Mieliśmy piękny dzień w Warszawie. Piękna była pogoda, piękny był Bieg Niepodległości i atmosfera święta w stolicy. Przygotowania do biegu rozpocząłem wczoraj - wywieszając flagę na domu:
Zresztą szczerze przyznam że dopiero po przeczytaniu wpisu kolegi że on już to zrobił :)
Rano trochę popsułem śniadanie przed startem - miała być owsianka na ponad 2 godziny przed startem ale nie dość że ją popsułem i wyszła gęsta maź to zjadłem ją ok. 1,5 godziny przed startem a wcześniej pół kanapki. Na szczęście mój żołądek jest dość odporny i pod wpływem nawet dużego wysiłku nie oddaje tego co zabrał.
Temperatura była około 11-12 stopni więc decyzja mogła być jedna - jak najkrócej. Spodenki asicsa z maratonu paryskiego, biało-czerwona koszulka na ramiączkach z nazwą blogana plecach i rękawki - czyli generalnie dokładnie ten sam zestaw co w Paryżu na wiosnę. Tylko buty inne - Asics Gel DS-Skyspeed2 i od razu napiszę - sprawiły się znakomicie.
Na start pojechaliśmy samochodem - ze starszą córą i moją mamą. Dzięki temu miałem super doping i szczere gratulacje. Może następnym razem reszta rodziny też da radę bo już skończą się drzemki w środku dnia najmłodszego domownika.
Rozgrzewkę zrobiłem jak zwykle przed biegiem na 10km - trucht, trochę wymachów, kilka bardzo szybkich odcinków i dosłownie kilka skipów A i C - żeby pobudzić i ukrwić mięśnie ale bez zmęczenia. Zapomniałem tylko o rozciąganiu...
Ustawiłem się pomiędzy tabliczkami 40' a 45' - bo plan był aby biec po 4:18/km czyli na 43:00. Właściwie byłem bliżej do tabliczki 40' niż do 45' czyli tak jakbym chciał na 42' biec. Wydawało mi się że jest wokół mnie dużo ludzi którzy naprawdę powinni stanąć daleko z tyłu ale o tym potem. Na starcie zobaczyłem pierwszego kolegę - Rafała z grupy "Serock biega" (chociaż dla mnie to znajomy ze studiów a nie z tej grupy :) ). Potem był hymn - nawet biegacze czapki zdjęli chociaż akurat obok mnie stanęła grupka 4-osobowa która umilała sobie śpiewanie hymnu pogaduszkami... No i poszły konie po betonie.
Na pierwszym kilometrze wypatrywałem mojej małej Małgosi i udało się! Stały z babcią po prawej stronie ale w tym tłumie mnie nie zobaczyły. Jednak niezły ma refleks moja pociecha - krzyknąłem "Małgoś!" przebiegając obok a ona zdążyła wyciągnąć górne odnóżę i przybić mi piątkę!
Potem był bieg. Najpierw jak zwykle - biegło się dobrze. Trzeba było trochę wymijać, spotkałem nawet po ok. 500m starszego pana który sobie szedł! Trochę takie coś dołuje - jak można tak innym przeszkadzać. Było takich zadziwiających sytuacji kilka i trochę mnie zdenerwowały ale tak na chłodno oceniając to na ponad 7000 ludzi ja takich problemów ze złym ustawieniem się zawodników spotkałem bardzo mało.
Pierwszy kilometr wyszedł 4:12, drugi w 4:14. Wciąż za szybko ale nie tak tragicznie bo pamiętając że chcąc dobiec w 4:18/km muszę według gremlina biec troszkę szybciej - ustawiłem więc wirtualnego partnera na 4:17/km. Teraz gdy wiem że gremlin wyliczył mi 10,08km to wychodzi że musiałbym według jego wskazań biec 4:16/km żeby wyszło dokładnie 43:00 na całej trasie.
Trzeci kilometr to podbieg na wiadukt nad Alejami Jerozolimskimi. Tutaj spotkałem i pozdrowiłem blogaczkę
Anię. Podbieg był ciężki dla mnie choć to nic w porównaniu z Agrykolą. Tempo spadło do 4:22/km ale nadal miałem około 5 sekund przewagi nad wirtualnym partnerem. Czwarty kilometr - dopada mnie
Krasus (zaraza zawsze mnie wyprzedza, ale już niedługo! :) ). Podobno źle mu się biegnie i to możliwe bo widzę go niedaleko przede mną bardzo długo, do ok. 8 kilometra. Tymczasem biegniemy dalej - obok biegacz z wózkiem biegowym a w nim mały szkrab. Płacze. Uświadamiam sobie że pierwszy raz słyszę żeby dziecko w wózku biegowym płakało a widziałem takich pociech już bardzo wiele. Widocznie taka zabawa się dzieciom prawie zawsze podoba. Biegacz zatrzymał się "na serwis" na poboczu żeby syna uspokoić a ja... biegnę dalej.
Żeby uzmysłowić jak mi się dłużyło - dygresja. Trochę się bałem tego startu, tak jak poprzedniej "dychy". W sumie maratonu też :) Chodzi o to że przebiec taki dystans to nie jest jeszcze problem. Ale przebiec go na miarę swoich możliwości oznacza ciężką walkę psychiczną z samym sobą. Po kilku kilometrach zaczyna się już mieć dość, organizm się buntuje a ty wiesz z doświadczenia że nie będzie łatwiej. Będzie ciężej i ciężej prawie do samej mety. Z drugiej strony wiesz że przed metą pozytywne emocje wezmą górę a za metą będzie spełnienie i to dodaje sił. Z jednym ale - tak jest dopóki wiesz że dasz radę dobiec w dobrym czasie. Ja dzisiaj miałem chwile zwątpienia w trakcie biegu - myślałem że nie dam rady i że zamiast rekordu będzie regres mimo trudnych treningów. Koniec dygresji :)
Skończył się też i piąty kilometr i byliśmy na nawrotce. Ja na szczęście biegłem jeszcze bardzo dobrze - 4:16 (czas piątego km). Jednak po tętnie było już widać że zaczynają się schody - średnio na tym km było 179 co u mnie oznacza naprawdę duży wysiłek.
Kilometry 6,7 i 8 nie różniły się od siebie co mnie dziwi teraz bo przecież na ósmym był ten podbieg... z którego zapamiętałem to że wyprzedziłem na nim dziewczynę jadącą na rolkach! A rolkarze startowali dobrych parę minut przed nami.
Wtedy przyszedł kryzys. Dziewiąty kilometr był najsłabszy - 4:30. Gdzieś na tym kilometrze wyminął mnie kolejny internetowy znajomy - Piotr (ale ten jak się okazało mieszka dosłownie tuż obok mnie bo jedną przecznicą obok). Zagrzewał mnie do walki ale prawdę mówiąc nic mi to nie pomogło :) Jednak zrobił dla mnie coś ważniejszego - biegł niedaleko przede mną a ja widząc go tak się spiąłem nie wiem jak ale przyspieszyłem. W końcówce pomachałem jeszcze do kolejnej blogaczki -
Hani która z synem stała przy trasie i dopingowała męża (był tuż za mną, w netto 12 sekund) i zaraz potem znowu moi kibice ale tym razem niestety córcia nie zdążyła mi pomachać :(
Ja tymczasem goniłem za sąsiadem. Dziesiąty kilometr wyszedł w 4:12 - czyli 18 sekund szybciej niż poprzedni a te ostatnie 80 metrów które zarejestrował garmin wyszły w tempie 3:08/km! I na tych ostatnich metrach... przegoniłem Piotrka! On co prawda biegł na 44 minuty i nie ścigał się ze mną ale i tak mnie to cieszy bo nie chodzi o wygraną z kimś ale o moją wygraną z samym sobą. Strasznie jestem dumny że dałem radę się przełamać i przyspieszyć. Mój wynik:
Nie jest to pełnia marzeń bo miało być 42:59 ale jestem bardzo zadowolony bo jednak 19 sekund szybciej od życiówki a sam bieg chyba był też znakomitym treningiem psychicznym. Miejsce 635/7207 to też wielki sukces. Ze metą pogadałem jeszcze z Krasusem i Piotrkiem, we trójkę nawet udzieliliśmy króciutkiego wywiadu do nieznanej z nazwy stacji, dostaliśmy po medalu, wodzie albo izotoniku, jeszcze naklejka i dyplom i pobiegłem do córki. W drodze do samochodu spotkałem jeszcze jednego internetowego znajomego - Huberta i zaraz potem
Marcina. Chwilkę pogadaliśmy i uciekłem do samochodu żeby nie przemarznąć.
Podsumowując - bieg był bardzo udany. Organizacyjnie było bardzo dobrze, na plus trzeba zaliczyć:
- strefy startowe
- ładna koszulka (wreszcie logo banku na plecach nie ma rozmiaru piłki lekarskiej)
- ładny i nietypowy medal
- wreszcie marszałek w oldmobilu nie jechał wśród biegaczy smrodząc tylko wcześniej się wyprawił
Na minus:
- na mecie można było brać albo wodę albo izotonik - powodowało to zamieszanie bo zwykle dostaje się i to i to
- 2 czy 3 minutowe opóźnienie startu
- za mało miejsc - było dużo więcej chętnych
Te minusy są małego kalibru, ogółem bieg był świetny a ja jestem dumny że mogłem w ten sposób pokazać ile znaczy dla mnie Niepodległa.