niedziela, 23 czerwca 2019

Bieg Frassatiego


Pierwszy mój bieg górski w tym roku czyli Bieg Frassatiego. W sumie to żonka mi go znalazła i namówiła mnie żeby się zapisać - to była piewsza edycja tego biegu. Organizatorem był m. in. Gość Niedzielny więc impreza zaangażowana (w sensie z przesłaniem) - patron biegu oprócz biegania po górach był na tyle aktywny duchowo że został beatyfikowany w 1990r.
Oprócz samego biegu była też fajna impreza - nad Jeziorem Międzybialskim które łączy się z Żywieckim. Były dmuchańce, plaża i koncert Carrantuohill - całkiem znanego nawet u nas irlandzkiego zespołu folkowego.



No tak, tylko że od jakiegoś czasu u nas już jest pogoda jak w Afryce :) 30 stopni i więcej i jak tu biegać po górach? Zapisało się to trzeba było! Udało mi się namówić całą rodzinkę na tą podróż - a nie było to proste logistycznie bo z Warszawy pojechaliśmy po pracy do Wisły gdzie zwykle zatrzymujemy się w hotelu. Następnego dnia rano średnia córka kończyła wyjaz szkolny ("zielona szkoła") niby niedaleko bo w linii prostej niecałe 100km od Wisły. Tylko że w górach po liniach prostych się nie jeździ - nie sprawdziłem tego. I wrobiłem się w dojazd prawie 180km co dało blisko 3 godziny w jedną stronę! Odebrałem szybko córę i wróciłem. A następnego dnia rano - bieg górski!

Pogoda była piękna, w sensie upał niesamowity, zresztą już od jakiegoś czasu tak jest w naszym pięknym kraju. Na miejsce dotarłem naprawdę, ale to naprawdę na styk! Nawigacja poprowadziła mnie w złe miejsce - nie rozpoznała ulicy i numeru domu... na szczęście spytałem się policjantów i dotarłem na start. Szybko biegiem po pakiet startowy (jestem pewny że byłem ostatni), potem biegiem do samochodu, założenie butów, zostawienie rzeczy i biegiem na start! Dobiegłem gdy miałem jakąś niecałą minutę do startu.
Przynajmniej rozgrzewka była już za mną :)


No to nie miałem czasu na rozmyślania jak to pobiec, bo padł sygnał do startu. Początek jak zwykle po płaskim - trzeba wybiec z miejscowości. Nauczony biegiem górskim w Gdańsku (Garmin UIltra Race) nie spieszyłem się i to był dobry pomysł. Przede mną było 22km i ponad 1100 metrów górę (i tyle samo w dół). Pobiegłem więc spokojnie i wbiegliśmy na szlak turystyczny.

Krótko mówiąc: to było straszne! :) Bieg był bardzo techniczny, podejścia tak strome że nie było zupełnie możliwości biec a momentami miałem problemy żeby iść! Tak stromo było, szło się czasami czymś co nie wyglądało jak szlak turystyczny tylko jak po prostu koryto górskiego strumienia - same ostre kamienie służyły za podłoże a między nimi płynęła woda.

Po drodze była jedna przygoda: przy trasie leżał zawodnik któremu pomagało parę osób. Zatrzymałem się (regulamin przewidywał nawet dyskwalifikację jak się nie pomoże!) i posiedziałem tam parę minut. Na szczęście był kontakt z tym zawodnikiem, chłopaki dali mu wodę, ja dałem żel żeby się trochę wzmonił. No ale kontakt był trochę słaby z nim, poczekaliśmy na quada z pomocą i jak ratownicy przyjechali to pobiegłem dopiero dalej. Było tak upalnie że takie sytuacje mogą naprawdę być groźne!


Dalej nie było łatwiej - myślałem że jak dotrę na samą górę to potem będzie już "z górki". No i było. I to jak! Było baaardzo z górki. Tak bardzo że zbieganie było prawie tak wolne jak podbieganie (właściwsze byłoby napisanie "podchodzenie" bo biec się nie dało). Najgorsze jednak było że moje speedcrossy rozorały mi lewą piętę :( w sumie też i środkowy palec u prawej stopy a prawy duży palec stracił paznokieć... W takich okolicznościach przyrody końcowy zbieg - około 4,5km bardzo stromego i technicznego zbiegu po wielu kamieniach to była istna męczarnia. To właśnie tam straciłem tego paznokcia (tzn. zrobił się pod nim taki odcisk że się go nie uratuje już).


Dobiegłem z czasem 2:35:54 czyli około 64-go miejsca na 284 startujących - to pokazuje jak mocna była obsada tego biegu (albo jak słabo mi poszło ;) ). Na mecie chwilę odpocząłem - żałowałem że nie mogliśmy z hotelu podjechać całą rodzinką, ale musiałem się szybko zbierać i wracać do Warszawy jeszcze tego samego dnia bo nazajutrz wcześnie rano czekał mnie lot (służbowo) aż do Chin... ale o tym jak biega się w kraju smoka to już w następnym wpisie.


Podsumowując - to była super impreza. Zdołowały mnie straty własne (w sensie moje stopy), ale już sobie z nimi poradziłem częściowo i wiem że bardzo chętnie o ile będzie druga edycja to zapiszę się i na pewno rozprawię się z tym wynikiem i to całkiem mocno!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

ADs