niedziela, 23 czerwca 2019
Bieg Frassatiego
Pierwszy mój bieg górski w tym roku czyli Bieg Frassatiego. W sumie to żonka mi go znalazła i namówiła mnie żeby się zapisać - to była piewsza edycja tego biegu. Organizatorem był m. in. Gość Niedzielny więc impreza zaangażowana (w sensie z przesłaniem) - patron biegu oprócz biegania po górach był na tyle aktywny duchowo że został beatyfikowany w 1990r.
Oprócz samego biegu była też fajna impreza - nad Jeziorem Międzybialskim które łączy się z Żywieckim. Były dmuchańce, plaża i koncert Carrantuohill - całkiem znanego nawet u nas irlandzkiego zespołu folkowego.
No tak, tylko że od jakiegoś czasu u nas już jest pogoda jak w Afryce :) 30 stopni i więcej i jak tu biegać po górach? Zapisało się to trzeba było! Udało mi się namówić całą rodzinkę na tą podróż - a nie było to proste logistycznie bo z Warszawy pojechaliśmy po pracy do Wisły gdzie zwykle zatrzymujemy się w hotelu. Następnego dnia rano średnia córka kończyła wyjaz szkolny ("zielona szkoła") niby niedaleko bo w linii prostej niecałe 100km od Wisły. Tylko że w górach po liniach prostych się nie jeździ - nie sprawdziłem tego. I wrobiłem się w dojazd prawie 180km co dało blisko 3 godziny w jedną stronę! Odebrałem szybko córę i wróciłem. A następnego dnia rano - bieg górski!
Pogoda była piękna, w sensie upał niesamowity, zresztą już od jakiegoś czasu tak jest w naszym pięknym kraju. Na miejsce dotarłem naprawdę, ale to naprawdę na styk! Nawigacja poprowadziła mnie w złe miejsce - nie rozpoznała ulicy i numeru domu... na szczęście spytałem się policjantów i dotarłem na start. Szybko biegiem po pakiet startowy (jestem pewny że byłem ostatni), potem biegiem do samochodu, założenie butów, zostawienie rzeczy i biegiem na start! Dobiegłem gdy miałem jakąś niecałą minutę do startu.
Przynajmniej rozgrzewka była już za mną :)
No to nie miałem czasu na rozmyślania jak to pobiec, bo padł sygnał do startu. Początek jak zwykle po płaskim - trzeba wybiec z miejscowości. Nauczony biegiem górskim w Gdańsku (Garmin UIltra Race) nie spieszyłem się i to był dobry pomysł. Przede mną było 22km i ponad 1100 metrów górę (i tyle samo w dół). Pobiegłem więc spokojnie i wbiegliśmy na szlak turystyczny.
Krótko mówiąc: to było straszne! :) Bieg był bardzo techniczny, podejścia tak strome że nie było zupełnie możliwości biec a momentami miałem problemy żeby iść! Tak stromo było, szło się czasami czymś co nie wyglądało jak szlak turystyczny tylko jak po prostu koryto górskiego strumienia - same ostre kamienie służyły za podłoże a między nimi płynęła woda.
Po drodze była jedna przygoda: przy trasie leżał zawodnik któremu pomagało parę osób. Zatrzymałem się (regulamin przewidywał nawet dyskwalifikację jak się nie pomoże!) i posiedziałem tam parę minut. Na szczęście był kontakt z tym zawodnikiem, chłopaki dali mu wodę, ja dałem żel żeby się trochę wzmonił. No ale kontakt był trochę słaby z nim, poczekaliśmy na quada z pomocą i jak ratownicy przyjechali to pobiegłem dopiero dalej. Było tak upalnie że takie sytuacje mogą naprawdę być groźne!
Dalej nie było łatwiej - myślałem że jak dotrę na samą górę to potem będzie już "z górki". No i było. I to jak! Było baaardzo z górki. Tak bardzo że zbieganie było prawie tak wolne jak podbieganie (właściwsze byłoby napisanie "podchodzenie" bo biec się nie dało). Najgorsze jednak było że moje speedcrossy rozorały mi lewą piętę :( w sumie też i środkowy palec u prawej stopy a prawy duży palec stracił paznokieć... W takich okolicznościach przyrody końcowy zbieg - około 4,5km bardzo stromego i technicznego zbiegu po wielu kamieniach to była istna męczarnia. To właśnie tam straciłem tego paznokcia (tzn. zrobił się pod nim taki odcisk że się go nie uratuje już).
Dobiegłem z czasem 2:35:54 czyli około 64-go miejsca na 284 startujących - to pokazuje jak mocna była obsada tego biegu (albo jak słabo mi poszło ;) ). Na mecie chwilę odpocząłem - żałowałem że nie mogliśmy z hotelu podjechać całą rodzinką, ale musiałem się szybko zbierać i wracać do Warszawy jeszcze tego samego dnia bo nazajutrz wcześnie rano czekał mnie lot (służbowo) aż do Chin... ale o tym jak biega się w kraju smoka to już w następnym wpisie.
Podsumowując - to była super impreza. Zdołowały mnie straty własne (w sensie moje stopy), ale już sobie z nimi poradziłem częściowo i wiem że bardzo chętnie o ile będzie druga edycja to zapiszę się i na pewno rozprawię się z tym wynikiem i to całkiem mocno!
niedziela, 26 maja 2019
Wiosna startów
Trochę tych startów mi się sypnęła - aż nie dałem rady opisywać! No to jak najszybciej zaczynamy:
Bieg Konstytucji
Mimo wyjazdu na majówkę dałem radę wystartować - wróciliśmy na czas. Nasze sztandarowe pięć kilometrów w stolicy ze startem w Łazienkach alejką redaktora Hopfera. I nie zapominajmy - z podbiegiem pod Agrykolę w połowie dystansu! Mimo to nie poszło tak źle:
Czas 19:23 na takiej trasie, w dodatku dwa dni po ciężkim biegu - bo ponad połowa półmaratonu w Grudziądzu była bardzo mocno pobiegnięta.
Mila Konstytucyjna
Idąc za ciosem następnego dnia wystartowałem w Piasecznie w Mili Konstytucyjnej. Nie miałem jeszcze punktu odniesienia bo pierwszy raz biegłem taki dystans. Wynik chyba całkiem dobry:
Wykres tętna pokazuje że nie oszczędzałem się, z drugiej strony na piątce tętno zawszło wyżej.
Ekiden
Razem z kolegami z pracy udało się nam złamać trójkę! Pierwszy raz, ale też i drużyna była specjalnie tak dobrana. Nie jestem zadowolony z mojej postawy - tylko 41:40, nawet biorąc pod uwagę duchotę i temperaturę (rano była burza, biegliśmy po południu) i to że trasa niezbyt rekordowa - po parku, podłoże bardzo mieszane to jednak ta minutea szybciej powinna być!
Zajęliśmy 22 miejsce w generalce, 5 miejsce w naszej turze - z czasem 2:56:32!
Piaseczyńska Piątka
No i ostatni bieg w tym nawale :) na starych śmieciach, nie pierwszy i mam nadzieję nie ostatni raz. Super impreza - jak tylko się da to zawsze będziemy wpadać. Czasami biegłem tu sam, czasami z Żonką, czasami sam z wózkiem (niewiele ponad 21 minut, to było przeżycie :) ).
W tym roku startowaliśmy jeszcze inaczej - we dwójkę, ale każde na maksa (córki sprzedane znajomym a najstarsza to już sama sobie w domu robiła matematykę - czytaj grała a matmę zrobiła na sam koniec :) ).
Pogoda znowu niezbyt biegowa - gorąco bo chyba 26 stopni, mimo że start o 18:00. Trasa bez zmian tym razem - przez wiadukt, pętla i powrót przez wiadukt. Niestety trzeba było pod ten wiadukt podbiec, ale nie jest to niz takiego w porównaniu z Biegiem Konstytucji i Agrykolą. Biegło się fajnie, cierpiałem na trasie oczywiście - w końcu to piątka to normalne.
Nie zacząłem za szybko i ogólnie to dobrze to pobiegłem poza niestety czwartym kilometrem - 4:10! W sumie wyszło 19:21 a miało być poniżej 19:00...
No cóż, to jest pewnie mój aktualny poziom po prostu. Trzeba się teraz skupić na poprawieniu się - ten uraz z przed roku ma chyba jeszcze jakieś skutki (przerwa w trenowaniu), po świętach przytyło mi się prawie 2kg i ogólnie ilość pracy powoduje że czasu na bieganie jest za mało.
Plany jednak już mam - zbicie wagi już prawie się udało (postaram się dalej trochę zbić), kończymy wybieranie maratonu na jesień i zaczniemy niedługo plan treningowy!
środa, 1 maja 2019
Półmaraton Grudziądz
Trudno uwierzyć że poprzedni raz biegłem w Grudziądzu... pięc lat temu! Ale jednak blog nie kłamie - to było w 2014 roku: Półmaraton Grudziądz. Tym razem przybyło mi lat (i kolejna córka), ale radość z biegania wciąż ta sama. W sumie ta sama była też i pogoda - piękna (dla kibiców, nie dla biegaczy :) ). Mimo to wcale się nie martwię - w tym roku zdecydowaliśmy że biegniemy dla przyjemności - a więc razem z Żonką i w dodatku z naszą najmłodszą córką w wózku. Przyjechaliśmy więc dzień wcześniej do Grudziądza, okazało się że nasz hotel jest dosłownie tuż przy starcie czyli przy stadionie w Grudziądzu. W sumie mogę polecić ten hotel - ibis styles, bardzo ładny w środku i poziom obsługi wysoki (a ceny były niskie).
Rano zawieźliśmy więc starsze córki do rodziny która tu niedaleko mieszka, pakiety odebraliśmy jeszcze po śniadaniu i we trójkę udaliśmy się na start. Pogoda była naprawdę super - niby 13 stopni, ale bezchmurne niebo i słońce szybko podbijało temperaturę.
Przed biegiem wypatrzył mnie mój trener z Wyzwania Runners World czyli Kamil Poczwardowski (też pozdrawiam!) - pogadaliśmy chwilę i potem na mecie też, on jest od początku wśród organizatorów tego biegu. Fajnie było sobie przypomnieć jak mnie prowadził przez Poznaniem w 2015 roku - to był drugi mój najlepszy wynik w życiu...
Rozgrzewki nie robiliśmy - mieliśmy biec spokojnie to na początku biegu się rozgrzaliśmy. Ustawiliśmy się na końcu, oprócz nas widzieliśmy jeszcze jedną parę z pociechą w wózku (pozdrawiamy!) i po chwili ruszyliśmy.
Nasza Ala na początku coś się buntowała, ale po starcie udzieliła się jej atmosfera tłumu - dużo się działo więc siedziała grzecznie. W pewnym momencie już nawet zacząłem liczyć że zasnęła (ale jednak nie).
My tymczasem biegliśmy małą pętelkę przez Grudziądz - ładne to miasto. Kibiców nawet trochę było i fajnie krzyczeli (czasami sami, czasami po zagrzaniu do walki przez biegaczy :) ). My wystartowaliśmy z samego końca, więc trochę musieliśmy osób wyprzedzić - ale nie za dużo, biegliśmy spokojnie więc w okolicach baloników na 2:15 (troszkę przed) ustabilizowało się w nasze tempo.
Po rundce po Grudziądzu następuje oczywiście wbiegnięcie na długi most przez Wisłę. Na końcu mostu jest Michale w którym jest całkiem sporo rodziny mojej Żony - część wyszła pokibicować (dziękujemy!). Potem dłuuuugaśna prosta aż do Dolnej Grupy gdzie znowu mieliśmy grupę wsparcia z naszej rodziny (i znowu dziękujemy!). Na tej prostej jednak zdecydowaliśmy że powinienem przyspieszyć - w sumie Ala nie marudziła aż tak bardzo, ale trochę to męczyło psychicznie że się odzywa i nie jest zadowolona. Więc żeby ją zająć i skrócić czas biegu po niecałych 9km rozdzieliliśmy się i "przyłożyłem" tempo.
Według garmina przebiegłem 3km poniżej tempa 4:10/km a potem nieznacznie wolniej - pierwsze 5km (z wózkiem i przy ciągłych podbiegach, w sumie wiatr też był w twarz) wyszło poniżej 21:15! Profil trasy nie zachęcał do przyspieszania w drugiej połowie:
Mimo to wykres tempa bardzo mi się spodobał po biegu:
Biegło się fajnie - zaczynając z tak dalekiego miejsca cały czas wyprzedzałem. Po drodze oczywiście wiele osób dopingowało "pana z wózkiem" - to było bardzo miłe. Jak zwykle chyba w Grudziądzu PanRunner robił filmiki i mnie też nakręcał po drodze, więc będę wypatrywał filmiku z tego biegu.
Na 400 metrów przed metą nawet dogoniłem trzecią osobę z wózkiem (dziwne, na starcie tego wózka nie widziałem), ale nie dał się skubany wyprzedzić :) W sumie wpadłem na metę z czasem tuż poniżej 1:50:
Na mecie - pinkin w pełni. Nasza mała Alicja wypięta z wózka (w ogóle nie zasnęła! ale chyba lubi szybkie bieganie bo uspokoiła się i praktycznie cały czas siedziała cicho :) ) tutaj mam zdjęcie z biegu jak to wyglądało:
Nie dała sobie zdjąć kurtki ani czapki mimo upału! Na szczęście na mecie już mi się udało. Poskakaliśmy (tzn. tylko ona) na trampolinie, pobiegaliśmy po trawie czekając na Mamę i jak zbliżał się czas na który biegła podeszliśmy jej pokibicować. Biegła tak szybko na finiszu że nie zauważyła nas dopingujących ją tuż przed metą :)
Poleżeliśmy chwilę na mecie, odebrałem przydziałowy zestaw "pączek+jogurt" (był jeszcze drugi zupa+piwo ale kolejka była za duża a nam się do starszych córek śpieszyło to nie braliśmy). Na mecie znowu spotkaliśmy się z drugą "wózkową" parą i nawet razem zostaliśmy złapani przez "media" więc zdjęcie i króciutki niby-wywiad do prasy zaliczyliśmy:
Pozdrawiamy przy okazji biegaczy z Gdańska!
No i szybko autobusem do Grudziądza - super że hotel tuż przy starcie to szybki prysznic i samochodem do rodziny gdzie posiedzieliśmy jeszcze sporo. Naprawdę udany ten początek majówki!
Teraz za dwa dni Bieg Konstytucji - tam mam zamiar pobiec na maksa 5km, ciekawe o ile to będzie szybciej niż ten 5km z wózkiem dzisiaj w połowie trasy :) no chciałbym poniżej 19 minut bo zdradzę już trochę że mam świetliste plany - zacząć od maja plan treningowy pod jesienny maraton (cel wiadomy, to nie będę się powtarzał) :)
poniedziałek, 29 kwietnia 2019
Orlen 10k
Tydzień po maratonie w Wiedniu pobiegłem "paliwową" dychę czyli oficjalnie to nazywa się Bieg Oshee 10km. Impreza już od ładnych paru lat jest w naszym warszawskim kalendarzu biegowym i jak tylko mogę to chętnie biorę udział.
Tutaj termin był trochę dyskusyjny - z jednej strony często widywałem teksty w internetach że tydzień po maratonie to świenty czas na pobiegnięcie rekordowej dychy, z drugiej strony widzę po sobie że powoli się regeneruję, nie byłem więc pewny jak to wyjdzie.
Postanowiłem więc pobiec pierwszą połowę na około 40:00 na mecie i jak się uda to przyspieszyć w końcówce. Jak zwykle po cichu liczyłem na złamanie 39 minut...
Skorzystaliśmy z tego że znajomi zaopiekowali się nam najmłodszą i średnią córą (dziękujemy!!) i pojechaliśmy razem z Żonką na ten bieg. Tym razem każde swoim tempem - więc rozdzieliliśmy się i nawet dojazd z powodów logistycznych był oddzielnie. Ona pociągiem żeby mieć więcej czasu, a ja: najpierw przekazanie warty przy pociechach a potem co koń wyskoczy (mechaniczny) na start. Zaparkowałem przy metrze (rondo ONZ) i podjechałem sobie bezpośrednio na stację Stadion - polecam bo bardzo to wygodne i szybkie.
Dobra, ale trzeba niestety przejść do opisania jak tam poszło. Zacząłem nie tak źle - żeby się nie zagotować to pierwszy km w 4:01 - specjalnie takim tempem, mimo że chciałem średnio po 3:54 pobiec. Drugi kilometr no to... Tamka! Nie wiem jak można było to coś wstawić po 30-tym kilometrze na maratonie - to powinno być karalne :) dla mnie to było ciężkie i tempo mi spadło, wyszedł drugi km w 4:14! Teraz jak patrzę na wykres tętna to widzę jak skoczyło w górę na tej Tamce, to już tam zostało:
Potem uspokojnie i próba trzymania 4:00/km do połowy i jakoś to wyszło, na półmetku zbieg do Wisły i tam na końcu zbiegu robili za darmo zdjęcia to się załapałem:
Jak widać po prawej goni mnie nasza lokalna olimpijka - Anna Jakubczak (pozdrawiam!). Za chwilę mnie wyprzedzi bo ja tutaj niestety odpadłem. Na półmetku było około 20:15 i to był dobry czas żeby myśleć o złamaniu 40 minut, jednak po prostu nie dałem rady. Szósty km jeszcze dobrze, ale siódmy, szczególnie ósmy i też dziewiąty to tragedia:
Z 20:15 na półmetku zrobiło się 41:02 na mecie...
Szkoda, ale jak myślę sobie teraz o tym to wygląda na to że to za krótko po maratonie było.
A co na przyszłość? To będzie szczególny tydzień dla mnie: będę w nim miał aż trzy starty! Chyba pierwszy raz w życiu - bo tak średnio to mi wychodzi raczej jeden start na 3 tygodnie :)
Ale zbiegło się i tak:
1 maja: Półmaraton Grudziądz
3 maja: Bieg Konstytucji (5km, Warszawa)
4 maja: Piaseczyńska Mila Konstytucyjna
Cele są takie:
Półmaraton - biegniemy spokojnie z Żonką i najmłodszą pociechą w wózku
Piątka - na maksa! Poniżej 19:00 "or muerte" jak mawiał pewien polityk o diabelskim nazwisku ;) poza tym plan żeby córki starsze się też przewietrzyły (zapisane są na biegi dzieci)
Mila - też bym chciał na maksa, to tylko 1609 metrów... fajnie by było poniżej 5:30 pobiec. Widzę w historii endomondo że kiedyś na Warsaw Track Cup pobiegłem 1500m w 5:12 to by przeskalowane dawało 5:35 na milę. No ciekawe, zobaczymy!
No to trzymajcie kciuki, oby nasza mała Alicja ładnie spała w wózku na półmaratonie :)
sobota, 13 kwietnia 2019
Maraton Wiedeń 2019
Do Wiednia wybraliśmy się mocną ekipą - nasza domowa piątka plus trzy osoby wsparcia - jak zwykle kolega Zbyszek z żoną i drugim kolegą biegowym Andrzejem. Biegaliśmy już nieraz razem, więc impreza była "w rodzinie" :)
Dojechaliśmy w piątek - z małymi dziećmi tak było wygodniej. Z Warszawy doWiednia w sumie jedzie się poniżej 7 godzin (plus postoje) i jest to wygodne. Hotel jak zwykle tuż przy trasie - zawsze ten sam (Ibis Wien Messe). W piątek już za wiele nie porobiliśmy, ale w sobotę od rana - plan był napięty!
EXPO
Najpiew oczywiście odbiór pakietów. Expo tym razem było w nowym miejscu - Marx Halle. Nie dostaliśmy mailem kart startowych (dziwne) więc musieliśmy je wydrukować na miejscu, na szczęście było to bardzo sprawnie zorganizowane. Potem odbiór pakietu, koszulek technicznych nie braliśmy w pakietach więc jedna kolejka odpadła (ale było wszystko szybko). Potem pochodziliśmy trochę po expo, niestety z trójką dzieci (właściwie chodzi głównie o tą 2,5-letnią najmłodszą) nie dało się zbyt wygodnie porobić zakupów...
Zwiedzanie
Trochę za dużo powiedziane, bo o 14:00 chcieliśmy być już na pasta party, ale mieliśmy chwilę to podjechaliśmy do centrum i zobaczyliśmy katedrę św. Szczepana z zewnątrz chociaż i trochę jak wygląda miasto w samym centrum. Dla nas to już była chyba piąta albo szósta wizyta, mimo to zawsze jesteśmy pod wrażeniem.
Pasta Party
To jest jeden z najlepszych punktów Wiednia! W zabytkowym ratuszu w samym centrum, w atmosferze walca (grany na żywo!) w ekletycznych wnętrzach i z moim ulubionym daniem serwowanym na pasta party czyli Kaiserschmarrn (omlet-naleśnik na słodko z sosem ze śliwek węgierek). Naprawdę uwielbiam ten element i to jeden z powodów dla którego byłem na tym party już trzeci raz i mam nadzieję jeszcze zawitać!
Odpoczynek
Dzieci (szczególnie najstarsza - dziwne) były już naprawdę zmęczone więc pojechaliśmy do hotelu. Najmłodsza jeszcze śpi w środku dnia, a my z Żonką pojechaliśmy na 17:00 na jeszcze jedno ładowanie węglowodanów - do tej samej co zawsze restauracji włoskiej w centrum (I Ragazzi) już tylko ze średnią córą. Potem powrót i odpoczynek w hotelu.
Poranek
Spałem średnio na jeża - poszedłem spać szybko i trochę nad ranem się wybudzałem. Niby to był już 19-ty maraton, ale stres zawsze jest. W nastroju bojowym poszedłem na śniadanie (w hotelu serwowali je od 4:30!!! ja poszedłem oczywiście dużo później - około 7:00). Jak zwykle białe bułki z miodem albo dżemem, gorąca czekolada (powinienem herbatę!) i powrót do pokoju.
Całą trójką wybraliśmy się na start - z naszego hotelu to blisko - 1,5km marszu przez most. Założyłem że to jest rozgrzewka, nerwo-sik i do strefy! Tylko do strefy nie udało mi się wejść :) tyle ludzi - na starcie są maratończycy, półmaratończycy i pierwsze zmiany sztafet maratońskich - tłum!
Start
No to jak zwykle w Wiedniu - walc (w ramach energetycznej muzyki :) ) i biegniemy! Ja startowałem z drugiej strefy bo podałem swoją życiówkę maratońską 3:03:03 a strefa pierwsza była poniżej 3:00:00. Andrzej już raz złamał 3 godziny, więc startował z drugiej jezdni, z pierwszej strefy. Zbyszek z mojej strefy (biegł półmaraton). No to powodzenia i lecimy.
Początek
Jak to w maratonie - byle się nie podpalić. Nigdy mi się to nie udawało, więc tym razem zmieniłem taktykę - popatrzyłem na moje stare biegi i obserwowałem tętno. Najlepsze maratony wychodziły mi średnio na tętnie 166, więc starałem się biec poniżej tej wartości i nie patrzeć na tempo. Udawało się! Pierwszy kilometr w 4:32, tętno 150 (jeszcze rosło), potem tempa - na zbiegu z mostu 4:13, potem 4:24 a tętno około 165. Super to wyglądało - czas średni nie wyglądał źle, tętno też.
Przy hotelu pomachałem kibicom naszym i pobiegliśmy w Prater. Alejka główna w tym parku jest bardzo szeroka, pogoda była super, troszkę tylko wiało, temperatura była bardzo dobra (mogło być tylko kilka stopni mniej), słońce nie przygrzewało - no super tak ogólnie.
Do Schoenbrunn
Pierwsza część biegu to Prater, potem trochę przy centrum i pętla do pałacu Schoenbrunn gdzie jest pierwsza zmiany sztafety. U mnie biegło się super - tętno w kontroli, tempo cały czas średnie w okołlicy 4:22 co byłoby na mecie w okolicach poniżej 3:05 - super.
Trzecia dycha
Jeszcze nie ta najważniejsza, ale już jest wtedy trudno. Trzymam tętno około 165, tempo niestety troszkę wolniejsze - w okolicach 4:30. To nic myślę sobie, byle nie odpaść kompletnie - zaczynam myśleć o kontroli strat. Nadal poniżej 3:10 na mecie jest całkiem realne. Wbiegamy do centrum - półmaratończycy już zbiegli do mety a my - no cóż, sami tego chcieliśmy!
Czwarta dycha
Zaczyna się maraton! Patrzę teraz jak to się stało w wyniki i wygląda to na typową maratońską.. no właśnie nie wiem - chyba nie ścianę, a typowe zmęczenie mięśni. Do 35-go kilometra było dobrze - tempo spadało powolutku, ale stabilnie, natomiast ostatnie 8 kilometrów to już niekontrolowana porażka. Średnie tempo tej długiej końcówki to 5:33! Raz musiałem się zatrzymać bo złapały mnie kurcze w obu nogach z tyłu i nie mogłem nawet iść. Rozciągnąłem je i o dziwo - zacząłem biec dość szybko jak na ten moment biegu. Nie trwała ta euforia za długo, ale to pokazuje że byłem w stanie biec szybciej energetycznie, winne były mięśnie.
Meta
Wreszcie ostatnia (długa!) prosta i upragniona meta - czas na papierze wygląda dobrze: 3:16:10 - to mój piąty czas, najlepszy od września 2017 roku. Jednak nie jestem zadowolony - przez to odpadnięcie na ostatnich 8km... nie takie były plany...
Wnioski
Mam teraz dwa pomysły - wzięcie opieki trenerskiej albo spróbowanie rad McMillana które są pod dokładnie ten problem przygotowane (po angielsku mówią o tym "fading" albo bardziej wprost "bonking" :) ).
Plany
Tydzień po maratonie biegnę dychę Orlenową, potem towarzysko półmaraton częściowo terenowy w Grudziądzu i zaraz po tym Bieg Konstytucji (5km) - ten ostatni to już na maksa. Potem dwa biegi górskie: Frassatiego i Rzeźniczek, oba w granicach 27km - to będzie ciekawe przeżycie.
Muszę jeszcze pomyśleć o jesieni - mamy kilka pomysłów, może Warszawa, może coś za granicą, ale musi być blisko żeby dojechać całą rodzinką. No i jakiś półmaraton bym chętnie pobiegł jeszcze w drugiej połowie roku...
No to teraz plany jest: w Orlenie pobić życiówkę na dychę 39:20 i w Biegu Konstytucji zbliżyć się do życiówki - czyli poniżej 19 minut pobiec (mam 18:55 z ulicy i 18:38 z bieżni).
A na jesieni... wiadomo :))) łamiemy te 3 godziny wreszcie!
No i trochę zdjęć na koniec - po maratonie był powrót do hotelu, prysznic, wycieczka (gwóźdź programu dla córek) na Prater i wszystkie te atrakcje tam, w końcu wieczorna msza w tej katedrze w centrum miasta. No i 50 tysięcy kroków wyszło mi w tym dniu :)
Do następnego biegu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
ADs
wczytywanie..











































