Bieg Ursynowa oznacza upał :) W tym roku tradycji stało się zadość - prognoza mówiła o 31 stopniach w tym dniu. Jak wiadomo Bieg Ursynowa to piękna, krajoznawcza trasa po asfalcie Komisji Edukacji Narodowej wśród bloków warszawskiej sypialni.
Jak już pisałem w poprzednim wpisie - u mnie lekka kontuzja prawego uda, więc nie mogłem się tym razem ścigać. Ale nie było mi z tego powodu bardzo smutno, bo zapisaliśmy się razem z Żonką, więc robiłem za zająca :) tempo było więc dość spokojne, ale i tak miałem duży strach czy nagle nie pojawi się ból. Bo niby jest dobrze, zgodnie z zaleceniami pierwszy tydzień nic nie biegałem (ale jeździłem do pracy rowerem - 20km w jedną stronę plus raz na tydzień pół godziny pływania na basenie). W drugim tygodniu spróbowałem wychodzić na spokojne biegi po 5km i niby było dobrze, ale czasami coś zabolało. Fizjo mówił że tak może być i że to nie jest problemem, ale żebym nie wracał do pełnego obciążenia ani nie biegał więcej niż połowę tego co zwykle.
W czwartek po firmowym wyjściu na gokarty chciałem podbiec z rowerem do pociągu i noga się odezwała, nawet dość mocno. To mnie przestraszyło bardzo i do soboty nic nie biegałem znowu.
Z takimi dużymi obawami dzisiaj podchodziłem do tego biegu. Przyszykowaliśmy się rano, córki zostały razem w domu (skoro najstarsza pełnoletnia, to chyba było to nawet zgodne z prawem, nie?) i podjechaliśmy na Ursynów. Kolega Damian (pozdrawiam) też startował i nawet udało się przed biegiem zobaczyć i mu pokrzyczeliśmy potem na nawrotce jak walczył prawie w samej czołówce biegu (!).
My zrobiliśmy krótką rozgrzewkę (ale gorąco było super, w cieniu próbowaliśmy się chować) i stanęliśmy na starcie za balonikami na 26 minut. Fajna była muzyka na starcie, atmosfera - jak co roku. Ruszyliśmy się z planem około 5:20/km i pomagałem pilnować tempa. Trasa nie jest wcale idealnie płaska, jak by się mogło wydawać. Najpierw 2km na północ, w kierunku centrum i jest tam podbieg i zbieg, potem nawrotka (w tym roku poprawnie zrobiona, nie jak poprzednio gdy trasa była skrócona względem atestu) i potem powrót te 2km. Nam się udawało najpierw trzymać to tempo - noga nie bolała. Ale potem temperatura dała się we znaki i powolutku zwalnialiśmy. Ja się starałem dopingować i biec ostrożnie - żeby nic sobie nie naderwać (bo mam nadzieję że jest już podgojone). Tempo powolutku malało, ale i tak przesuwaliśmy się powolutku do przodu raczej, mało osób nas mijało, za to my częściej wyprzedzaliśmy.
Po powrocie na start drugą jezdnią KEN mieliśmy 4km na liczniku. Została więc krótka nawrotka - 500m na południe, zawrót i ostatnia prosta. Było ciężko widziałem po mojej Karolinie, ale dobiegliśmy w 27:41 i 27:44 (nie wiem jak to możliwe że 3 sekundy różnicy jak obok siebie byliśmy cały czas :)
Ale było fajnie - noga nie zabolała, troszkę coś ciągnęło pod koniec, ale zrobiłem 3km rozgrzewki i 5km tego biegu - razem 8km dzisiaj i jest OK - to bardzo cieszy :) ! Może się uda jutro spokojnie po lesie jeszcze kilka km zrobić i za tydzień dychę w Konstancinie, zgodnie z planem. We wtorek mam kontrolę u fizjo - zobaczymy co tam USG pokaże - mam nadzieję że już wszystko będzie OK.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz