czwartek, 29 sierpnia 2013

19/24 Już za chwileczkę, już za momencik


Chyba już czas przestawić się z ciekawostek o Berlinie na ciekawostki o berlińskim maratonie. Zacznijmy więc od czegoś co jest bardzo rzadkie a moim zdaniem bardzo fajne, czyli NIEBIESKA LINIA. I nie chodzi o ten numer gdzie dzwonimy jak nas żona bije ale i wymalowaną na drodze niebieską linię która pokazuje najkrótszą możliwą drogę po trasie biegu. Możecie się zdziwić - przecież trasa maratonu jest wyznaczona i nie można tutaj nic kombinować, ale jak się dobrze zastanowicie to okaże się że biegnąc przy lewej lub prawej krawędzi ulicy pokonujemy inny dystans na zakrętach. Zakrętów jest sporo więc można sporo nadłożyć. Opisałem to trochę dokładniej tutaj. Właśnie żeby tego problemu uniknąć wymyślono że tą najkrótszą możliwą drogę wymalują niebieską farbą na ulicy. Wystarczy więc tylko patrzeć na tą linię, biec i po kłopocie. Niestety gdy w maratonie bierze udział około 40 tysięcy ludzi to ta linia jest powiedzmy... średnio przydatna :) Tak przynajmniej wiem od kolegów którzy biegli rok temu - tłum był za duży żeby biec tą linią. Ale dobrze że ona jest - wystarczy tylko mocno trenować i biec tempem poniżej 3 godzin, wtedy na pewno jest dość luzu żeby biec po niebieskiej linii :)
Na stronie maratonu jest bardzo fajny filmik z tego jak malowali tą linię rok temu - polecam!

To teraz krótki raport z dziewiętnastego tygodnia:
Poniedziałek 19.08.2013 - regeneracja
Wtorek 20.08.2013 - spokojna godzina po zwykłych okolicach. Leciutki deszczyk był - ogromna różnica bo jeszcze kilka dni wcześniej biegałem w upalnej Chorwacji
Środa 21.08.2013 - znowu spokojna godzinka, nie ma co się obijać bo plan zakłada aż 80km w tym tygodniu!
Czwartek 22.08.2013 - Sp2 czyli rozgrzewka, 20 minut progowo: 4:13/km, 20 minut spokojnie,  20 minut 4:13/km, schłodzenie. Ciężko było ale satysfakcję miałem wielką, bo w Chorwacji te treningi z szybkimi wstawkami średnio wychodziły. W Polsce wychodzą dobrze :)
Piątek 23.08.2013 - regeneracja
Sobota 24.08.2013 - miał być bieg długi ale zaspałem i tylko pobiegałem spokojnie po okolicy z rana. Odwiedziłem trzy stawy i po godzinie z hakiem wróciłem
Niedziela 25.08.2013 - Sp1 udało się nie zaspać! W planie było po prostu 2,5 godziny spokojnego biegu ale urozmaiciłem go sobie dodając w środku trzy podbiegi spod bramy w Powsinie (równo po 500m każdy) a ostatnie pół godziny przyspieszyłem do tempa maratońskiego bo ostatnio miałem wrażenie że mi to ciężko przychodziło. Zdawało mi się - było tym razem fajnie. W sumie 29,3km w 2:30.

Cały tydzień to chyba mój rekord bo 82,12km w pięciu wyjściach. Całkiem sporo wyszło a mimo to były aż dwa dni regeneracji. Bardzo dobrze idą te moje przygotowania do bitwy berlińskiej. Zostało już tylko 4,5 tygodnia! Bardzo lubię ten okres tuż przed maratonem. Czuję już tą specjalną atmosferę i radość ze zbliżającego się startu. Trzeba tylko na siebie dmuchać i chuchać żeby w pełnym zdrowiu wystartować :)

Najbliższy okres będzie też ciekawy bo dwa fajne starty będą:
Warsaw Track Cup - już w najbliższy wtorek. Mam zamiar pobiec 1000m. Każdy wynik będzie moim rekordem ale liczę na 3:20 a może szybciej? Nie mam pojęcia na ile mnie stać bo to będzie mój najkrótszy dystans (w historii nowożytnych igrzysk bo w podstawówce na pewno biegałem nawet i na 100m)
Półmaraton Tarczyn - ostatni sprawdzian, na dwa tygodnie przed Berlinem. Pojedziemy po bandzie :) !


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Biegacz - planista doskonały



Bieganie według planu treningowego może sugerować że nie ma miejsca na planowanie. Przecież jest rozpiska, każdy dzień ma swój trening albo regenerację wpisaną, wystarczy założyć buty, wyjść i biegać według instrukcji z planu. W praktyce okazuje się że jest kompletnie odwrotnie. Mam już za sobą 19 tygodni planu maratońskiego Danielsa i szczególnie po skończeniu pierwszej fazy (gdzie były tylko spokojne biegi) w każdym tygodniu muszę ostro kombinować, jak koń pod górkę, żeby realizować ten plan. Po części usprawiedliwię się że to wynika z tego że mam pracę na pełny etat której poświęcam więcej czasu niż tylko te osiem godzin, a po pracy mój czas należy przede wszystkim do moich dziewczyn a nie do bieżni. Kończąc usprawiedliwianie się - takie biegowe hobby wymaga i uczy bardzo dobrej organizacji czasu.

Żeby nie być gołosłownym: oto typowe moje zapiski w których sobie planuję każdy tydzień. Zwykle planuję nie dalej niż tydzień w przód, chyba że zbliża się jakaś duża impreza, wtedy konieczne jest modyfikowanie planu wcześniej niż tydzień w przód. Zwykle plan musi zawierać:
1) wyliczenie ile mniej więcej treningi specjalistyczne będą miały kilometrów (i czasu żeby to zmieścić w dniu pełnym zajęć)
2) rozplanowanie obu treningów specjalistycznych w tygodniu
3) uzupełnienie biegami spokojnymi pozostałych dni tak żeby kilometraż się zgadzał
Dla niewtajemniczonych: plan maratoński Danielsa zakłada dwa treningi specjalistyczne w każdym tygodniu a w pozostałe dni należy biegać spokojnie tyle żeby w sumie w tygodniu wyszła zadana liczba kilometrów.
No więc dla przykładu ten tydzień ma wyglądać tak: kilometraż ma być 80% maksymalnego (80km) czyli 64km.
Trening specjalistyczny numer 1: 3,2km spokojnie, 4 razy 5 minut tempo progowe 4:13/km i 1 minuta odpoczynu, 16km lub 80 minut (co trwa mniej) spokojnie, znowu 4 serie po 5 minut progowo z 1 minutą odpoczynku i 3,2km spokojnie. Trzeba to wszystko przeliczyć na kilometry: 3,2 + 4x(1,186 + 0,18) + 15 + 4x(1,186 + 0,18) + 3,2 = 32,34km w 2:42
Trening specjalistyczny numer 2: godzina spokojnie, 6 razy 5 minut progowo z 1 minutą odpoczynku, 15 minut spokojnie. W kilometrach: 11,25 + 6x(1,186 + 0,18) + 2,81 = 22,26km w 1:51
Razem tylko te dwa treingi to aż 54,5km. W sumie bardzo dziwnie bo zwykle treningi specjalistyczne to poniżej połowy dystansu tygodniowego, ale tutaj już zaczyna się schodzenie z objętości przed maratonem. Zostaje więc około 10km które można wybiegać nawet w jeden tylko dzień, wcześniej bywało że zostawało ponad 40km i trzeba było to na aż cztery dni dzielić. Do tego dwa dni na treningi specjalistyczne i zostawał tylko jeden na regenerację.

Następnym krokiem jest podział na dni, tym razem będzie to mniej więcej tak:
Poniedziałek: regeneracja po długim biegu (29,3km) poprzedniego dnia
Wtorek: Sp2
Środa: bieg spokojny
Czwartek: bieg spokojny
Piątek: regeneracja (wizyta gości)
Sobota: Sp1: 32km w 2:40
Niedziela: regeneracja po długim biegu

Zwykle od dawna biegałem 5 lub 6 razy w tygodniu a tu akurat wyszło tylko 4 treningi więc bardzo możliwe że jednego dnia pójdę wreszcie na siłownię bo Wyzwanie Bartka samo się nie zrobi. Poza tym trzy dni z tego tygodnia będą u nas goście co też utrudni wychodzenie na treningi. Taki plan który sobie przygotowuję ułatwia mi godzenie treningów z wszystkimi obowiązkami. To nic że ten plan potem wiele razy zmieniam żeby dopasować go do wolnego czasu, mojego samopoczucia danego dnia czy pogody. Bo jak to powiedział kiedyś generał Eisenhower "Plans are worthless, but planning is everything".

środa, 21 sierpnia 2013

6 nowych pasków w stajni






Lepiej późno niż wcale - zakupy zrobiłem już miesiąc temu, ale jakoś nie było czasu się pochwalić. A było to tak: potrzebowałem nowych butów na berliński maraton. Miałem niby Nike Lunarglide +3 ale nie byłem z nich zadowolony. Dłuższą recenzję wrzucę później, teraz tylko napiszę że miały zbyt wypukłą podeszwę która podarowała mi wielki odcisk na prawej podeszwie. Oprócz tych butów mam jeszcze Asics Gel DS SkySpeed 2 które traktowałem początkowo jako startowe a potem też jako treningowe. Asicsy są super ale mają już wiele setek kilometrów więc potrzeba zaopatrzenia się w nowe kapcie była duża.
Bez specjalnej nadziei na znalezienie czegoś dobrego w dobrej cenie zajrzałem do adidasa w Galerii Mokotów gdzie byliśmy przy okazji. Zwykle ceny butów oscylują tam w granicach 500-600 złotych a ja do tej pory wydawałem na buty połowę tej kwoty, ale zajrzeć żeby organoleptycznie wypróbować buty przecież można, nie ?
Zostałem pozytywnie zaskoczony... wyprzedażą za pół ceny! Co jeszcze dziwniejsze były nie tylko fajne modele, ale i ludzkie rozmiary (a nie tylko wielkie kajaki dla kobiet i malutkie czółenka dla mężczyzn). W obliczu tej klęski urodzaju musiałem dokonać trudnego wyboru, ostatecznie po trudnej selekcji zostały na placu boju już tylko dwa modele:
Supernova Glide 5
adizero Boston 3M
Te pierwsze bardzo mi były potrzebne bo to typowy but treningowy czyli coś czego potrzebowałem na najbliższe 2,5 miesiąca pozostałe wtedy jeszcze do maratonu berlińskiego. Te drugie były mi równie potrzebne bo to typowe startówki a ja miałem mieć następnego dnia Bieg Powstania Warszawskiego, w dodatku bardzo chciałem mieć po raz pierwszy startówki na maraton. A wypadałoby takie startówki przed maratonem trochę wypróbować...
Po długich rozmyślaniach i negocjacjach wreszcie udało się podjąć decyzję - skoro przecena jest 50% to za cenę jednych butów wziąłem dwie pary :) Tak naprawdę to kupiliśmy tego dnia jeszcze trzecią parę (z myszką Miki) ale to już nie były ani buty do biegania ani dla mnie :)

Od tego czasu przebiegłem w "glidach" wiele kilometrów - pewnie ponad 150 i jak na razie jestem bardzo zadowolony. W "bostonach" biegłem tylko raz - na Biegu Powstania Warszawskiego i jestem więcej niż zadowolony. Buty są leciutkie, super przyczepne co sprawdziłem na mokrych odcinkach i mimo że włożyłem je po raz pierwszy od razu na zawody to zdały egzamin świetnie - nie było żadnych otarć itp.

Mam nadzieję że te niemieckie buty sprawdzą się w niemieckim maratonie :)

Poniżej moje zdjęcie w "bostonach":


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

17,18/24 Istria



Ostatnie dwa tygodnie były trudne biegowo no ale tak to bywa na urlopie. I tak było dużo lepiej niż rok temu bo udało się prawie całkowicie zrealizować plan. Najpierw zgodnie ze zwyczajem mała berlińska ciekawostka. Jako że dopiero co wróciłem z pełnego historii miejsca (w poprzednim wpisie widać budowlę mającą dwa tysiące lat) to dzisiaj będzie o muzeach. W Berlinie jest ich bardzo dużo, najbardziej znane są chyba te na wyspie muzeów z antycznymi eksponatami ale są też muzea zupełnie inne: przyrodnicze z największym na świecie szkieletem dinozaura czy muzeum techniki polecane dzieciom czy też... muzeum NRD dla tęskniącyh za ustrojem słusznie minionym. Zainteresowanych szczegółami odsyłam tutaj bo listy 180 muzeów i 440 galerii tu przecież nie zamieszczę.

No to teraz jak na Bałkanach się biegało.

Tydzień 17/24
I znowu zaczynamy z dwudniową obsuwą, ale... zaraz się okaże - chwilka, po kolei:
Wtorek 6.07.2013 - 5,71km spokojnie czyli nasze co dwudniowe przebieżki małżeńskie. Korzystamy z rodziny która jest z nami na wakacjach i jak dzieci pójdą spać to wymykamy się razem na wieczornych bieg.
Środa 7.07.2013 - zaległy bieg długi z poprzedniego tygodnia.
Czwartek 8.07.2013 - 5,98km spokojnie - znowu małżeńska przebieżka.
Piątek 9.07.2013 - Sp2: rozgrzewka, 8x5 minut tempo 4:13/km z przerwami 30 sekund, schłodzenie. Razem 13,64km. Wymyśliłem sobie że pobiegam na boisku, niestety nie ma tam bieżni a stan trawy jest tak zły że wolałem po promenadzie mimo że tam ludzi trzeba wyprzedzać. Tylko pierwsze cztery interwały wyszły znośnie, potem było aż 30 sek/km wolniej!
Sobota 10.07.2013 - 6,2km spokojnie - nie muszę się powtarzać że małżeńska przebieżka?
Niedziela 11.07.2103 - Sp1: rozgrzewka 3,3km, 10 minut tempa czyli 4:13/km, 2 minuty spokojnie, 10 minut tempo 4:13/km, 80 minut spokojnie - wyszło 15km czyli po 5:20/km i znowu tempo tylko że 15 minut i schłodzenie: 3,2km. Razem 30,5km w niecałe 2:39. Wstałem wcześnie i przed w pół do siódmej już byłem na trasie. Pogoda dopisała, gorąco bardzo co prawda ale wynalazłem trasę gdzie część jest zacieniona. Przewyższenia niestety są dość spore... Z Fazany wybiegłem w kierunku na Peroj, potem schowałem bidon i drugą butelkę przy drodze, zrobłem pierwszą tempówkę, drugą w przeciwnym kierunku i wypiłem wodę ze schowanych butli :) potem było spokojne 80 minut biegu które umilała mi rozmowa z biegaczem ze Słowenii napotkanym po drodze. Dobiegliśmy do Barbarigi, on zawrócił a ja pobiegłem dalej. Niestety za jakiś czas droga po prostu się skończyła i też musiałem zawrócić. Udało mi się nawet na koniec tych spokojnych 80 minut dogonić tego kolegę chociaż biegłem swoim tempem i wcale go nie goniłem. Wtedy minąłem znowu Peroj i przede mną była najtrudniejsza część treningu - 15 minut tempówki. Na szczęście wypadła akurat na zbiegu do morza i więcej niż połowa była z górki. Na początku było mi trudno utrzymać to tempo nawet mimo zbiegu! Potem się przyzwyczaiłem i ostatnia jedna trzecia część po płaskim też wyszła i zostało tylko schłodzenie. Zacząłem od wychłeptania całego bidonu wody którą znalazłem w kempingu przy morzu. Na odchodne jeszcze napełniłem butlę ponownie i opróżniłem ją w drodze do kwatery. W sumie wyszło świetnie, takie trudne ale udane treningi najbardziej cieszą!
Poniedziałek 12.07.2013 - 69km w 3:48 (z przerwami blisko 7 godzin). Ale spokojnie, na rowerze :) zjeździliśmy z chrześniakiem na rowerach spory kawałek Istrii, trasa była taka: Fasana-Peroi-Barbariga-Rovigno-Valalta-Rovigno-Valle-Dignano-Fasana.

Nasza przejażdżka z chrześniakiem na rowerach

Wtorek 13.07.2013 - 6,8km spokojnie z Żonką po drodze i plaży. Było trochę więcej ale pomyliłem się zatrzymując zegarek z powodu bezpańskiego psa... wrrr wszędzie te same problemy.
Razem sześć treningów, 68,83km biegu (plan był 72km) do tego tyle samo na rowerze. Nie udało się więc odrobić ani dnia z obsuwy ale to był za ciężki tydzień na odrabianie czegokolwiek.
Razem 68,83km a plan był 72km.

Tydzień 18:
Środa 14.07.2013 - Sp2: rozgrzewka, 4 razy po 10 minut tempowo 4:13/km z przerwami 2 minuty, schłodzenie. Razem wyszło 14,5km a interwały były w tempach: 4:10/km, 4:12/km, 4:17/km, 4:19/km czyli niezbyt. Niby średnia wychodzi tylko 1,5sek/km gorzej niż plan ale nie podoba mi się że nie utrzymałem równego tempa. Z drugiej strony w tych warunkach bardzo trudno się biega, szczególnie szybko a porównując do poprzedniego tygodnia to było wręcz idealnie :)
Czwartek 15.07.2013 - no i ostatnia chorwacka małżeńska przebieżka, tym razem troszkę dalej, aż za port i powrót ulicami: 6,6km
Piątek 16.07.2013 - Sp1: rozgrzewka, 24km tempem maratońskim, schłodzenie. Razem wyszło 28,17km i niby nie było tak źle bo średnia w granicach 4:49/km z tego odcinka 24km ale po pierwsze chciałem to pobiec w 4:42/km a po drugie tempo pod koniec spadło nawet do 5 minut/km. Z drugiej strony w tej temperaturze i przy takich podbiegach to chyba było dobrze.
Sobota 17.07.2013 - spokojna przebieżka po Praterze na pożegnanie urlopu.


Razem w tym tygodniu 59,65km wobec planowanych 56km.
Razem przez dwa tygodnie 128,48km a plan był 128 :) Co do najważniejszych treningów to z czterech specjalistycznych żaden nie wyszedł idealnie ale trzy są moim zdaniem akceptowalne biorąc po uwagę warunki do treningu. Jednym słowem nie dziwię się że nie znam żadnych Chorwatów - biegaczy. Kto by w taki upał miał głowę do biegania :)

No i w ten sposób zakończyłem trzecią fazę treningu pod Berlin. Myślałem do tej pory że trzecia jest najcięższa ale jak patrzę na tą ostatnią czwartą fazę to zaczynam się przekonywać że dopiero teraz zaczną się schody. Na powitanie czwartej fazy mam tydzień z maksymalnym kilometrażem czyli 80km w tym np. 2,5 godzinny bieg spokojny (to wyjdzie ponad 28km) a poza tym bardzo dużo biegu w tempie progowym... Pocieszające jest to że po tym pierwszym tygodniu z aż 80km każdy kolejny będzie już miał mniej aż do Grane Finale 29-go września.

czwartek, 8 sierpnia 2013

14,15,16/24 Trudne tygodnie


Amfiteatr w Pula

Ostatnio miałem strasznie pracowity okres: i w pracy i w domu więc czasu na regularne wpisy nie starczyło. Na szczęście starczyło go na pracę, rodzinę i bieganie więc nie było tragicznie. Teraz korzystam z zasłużonego urlopu więc odrabiam zaległości.
Zaczynam więc jak zawsze od ciekawostki o Berlinie. Połączę to z miejscem w którym wypoczywam czyli Istrią (półwysep należący do Chorwacji). A ciekawostka będzie mało zaskakująca: Berlin jak i inne miasta przeżywał czasy rozkwitu, ale miał i lata chude. Stolicą został dopiero w XVIII wieku (bo i Niemcy jako państwo jest młode)  i do zakończenia wojny rozwijał się bardzo szybko, przekraczając 4 miliony mieszkańców. Po klęsce i podziale miasta między aliantów miasto było znacznie zniszczone i dopiero po zjednoczeniu Niemiec wróciło na ścieżkę szybkiego rozwoju. Teraz jest trzecim po Londynie i Paryżu miastem w Unii Europejskiej z 3,5mln mieszkańców. A jak to się łączy z Istrią? Główne miasto tego regionu to Pula (wł. Pola) które w starożytności miało 30tys. czyli musiało być ogromne. W średniowieczu podupadło a po epidemiach jego populacja spadła nawet do 300 mieszkańców. Teraz ma około 60tys. czyli tyle co w 1910 roku a po drodze był oczywiście "dołek" spowodowany zniszczeniem miasta podczas wojen światowych.

To teraz jak tam się biegało, więc po kolei:

Tydzień 14:
Zaczęty z dwudniowym opóźnieniem które nie wiem kiedy dam radę nadgonić :)
Środa 17.07 - wolne
Czwartek 18.07 - spokojnie 8km, rowerem do pracy i z powrotem razem 42,5km
Piątek 19.07 - wolne
Sobota 20.07 - spokojnie 7,5km
Niedziela 21.07 - Sp1: rozgrzewka, 4x(6 minut progowo 4:13/km przerwy 1 minuta) 60 minut bieg spokojny i 15 minut progowo 4:13/km i schłodzenie. Razem 24,5km.
Poniedziałek 22.07 - spokojnie 9km
Wtorek 23.07 - Sp2: rozgrzewka, 4x(1,6km  tempem progowym 4:13/km przerwy 1 minuta) 5 minut spokojnie i 3x(1,6km progowo 4:13/km przerwy 1 minuta), schłodzenie. Razem 19,5km.
Jeszcze był rower do i z pracy, razem 44km. 
Razem wyszło 5 treningów i 68,81km z planowanych 72.

Tydzień 15:
Znowu zaczynamy od środy.
Środa 24.07 - wolne
Czwartek 25.07 - Sp1: rozgrzewka, 19,2km tempem maratońskim, schłodzenie. Wyszło 25,6km a środek w tempie 4:32/km. Średnia niezła ale tak naprawdę to wytrzymałem tylko około 16km tempem z tabelek Danielsa czyli 4:29/km a końcówkę trochę zwolniłem.
Piątek 26.07 - wolne bo zawody następnego dnia
Sobota 27.07 - Bieg Powstania Warszawskiego 10km w 41:22 
Niedziela 28.07 - spokojne 9,5km
Poniedziałek 29.07 - wolne
Wtorek 30.07 - rozgrzewka, 15 minut progowo 4:13/km, przerwa 3 minuty, 15 minut progowo (wyszło 4:19/km) przerwa 3 minuty i 10 minut progowo (wyszło 4:26/km). Razem 16,5km. Nie wyszło za dobrze

Tydzień 16
Standardowo zaczynamy z dwudniową obsuwą i od razu biegamy a nie wolne bo plan zakłada aż 80km. 
Środa 31.07 - spokojnie 11km
Czwartek 1.08 - spokojnie 11km
Piątek 2.08 - wieczorem w Wiedniu, w drodze na Chorwację: spokojne 11km po trasie maratonu wiedeńskiego czyli cała główna aleja Prateru rozświetlonego zresztą bo zabawa trwała tam w najlepsze
Sobota 3.08 - po dojechaniu na wakacje byłem zbyt zmęczony więc wolne
Niedziela 4.08 - próbowałem trening Sp2 zrobić ale nic z tego nie wyszło. Upał straszny, wszędzie podbiegi albo zbiegi, poddałem się w trakcie pierwszego powtórzenia i zaliczam to jako bieg spokojny: 10km. Wieczorem jeszcze Żonie dotrzymałem towarzystwa (i chrześniak się też podczepił) i we trójkę przebiegliśmy spokojnie 6km. Biegaczy tu jest troszkę ale bardzo mało jak na tak dużą liczbę turystów. A my dziarsko lawirujemy między nimi wzdłuż morza :)
Poniedziałek 5.08 - Sp2: rozgrzewka, 20 minut progowo 4:14/km, 10 minut spokojnie i 20 minut progowo a wyszło 4:42/km. Zmęczenie, tłok na promenadzie i miejscami ciemno kompletnie (wyszedłem późno żeby chłodniej było). Na szczęście znalazłem dostępny stadion i tam będę robił szybkie biegi. Trening razem 11,5km.  
Wtorek 6.08 - miał być bieg długi, ale nie było jak więc zamieniłem biegi ze środy i wtorku miejscami i ten zaliczę na przyszły tydzień. 
Środa 7.08 - Sp1: rano się zmobilizowałem i udało się! Tuż przed siódmą wybiegłem i w dwie godziny zrobiłem 21,76km co daje razem w tym tygodniu 81,74km (nie licząc wtorku). 
Podsumowując: tydzień był ciężki bo i planowany dystans maksymalny i dwa dni w samochodzie spędzone i warunki do biegania w Chorwacji są trudne. Tym bardziej cieszy że treningi udało się zrobić (szkoda tylko tego jednego za wolnego interwału tempowego, ale był nadprogramowy Bieg Powstania Warszawskiego co było bardzo dobrym "interwałem tempowym" :) ).

Kolejny tydzień wygląda równie trudno: 72km w tym kobyła zawierająca dwie tempówki po 10 minut potem spokojnie 80 minut i tempówkę 15 minut. Plus rozgrzewka i schłodzenie to daje razem 30km (!). To najdłuższy do tej pory trening w tym planie. Drugi trening specjalistyczny nie wygląda tak strasznie - 8 serii po 5 minut progowo, ze wszystkim wyjdzie 16,5km. Dodając dwa biegi spokojne do tego wczorajszego dystans 72km uda się zrobić i nawet wydaje się że nadrobię jeden dzień straty :) 
Najważniejsze tak to rozplanować żeby pogoda nie pokrzyżowała moich planów. Ale o tym już w następnym odcinku!

poniedziałek, 29 lipca 2013

Bieg Powstania Warszawskiego


Krasus, Radek i ja przed biegiem

Bieg Powstania Warszawskiego to jeden z moich ulubionych biegów. Podoba mi się i cel - upamiętnienie Powstania i oprawa grup rekonstrukcyjnych i pora biegu. To jedyny bieg w którym brałem udział który odbywa się po zmroku. Nie będę się rozklejał, tematy patriotyczne tak na mnie działają więc wezmę się w garść i napiszę co nieco jak wyglądało to od strony biegowej. Jak ktoś chce zobaczyć jak mi szło w poprzednich latach to tutaj linki do poprzednich moich BPW: 2010, 2011, 2012 i podsumowanie z przed edycji 2012. Polecam szczególnie wpis z 2012 roku ze zdjęciem-karpikiem zaraz za metą :)

Sam bieg jest wyjątkowy ze względu na oprawę ale ostatnio też i ze względu na pogodę. Rok temu było strasznie - 30 stopni o 21:00 wieczorem, w tym roku było troszkę mniej strasznie ale tylko troszkę. Załapałem się na darmowy transport (dzięki Krasus) i dzięki temu nie powiększaliśmy tłoku wokół startu o dwa samochody tylko o jeden. I tak było ciężko znaleźć miejsce żeby zaparkować. Polując na miejsce widzieliśmy Kancelarię Sportową próbującą wpasować się dużym samochodem w miejsce gdzie smart by się nie zmieścił :) ciekawe czy się udało (jak tak to połowa musiała stać na trawie :) ). Wreszcie się udało, podeszliśmy na start i tam o razu znalazł nas Radek dzięki któremu mamy takie super zdjęcie jak powyżej z przed startu. Jeszcze tylko zapisanie się do akcji "Dla Leosia" PKO BP (już limit był osiągnięty i dostaliśmy tylko świecące w ciemności na czerwono pałeczki) i poszlismy na rozgrzewkę. Kilka przebieżek i pot z nas sciekał... taki upał. Stanęliśmy dość z przodu bo Krasus biegł na 40, ja na 41 a Radek chyab na 48 minut. Jeszcze tylko hymn (dziwne, zawsze Rota była ale może 20 minut wcześniej przed startem na 5km była?) i pobiegliśmy.

No i tutaj się skończy pozytywna część wpisu bo zacząłem jak głupi. Pierwsze trzy kilometry 3:49, 3:53, 3:52 i było pozamiatane. Spaliłem się na starcie jak bym pierwszy raz biegł na 10km - plan był 41 minut czyli po 4:06/km a tutaj 17sek/km szybciej na pierwszym kilometrze. Na drugim to samo - wiedziałem że jest za szybko, ale po pierwsze po cichu chciałem równać w górę i zaatakować 40 minut - głupi pomysł - a po drugie było minimalnie ale jednak z górki. Dlatego nie przyhamowałem bo myślałem że nadrabiam to co stracę na podbiegu. W dodatku na 10km do tej pory zawsze biegłem dużo za szybko i zawsze potem z tego życiówka była więc to trochę taka recydywa.
Biegło się super: pierwszy i drugi kilometr to dużo kibiców, w tym turyści. Ładne okolice, ludzie klaszczą, to też pewnie dodawało skrzydeł. Trzeci kilometr to zbieg w tym słynna Karowa. Niestety trzeba przyznać że trasa BPW nie sprzyja rekordom. Na tym zbiegu jest nierówno i trzeba uważać żeby się nie przewrócić, da się przyspieszyć ale nie tyle ile na równej nawierzchni. W dodatku zbieg jest strony i po mocnym łuku a zaraz potem - czwarty kilometr lekko pod górkę Wisłostradą i piąty kilometr już konkretnie pod górkę Sanguszki... Wyszło 4:09 i 4:23 czyli bardzo źle. Pierwsze kółko w sumie 20:14 - wynik niby dobry ale tak naprawdę oznaczający że jest bardzo źle. Na piątym kilometrze wyprzedził mnie Krasus - to mnie zdziwiło bo stałem za nim na starcie a potem go nie widziałem i myślałem że jest z przodu. Ale on dopiero będzie z przodu :)
Drugie kółkobyło oczywiście dużo trudniejsze. Pierwsze dwa kilometry 4:20 i 4:11 - a przecież było leciutko z górki czyli bardzo źle, na treningach tempo progowe to 4:13/km... Ósmy kilometr 4:09 - niby dobrze ale przecież to jest ten mocny zbieg Karową! Na końcu zbiegu kurtyna wodna - super sprawa! No i potem ten podbieg lekki Wisłostradą - 4:19, to najgorszy razem z szóstym kilometrem odcinek tego biegu. Ostatni kilometr to niby ostry podbieg ale znalazłem tyle siły w sobie że dałem radę go przeciec w 4:13 - na taki podbieg to bardzo dobry wynik. Na metę wpadłem finiszując (wg garmina) tempem poniżej 3min/km.
Wynik: 41:22.


Nowa życiówka, poprawiona z 42:00 czyli o 38 sekund. No i teraz sam nie wiem - miało być 41 minut i na pewno by było gdyby nie kilka "ale". Czuję że jestem w stanie w tym momencie pobiec poniżej 41 minut, gdyby tylko zagrało choć jedno z trzech: pobiegnięcie z głową, temperatura, trasa. A jak by zagrało wszystko to kto wie, może i trochę poniżej 41 minut by było. A kiedy to się powinno stać? W końcu moje plany na ten rok zakładają:
5km poniżej 20' - to już się udało
10km poniżej 40' - jeszcze w kolejce
półmaraton poniżej 1:30' - też w kolejce
maraton poniżej 3:20' - w kolejce
No więc jest jeszcze jeden z biegów Warszawskiej Triady: Bieg Niepodległości! Tam powinny zagrać dwie rzeczy: pogoda bo jest już zimno a wtedy dużo lepiej się biega i trasa bo jest płaska jak stół nie licząc jednego wiaduktu (który trzeba przebiec w dwie strony). A czy zagra bieganie z głową? To już zależy tylko ode mnie :)


środa, 24 lipca 2013

Historia jednego treningu (na dwa głosy)


(będzie długo i grafomańsko, można spokojnie ten wpis pominąć)

Zmęczony trochę jestem. Siedem godzin snu to trochę za mało. W dodatku do pracy rowerem, powrót też - razem 44km w 2 godziny. Po pracy znowu na rowery ale oba takie małe, z kółkami po bokach i odpoczynkiem na placu zabaw, kąpiel, karmienie i usypianie/ Na szczęście nie samemu, tylko pomóc trochę trzeba. No a teraz stoję już przebrany w sportowe ciuchy i wiem że będzie ciężko. W planie prawie 20km w tym 7 interwałów po 1600m w tempie 4:13/km. To jest w sumie 11,2km w tempie mojej aktualnej życiówki na dychę a przerwy są jednominutowe tylko między czwartym a piątym jest 5 minut. No więc stoję i wiem że będzie ciężko, ale i tak chcę iść. Założyłem po raz pierwszy od kilku tygodni pasek pomiaru tętna - odparzyłem sobie ostatnio skórę w tym miejscu i czekałem żeby się wygoiło. Założyłem też iPoda na pasku - wygląda jak drugi zegarek, słuchawki są w uszach, chcę sobie włączyć płytę "Singles" U2 bo bardzo dobrze przy nich się biega szybkie odcinki. Stoję na ulicy, gremlin złapał już satelity - łapie je nawet w domu, niezłe ziółko! Wtedy pierwszy problem: iPod się nie włącza - rozładowana bateria. No trudno, wyciągam z kieszonki w spodenkach klucze, otwieram drzwi, zostawiam iPoda, zamykam drzwi - jestem gotowy. Włączam przygotowany wcześniej trening i ruszam. Na wjeździe na osiedle macham do sąsiada wjeżdżającego samochodem - dopiero wrócił z pracy. Mijam na chodniku innego znajomego, para biegaczy, przechodnie, znowu biegacz - dużo ich dzisiaj.
Biegnę tą rozgrzewkę - ma być 3,2km bo plan amerykański więc przeliczone z dwóch mil. Tyle akurat wystarczy aby przebiec Nową Iwiczną, Mysiadło i wbiec do Warszawy wzdłuż Puławskiej. Przed światłami trzeba poczekać - robię pętlę wokół trawnika, włącza się zielone światło - super, przebiegam na drugą stronę, wbiegam na dobrze znany odcinek gdzie chodnik i ścieżka rowerowa idą razem i w połowie tego odcinka kończę rozgrzewkę.
Pierwszy interwał. Fajnie że mam ten nowy zegarek, bardzo szybko reaguje na zmianę tempa. Ustawiłem mu górny zakres 4:13/km a dolny jakiś od czapy typu 3:00/km - tak żeby się na pewno nie włączył. Jak zegarek wrzeszcy na mnie to wiem że jest za wolno. Jak podejrzanie długo siedzi cicho - to zerkam bo to znaczy że przesadzam z tempem. Ustawione mam cztery pola ale korzystam z trzech: tempo okrążenia, tempo chwilowe, dystans okrążenia. Plan na dzisiaj jest ambitny: nie spalić się na początku. Pokusa jest wielka żeby zacząć szybciej, tempo na starcie jest troszkę szybsze i już słyszę jak mi coś gada nad uchem:

- Nie zwalniaj, wyrób sobie przewagę!
- Zwolnij, nie o to chodzi żeby szarżować na pierwszych interwałach, masz wytrzymać je wszystkie w równym tempie!
- Daj spokój, potem będziesz zmęczony to tempo musi trochę spaść, teraz masz siłę to nie zwalniaj, dzięki temu wyliczysz sobie średnią z intewałów i będzie dobrze!
- Zwalniamy!!! Ma być równo i tempo ma nie spaść. Będzie ciężko ale dasz radę!

Zwalniam. O rany, początek pierwszego interwału a nie jest za dobrze. Mijam stację benzynową. O tej porze z przecznic nic nie wyjeżdża na Puławską, mijam rowerzystów , znowu para biegaczy, na przystanku ludzie. Ile tam na liczniku? 600 metrów, 800 metrów - powoli to idzie. Ile ja tak będę biegł? Na rozgrzewce wyliczyłem sobie niecałe 7 minut na każdy interwał. Długo! Wreszcie gremlin pika. Pip, pip, pip, pip, PIIIIP i minuta truchtu. Szybko przeliczam ile w minutę przetruchtam. Przy 5 minutach na kilometr byłoby 200 metrów czyli pewnie po 150 zacznie pipczeć. Pip, pip, pip, pip, PIIIIP. Przy pierwszych piknięciach przyspieszam. Cieszę się w duchu że mam nowszego gremlina - przy tym starym modelu trzeba było nawet 15 sekund szybciej zacząć przyspieszać żeby zdążył się zorientować że się przyspieszyło. Ten nowy reaguje prawie natychmiast. W sumie bardzo to ułatwia interwały bo 45 sekund zamiast 60 sekund odpoczynku to ogromna różnica.
Drugi interwał. Głosy w głowie się rozzuchwalają. Nie pamiętam co tam do siebie nawijają, ale znowu się kłócą. Ma być szybciej ale słucham się grzecznie tego bardziej rozsądnego. Pierwszy interwał wyszedł dobrze to i resztę dam radę! Nie biegnę za szybko, na granicy pipczenia - jak tylko zaczyna gremlin marudzić to delikatnie podkręcam tempo i udobruchany mój cerber pika cicho pojednawczo "pip" zamiast świdrującego "tititi TI" i już wiem że jestem w zadanej strefie. Jak długo siedzi cicho to zerkam - znowu za szybko. Tempo jest na tyle szybkie że jak tylko trochę odpuszczam to gremlin od razu się denerwuje i muszę podkręcać. Wreszcie jeszcze bez przygód kończę drugi interwał. W przerwie jest spokojnie - truchtam, nie ma alarmujących sygnałów.
Trzeci interwał. Start w porządku - zawsze na początku gremlin trochę przesadza z tempem, ja na pewno tak szybko nie biegnę jak on pokazuje zaraz po ruszeniu z truchtu do szybkiego biegu. Ważne żeby wtedy nie przesadzić bo można na samym początku interwału się zmęczyć, ale też nie można w drugą stronę przegiąć. Jak się nie wejdzie w dobre tempo to trzeba będzie gonić a to jest bardzo trudne. Przebiegam pod budowaną trasą S2. Jest ciężko bo zupełnie ciemno się zrobiło, pod trasą jest chodnik już zrobiony ale na nim jest trochę drobnego piasku. Buty się ślizgają - brak przyczepności to gorsze tempo, w dodatku boję się że jak gremlin straci na chwilę satelity to mu wskazania tempa zwariują i zacznie mi piszczeć a potem sie nie zorientuje że suma sumarum było dobrze. Na szczęście udaje się - gremlin staje na wysokości zadania, mimo że nad głową droga szeroka na jakieś 6 pasów (a może 8?) to nie traci satelit a przynajmniej nie daje tego po sobie poznać. Przebiegam obok drugiej stacji paliwowej - połowa interwału. Wtedy odzywa się żołądek - zaczyna boleć. No tak, żaden normalny na umyśle biegacz nie zjada całej mini-bagietki z nutellą godzinę przed biegiem. No ale jak obiad się je o 13 to o 19 wieczorem można się poczuć głodnym. Znowu sobie wmawiam że to trzeba zmienić - obiad był w porządku, ale taka kolacja woła o pomstę do nieba. Usprawiedliwiam się że to bardzo rzadko mi się zdarza i po dzisiejszych przygodach szybko się nie powtórzy. Tymczasem mija połowa interwału i zaczynam się pocieszać że jestem w połowie treningu. Tylko ten żołądek... w dodatku biegnie się coraz ciężej. Uff wreszcie się kończy.

- No dobra, teraz to musisz się przejść żeby były siły na czwarty interwał.
- Nie ma mowy, truchtamy w przerwach, nie chodzimy!
- Ale to nie ma sensu, nie odpoczniesz to nie dasz rady kolejnego interwału i cały trening do tego.... do bani!
- Trenujemy bieganie a nie marszobiegi!

Znowu słucham tego drugiego. Czasami ulegam temu leniowi ale nie tym razem. Nie po to pilnuję tempa pierwszych interwałów żeby maszerować między nimi. Chcę sprawdzić czy uda się zrobić wreszcie taki trudny trening i nie zwalniać na ostatnich interwałach.
Czwarty interwał. Wiem że będzie ciężko, ale zaczynam dobrze. Zaraz będzie aż 5 minut spokojnego biegu. Dobiegam do Pileckiego, światła tym razem czerwone - skręcam więc w prawo na Ursynów. Moja połowa interwału. Powtarzam sobie jak mantrę: 4,5 z 7 za mną to już grubo ponad połowa całości, prawie 2/3! Nade mną przelatuje lądujący samolot. Współczuję ludziom którzy tu mieszkają, jeszcze niecały miesiąc będą się tak męczyć dopóki nie skończą przebudowy podstawowego pasa startowego na Okęciu. Hmm co jest - biegnę 4:13/km i myślę o takich rzeczach na czwartym interwale zamiast wypluwać płuca? Podejrzane. Oglądam się - wszystko jasne: tutaj jest z górki. Nie za mocno ale gołym okiem widać a przede wszystkim czuć w poziomie wysiłku. Wszystko co dobre szybko się kończy - robi się płasko i gremlin znowu pika jak oszalały. Troszkę przyspieszam, piknął zadowolony jeden raz że w żądanej strefie jestem. Dotrwałem do końca interwału.
Truchtam.
Znowu truchtam. Kończy się minuta odstępu, gremlin pipczy ale ja wiem że następny krok to będą 4 minuty biegu bez ustawionego celu żeby razem wyszło 5 minut. Truchtam dalej. Przygotowuję się mentalnie do następnej serii. Niby tylko 3 powtórzenia, ale w nogach 10km w tym 6,4 interwałów. Gremlin zaczyna ostrzegać że zaraz kolejny interwał.

- Machaj mocno rękami!
- Ale po co?
- Bo gremlin ma akcelerometr i z tych wymachów odczytuje szybkie zmiany tempa!
- No zaraz, to ty chcesz szybko biegać czy żeby garmin odpowiednie cyfry pokazał? Bo to można łatwiej załatwić, na rower wsiąść albo hulajnogę...
- Nie gadaj, biegnij!

No i zaczynam kolejny interwał przyspiaszając ostro dopiero na 5 sekund przed jego rozpoczęciem. Garmin trochę wariuje z tempem średnim i chwilowym na samym początku ale bardzo szybko się stabilizuje i pipczenie pomaga utrzymać predkość. Wracam już koło Real'a i Puławskiej do domu. Jest ciężko ale po dłuższym truchcie jakoś to idzie. Dotrwałem do końca.
Minuta truchtu.
Znowu pipczy to tałatajstwo - trzeba zaczynać drugi interwał. Biegnę, kontrolując wysiłek. Jest dobrze bo garmin siedzi cicho. Kontroluję tempo - jest prawie jak ma być, troszkę wolniej. Po połowie interwału zaczynam się niepokoić - drogie badziewie a nie działa, czemu mi nie pipczał szybciej że jest trochę za wolno??? Teraz będzie trudno nadrabiać. Staram się, garmin dalej siedzi cicho, ja się złoszczę jeszcze bardziej. Garmin nie zatrzymuje okrążenia po przebiegnięciu 1600m. Nagle olśnienie - źle wpisałem trening! Naciskam "okrążenie", garmin odgrywa mi melodyjkę jak z zegarka z przed 30 lat "co miał 7 melodyjek" że trening zakończony. No tak - nie wpisałem jednego kroku: "Powtórz 3 razy wróć do kroku 6". No i po tych 4 interwałach, przerwie i jednym interwale było tylko schłodzenie podczas którego ja biegłem drugi interwał. Dlatego nie pipczał bo nie ustawiłem na schłodzeniu żadnego zadanego tempa. Ech jak zwykle technika okazuje się nieomylna a człowiek wręcz przeciwnie. Trudno, naciskam "start" żeby kontynuować trening i będę teraz ręcznie pilnował tempa, czasu i odległości.
Pod koniec przerwy odkrywam, że ze spodenek wystaje z przodu ta malutka kieszonka na klucze. Pusta! O rany, zgubiłem klucze! Zawracam szukam na ziemi kluczy - nie ma oczywiście. Mija minuta a ja nie wiem co robić, szukam w truchcie jeszcze 15 sekund i stwierdzam że to nie ma sensu - mam już około 15km za sobą, jak klucze wypadły to po ciemku ich nie znajdę. Naciskam "okrążenie" i lecę ostatni interwał. Jest trudno oczywiście ale zwykle ostatni interwał nie jest dla mnie najcięższy. Perspektywa odpoczynku i satysfakcji z dobrze zrobionego treningu motywuje żeby się spiąć. W połowie jest już naprawdę trudno, przebiegłem obok stacji benzynowej, została ostatnia prosta po tej ścieżce rowerowej połączonej z chodnikiem. Wiem że jest tutaj pod górkę ale to mi nie przeszkadza, zostało już 600 metrów. Nagle PIP - o rany, mam automatyczne zaliczanie okrążeń co kilometr! To nie jest aktywne w predefiniowanym treningu, ale jak uruchomiłem zegar po wykonanym treningu to mimo że to dolicza się (i czas i dystans i okrażenia) do tego dopiero co zakończonego treningu i będzie potem widoczne jako jeden trening to jednak okrążenia zaczął już co kilometr zaliczać. Ostatnie 600 metrów jest troszkę pod górkę i na dużym zmęczeniu, wychodzi troszkę wolniej niż powinno być ale ten pierwszy kilometr był szybciej. Cały interwał jest w dobrym tempie. Udało się!!! Jeszcze tylko schłodzenie. Nie jest krótkie, ale wujek Daniels kazał.

- Czemu schłodzenie biegniesz 6 minut na kilometr?
- Co za problematyk! Jak truchtam między interwałami to ci za szybko - mam iść żeby wypocząć a na schłodzeniu chcesz żeby co, książkowe 5:18/km biec bo tak Daniels wyliczył mi tempo biegów spokojnych?
- No jasne, przerwy między interwałami wolno żeby podstawowy cel zrealizować czyli dać radę interwały w dobrym tempie a schłodzenie to ponad 3km - dobrze nie przyzwyczajać organizmu że na zmęczeniu to człapiemy 6min/km bo potem w końcówce maratonu takie coś ci się włączy.
- Dobra, trochę racji w tym jest więc trochę przyspieszę.

Drugi kilometr schłodzenia około 5:45/km i tak będzie do końca. Po drodze wpatruję się w ziemię cały czas - może te klucze gdzieś tu na początku wypadły. Niestety nic nie znajduję.
Dobiegam na osiedle - zostaje kilkaset metrów więc robię pętlę po osiedlu. Mijam trochę sąsiadów gawędzących wieczorną porą, nie są zdziwieni bo widują mnie tak regularnie więc tylko cześć-cześć. Dobiegam do domu - zatrzymuję mojego cerbera: 19,5km w trochę ponad 1,5 godziny, świetny wynik i udało się - interwały były jak miały być, nie zwolniłem na końcu! Podchodzę do drzwi - zapomniałem zamknąć, a klucz zostawiłem w domu w pośpiechu.

I niech mi ktoś powie że te 1,5 godziny można było spędzić ciekawiej.

ADs