czwartek, 26 kwietnia 2018

Rock'n'Roll Madrid Halfmarathon

 
Kolejny weekendowy wypad na bieg był do Madrytu. Nie jest to może za częsty zwyczaj (ostatni raz był rok temu w Mediolanie), ale za to bardzo fajnie jest tak łączyć zwiedzanie z bieganiem. Jedyne co mi się jeszcze bardziej podoba to jak możemy pojechać całą rodziną. Tym razem jednak wyjazd był tylko z moim "biegowym kompanem" (czyli jak stali czytelnicy bloga pewnie już wiedzą - to Zbyszek Zając).
Polecieliśmy w piątek późnym wieczcorem (w hotelu byliśmy grubo po północy) i od rana w sobotę zaczęło się zwiedzanie. Najpierw jednak rzeczy najważniejsze, czyli expo:


Expo było dość duże - w budynku targów. Impreza jest dość duża bo oprócz maratonu i półmaratonu jest też bieg na 10km. Łącznie sporo ponad 20 tysięcy biegaczy. Oprócz odebrania numeru startowego trzeba było jeszcze podejść po koszulkę i po torbę z "dobrociami". Samo expo miało sporo wystawców, ale chyba tylko dwa miejsca gdzie było trochę ubrań - kolekcja tego biegu oraz adidasa. Kupiliśmy więc sobie całkiem fajne bluzy "Rock'n'Roll Madrid Marathon and 1/2:


Potem chodzenie po Madrycie - fajne w bieganiu półmaratonu jest to że można sobie pochodzić i nie ryzykuje się jak przy maratonie że nie da się rady dobiec do mety. Chodziliśmy więc i zwiedzaliśmy i jedno trzeba przyznać: Madryt naprawdę może się podobać. Widać że Hiszpania była bogatym krajem, właściwie imperium w czasach kolonializmu - budynki w Madrycie z tego czasu mają rozmach i są po prostu piękne. Główna ulica jest chyba szersza ze trzy razy niż najgłówniejsze w Warszawie. Brama wejściowa do parku w Madrycie wygląda lepiej niż do Uniwersytetu Warszawskiego, a park w Madrycie robi wrażenie - projektem, wyglądem i zawartością (roślinność, fontanny, sztuczny zbiornik wodny z łódkami którymi można pływać po nim, pomnik). 

Bieganie po Madrycie natomiast może być trochę wyzwaniem. Miasto jest położone dość wysoko (660m. n. p. m.) i na bardzo pofałdowanym terenie. Nawet chodzenie tam jest ciągłym wchodzeniem lub schodzeniem. Wieczorem w hotelu przygotowaliśmy się na bieg - ubranie, analiza trasy i wtedy rzuciło mi się w oczy coś ważnego w profilu trasy:


Chodzi o skalę w jakiej ten profil jest przedstawiony. Jedna kratka to 40 metrów w pionie! Na pierwszych czterech kilometrach prawie 100 metrów pionowo w górę. Dla porównania - Agrykola ma 26 metrów na pół kilometra. Czyli w Madrycie zaraz po starcie mamy cztery Agrykole na długości 4km (czyli nachylenie mamy ok. 2,5% i to jest tylko dwa razy mniejsze niż Agrykola która ma 5,2%). Potem zresztą nie jest płasko - co chwilę w dół albo w górę, a najbardziej w pamięci zapadł mi 16km oraz ostatnia prosta.
Start był podzielony na strefy, ale wszystkie ruszały jednocześnie. Nie wiem czemu pierwsza strefa była dla czasów poniżej 1:24 w półmaratonie - nie załapałem się więc tam i byłem w drugiej strefie. Oj ile się musiałem nawyprzedzać po starcie... Było tłoczno i ciężko się przebijać przez wszystkich biegaczy którzy nie wiedzieć czemu stali w tej strefie. Przed startem zrobiłem dwa kilometry rozgrzewki z pięcioma przebieżkami po 100m i ustawiłem się w strefie. Było tak tłoczno że nie mogłem się już przepchać na początek drugiej strefy. 
Energetyczna muzyka przed startem jest fajna. Gorzej że ogromne głośniki były blisko i ustawione tak głośno że nie dało się wytrzymać i niektórzy (w tym ja) stali z zatkanymi rękami uszami czekając na start :) Jeszcze tylko pozdrowiłem biegacza z koszulką z Łodzi i... startujemy!

Plan był taki żeby pierwsze 4km przetrwać bez za dużych strat. Widziałem po profilu że nie dam rady biec założonym średnim tempem czyli 4:00-4:02/km. Było tłoczno, więc nie dość że pod górę to jeszcze slalomem albo po krawężniku - i to nie przez kilometr tylko. Pierwszy km wyszedł w 4:14 - nie jest źle pomyślałem, trzeba będzie na zbiegu nadrobić. Drugi 4:16, trzeci 4:18 - no trudno, jest podbieg to nie ma co marudzić. Czwarty: 4:29! No dobra, pomyślałem - przetrwałem ten podbieg na starcie, teraz trzymamy coś blisko 4:00/km. Wyszło 4:08... Potem 4:17 i 3:58, potem 4:14 i 3:51. Pomyślicie że się bawiłem w fartlek? Wcale nie - czasy pokazują czy było tam więcej podbiegu czy zbiegu. Taka huśtawka tempa była już do końca. Najgorszy natomiast był kilometr szesnasty - prawie cały na mocnym podbiegu i wyszedł w... (uwaga) 5:08! Próbowałem jeszcze walczyć i skończyć poniżej półtorej godziny, ale nie dało rady - z przeliczenia tempa wyliczyłem to już na ładnych kilka kilometrów przed metą że to będzie niemożliwe. Jeszcze ostatnia prosta i wiadomo - podbieg do mety! Zamiast finiszu wyszło tempo 4:26 na ostatnim kilometrze. Czas na mecie: 

1:31:32


Niby słabo względem planu, ale biorąc pod uwagę trasę i pogodę (było gorąco i wodą polewałem się obficie) to nie jest to zły wynik. Chyba jeszcze tak na 100% nie byłem po tym lekkim podziębieniu zdrowy. Poza tym jednak myślę że nie jestem na poziomie sportowym takim jak w zeszłym roku, gdy nabiegałem moje rekordowe 1:24:59... ale jeszcze będę :) !!!


Wracając do Madrytu - przebiegłem przez metę, odebrałem na mecie medal i jakieś fanty i chciałem poczekać na Zbyszka. Biegł na 1:50 więc biorąc pod uwagę profil trasy i pogodę liczyłem że będzie walczył o zmieszczenie się w dwóch godzinach. Czekam więc przy wyjściu z zamkniętej strefy, jeszcze mam chwilę - a tu telefon: Zbyszek już wyszedł i mnie szuka! Dobiegł w 1:46:07 w super formie i chwali się że cały czas przyspieszał :) Nie wiem, niektórym im trudniejsze warunki tym lepiej wychodzi - gratki Zbyszek!

Na koniec kilka zdjęć z Madrytu:








poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Jakie ustawić pola danych w zegarku biegowym na wyścig?


No dobra, mamy taki super zaawansowany zegarek biegowy, ma ze sto pól które może pokazywać, ale czego naprawdę potrzebujemy podczas wyścigu? Nie będziemy przecież klikać co chwilę w zegarku (bo każde kliknięcie to jakaś strata czasu, nawet zerkanie to już nas wybija z rytmu). 

Trochę was zmartwię - nie ma prostej odpowiedzi, no chyba że zadowoli lakoniczne "to zależy". Niestety naprawdę to zależy i to od wielu czynników. Myślę że gdybym ja sam przeczytał ten tekst kilka lat temu, gdy zaczynałem biegać to pomyślałbym "w głowach im się od tego latania po próżnicy poprzewracało" :) 
Dlatego spróbuję opisać te pola które moim zdaniem są najważniejsze i które ja i kiedy wybieram.

Czas - no wiadomo, to jest najważniejsze i nie wyobrażam sobie żeby tego pola nie widzieć. Możemy z niego wiele oszacować (np. na znacznikach kilometrów możemy tempo średnie wyliczyć).
Dystans - prawie równie ważne. Poza wyjątkami jakimiś to zawsze tego używam. Wyjątkiem może być krótki dystans, albo bieganie po stadionie - wtedy dystans lepiej znamy z obserwacji otoczenia - jedno kółko to dokładnie 400m, ćwiartki możemy łatwo ocenić też.
Tempo - (chwilowe) całkiem fajna rzecz, chociaż nie do końca z racji na wahania odczytu a co gorsza np. w najnowszych modelach garminów zaokrąglają tą wartość do 5sek/km (!!!)
Tempo okrążenia - nawet fajniejsze moim zdaniem bo nie ma tego problemu wahania (poza samym początkiem okrążenia)
Tętno i tętno okrążenia - analogicznie jak powyżej. Dość ważne o ile wiemy co oznacza dla nas osobiście (każdy ma własne tętno) - pozwala nam ocenić że dzisiaj mamy dzień konia (albo - dużo częściej - wręcz przeciwnie :) )
Wirtualny partner - fajna sprawa żeby długie biegi robić z zadanym tempem. Czyli idealne na maraton, ale i krótsze biegi. Fajne jest to że liczy się to od początku biegu (a propos - czy wiecie że w garminie można zmieniać to tempo partnera w trakcie biegu? Trzeba przytrzymać przycisk "Tryb/Mode" albo trzy kropki w nowych modelach). Lepsze to pole jest od zwykłego tempa okrążenia to sumuje się od początku biegu, więc jak pobiegniem jeden km szybko to potem (patrząc tylko na tempo okrążenia) czujemy presję żeby tym samym zadanym tempem biec. Przy wirtualnym partnerze widzimy że jesteśmy z przodu i możemy trochę odpuścić - to pozwala nie zajechać się.

A jakie pola ja wybieram? Moim idealnym ustawieniem jest wrzucenie wszystkiego na jeden ekran, ale brakuje mi wtedy miejsca. Zwykle miałem na pierwszym ekranie duże dwa pola: czas i dystans.


A na drugim ekranie aż cztery, za to z nie tak dużymi liczbami: tempo, tempo okrążenia, tętno, tętno okrążenia:


Często na tym drugim ekranie rezygnowałem z któregoś pola na rzecz pola dystans okrążenia.

Natomiast mam teraz taki pomysł, żeby spróbować inaczej to ustawić, w zależności od dystansu:
  • maraton - tutaj bardzo ważne jest trzymanie tempa na początku. Wydaje się nam że mamy dużo sił a właśnie trzeba się powstrzymywać. Przełączanie ekranów nie jest aż takim problemem bo nie biegniem strasznie szybko. Czyli reasumując mamy takie ustawienie: 
    • ekran pierwszy: czas i dystans
    • ekran drugi: tempo, tempo chwilowe, tętno, tętno chwilowe
    • ekran trzeci: wirtualny partner - i na tym możemy być cały czas, a kontrolować czy GPS nie przekłamuje dystansu na znacznikach kilometrowych (klikając "okrążenie" albo mając automatyczne okrążenia włączone co kilometr i obserwując czy pasują do oznaczeń). Przy zaliczaniu okrążenia garmin pokaże ekran z czasem - więc nie musimy nic klikać, tylko spojrzeć na zegarek żeby wiedzieć czy biegniemy według założeń
  • półmaraton - tu jest podobnie do maratonu, jednak trochę ważniejsze jest moim zdaniem tętno bo biegniemy szybciej. Można więc być na drugim ekranie czasami. Natomiast nowy pomysł to zrobienie tylko jednego ekranu: u góry duży czas a na dole po lewej dystans po prawej tempo okrążenia
  • dycha - tutaj bieg szybki, raczej na drugim ekranie bym był a czasy okrążeń kontrolował jak opisałem to przy maratonie. Nowy pomysł: u góry czas na dole tempo i tempo okrążenia
  • piątka -  tutaj to już wyścig na dużej intensywności, użyłbym ustawień z dychy, albo jak w moim eksperymencie zegarkowym: można pobiec zupełnie bez zegarka!
Tak czy siak nawet najlepszy zegarek niz za was sam nie nabiega, więc do roboty i idziemy potrenować bo pogoda (wreszcie) super do tego!



czwartek, 12 kwietnia 2018

Hannover Marathon


Coś mi te wiosenne maratony nie leżą. Właściwie to leżą (i kwiczą) - bo jak łatwo sprawdzić:
  • rok temu Lipsk 3:24
  • dwa lata temu Rotterdam 3:26
  • trzy lata temu Los Angeles 3:28
Dopiero cztery lata temu mogę się dokopać do sensownie przebiegniętego maratonu (w Rzymie co prawda 3:25, ale to była życiówka wtedy). Następne starty na wiosnę to już masakra. Właściwie to wydaje mi się że na wiosnę powinno być lepiej - w zimę robienie długich wybiegań nie jest ograniczane zbyt wysoką temperaturą, jak w lato :) jednak tak na serio - to wygląda na to że to jesień jest najlepszą porą dla biegacza na żniwa.

Wróćmy jednak do tegorocznego startu. Do Hanoweru szykowałem się sporo czasu - dość standardowo jak na plan maratoński czyli około czterech miesięcy. Pomagał mi w tym Maciek Górzyński w ramach swojej działalności pokonamgranice.pl.

Jak ten mój cykl wyszedł? Najpierw trochę danych:


 Jak widać średnio 275km miesięcznie, czyli 65km tygodniowo. Trudno z tego nabiegać 3 godziny w maratonie moim zdaniem. Druga rzecz która mi nie pasowała - nie miałem dość czasu (a może zacięcia) żeby robić trening uzupełniający, a miałem go robić. Ostatnia rzecz z narzekań: 10 dni przed maratonem podziębiłem się :( no jak bym pierwszy raz miał biec a nie 17-ty... aż wstyd pisać. Starałem się wyleczyć, wydawało mi się że jest już dobrze więc pojechaliśmy do Hanoweru. Średnia córa się z nami zabrała (i naszymi znajomymi biegowymi) a najstarsza i najmłodsza pod opieką babci zostały w domu. Taką wesołą grupą dotarliśmy w piątek do Hanoweru i jeszcze wieczorem zdążyliśmy wyjść pobiegać po pobliskim parku. Nasza Agatka na hulajnodze całkiem dzielnie dotrzymywała nam tempa, a jak chcieliśmy szybciej to kręciliśmy pętle. Trochę mnie wtedy martwiło to że nadal nos zapchany i ciężej się oddychało podczas spokojnego biegu...

W sobotę rano poszliśmy odebrać pakiety do całkiem ładnego ratusza:


Jeszcze zdjęcie na tle trasy trójki która miała rano biec i można się szykować na bieg:


Nie dało się oczywiście siedzieć w hotelu, trochę pozwiedzać trzeba było. Więc gdzie się dało to samochodem, ale i tak około 12 tysięcy kroków się tego dnia zrobiło...
Spałem nie do końca dobrze - ogrzewanie w hotelu za mocno ustawiliśmy, wybudziłem się o czwartej i nie mogłem zasnąć przez godzinę przez to że nie mogłem przez nos oddychać, potem podsypiałem do siódmej na przemian z przebudzaniem się. Rano to już automatyzm: maratoński poranek :) Szybko śniadanie: jak zwykle biała bułka z miodem, gorąca herbata. Ubieranie się, toaleta, pakowanie się bo tego samego dnia powrót do domu. Na start poszedłem na pieszo bo to około 2km tylko. Jeszcze depozyt, toaleta i na start. A tam witają już naszego Henia Szosta jako jednego z elity plus Kenia i Etiopia w tym słynna Tola (zeszła niestety w połowie trasy). Kilku biegaczy z Polski było - zamieniłem parę słów i... ruszamy!

Taktyka na bieg była trochę nietypowa jak dla mnie, ale myślę że bardzo dobra: pierwsze 5km wolniej o 4-5 sekund na kilometr. Potem przyspieszenie do 4:15/km i tak trzymać do 32km. Potem wiadomo - zaczyna się walka i miałem wtedy jeszcze troszkę przyspieszyć o ile sił starczy.

Tak więc próbowałem robić. Biegłem około 4:20/km i zające na 3:00 powoli się ode mnie oddalali. To mi się podobało bo wolniejsza pierwsza połówka to myślę dobra taktyka bo krócej człowiek jest mocniej zmęczony (przyspieszając w drugiej połowie biegu). Po pięciu kilometrach jednak nie za bardzo mi wychodziło to przyspieszenie. Próbowałem i coś tam wychodziło ale zmęczenie było za duże. Trudno, starałem się więc utrzymać to tempo w granicach 4:20 żeby nie odpaść za szybko. Niestety już na 4-tym kilometrze poczułem że zaczynam kaleczyć dużego palce w prawej stopie.

Głównym problemem jednak była wytrzymałość - choróbsko ją obniżyło i zaczynało to bardzo szybko wychodzić na jaw. Na 15km już wiedziałem że jest beznadziejnie źle. W tym miejscu dopingowała mnie moja drużyna wsparcia. Wyglądałem jeszcze dobrze, ale już im powiedziałem że jest bardzo źle...


Spróbowałem coś uratować z tego biegu: postanowiłem dociągnąć do półówki sensownym tempem. Tempo jednak powoli, ale nieubłaganie spadało. Jeśli liczyć 5:00 jako granicę to udało mi się dociągnąć 25km. Ale jeśli 4:20 potraktujemy jako taką granicę to już tylko 14km zaliczyłem takim tempem.

Wtedy zaczęła się próba dotarcia do mety bez wyrządzania sobie za dużej krzywdy. Jednak byłem trochę chory i nie chciałem ryzykować. Dość często więc robiłem 100-metrowe marsze po 400 metrach biegu. W sumie więc tempo nie wyszło za ciekawe - te kilometry z marszem wychodziły w troszkę ponad 7 minut. Z tego powodu dotarłem do mety w dobrym stanie, za to z czasem 3:37:26.


Sportowo była to więc straszna porażka. Turystycznie i rodzinnie - bardzo fajny wyjazd. Polecam ten maraton bo organizacja bardzo mi się spodobała, były miejsca z bardzo dużą liczbą kibiców i nawet byli żywiołowi! Pogoda była niezbyt biegowa - bardzo ciepło, nawet upalnie. Kibice chowali się w cieniu bo w słońcu można było zasłabnąć. Natomiast mi osobiście pogoda aż tak się nie dała we znaki - nie zdążyła bo opadłem z sił z powodu choroby wcześniej.

Nauka więc na przyszłość (mam nadzieję że nie tylko dla mnie) jest taka: dwa tygodnie przed maratonem chuchajcie i dmuchajcie na siebie, bo nawet niezbyt groźna i silna infekcja może całkowicie przekreślić plany maratońskie. Będzie za mało czasu już na reakcję i wydobrzenie, nieważne jakimi sposobami (antybiotyk wyjaławia człowieka na tyle że nie myślcie o bieganiu w trakcie kuracji, też zaraz po).
Zresztą zaraz po maratonie jest podobnie - organizm wycieńczony jest dużo łatwiejszym łupem dla bakterii, zarazków i wirusów. I w moim przypadku to właśnie się stało - kończę teraz odchorowywać ten maraton...

Dobra, a czy można znaleźć jakieś pozytywy? Na pewno jedna rzecz mnie cieszy: nie boli mnie nic pomaratonie. Ostatnie dwa starty zapamiętałem z racji bolącego prawego stawu biodrowego, tym razem tego nie było. Poza tym nie miałem problemów z odżywianiem przed biegiem i na trasie, logistyka okołomaratońska jest już u mnie opanowana.

Żeby było trochę optymistycznie: teraz leczę się, a za 1,5 tygodnia: półmaraton w Madrycie, tam mam zamiar się odkuć! Oczywiście o ile najpierw całkowicie się wyleczę i to chociaż tydzień przed startem. Szanse są duże bo dzisiaj środa i już czuję się lepiej (wreszcie).

No to zobaczymy za 10 dni na jakim jestem poziomie - czy to tylko brak dyspozycji z powodu choroby czy też ogólnie może jednak brakuje mi do formy z przed 1,5 roku gdy nabiegałem moją piękną życiówkę maratońską 3:03:03 :) ?

niedziela, 25 marca 2018

Półmaraton Warszawski rodzinnnie



Przebiegliśmy dzisiaj rodzinnie Półmaraton Warszawski. Pierwszy raz nasza najmłodsza córa tak miała tak długo siedzieć w wózku biegowym. Trochę się tego bałem bo do tej pory biegaliśmy tylko razem w wózku treningowo zeszłej jesieni no i raz w Piaseczyńskiej Piątce, ale tam to było tylko 20 i pół minuty :)
Odebraliśmy więc pakiety w sobotę całą wesołą piątką (to było wyzwanie logistyczne) a dzisiaj pobiegliśmy. Córkom starszym jakoś zorganizowaliśmy czas a najmłodsza pojechała z nami. Ja ustawiłam się na samym końcu, Żonka gdzieś w połowie zielonej strefy. Po starcie było niezbyt wygodnie - inny kolega wózkarz biegł środkiem i krzyczał "środek wolny!" a ja jak za karetką pogotowia biegłem za nim :) Potem się jednak rozdzieliliśmy i przedzierałem się dalej sam, żeby dogonić małżonkę. Fajnie to widać po czasach kilometrów, dw pierwsze to mega tłok: 5:42 i 5:34 a potem kolejne pięć to już mniejszy tłok: 4:44, 4:44, 4:46, 4:34, 4:35, ale nadal było ciężko i nawet raz zajechałem (niespecjalnie) drogę biegaczce, chociaż biegacze w słuchawkach na uszach zabiegli mi wiele razy... generalnie w takim tłoku to nie jest za fajne biegać z wózkiem.
Natomiast nasza mała Alicja miała inne zdanie - podobało jej się, ani razu nie kwęknęła, a tak w ogóle to zasnęła i spała chyba więcej niż połowę biegu :) opaliła się bo słonecznie było!

Po siedmiu kilometrach dogoniłem moją Karolinę i od tej pory biegliśmy już razem. No i fajnie było - podawałem wodę, nie gadałem za dużo żeby jej nie denerwować :) Było jej ciężko, ale w sumie naprawdę fajnie poszło. Ja się też zmęczyłem bo poprzedniego dnia zrobiłem 18km planowanym za dwa tygodnie w Hanowerze tempem maratońskim czyli 4:15/km. Razem z dzisiejszą rozgrzewką i połówką to w dwa dni zrobiłem 41km!

Pogoda była super, organizacja też. Jedno czego mi brakowało to więcej kibiców - było ich jak na lekarstwo... a taka fajna i impreza i pogoda. Fajnie mieć w Warszawie taki bieg!




wtorek, 20 marca 2018

Półmaraton Gocki

Na starcie - to łączna grupa maratonu i półmaratonu. 
Przy prawym filarze w ten zziębnięty w zielonej bluzie to ja :) (fot. Sandry Brdy)

Za trzy tygodnie maraton - wypadałoby się przetestować jak tam z formą. No ale nie za bardzo jest jak - fajna impreza do tego (Półmaraton Warszawski) dopiero za tydzień... w dodatku teraz wypada impreza rodzinna i trzeba pojechać całą rodziną. Ale dla chcącego nic trudnego - udało się w internetach znaleźć że 24km od imprezy rodzinnej organizują w Borach Tucholskich już piąty raz maraton, połówkę i dyszkę! Nazywa się ta impreza Maraton Gocki, w miejscowości Wojtal.
Super, udało się zapisać i byłem w sobotę rano zwarty i gotowy.
Problem niestety że pogoda wcale taka nie była. Nad ranem nawet do -10, wieje jak nie wiem co. Dobrze że chmur nie było i słonecznie bardzo - w sumie gdyby nie ten wiatr to nawet warunki by były naprawdę fajowe! No ale wiatr był, więc przed biegiem ludzie raczej po samochodach się pochowali :)
Pakiet odebrany (czytaj: sam numer startowy w stylu fartuszka) no i szybko rozgrzewka jeszcze i na start! Przy tym wietrze temperatura odczuwalna niższa niż to co termometr pokazywał (około -6 na starcie, -4 na mecie). Limit biegaczy to 100 osób na wszystkie trzy imprezy, w półmaratonie było nas podobno około 45. Szybkie przemówienie burmistrza, potem organizatora (Sandry Brdy - super nazwa, nie?) i ruszamy.

Plan był biec po 4 minuty na km. Ruszyłem w grupce 6 osób, 4 wyrwały się do przodu, 5-tej się trzymałem. Ale kurka za szybko biegną! 3:50/km! No i głupio zrobiłem - trzymałem się tej prędkości. Trochę potem zwolniliśmy, po 2km dałem zmianę temu 5-temu zawodnikowi (wiało!!) i próbowałem biec po 4:00/km. Oddaliłem się od tego mojego towarzysza niedoli tym tempem i beigłem sam przeciwko temu wiatrowi, już na 5-tym miejscu. Sił starczyło niestety tylko na 7km. Tempo siadło do jakichś 4:10/km... no ale wiało tak że jak z boku walnęło to autentycznie z asfaltu na pobocze mnie ściągało.

Na nawrotce miałem całkiem przewagę nad tym 6-tym zawodnikiem, niestety słabłem. W dodatku założyłem buty startowe (adizero boston) a mają raczej wąskie cholewki i z racji mojego krzywego palca (uraz z dzieciństwa) muszę zaklejać tam jedno miejsce plastrem. Nie zakleiłem - zaczął mi rozorywać tego palca obok... No i tak biegłem dziwnie stawiając stopę, walcząc z wiatrem i podbiegami które co chwilę były gdy zbiegaliśmy na mostki nad Wdą albo jej dopływami. Nie za duże, ale mi to się bardzo dało we znaki bo strome.

Powoli ale ten 6-ty zawodnik zaczął mnie doganiać. Po powrocie z dużej agrafki zostało już tylko 2km i tam się wyrównaliśmy. Po małej agrafce został kilometr. Próbowałem na zbiegu (do mostku, a jakże) zaatakować - niby szło dobrze, troszkę się oddaliłem, ale na podbiegu mi tak bezlitośnie uciekł że tylko mogłem na mecie pogratulować :)
Zakończyłem bieg na 6-tym miejscu z czasem 1:27:19. Nie było jednak pełnego dystansu bo wg garmina było 20,85km. Daje to średnie tempo 4:11/km.


Jak by to podsumować? No jest niezbyt, nie wiem na co mnie stać w Hanowerze za trzy tygodnie. Postaram się dać z siebie wszystko, ale muszę jeszcze pomyśleć czy biec na 2:59:59?


czwartek, 8 marca 2018

Nie sądź biegacza po wyglądzie


Wybraliśmy się na week-end do Paryża na półmaraton (czyli "Semi de Paris" jak to mówią w skrócie Francuziki). Właściwie to ja robiłem za niańkę a biegła moja Połowica, ale oczywiście nie zmarnowałem okazji żeby też wyjść pobiegać. Więc wychodzę sobie w sobotę wieczorem z hotelu pobiegać i w windzie widzę innego biegacza. Ja miałem w planach 18km tempem maratońskim - czyli jak dla mnie straszna kobyła: trudny trening, ubrałem się więc na krótko, nastawiłem bojowo i kierowałem się na lasek Viscennes przy którym się zatrzymaliśmy. 

Biegacz w windzie za to ubrany grubiej, klikał coś w telefonie - wyglądało że pewnie endomondo zaraz uruchomi i potruchta powolutku rozbieganie przez półmaratonem który miał być następnego dnia. Zamieniliśmy parę słów, ale było to trudne bo prawie po angielsku nie mówił, no w sumie to dość często w kraju serów. Wybiegliśmy razem do parku coś tam rozmawiając. Spróbowałem się wytłumaczyć że ja teraz muszę szybko pobiec (bo jednak 4:16/km to wg moich standardów szybko, a wyglądało że on będzie po 6:00/km biegał). Usprawiedliwiłem się i pobiegłem. Sam bieg wyszedł całkiem dobrze: odliczając rozgrzewkę i schłodzenie wyszło poniżej 4:18/km średnio - no a w lasku biegać musiałem czasami po błotku, czasami pod wiatr a też i równo wcale nie było.

Zadowolony po 80 minutach wracam do hotelu, za jakiś czas idąc po gorącą wodę na noc na mleko dla najmłodszej widzę że mój biegowy kompan dopiero wrócił - dziwne, ale może wstąpił do sklepu w drodze powrotnej? Jeszcze nie dało mi to do myślenia :)

Następnego dnia odprowadziliśmy całą rodzinką naszego biegowego delegata na start (pogoda pod psem - lało, zmokliśmy strasznie, więc po starcie poszliśmy szybko do hotelu).


Dotarliśmy po chwili bo trzeba było do samochodu dojść, a tu z hotelu wychodzi już mój biegowy kompan wykąpany, spakowany i najwyraźniej wraca już z hotelu do domu! Pytam go czy już skończył? A on łamaną angielszczyzną mi tłumaczy że tak, miał godzinę i sześć minut i miał dziewiąty czas. Marszczę brwi i patrzę na niego czy coś mu się nie pomyliło - może dwie godziny i sześć minut? Może chodzi o jego osobisty dziewiąty najlepszy czas w historii jego startów? Ale upewniam się - mówi że miał 1:06, no to zrobiłem oczy jak talerze i pogratulowałem mu.

Potem sprawdzamy z Żonką wyniki i zdjęcia - no i okazuje się że to naprawdę gość co nabiegał 1:06:47 - widać go na zdjęciach. Wyprzedził pierwszą kobietę - po nazwisku sądzę że z Kenii, był lepszy od Geoffrey'a Rono z Kenii (chyba literówka i powinno być Ronoh - ten zając Kipsanga).


Słowem - powiedziałem gościowi co biega połówkę w 1:06 że wiesz, ja to muszę iść szybko pobiegać bo myślałem że on będzie powolutku truchtał :)

Trochę śmieszne, w naszym hobby często nie widać po człowieku że on biega strasznie szybko. Jak to pisał Daniels w swojej książce zresztą i to prawda - te uwarunkowania do biegania na bardzo wysokim poziomie nie za bardzo się uzewnętrzniają - bo chodzi o proporcje włókien mięśniowych, miejsce przyczepu mięśni do kości, ilość czy wielkość mitochondriów w komórkach - tego nie widać. Oczywiście do pewnego poziomu widać (jak ktoś waży 20kg więcej niż by wynikało z jego wzrostu i zalecanego BMI to biegaczem super nie jest na pewno), ale jak ktoś jest szczupły i na oko wygląda zdrowo to może biegać półmaraton w 1:06 a może w 2:30 :)

ADs