czwartek, 27 czerwca 2013

Maraton Lębork


W niedzielę pobiegłem mój piąty w życiu maraton, po raz drugi w moim rodzinnym Lęborku. Dużo chciałbym napisać ale z racji braku czasu zapewne wszystkiego nie dam rady, musiałbym taki elaborat sklecić że pewnie za dwa tygodnie ujrzałby światło dzienne.

Do Lęborka dojechaliśmy dwa dni wcześniej, w sobotę odebrałem pakiet startowy - było jak rok temu czyli miałem uczucie że biuro maratonu funkcjonuje tym lepiej im mniej jest zawodników. Coś w rodzaju dziekanatu na uczelni wyższej który by funkcjonował idealnie gdyby tylko nie było tych zupełnie niepotrzebnych studentów :) Dla przykładu konieczne były badania lekarskie wykonywane na miejscu. Badanie lekarskie w opinii organizatorów maratonu w Lęborku oznacza to że idzie się do pokoju obok gdzie stacjonują 3 osoby, jedna z nich mierzy mi ciśnienie (120/80) i stwierdza na tej podstawie że mogę biec maraton (!!!). Żadnych innych badań, pytań nawet - po prostu zupełnie zbędna biurokracja i koszty no bo te trzy osoby siedziały nad ciastami a jak byłem rok temu to nad obiadem. W samym biurze podobnie - ja jeden odbierający (z dopingujacym Tatą) a osób obsługi koło 10 w biurze. Zresztą jak widać po ulotce komitet organizacyjny był ogromny - samych kierowników ponad 10 a w maratonie biegło... 180 osób. Jak doliczyć wszystkich z obsługi to tak na oko wychodzi mi że na jednego biegacza było kilka osób obsługujących. To wszystko za skromną cenę 90 złotych za co w pakiecie startowym dostaliśmy: koszulkę bawełnianą (dofinansowaną z ministerstwa), wodę niegazowaną 0,5l taką "z Biedronki" do tego ulotka z całą litanią kierowników w tym kierownikiem od transportu (będzie jeszcze o tym) acha i to wszystko było w reklamówce w kwiatki (dobrze że nie w takiej z Biedronki).

W sobotę rano zrobiłem sobie bieg spokojny z kolegą z liceum. Przebiegliśmy jakieś chyba 7km miło gawędząc - chyba za każdą moją wizytą w Lęborku testujemy nową trasę - bardzo fajnie pozwiedzać okolice, tym bardziej że akurat tam jeszcze nie byłem.
Co do mojego "pasta party" to było nietypowe bo nawcinałem się pierogów z mięsem. W sumie ciasto na pierogi to mąka z wodą więc prawie to samo co makaron, nie? Najadłem się sporo i dość późno jak na mnie ale podobno przed maratonem tak trzeba więc nie miałem wyrzutów sumienia.

W niedzielę rano obudziłem się o piątej bo śniło mi się że jestem już za połową maratonu. Myślę sobie - dziwne, nie pamiętam kiedy przebiegłem pierwszą połowę biegu! Potem pomyślałem że sprawdzę czas na zegarku żeby wiedzieć jak mi idzie - patrzę a tutaj wynik bardzo dobry i od razu się zezłościłem że wszystko popsułem bo pobiegłem pierwszą połowę za szybko czyli jak zwykle. No i wtedy się obudziłem :) Przełożyłem poduszkę tam gdzie były nogi żeby mnie już drugi raz wschodzące słońce nie obudziło i zasnąłem. Wstałem tak naprawdę między 6 a 6:30, zacząłem od śniadania (dwie bułki - jedna z kremem czekoladowym, druga z serem i szynką). Piłem dużo i modliłem się o dobrą pogodę. Poprzednie dwa dni to upały rzędu 33-35 stopni, na szczęście niedziela okazała się dużo lepsza. Było gorąco ale na szczęście chmury zasłaniały słońce.
W tym roku rozkopany był cały centralny plan Lęborka (plac Pokoju) przez co namioty musiały być rozstawione trochę z boku tego placu. Żonka z młodszą córą i moim tatą przyszli mnie dopingować na starcie - atmosfera startu zawsze jest dla mnie wyjątkowa, w Lęborku było fajnie. W dodatku na starcie spotkałem kolegę z liceum i studiów który też biegł i mogliśmy pogadać przed startem. Poza tym niektórzy mnie poznają z mojego bloga - to też jest bardzo fajne!

W końcu ruszyliśmy. Zrobiliśmy rundkę po mieście i wybiegliśmy "w pole". Trzymałem od początku równe tempo na 3:30, pamiętając że ta trasa jest bardzo zdradliwa - im dalej tym więcej podbiegów. Było gorąco ale słońce nadal za chmurami więc biegło się dobrze. Zresztą na maratonie zawsze się biegnie dobrze przez przynajmniej 25km :) Czasami rozmawiałem z innymi, wyprzedzałem powoli albo byłem wyprzedzany - generalnie dobrz mi szło utrzymywanie stałego tempa. Było ono troszkę szybsze od zakładanego ale tylko minimalnie. W wioskach po drodze był doping ale miałem odczucie że trochę słabszy niż rok temu. Mimo to przybiłem kilka razy piątki z dziećmi, było klaskanie i dopingowanie. Pierwszy solidny podbieg na 7km, potem już było właściwie cały czas z górki albo pod górkę. Na półmetku byłem akurat tuż po zbiegu więc miałem małą nadróbkę ale poniżej jednej minuty o ile dobrze pamiętam, za chwilę zaczął się pierwszy z dwóch dużych podbiegów i na nim ta nadróbka zniknęła więc przyjmuję że tempo było poprawne - na 3:30.
Około 27km słońce wyszło zza chmur i zaczął się ten drugi porządny podbieg. Tempo mi spadło trochę ale za to na tym etapie spotkałem Jacka z którym przebiegłem resztę maratonu. Zaczęło się od pytania o tempo - Jacek biegł z zegarkiem mechanicznym ze wskazówkami (!) i chciał na 3:30 biec więc chciał się podłączyć. Ja uprzedzałem że coś czuję że odpadnę niedługo - przecież zawsze do tej pory tak ze mną było ale Jacek nie przyjmował do wiadomości takiej ewentualności. Do końca trasy ciągnął mnie za uszy, dopingował i zajmował rozmową - wszystko na raz i to głównie dzięki jego uporowi dowiozłem tak dobry wynik do mety. Podbiegi były straszne - rok temu pamiętam że musiałem przejść wiele razy do marszu a tym razem... ani razu! Dobiegłem walcząc ze sobą aż do mety i to zwalniając niewiele. Oczywistym jest że na tak stromym podbiegu na 30km nie dawałem rady utrzymać  tego samego tempa ale średnio z tego co liczę to spadło ono tylko o mniej niż 15 sekund na kilometr! W dodatku tylko raz złapały mnie kurcze (lewe udo z tyłu) ale nie musiałem się nawet zatrzymać ani przejść do marszu - ROZBIEGAŁEM to :)
Końcówka była ciężka, gdyby nie Jacek który miał siłę biec szybciej ale czekał na mnie i mnie dopingował to bym pewnie zwolnił dużo bardziej. Pierwszy raz doświadczyłem czegoś takiego - do tej pory tylko o tym czytałem, to było naprawdę coś wielkiego.
Wreszcie wpadliśmy do miasta, kilka zakrętów i ostatnia prosta. Po prawej stronie przed metą rodzina, ja już ledwo kontaktuję co się dzieje ale Małgosia stała po mojej stronie barierek - złapałem ją za rękę i razem wbiegliśmy na metę :)

Podsumowanie

Miałem 3 cele na ten maraton:
1. dobiec w 3:30 - nie udało się, wyszło 3:33:55 (czas brutto, innego tam nie ma bo pomiar czasu w maratonie w Lęborku to pan z długopisem i lornetką na mecie). Mimo to jestem bardzo zadowolony z tego czasu - poprawa o ponad 4 minuty od wiosny w Wiedniu gdzie było dużo bardziej płasko (chociaż goręcej ale i w Lęborku też grzało od około 27km)
2. druga połowa szybciej niż pierwsza - też się nie udało ale było blisko. Do tej pory odpadałem porządnie - ostatnio w Wiedniu o 18 minut a teraz mniej niż 4 minuty!
3. wytrzymać równym tempem cały dystans - patrząc na liczby to nie wyszło ale myślę że biorąc pod uwagę profil trasy (porównując pierwszą i drugą połowę) to można to prawie zaliczyć. Tempo bardzo mało spadło i dobiegłem do mety w dobrym stanie.

Bardzo mnie jeszcze ucieszyło po tym maratonie:
- rodzina na mecie: gratulacje od nich są najważniejsze
- znajomi - i ci z Lęborka i poznani rok temu podczas biegi i ci w tym roku, dużo ich było
- po biegu byłem zmęczony ale porównując do poprzednich maratonów to czułem się świetnie. Żadnych bólów mięśni czy kurczy. Na drugie piętro do rodziców wchodziłem i schodziłem (!!) bez sensacji i w niedzielę i następnego dnia
- uczucie że dałem radę nie odpaść pod koniec tak jak to zwykle bywało do tej pory

Czemu tak dobrze mi poszło w końcówce? Myślę że poza Jackiem - holowniczym jest jeszcze drugi pan Jacek któremu to zawdzięczam czyli Jack Daniels. Jego plan treningowy jest jeszcze w powijakach u mnie (mniej niż połowa za mną) ale myślę że to właśnie zasługa tych częstszych ale krótszych biegów i rozpoczętych treningów specjalistycznych.

Czy uda się w Berlinie pobiec te wymarzone 3:20? Obawiam się że będzie ciężko. Z jednej strony trasa płaska, pora roku będzie idealna, dużo czasu przede mną z planem Danielsa, obecne wyniki (1:33 w połówce) mówią że to możliwe, no i gdzie ma mi się to udać jak nie właśnie tam? Z drugiej strony między niecałymi 3:34 a 3:20 zieje ogromna, strasznie ogromna przepaść :) Jedyne co muszę więc zrobić to skupić się na planie ale nie wiem czy oprócz tego też nie zająć się trochę moją wagą bo 82kg przy 185cm to chyba za dużo jak na amatora który chce przebiec królewski dystnas w 3:19:59.

Na koniec obiecana wspominka o kierowniku transportu. Niech to będzie taki symbol całego tego maratonu w moim Lęborku. Otóż po biegu mieliśmy dostać piwo, grochówkę i kiełbasę na gorąco. Okazało się że tylko piwo dojechało bo reszta w kuchni polowej... spóźniła się jakieś 1,5 godziny. Powodem było to że jechali pod prąd - no jak mogli przewidzieć że ulice będą zamknięte z powodu maratonu, nie? A jak już dojechali to zajęli się rozpalaniem ognia pod tą kuchnią polową (drewno, papier, zapałki) i odgrzewaniem jej i tych kiełbas. Na końcu stwierdzili że mamy stać w dwóch kolejkach po kiełbasę i oddzielnie po grochówkę. I śmiesznie i strasznie bo przez taką właśnie organizację maraton w Lęborku w dobie tak ogromnego boom'u na bieganie w Polsce przeżywa głęboki kryzys. W tym roku pobiegło tylko 180 osób - prawie 20% MNIEJ niż roku temu, frekwencja maleje od 2011 roku i jest najmniejsza od 6 lat. Obawiam się że w czasie gdy wszędzie naokoło ludzie garną się do biegania maraton w Lęborku umrze śmiercią naturalną. Mimo tradycji (22 edycja), tytułów (mistrzostwa Polski weteranów), poświęcenia go pamięci Tomasza Hopfera i co najważniejsze - bardzo dobrej bazy starszych o aktualnych biegaczy: z tego regionu pochodzą znakomici biegacze i to nie tylko historyczni. Przecież tydzień temu na Ursynowie mistrzynią Polski została Dominika Nowakowska z Lęborskiego Klubu Biegacza.

Zdjęcia dla wytrwałych co doczytali do końca :)

 Przed startem z tatą i Agatką

 Prężę klatę przed Żoną robiącą zdjęcie

 Stres przed startem objawia się u mnie takimi minami

Na trasie - sam początek. Z panem z numerem 98 biegliśmy początek równym tempem

20 metrów do mety - podbiegam żeby chwycić Małgosię za ręce. Obok super-Jacek. 

No i lecim z Małgosią do mety!

Ulotka ze zdjęciami z zeszłego roku - jestem na zdjęciu po lewej. Zwracam uwagę na litanię nazwisk kierowników, organizatorów, sponsorów itd. :)

9 komentarzy:

  1. Szacun Leszek. Mnie Woss skutecznie wyleczył z uprawiania sportów...

    Pozdrawiam.
    Chudy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba większość biegaczy-amatorów ma traumatyczne wspomnienia z wf-u :)

      Usuń
  2. Gratuluję, Leszku! Zając na trasie to sprawa bezcenna - wsparcie psychiczne potrafi zdziałać cuda. Może i lepiej, że ta kiełbasa i grochówka się nie zjawiły. Straszny pomysł na posiłek regeneracyjny po maratonie w gorący dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zając był naprawdę wyjątkowy. A kiełbasa i grochówka dojechały i się doczekałem, mi nawet to podpasowało...

      Usuń
    2. Haniu, mnie tam grochówa i kiełbasa w Lusowie smakowały przednio. A też zdrowo grzało :-)

      Usuń
  3. Taki wynik w takich warunkach? Szacunek. A minięcie mety razem z córką... Wciąż o tym marzę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przy tej temperaturze taki wynik to bajka. Może nie warto się nim sugerować przed jesiennym maratonem :)

    OdpowiedzUsuń
  5. gratulacje! w Berlinie może być tylko lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Super napisane. Musze tu zaglądać częściej.

    OdpowiedzUsuń

ADs