
Te tempówki nie zawsze mi wychodzą, ostatnio ta trzecia wyszła po 4:25/km (jeszcze w Polsce). W Grecji raz zrobiłem podbiegi zamiast kilometrówek, raz tempo wyszło wolniejsze, no ale przy tej temperaturze to pewnie nic dziwnego.
Dobra to teraz muszę to przemyśleć jak mój plan dostosować bo już za 2,5 tygodnia start na dychę w Biegu Powstania Warszawskiego :) ! Może zrobię sobie jakiś test na piątkę tydzień wcześniej bo w tej chwili mam wrażenie że niewiele, ale jednak się poprawiam. Według zegarka powinienem teraz móc pobiec 19:25 na piątkę i 41:00 na dychę. Oczywiście jak to zwykle ja chciałbym pobiec poniżej 40 minut, ale czuję że chyba się nie da i złamanie 41 minut to jest coś co będzie trudne, ale możliwe. No chyba że zrobię sobie ten test na piątkę tydzień wcześniej i nagle się okaże że dałem radę zrobić powiedzmy 19 minut - to wtedy można próbować łamać te 40 minut na BPW.

Stadion w Chanii

I jeszcze dwa długie biegi które udało się tam zrobić, najpierw pierwszy w głąb wyspy więc strasznie pod górę - 384 metry przewyższeń:

Drugi chciałem zrobić szybko więc drogą asfaltową wzdłuż morza, było dużo mniej, ale i tak sporo w górę - ponad 70 metrów... ale wyszło ładnie bo najpierw 20km po 4:50/km a potem do 4:40 przyspieszyłem.





 

niedziela, 10 lipca 2022

Plany na drugą połowę roku


Wiadomo że nic tak nie motywuje jak (najlepiej publiczne) określenie sobie planów. Przynajmniej ja tak mam, więc jak to regularnie robię to i teraz wrzucę plan na najbliższe miesiące. W tej chwili jestem zapisany na trzy imprezy:

  1. Bieg Powstania Warszawskiego czyli dycha po Warszawie w ostatnią sobotę lipca
  2. Półmaraton w Reykjaviku 20-go sierpnia
  3. (werble) Maraton w Poznaniu

Zwykle unikam biegania w tym samym miejscu po raz drugi, ale Poznań dostanie u mnie drugą szansę (pierwszą bardzo dobrze wykorzystał!) bo jest blisko - więc damy radę całą rodziną tam podjechać samochodem bez kombinowania dojazdów samolotem dla pięciu osób a po drugie mamy tam bliską rodzinę którą fajnie będzie odwiedzić.

No to biegam teraz regularnie pod te imprezy, może coś opiszę za kilka dni więcej bo w tej chwili jesteśmy na wakacjach (więc wiadomo - nie ma czasu :) ). Ale mogę od razu kilka słów napisać: udaje mi się utrzymać regularność czyli 5 dni biegowych w tygodniu i kilometraż czyli 70km tygodniowo. A trochę więcej to za kilka dni wrzucę jak już wrócimy z tych greckich okoliczności przyrody.

 

niedziela, 12 czerwca 2022

ParkRun - wygrana!

Wiem że już to nie raz pisałem, ale muszę po raz kolejny przypomnieć: każdy jest mistrzem! Trzeba tylko odpowiednio dobrać kategorię :) Chociaż tak naprawdę to mój wczorajszy bieg wcale nie był jednak dobierany pod tym kątem - tak naprawdę to chciałem sobie pobiec znowu ParkRun. Pierwszy raz pobiegłem (o rany) prawie 8 lat temu! Jak by ktoś chciałby sobie poczytać to tutaj jest opis. 

Tym razem wybrałem najbliższą lokalizację czyli Konstancin-Jeziorna (poprzedni raz biegłem w Skaryszaku), a wybór w tej chwili park run'ów nie jest taki zły:


Trasa w Konstancinie-Jeziornej jest po parku, właściwie to chyba to część lasu chojnowskiego - jest kręta, podłoże jest bardzo różne, ale typowo gruntowe, miejscami nawet sypny piasek. Krótko mówiąc - to nie jest trasa na rekordy. No ale nie to było moim celem - ja chciałem zrobić sobie akcent, więc sam wynik nie był ważny, chodziło mi o poziom wysiłku. 

 


Udało się zebrać we trójkę z żonką i najmłodszą córą, dojechać na czas. Przed biegiem nawet dałem radę się rozgrzać i jeden z biegaczy (wielkie dzięki!) pokazał mi prawie całą trasę - pętla jest 2,5km więc robi się dwa okrążenia. Fajne jest to że na zakrętach i skrzyżowaniach na drzewach jest biały znaczek wyznaczający trasę z symbolem ParkRun (drzewko z małą literą "r"). Po takiej rozgrzewce - jedna pętla po tej trasie ustawiłem się przy starcie. Biegacze to w większości zgrana paczka stałych bywalców. Sprawdziłem wyniki z poprzedniego biegu - wygrany miał około 20:30, więc skoro ja planowałem pobiec poniżej 20 minut to rozumiecie czemu dokładnie sprawdzałem trasę przed biegiem :)

Z małym poślizgiem ruszył bieg - od razu okazało się że biegnę pierwszy, przez pierwsze jakieś chyba 1-1,5km słyszałem że blisko za mną ktoś biegnie, ale przed końcem pierwszego okrążenia przestałem już słyszeć te oddechy. Tempo było poniżej 4min/km, w połowie dystansu spadło do 4:00. W połowie trasy dostałem pozdrowienia od moich dziewczyn i pomyślałem że chyba to dowiozę. To co mnie trochę w tym biegu nie cieszy to że (znowu) tempo mi powoli spadało. Nawet w najgorszym momencie do 4:17, jednak w lesie takie tempo z zegarka to naprawdę nie jest miarodajne. Udało mi się dowieźć z dużym zapasem wygranę do mety i... pierwszy raz w życiu wygrałem bieg :) !


piątek, 27 maja 2022

Czym skorupka za młodu - część druga

 

Latka lecą a ja cały czas młody, że tak sobie zażartuję. Właśnie policzyłem, że dokładnie 9 lat temu w przedszkolu naszych starszych córek miałem pogadankę dla dzieci na temat biegania. Tutaj można sobie przeczytać o tamtej prezentacji. Tymczasem u nas w domu kolejna córka i znowu przedszkole w programie dnia codziennie. Najmłodsza chodzi do Smart Kids Academy i skoro już covid zszedł z tapety to można było zorganizować podobną prezentację. 

Okazją był Dzień Sportu w przedszkolu, oryginalnie myśleliśmy że uda się praktyczną część tego opowiadania o bieganiu zrobić na dworzu, ale niestety było tak wietrznie że nie dało się wyjść. Przygotowałem więc kilkanaście zdjęć z biegów: takich trochę turystycznych z zagranicznych maratonów, też z krajowych, z biegów terenowych i nawet z takich gdzie biegały też nasze córki. 

 
Poza tym przyniosłem trochę sprzętów:
  • biegowe ciuchy: koszulki, bluzy, spodenki, skarpety (gaci nie pokazywałem), opaski kompresyjne, kurtkę biegową, czapeczkę, rękawiczki, kominy, opaski na głowę
  • biegowe akcesoria: zegarki biegowe, plecak z kubłakiem, paski z kieszkonkami na klucze czy telefon, bidon
  • biegową spożywkę: różne żele energetyczne, izotoniki w proszku, batony energetyczne i proteinowe, odżywki
  • no i chyba najważniejsze: najprzeróżniejsze medale z biegów 

Zdjęcia wgrane na pamięć wrzuciliśmy do telewizora (z ekranem dotykowym - fajna sprawa) i mogliśmy zaczynać. Przyszły aż trzy grupy przedszkolaków: grupa mojej Ali czyli Hipcie (!), młodsza trochę grupa Lemurków, no i najstarsze przedszkolaki czyli Żyrafy.
Dzieci zapełnily salę i jak to dzieci - prawie każde chciało coś powiedzieć, ale dzięki Ciociom zajmującym się nimi udało się dość sprawnie przejść przez cały program atrakcji. Czyli tak pokrótce: opowiedziałem o tym czemu lubię biegać, czemu to jest zdrowe, że dzieci też mogą biegać. Pokazałem te wszystkie biegowe utensynalia które przyniosłem, omawiając co do czego służy, potem puściłem w obieg medale żeby dzieci sobie poprzymierzały i pooglądały z bliska. Następnie była sesja pokazywania zdjęć z biegów, w tym zdjęcia na których była nasza mała Alicja - np. po Biegu po dynię w zeszłym roku (biegły tam w sumie trzy dziewczynki z tej jednej przedszkolnej grupy - jeszcze Zosia B. i Iga). Na koniec część praktyczna - skoro musieliśmy zostać w sali to zrobiliśmy to dość statycznie: czyli najpierw troszkę rozciągania, potem bieg w miejscu, skipy A i C, wymachy ramion itp.


Ogólnie to było bardzo fajne - dzieci były zaangażowane, opowiadały w stylu "a ja zrobiłam sto pompek" (nie do końca w to wierzę ;) ) i dużo było pytań i opowiadania też z ich strony. Bardzo się cieszę że mogłem dzieciom poopowiadać, nasza mała Alusia cieszyła się ża zobaczyła tatę w przedszkolu. A w dodatku dostałem na koniec ręcznie zrobiony medal (już wisi na moim sportowym wieszaku razem z wszystkimi innymi medalamo) i taką fajną laurkę!



wtorek, 17 maja 2022

Memoriał Rosłona 2022


W niedzielę pobiegłem sobie na stadionie 5000m w Memoriale Rosłona. To bieg organizowany przez lokalny klub Kondycja z Piaseczna i całkiem się im on udaje. W tym roku na przykład były dwa biegi w randze Mistrzostw Polski - 5000m U20 i U23 (każdy oczywiście w podziale na kobiety i mężczyzn więc w sumie cztery biegi były). Zawody trwały od rana, były różne dystanse dla przeróżnych grup wiekowych - fajna rodzinna impreza bo nawet darmowe dmuchańce dla dzieci (ale tyle ludzi że straszna kolejka się zrobiła), piknikowe budy z jedzeniem itd.

Moje cele na ten bieg były jak poprzednio opisałem: poprawić się z ulicznego Biegu Konstytucji. Wtedy było 20:00 to teraz obstawiałem żeby choć te pół minuty urwać bo na stadionie biega się szybciej plus (przede wszystkim) tam był podbieg Książęcą (i zbieg Agrykolą). Ubrałem się ładnie i poszedłem się rozgrzać:


 Mieliśmy towarzystwo znajomych plus kolega z pracy z którym biegamy dość podobnie (no dobra, on jest szybszy, ale kiedyś było na odwrót a ja się nie poddaję!) więc poszliśmy razem się rozgrzać. Dobiegliśmy do Górek Szymona i z powrotem - wyszło razem z przebieżkami i ćwiczeniami w biegu w sumie jakieś ponad 5km. No tylko że była niezła obsuwa czasowa - zamiast o 20:15 bieg zaczął się po 21-szej. W sumie po rozgrzewce niewiele już zostało :) Dobra, ale ustaliłem sobie plan - chciałem trzymać tempo 23 sekundy na 100m - na stadionie sam kontroluję czas na znacznikach co 100 metrów. To by mi dało 19:10 na mecie, co wiedziałem że było za ambitne, ale chciałem spróbować.

Po starcie dwie koiety biegły przede mną, patrzyłem na tempo i nie wyprzedzałem ich na pierwszym kółku - bo widziałem że ruszyliśmy trochę za szybko (co jest normalne chyba u wszystkich). Miałem 3 sekundy nadróbki, ale nie rosła na kolejnych setkach więc tempo było stabilne. Po 500m jednak wyprzedziłem te dwie kobiety - akurat zdjęcie u góry pokazuje ten moment.
Zdjęcia oczywiście robiła moja grupa wsparcia - Żonka i dwie młodsze córki, zawsze jak przebiegałem to miałem gorący doping :)
A ja tymczasem spokojnie biegłem. To znaczy nie do końca spokojnie - tempo było równe: po 23 sekundy na 100m i szło naprawdę fajnie. Przebiegłem tam pierwszy, drugi i trzeci kilometr. Kolega (Maciek) wyprzedził mnie już dawno - na pierwszym kilometrze, ale spodziewałem się tego bo celował w 19:00-19:30.
Po trzecim kilometrze przychodzi zwykle czwarty kilometr, a ten jest u mnie najtrudniejszy - zauważyłem że nadróbka 3 sekund zaczyna topnieć. Zacząłem więc od czwartego kilometra doliczać 24 sekundy a nie 23 - czyli tempo z 3:50/km spadło na 4:00/km. Byłoby i tak dobrze jak bym to utrzymał - miałbym te planowane pół minuty poprawy od poprzedniego biegu. Starałem się więc jak mogłem i trudno było, ale to tempo 4:00/km udawało się utrzymać. Na przedostatniej prostej spróbowałem dogonić dwie osoby przede mną i sam się zdziwiłem że mi się udało, za to mnie na ostatniej prostej wyprzedziła nasza olimpijka Ania Jakubczak (i zajęła drugie miejsce wśród kobiet). Przez co moja średnia córka miała wrażenie że mi źle poszło :) a ta naprawdę to poszło mi bardzo dobrze, złapałem sobie czas:

19:30

 

Bardzo fajnie ten bieg mi wyszedł, wygląda na to że powoli coraz szybciej się poruszam - oby tak dalej i przede wszystkim zdrowo żeby mi to poruszanie się wychodziło :)



 

ADs